• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[2.06.1972] Dwa razy silniejsi | Ambroise, Roselyn

[2.06.1972] Dwa razy silniejsi | Ambroise, Roselyn
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#1
25.08.2024, 19:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2024, 09:30 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

2 czerwca 1972

Z niecierpliwością czekała na powrót brata do domu. Ojciec gdzieś wyjechał, matka pojechała do przyjaciółki "w pewnej sprawie" a Rose tylko mogła się domyślać, w jakiej. Została sama, nie licząc skrzatów które krzątały się to tu, to tam, sprzątając i układając wszystko na swoim miejscu. Nawet nie starała się ukryć ekscytacji - nad tym projektem spędziła naprawdę dużo czasu. Nie chciała jednak, by jej odkrycie zostało niemal natychmiast zawłaszczone przez ojca. Co więcej: nie chciała, by Thomas się wtrącał w jej eksperyment, dlatego postanowiła spróbować sił we własnej, prywatnej szklarni. Nie było to łatwym zadaniem - lawirowanie między pracą i podsłuchiwaniem własnych rodziców (bo przecież nie wystarczały jej te ochłapy informacji, które jej rzucali na temat Kniei) sprawiało, że miała naprawdę mało czasu na cokolwiek innego.

Nie dosypiała - nie miała problemu z bezsennością, lecz ostatnie tygodnie były dla Roselyn naprawdę intensywne. Dlatego też pod jej oczami widniały kiepsko zamaskowane ciemne półksiężyce, świadczące o tym, że zdecydowanie przekraczała granicę bycia przytomną w ostatnim czasie. Ciemne włosy miała związane byle jak, w kok z którego zdążyło wypaść kilka kosmyków. Znalazł się tam nawet zielony listek, którego dziewczyna nie zauważyła, bo zapewne wcześniej by się go pozbyła. Teraz jednak zerkała z ciekawością na okolicę, bo nie była pewna, czy brat da radę się dzisiaj pojawić. Była dumna z tego, że pracował w Mungu - zazdrościła mu też odrobinę, ale przede wszystkim go podziwiała. I mimo że nie mieli tej samej matki, to darzyła go prawdziwą, siostrzaną miłością. Dlatego też gdy on sam rzucał się w wir pracy, po prostu za nim tęskniła. Nie żeby sama nie robiła tego samego: ale hej, ona mogła przecież, prawda? Poza tym to ona lubiła mieć ludzi pod ręką, a zdecydowanie nie lubiła być po czyjąś ręką.

Roselyn sięgnęła po dzbanek. Siedziała na ładnym ganku, ozdobionym kwitnącymi, kolorowymi kwiatami. Herbata już się zaparzyła, więc nie zamierzała dłużej czekać, żeby ta nie straciła swojego smaku. Na razie nalała tylko sobie, a potem sięgnęła po papierosa, tak by zająć czymś ręce w oczekiwaniu.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
25.08.2024, 23:22  ✶  
Drugiego czerwca Ambroise wstał nawet wcześniej niż zazwyczaj. Z zaskoczeniem zauważył, że zebrał się jeszcze zanim słońce na dobre ukazało się na horyzoncie. Odkąd objął stałą posadę w Mungu zwykł wymykać się z domu, jakby nigdy tam nie był. Miał idealne warunki ku temu, odkąd za przyzwoleniem przystosował sobie starą szopę na graty w około czterdziestometrową samotnię. Wracał późno, nierzadko wcale. Niestety ku niewielkiemu zawodowi przybranej matki (jakoś akceptującej nieślubne dziecko, ale już mniej jego starokawalerstwo) bez związku z porywami serca. W tej materii nigdy nie miał szczególnego szczęścia, nawet jeśli nie mógł narzekać na powodzenie. Pozostawał wręcz zatrważająco niepodatny na długofalowe romanse i nie widział potrzeby zmieniania tego stanu rzeczy. Miał swoją rodzinę, szpital i rośliny. Nie zamierzał wprowadzać obcego elementu w ten krajobraz. Wystarczyło, że w młodzieńczych latach przekonał się, że nierodzime gatunki zwykły zagarniać, psuć i wyniszczać wszystko, co napotykały na drodze. Od tamtej pory wąchał róże poza własnym poletkiem. Nocując w Londynie, często zostawał na leżance w Mungu, żeby móc jak najszybciej wrócić na dyżur. Gdy to było niemożliwe, korzystał z kanapy u znajomych albo brał pokój w magicznym barze.
Nie był wybredny. Cel uświęcał środki a obecnie zależało mu na objęciu przewagi w nieoficjalnym wyścigu o wyższą posadę. To był ten długofalowy plan, który próbował spełnić, żeby też poczuć się spełnionym. Nie myślał o tym, co będzie, jeśli mu się powiedzie. W żadnym razie nie analizował tego, co będzie, jeśli odniesie porażkę. Zawieszenie się w próżni nie było takie złe jak mogło się wydawać. Wystarczyło, że to akceptował.
Niestety musiał przekonać wszystkich dookoła, żeby zrobili to samo. Nie miał żadnego problemu z żoną ojca, dopóki od czasu do czasu udawał zainteresowanego wydarzeniami społecznymi. Dogadywał się z ojcem, który bywał w ciągłych rozjazdach i z którym dyskutowali o naukowych pasjach. Jedyną osobą skutecznie wzbudzającą w uzdrowicielu swędzące wyrzuty sumienia o ciągłą nieobecność była Roselyn. Nie musiała robić wiele. Wystarczyło dyskretne przypomnienie, że znowu zaniedbał życie poza pracą. Mimo różnicy wieku czuł się jak troskliwie zganiony szczeniak, który trochę się zapomniał i odbiegł za daleko. Nic dziwnego, że w miarę punktualnie wyszedł z pracy (zaledwie pół godziny po czasie) tym samym dniu, w którym odebrał list od siostry. To było upomnienie nie do zignorowania.
Oczywiście, zanim pojawił się na ganku, zdążył wziąć błyskawiczny prysznic. Zmienił służbowe szaty na coś bardziej luźnego i na tym poprzestał. Dobrze wiedział, że planowali siedzieć przy herbacie jak dwoje niedospanych, nieogarniętych domowników niespecjalnie dbających o to, jak się prezentowali.
Znając te zwyczaje, nie musiał długo szukać. Przysunął sobie krzesełko i bez słowa wyciągnął swoją część barteru. Nie mógł wrócić z pustymi rękami. Szczególnie po liście, na który zapomniał odpisać.
Taktycznie zaopatrzył się w najnowsze, jeszcze dzisiejsze pierwsze wydanie magazynu herbologicznego. Wciąż bez słowa położył je obok dzbanka z herbatą. Nie musiał tego komentować. Tak właściwie z trudem przystał, żeby nazywać to magazynem, nawet w myślach. To była cienka, licha broszura z ładnie zaprojektowaną okładką i zachęcającą pierwszą stroną, która była również ostatnią zawierającą jakiekolwiek sensowne treści. Pozostałe trzy były znacznie, znacznie gorsze. Tak złe, że postanowił zakupić nowy egzemplarz, gdy przypadkiem zostawił pierwszy w gabinecie w Mungu. Roselyn musiała to zobaczyć.
- Dołączyli - odchrząknął, starając się zachować pełną powagę - magiczne kolekcjonerskie nasionko - to mówiąc, pozwolił sobie położyć małą zakorkowaną fiolkę na środku stolika herbacianego - mi to wygląda na bobik - ocenił. Oczywiście, mógł się mylić i to mogło być coś tak wyjątkowego, że po wyrośnięciu opadną im szczęki, ale naprawdę mocno powątpiewał. Zwykł rozpoznawać to, co mu wciskano.
- To znakomite źródło żelaza i substancji odżywczych. Znasz substancje odżywcze? - spytał z przekąsem. Nie mógł nie zauważyć tego, że była przemęczona. Jako chronicznie zmęczony uzdrowiciel potrafił rozpoznać swego. Szczególnie w postaci tak bliskiej osoby. - Jako wysokobiałkowe ziarno stanowi składnik mieszanki dla ptaków, którą zacznę kupować, jeśli ty nie zaczniesz dbać o swoje zdrowie - zmierzył ją wzrokiem pełnym jednoczesnej troski i rozbawienia, ale również ledwo dostrzegalnego zaniepokojenia. Z ich dwojga to Rose była tą ładną i mądrą. Cienie pod oczami świadczyły o tym, że próbowała być jeszcze mądrzejsza a wtedy byłby na kiepskiej pozycji. - Zacznę nią w ciebie rzucać - ostrzegł. Pracoholizm był zaraźliwy, szczególnie w tej rodzinie, ale powinien mieć granicę.
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#3
28.08.2024, 16:03  ✶  
Jej matka poniekąd sprawiła, że odnaleźli w dorosłości wspólny język. Pani Greengrass bardzo ale to bardzo chciała wydać swoje dzieci za mąż, chociaż nawet nie ukrywała się z tym, że to na Roselyn jej najbardziej zależało. Na kawalerstwo przybranego syna patrzyła z ukosa, lecz doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jeżeli tylko by chciał: chłopak mógłby mieć prawie każdą pannę z dobrego, czystokrwistego domu. Pracował w Mungu, miał aparycję, a na dodatek nie był głupi. Jedyną wadą był - w jej opinii - pracoholizm. Zupełnie tak, jakby nie akceptowała faktu, że praca w Mungu nie była pracą od do konkretnych godzin.

Roselyn nierzadko narzekała na swoją matkę, a raczej na jej coraz śmielsze zapędy, by wydać ją za mąż. I chociaż Thomas Greengrass robił wszystko, byle tylko opóźnić ożenek swojego oczka w głowie, swojej Różyczki, to i mu powoli kończyły się pomysły. Thomas chciał, żeby Rose była kimś znanym w naukowym świecie. Kobieta podzielała jego wizję - wizję, w której nie było miejsca na mężczyznę, dziecko i rodzinę. Nie widziała siebie w dużym domu, w otoczeniu skrzatów, niańczącą kolejne pokolenie. Nie mówiła nie, ale to nie był na to czas. Miała jeszcze bardzo dużo czasu na dzieci, a nigdy nie ukrywała, że w tej chwili planuje skupiać się na karierze. Podobnie jak jej brat.

Greengrassówna wygładziła materiał luźnej, cienkiej spódnicy, idealnie przewiewnej na tę pogodę. Nie była za gruba czy za cienka: była po prostu idealna, podobnie jak luźna bluzka, którą niedbale wetknęła za gumkę spódnicy. Lubiła się nosić w ten sposób, gdy było ciepło. Opinające ciało ubrania sprawiały, że szybciej się pociła, a Rose nienawidziła się pocić. Nie lubiła wody - nawet tej, którą wydzielało jej ciało. Dlatego też starała się nawet nie płakać, chociaż gdy tylko zamknięto Knieję z końcem wiosny, nie mogła powstrzymać kilku łez. Spadły po policzku, gdy tylko zorientowała się, że to koniec samotnych wycieczek po lesie.
Gdy tylko Roise dołączył do niej i bez słowa położył na stoliku gazetę, przechyliła dzbanek nad jego filiżanką. Miała urokliwy wzór w pasteloworóżowe kwiaty, które - o ironio - nie były różami. Greengrassowie chyba bardzo je lubili, skoro aż dwójka ich dzieciaków nosiła wariacje nazwy tej rośliny.
- Myślisz, że naprawdę dołączyliby coś rzadkiego do tego... Tej gazety? - odezwała się z uśmiechem, nie kryjąc ani rozbawienia, ani ulgi, która wymalowała się na jej twarzy. Przecież brat zawsze mógł nie przyjść: wystarczyło, że coś poważnego zatrzymałoby go w szpitalu. Ona doskonale rozumiała, jak trudna była praca w Mungu i jak wiele wymagała wyrzeczeń. Uzdrowiciele mieli powołanie, którego nie mogli zignorować. Byli na każde skinienie poważnego wypadku, bo tak im nakazywało sumienie. U Ambroise było coś jeszcze: ambicja. Odłożywszy dzbanek na tackę, Rose ostrożnie podniosła fiolkę z nasionkiem. Przyjrzała mu się pod światło.- Nie znam. To jakaś egzotyczna przyprawa?
Cmoknęła niby z zamieszaniem, niby z rozbawieniem. Kącik jej ust drgnął - domyśliła się, że widać po niej było niewyspanie, stąd ten przytyk. Na kolejną uwagę nie mogła już zareagować inaczej, niż wesołym prychnięciem.
- Tak jak wtedy, gdy byliśmy młodsi, i próbowaliśmy trafić do swoich ust czekoladowymi fasolkami? - nieznacznie potrząsnęła fiolką, by nasionko obiło się o przezroczyste ścianki. - To żaden okaz kolekcjonerski, chociaż ma trochę nieregularny kształt. Wiesz co ja myślę? Że to odpadek od jakiegoś zielarza, który dostali półdarmo, i próbują naciągnąć naiwniaków.
Odłożyła fiolkę, kręcąc jednocześnie głową. To nie było możliwe, by tak tani i kiepski magazyn dołączał coś rzadkiego dla swoich klientów. Mimo to wiedziała już, że nawet jeśli wyrośnie z tego pospolita roślina, to ona i tak zasadzi nasiono, żeby się upewnić.
- Przyganiał kocioł różdżce, a sam smoli - zauważyła, przekrzywiając odrobinę głowę. Co za bezczelność: kto jak kto ale on w tej materii nie powinien jej pouczać, przecież sam pracował grubo ponad swoje siły. Wyraz jej twarzy jednak sugerował, że absolutnie nie miała mu tego za złe. Wiedziała, że się martwi i doceniała to, z każdym dniem coraz mocniej. - Obiecuję, że dzisiaj pójdę wcześniej spać. Ale musiałam w tym tygodniu trochę przycisnąć. Wiesz, w związku z t a j e m n i c ą.
Zniżyła głos do szeptu, posyłając bratu wesołe mrugnięcie. Jakby to, co robiła, było co najmniej nielegalne. A było nie dość, że całkowicie legalne, to na dodatek mogło pomóc wielu osobom! Roselyn była podekscytowana, chociaż z całej siły starała się to ukryć.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#4
28.08.2024, 21:12  ✶  
Już prawie zapomniał, jak mogło być przyjemnie, gdy nic się nie robiło. Już tylko siedzenie w dobrym, swobodnym towarzystwie z ładnym widokiem na przyrodę było wystarczające. Do tego dźwięczne stukanie zabawnie uroczego dzbanuszka, który nieodmiennie kojarzył mu się z miłymi chwilami. W tym momencie zastanawiał się, dlaczego nie robili tego częściej. To był ten czas, gdy mógł poudawać, że nie mieli żadnych zobowiązań, które w rzeczywistości uniemożliwiały ustanawianie codziennych rytuałów. Wbrew temu, co widział w twarzy siostry (kompletnie nie podatnej na wpływ czasu) nie młodnieli. Coraz częściej dopadało ich życie.
- Pani Cattermole zarzekała się, że tak. Wiesz, ta ruda z kiosku w herbaciarni - wyjaśnił przekornie, gdyby Rose zapomniała, o kogo chodziło. A zdecydowanie powinna pamiętać.
Po pierwsze, kobiecina miała złote serce, ale zerowe pojęcie o czymkolwiek innym niż towarzyskie ploteczki. Mawiano o niej, że pomyliłaby kota z konewką, gdyby tylko wyszła poza obręb własnego domu zamienionego na stoisko w klinice i na odwrót. Po drugie, poczciwa pani Cattermole może nie miała kota (to było całkiem logiczne, bo wtedy wiedziałaby, co to konewka), ale miała równie poczciwego syna. Najprawdziwszą Dobrą Partię™. Przynajmniej w oczach słabo widzącej matki. Jedyny potomek Edythe Cattermole o imieniu Edward był wątpliwego pochodzenia czystej krwi. Wątpliwego, bo matka upierała się, że miała go z pierwszego małżeństwa z nieokreślonym czarodziejem z dobrego domu. Pan Cattermole (świeć, Merlinie, nad jego duszą) nie mógł potwierdzić lub zaprzeczyć słowom żony, bo od ponad dwóch i pół dekady spoczywał pod ziemią. Z uwagi na zniszczenie dokumentów podczas wojny z Grindelwaldem, nie było nawet dowodu na to, że pani Cattermole miała jakiegokolwiek pierwszego męża. Nie przeszkadzało jej to w dopytywaniu Ambroisa o jego śliczną, młodszą siostrę. Skarb na wydaniu. Być może z jej synem!
Prawdopodobnie, gdyby zgubił pierwszy egzemplarz gazety gdzieś poza szpitalem (a nie zostawił go wewnątrz i nie miał ochoty tam wracać) mógłby wysępić dodatkową sztukę. Wystarczyłoby, że powiedziałby, że to dla Roselyn. Na polecenie matki, Edward przyniósłby jej to w zębach i na czworaka wprost do Doliny Godryka. A Greengrass dałby wiele, żeby to zobaczyć. Tym bardziej, im bardziej nie lubił tego śliskiego człowieczka. Kwestionował jego poczciwość, choć Edythe lubił. To był jeden z tych przypadków, gdzie dobra matka przesadnie rozpuściła narcystycznego synka. Tak sądził Ambroise.
Przynajmniej sprzedawali te gazety dostatecznie blisko Munga (a nawet w tym przypadku wewnątrz budynku), żeby lokalni uzdrowiciele mogli zareagować, gdyby faktycznie coś było nie tak. Co prawda Ambroise nie miał na myśli scenariusza pod tytułem "wywar z niezmiernie rzadkiego kwiatu wyhodowanego z tego nasionka zmienił mi żonę w męża, co gorsza nawet mi się to podoba". Raczej miał na myśli zatrucie pokarmowe, wymioty dalej niż zasięg widzenia, skurcze żołądka i takie tam. Nie chciał wiedzieć, co działo się w mniejszych ośrodkach mieszkalnych ze sklepem z prasą, ale bez magicznego szpitala. Wątpliwe pochodzenie nasionka i złe warunki przechowywania śmierdziały mu paroma konfliktami i jakimś pozwem.
- Tak, tak, przyprawa - parsknął z rozbawieniem - przyprawa mnie o zawrót głowy - to mówiąc, upił łyczek herbaty i zrobił zadowoloną minę. Faktycznie. Była przepyszna. Niemal lepsza od ostatniej, jaką mieli okazję wypić w tak leniwych, przyjemnych warunkach.
Miał wrażenie, że to było całe wieki temu. Jeszcze zanim stracili prywatność w Kniei i zanim wydarzyły się te wszystkie rzeczy, które zaburzyły im poczucie bezpieczeństwa na własnych terenach. W tym momencie cofnął się do trochę prostszych czasów a nostalgia zrobiła resztę. Wygodnie pozbyła się złych elementów i wyostrzyła miłe wspomnienia. W nich wszystko było prostsze niż faktycznie. To prawda, że czas leczył rany. Przynajmniej w pewnym sensie. Po wielu miesiącach można było zapomnieć ból, który kiedyś wydawał się wieczny.
- Jeszcze nie wiem. Myślę o tym albo o gęsiach w parku, ale wolałbym, żebyś nie stała się agresywna - posłał jej uśmiech, pozwalając sobie na przywołanie czegoś, co w przeciwieństwie do czekoladowych fasolek (do tej pory przepadał za konsumowaniem ich w ten sposób) było przerażająco zabawnym wspomnieniem. No, kto by pomyślał, że źle nakarmione zwierzęta tak łatwo się rozjuszą. Nie on. Niezaprzeczalnie nie Ambroise. Pół dnia oglądał się za siebie. Do tej pory nie lubił gęsi. Były dowodem na to, że nie dogadywał się z tą częścią natury. Rośliny? Jak najbardziej, ale nie zwierzęta.
- Kupiłem dwa - zacisnął wargi, bo naprawdę mocno próbował powstrzymać śmiech. Nie miał zamiaru mówić nic więcej o powodach zakupu. Mogła myśleć dokładnie to, co chciała. Tym zabawniejsza była ta sytuacja.
Czy dał się naciągnąć, bo był naiwniakiem marzącym o skarbie zdobytym w śmieciowych czytadłach?
Czy kupił ten drugi egzemplarz, żeby wmanewrować w to siostrę?
Czy był tylko ślepy i zapominalski, zostawiając czasopismo w pracy, ale chcąc mieć je w prezencie do domu?
Tego Rosie się nie dowie. Po jego trupie. Tak było śmieszniej, choć normalnie oburzył by się za sugestię, że mógł być frajerem. To był wyjątkowy przypadek. Rosie jako nieliczna miała przepustkę na bycie nieco upierdliwą, nadaktywną i ukradkiem (bo przecież nie otwarcie!) przezeń rozpieszczaną.
- Okay, okay. Masz punkt - teatralnie podniósł ręce w obronnym geście, ale zaraz kontynuował, wpychając je do kieszeni. - Mówię tylko, że ta tajemnica nie może iść z tobą do grobu. Nie tylko dlatego, że nie chodzi. Jeszcze - zaakcentował. Kij wiedział. Mogła zaraz zacząć. Jego siostra miała prawdziwy talent.
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#5
31.08.2024, 18:54  ✶  
Rose uniosła brew. Nie mogła zignorować tego, że ta ruda z kiosku w herbaciarni zarzekała się, że ten szmatławiec dołączał rzadkie nasiona jako... No właśnie. Gratis. GRATIS. Gratisowe rzadkie nasiona - to brzmiało cholernie naciąganie. To tak, jakby ktoś postanowił dołączyć do gazety różdżkę albo sto galeonów.
- No tak, skoro Pani Cattermole tak mówi, to tak musi być - odezwała się słodko, sięgając po filiżankę. Skryła uśmiech za naczyniem, trzymając w lewej ręce spodek, a w prawej: uszko naczynka. - Od kiedy tak liczysz się z jej zdaniem, Roise? Czyżbym powinna o czymś wiedzieć?
Zapytała niewinnie, zaczepką odpowiadając na przekorę. Doskonale wiedziała, że jeżeli jej brat miał kogoś na oku, to zaraz na horyzoncie pojawi się kolejna kobieta. I kolejna, i kolejna. Chyba żadna nie będzie na tyle interesująca, by zatrzymać go przy sobie na dłużej. W zasadzie to Rose podejrzewała, że jej brat już się zaręczył: ale z pracą. Nie winiła go jednak, bo po pierwsze - nie wyobrażała go sobie jako ojca, a po drugie to sama przedkładała pracę nad wszystko inne, a w szczególności nad związki. Faceci to był tylko problem, co powtarzała przy niemal każdym spotkaniu rodzinnym ku uciesze ich ojca i niezadowoleniu matki. No i była jeszcze jedna, trzecia sprawa: o ile się orientowała, to Ambroise nie gustował w starych babach.
- Wiesz, że gęsi mają coś na kształt zębów w dziobach? - uniosła brew, odstawiając ostrożnie herbatę. Dopiero gdy naczynie znalazło się na stoliku, kłapnęła zębami, a zaraz potem zaczęła się śmiać. - Nie martw się, nie wyrosną mi pióra i dziób. Gdybym miała się zmienić w zwierzę... To w sumie nie wiem czym bym była. Wiesz dobrze, że po śmierci stajemy się częścią Kniei, więc nigdy nawet nie zastanawiałam się nad niczym innym niż bycie jej częścią.
Lekko spoważniała. - Pamiętasz, jak kiedyś mówiłam Ci o Samuelu? Nie wiem, jak ma na nazwisko, ale lata temu spotkałam go w Kniei, w samym jej środku. Poszłam wtedy do ojca i okazało się, że ma pozwolenie, by tam być. Ciekawa jestem, co się teraz z nim stało i czy udało mu się uciec.
Nie to, żeby się zakochała, bo sposób, w jaki wypowiadała się o dziwnym facecie z lasu, który potrafi zmieniać się w niedźwiedzia, był zupełnie nieromantyczny. Ale łatwo było zgadnąć, że Roselyn i Samuel nawiązali podczas tego spotkania jakąś dziwną więź - a co za tym idzie Greengrassówna martwiła się, jak ten sobie radzi. I czy zdążył uciec przed widmami.
- Gęsi to skurwysyny, Roise. Tak samo jak łabędzie, ale te to przynajmniej atakują, gdy bronią młodych. A taka gęś to jak kogut - pamiętasz jak mnie gonił? Ledwo nauczyłam się chodzić, gdy zaatakował mnie ten opierzony drób. Od tamtego czasu naprawdę szybko biegam - roześmiała się. Dawno nie śmiała się tak głośno i swobodnie. Nie musiała dbać o to, że ktoś im zaraz przeszkodzi, nie musiała dbać o to, że ktoś zobaczy, że robią jej się zmarszczki. Mogła być sobą, to było cudowne uczucie.

Odchrząknęła, a potem zgasiła papierosa. Zaraz odpaliła nowego, bo przecież paliła tamtego tak intensywnie, że odłożony na popielniczkę zgasł. Tym również jednak zaciągnęła się zaledwie dwa razy.
- No więc... Pamiętasz, jak ojciec narzekał, że rośliny jakoś dziwnie się rozrastają? Mamy początek czerwca a mam wrażenie, że chwastów jest coraz więcej i to nie tylko w Dolinie, ale wszędzie. Zabijają większą część roślin, które hodujemy. Będą niezbyt obfite zbiory. Podejrzewałam, że tak może być, więc całą wiosnę spędziłam na próbie skrzyżowania kilku gatunków drzewa wiggenowego. Nie było to łatwe, bo musiałam zebrać kilka odmian z całego świata, ale nawet nie wiesz ile osób potrafi pomóc za sam ładny uśmiech - i odrobinę hipnozy. Ambroise wiedział, w przeciwieństwie do ich rodziców, że Roselyn nauczyła się tego jeszcze w Hogwarcie. I chociaż ta mała kleptomanka nieczęsto z tej umiejętności korzystała, to najpewniej w chwili "proszenia" o nasiona musiała się nią posłużyć. Raczej. Mogła je też po prostu zwędzić, ale czy ktoś tak uroczy byłby w stanie cokolwiek ukraść? - No i udało się. Odmiana z Azji i Europy urosła dwa razy szybciej, niż nieskrzyżowane drzewka. Daje mi to nadzieję na to, że eliksiry z niej będą dwukrotnie silniejsze.
Dodała szeptem, pochylając się w stronę mężczyzny. Ona była przekonana, że się udało - ale cóż... Nie przetestowała jeszcze tej teorii, bo mimo iż potrafiła robić eliksiry, to jakoś nigdy się do tej sztuki nie paliła.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#6
31.08.2024, 23:53  ✶  
- Ma dar - potwierdził z kamienną twarzą. - Dar, który ma niewielu - zachowywał pełną powagę, ćwicząc poważną minę, która miała mu się przydać w niemal każdych okolicznościach.
W tym wypadku próbował nie dać znać, że dziecinnie bawił go ton głosu siostry. Była słodka niczym różana landrynka. Tym bardziej, jeśli się nie miało baczenia na to, że przyjemny aromat pochodził z rośliny nie pozbawionej kolców. Pod niewinnym świergotem kryła opór, przekorę i sporą ilość małych ostrzy. Dokładnie tak jak przystało Greengrassównie. Może nie mówili tego na głos, żeby nie irytować jej matki, jednak obaj mężczyźni (razem z ojcem) byli z niej dumni.
- Wspaniale - wypluł ponuro. Jeszcze tego brakowało, żeby dowiadywał się o nowych broniach zwierząt, które reagowały na niego niemal gorzej niż znienawidzone parzystokopytne. Czym zasłużył na to, żeby gęsi zostały zaopatrzone w zęby?
Nie posiadł niemal żadnej wiedzy na temat zwierząt. Nie to, że tak całkiem nie chciał. Raz na jakiś czas starał się przyswoić nowe informacje, ale żeby to zrobić najprawdopodobniej musiał wcześniej wyrzucić jakieś stare. Sam nie do końca wiedział, na jakiej zasadzie to działało. Miał chłonny umysł, gdy chodziło o rośliny. Florę zaklął w małym paluszku. A fauna? Fauna się na niego uwzięła. Nienawidziła go niemal równie mocno, co on ją. Niewątpliwie nie pomagało to, że nie pamiętał, co powinien robić w przypadku spotkania z konkretną bestią.
Tak, gwoli sprostowania, gęsi również uważał za bestie. Tym bardziej, jeśli teraz miały zęby.
- Mają coś jeszcze, o czym nie wiem? Wykształciły stalowe pióra i super ostre szpony? - spytał ironicznie. Skoro już odświeżał zasoby swoich lęków, równie dobrze mógł zaktualizować całą bazę informacji. Kto tam wiedział. Być może powinien dowiedzieć się czegoś nowego na temat wszystkich bestii, które kiedyś spędzały mu sen z powiek. Przynajmniej zaserwowałby sobie pełną dawkę niepokoju zamiast dzielić to na małe, gryzące kawałeczki.
A propos gryzących kwestii... czy ktoś wspominał o nadchodzącym poczuciu winy?
- Nic mi o nim nie wiadomo, Kangurku - pokręcił głową zaskoczony, że poczuł lekkie szczypanie wyrzutów sumienia, bo los tego człowieka nie przeszedł mu przedtem przez myśl. - Ale mogę obiecać, nie rozpuszczę wici po szpitalu. Dyskretnie, oczywiście. Jeśli jest szansa, że taki człowiek w ogóle by się tam znalazł - stwierdził. Nie znał go. Mimo częstych pobytów w Kniei przez wiele godzin na raz, nie miał okazji poznać tajemniczego znajomego siostry. Nigdy go nie szukał, bo nie miał po co. Co innego, gdyby tamten stanowił jakieś jawne zagrożenie. Szczególnie dla drogiej Roselyn. Wtedy Ambroise czułby się w obowiązku odszukać delikwenta i niezbyt kulturalnie dać mu odpłacić się za popełnione czyny.
Bywał wątpliwie moralny. Wpojono mu szacunek do kobiet i naturalne przekonanie o tym, że należało je bronić. Mimo to sam nie umiał lawirować z gracją w poplątanych stosunkach damsko-męskich. Szanował tak zwaną słabszą płeć (aczkolwiek nie pojmował jak ktoś słabszy potrafił tak mocno wbijać nóż w mózg i grzebać), ale w rodzinie był znany jako notoryczny łamacz serc. Nie zawsze to było prawdą. Niemalże równie często to on zrywał znajomość co robiono to za niego. Czasami dostawał z liścia od sfrustrowanej damy, od czasu do czasu bęcki od jej brata lub ojca. Wyjaśniał parę rzeczy, na ogół nie żywił urazy. Miał zupełnie inne oczekiwania niż potencjalne partnerki. Problem stanowiła trudność wyjaśnienia tego na początku relacji, kiedy było tak miło, że żadna strona nie chciała popsuć atmosfery.
Natomiast jak słabe by nie były jego własne relacje, każda burda ze sfrustrowanym obrońcą czci córki czy siostry przypominała Greengrassowi o jego własnej powinności. Lepie na mordę każdego, kto odważyłby się naruszyć psychiczne czy fizyczne granice jego własnej siostrzyczki. Nie mógł pozwolić, żeby martwiła się z czyjegoś powodu. A teraz z niemałym szokiem i zmieszaniem stwierdził, że nie było wyjątków od tej reguły. Rosie była zmartwiona. Niepokoiła się z powodu swojego znajomego, o swojego znajomego, a Ambroise poprzysiągł zadbać o to, żeby tak nie było. Zaskakująco, nawet jeśli to oznaczało zorientowanie się czy ktoś coś słyszał o nietypowym człowieku z głuszy. Oczywiście, bez ujawniania potencjalnie niewygodnych szczegółów powierzonych w sekrecie.
Prawdopodobnie nie mieli do niczego dojść. Ten człowiek najprawdopodobniej nie znalazł się w oficjalnej placówce medycznej ani nigdzie, gdzie mogliby o nim usłyszeć. Z równie dużym prawdopodobieństwem mógł nie żyć. Z mniejszym uciec i nie podejmować prób powrotu. Mimo to mógł spróbować zdobyć dla niej jakieś informacje. To było bardziej w jego stylu niż próby okłamywania Roselyn i czcze słowa mające zapewnić, że na pewno wszystko było w porządku. Mogło nie być. Najpewniej nie było. Nie mieli dostępu do własnych terenów, byli odcięci od Kniei, bez której czuli się niepełni. Wszystko okrutnie się skomplikowało. Tak wyglądała nowa rzeczywistość.
- Wiesz, że nie wyjechał na urlop? Nie poleciał zwiedzać świata? - zażartował, zastanawiając się, jak dawno temu zorientowała się, że to był pierwszy i jedyny raz, gdy jedli autorski rosół z młodego koguta przygotowany przez matkę Rosie. Nigdy nie widział nikogo innego aż tak zdenerwowanego przez drób, co macocha, która zazwyczaj nie dekapitowała zwierząt. To był zaskakujący widok, szczególnie dla jej męża, bo Ambroise uważał to za całkiem niezłą ciekawostkę na temat gniewu kobiety będącej matką. - Wylądował na stole szybciej niż przed nim zwiewałaś - uśmiechnął się. Przynajmniej jedna osoba w ich rodzinie potrafiła biegać po łąkach niczym młoda łania. Przyjemnie słuchało się jej śmiechu. Szczególnie w obliczu tylu przykrych wydarzeń, które na chwilę go przyciszyły. To była cenna chwila.
Stanowczo za późno uczył się doceniać takie chwile. Szczególnie, że przez znaczną część czasu musieli radzić sobie ze zmianami dziejącymi się na ich oczach. Wojny, zamieszki, ataki, niszczenie upraw, zmiany w klimacie. To, o czym mówiła Rosie, spędzało rodzinie sen z powiek.
- Niech zgadnę - przesadnie udał, że zastanawia, drapiąc zarośnięty podbródek i wywracając oczami. - Niezbyt wielu, ale za to nie za pomocnych? - Tak, celowo zastosował tu podwójne zaprzeczenie. Kto jak kto, ale on nie zamierzał łyknąć gadki o ładnym uśmiechu. Nie był pelikanem. Ani gęsią, całe szczęście. - Natomiast możemy przyjąć, że na świecie znajdzie się kilka dobrych dusz. Tak na potrzeby historii - szepnął porozumiewawczo, bo choć byli tu sami, zawsze wychodził z założenia, że ściany mają uszy. To mogły być skrzaty, sezonowi pracownicy, drobni wykonawcy dokonujący napraw. Nigdy nie wiadomo.
Po za tym naprawdę chciał usłyszeć sedno historii, bo narzekania ojca niepokoiły również Ambroise'a. Od dawna miał zabrać się za faktyczną pomoc w śledztwie lub zażegnaniu kryzysu. Zarzekał się sam przed sobą, że wreszcie znajdzie na to czas. Tymczasem to nie on miał być rodzinnym zbawcą. Przyjął to bez krztyny żalu. Różnica wieku sprawiała, że nie odczuwał niepotrzebnej potrzeby rywalizacji. Wiadomo, od czasu do czasu lubił zdrowe przejawy ambicji, ale w tym wypadku pokiwał głową z aprobatą.
- To wspaniale, Roo - postarał się odszepnąć, choć miał ochotę zagwizdać z entuzjazmem. - Koniecznie to trzeba wypróbować  w eliksirze - jeśli mogli przyspieszyć i uodpornić jeden rodzaj upraw, to powoli zaczynali być w domu. Później miały być kolejne i kolejne.
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#7
02.09.2024, 19:47  ✶  
- Stalowe pióra... - Roselyn wydęła usta w zamyśleniu. Chwilę myślała, szukając w zakamarkach pamięci informacji na temat supergęsi. Czy raczej superzłoczyńców-gęsi. Nic takiego jednak nie znalazła, więc pokręciła głową w przeczącym geście. - Nic mi o tym nie wiadomo, ale poza zębami w dziobie są cholernie, cholernie mściwe i złośliwe. Ale to już wiesz, co?
Mrugnęła do brata, rozsiadając się wygodniej na fotelu. Na przezwisko zareagowała niczym innym jak przewróceniem oczu. Gdyby Roise był bliżej, to pewnie zwinęłaby drobną dłoń w pięść i trzepnęła go w ramię, niezbyt mocno, bo Roselyn przecież miała widoczną niedowagę - każdy głupi by się domyślił, że siły to ona ma tyle, co nic.
- Jakbyś mógł. Tylko... Nie wiem, jak może teraz wyglądać. Ojciec go zna, ale wolę go w to nie mieszać - powiedziała cicho, starannie dobierając słowa. Odrobinę się bała, że jeżeli zacznie dopytywać o Sama, to Thomas może sobie dopowiedzieć za dużo kwestii. A ona po prostu się martwiła o drugą, ludzką istotę. Nie miała pojęcia, że McGonagall niedługo stanie się jej bratnią duszą, jej drugim bratem, jej integralną częścią. Ale czuła podskórnie, że powinna zacząć go szukać. Była tak skupiona na eksperymencie, bo... Cóż. To on był poniekąd jego pomysłodawcą.

- Hm? - jej myśli gwałtownie zostały ściągnięte z Kniei z powrotem do ich rodzinnej posiadłości. Urlop? Zwiedzanie świata? Przez chwilę wydawało się, że dziewczyna nie ma bladego pojęcia, o czym Ambroise pierdoli - i w zasadzie to te emocje miała wymalowane jak na dłoni. Dopiero gdy wspomniał o stole i zwiewaniu, połączyła kropki. - Tylko ty potrafisz tak skakać z tematu na temat.
Cmoknęła niby to z naganą, ale no nie mogła się na niego gniewać. Bawiło ją to okropnie, bo przecież stereotyp uzdrowiciela był z reguły zupełnie inny, prawda? Poukładany, poważny, konkretny... Roise był trochę tego zaprzeczeniem. Ale był dobry w tym, co robił, więc może miał dwie osobowości? Jedną prawdziwą, a drugą pracową?
- Chcesz zobaczyć? - zapytała podekscytowana, teraz już w ogóle się z tym nie kryjąc. Wstała tak gwałtownie, że papieros który trzymała między palcami wypadł z niezbyt mocnego uścisku i wylądował na stole. Rose jednak tylko prychnęła i machnęła różdżką, którą miała obok na blacie. - Chodź, nie ma czasu!
Różdżka została schowana do jednej z dwóch głębokich kieszeni, a lewa ręka poszybowała szybko w stronę ręki brata. W jednej chwili Roselyn jakby znowu stała się tą malutką dziewczynką, która chce pokazać starszemu bratu, jakiej nowej sztuczki się nauczyła. Z tą różnicą, że teraz tą sztuczką było naprawdę coś, a nie nieudany fikołek na trawie.
- Ale musisz mi obiecać, że dopóki tego nie sprawdzimy, to nikomu nie powiesz, co? - powiedziała nagle, mrużąc niebieskie ślepia. Wyciągnęła mały palec, jakby oczekiwała, że ta dziecinna obietnica ma taką samą wagę, co przysięga wieczysta.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#8
02.09.2024, 22:52  ✶  
To było ciutkę bardziej pocieszające. Przynajmniej mieli jeszcze kilka lat zanim super-gęsi postanowią rzucić się do opanowania świata. Chwilowo najpewniej ewoluowały w swoim podziemiu, zgrzytając nowo nabytymi zębami i zacierając całkowicie mięciutkie piórka na skrzydełkach. Ktoś mógłby pomyśleć, że nawet całkiem uroczo.
- Skądże - odparł sarkastycznie, przełykając tę drobną uszczypliwość ze strony siostrzyczki. - Całą wiedzę opieram na czystych spekulacjach - jeśli ktoś kiedykolwiek by go spytał, nie miał żadnej kosy z gęsiami ani innym drobiem. W końcu był poważnym czystokrwistym czarodziejem. Oni nie brali udziału w żadnych głupich wydarzeniach. Po zachowaniu niektórych można było wręcz uznać, że nawet nigdy nie byli dziećmi. Niczym wprawni gracze w życie, zgrabnie przeskoczyli ten niewygodny etap i od razu osiągnęli słuszną dojrzałość. Mieli doświadczenia z Hogwartu, ale zawsze świecili przykładem i w młodym wieku przewyższali swoich kolegów. Równie dobrze od razu mogli tam uczyć.
- Mężczyzna z głuszy - mruknął, kiwając głową - bez domu, za to także bez wyglądu i bez nazwiska. Okay, da się zrobić - wcale nie chciał zabrzmieć jak dupek. Właściwie to tylko żartował, żeby trochę rozluźnić atmosferę, ale zaledwie minutę później wyciągnął rękę w stronę Rosie i spoważniał. - Spróbuję, okay? Nie będziemy mieszać ojca - umowa była umową. Jeśli Roselyn nie chciała udziału ojca w sprawie, to nie miało go być. Ambroise sądził, że nie mówiła mu kompletnie wszystkiego. Było coś więcej w jej zamyśleniu, co nakazało mu wziąć to pod uwagę, ale zamierzał uszanować jej decyzję.
- Podziękuj za to pacjentom z Munga - beztrosko wzruszył ramionami. - Tak między nami, nawet nie próbuję się do nich umywać. Oni są w tym naturalnie wybitni - o tak, dobrze wiedział, o czym mówi.
Co najlepsze, w żadnym razie nie przesadzał, gdy twierdził, że takiej sprawności w przemykaniu między tematami nie dało się wypracować. Szczególnie wtedy, kiedy pytał o konieczne, ale bardzo niewygodne kwestie, jego pacjenci momentalnie odkrywali dwadzieścia innych rzeczy, o których dosłownie musieli powiedzieć. Nagle mieli jakąś śmieszną opowiastkę o członku rodziny, któremu zdarzyła się podobna sytuacja (ale oczywiście, tamten to był głupszy, prawdziwy nieuważny idiota). Albo potrzebowali zadać szereg bezsensownych pytań. Znajdowali ciekawy widok za oknem. Musieli udać się do łazienki. Do wyboru, do koloru. Greengrass mimowolnie musiał nauczyć się lawirowania między wypowiedziami na różnorakie tematy w taki sposób, żeby móc szybko wrócić do tych najpopularniejszych.
Nawet nie zauważał, kiedy wykorzystywał to poza szpitalem. Tak bardzo weszło mu w krew. Ta pracowa osobowość zaczynała mieszać się z prywatną i na odwrót. Coraz częściej łapał się na tym, że był uzdrowicielem w domu i odwrotnie. Nie, nie domem w uzdrowicielu, oczywiście (choć zawsze nosił kawałek domu w sercu, jasne). Po prostu wykorzystywał swoją bardziej cywilną osobowość zawodowo. Szczególnie podchwytliwe były takie momenty jak ten. Naturalna ciekawość sprawiała, że nietrudno było go wmanewrować w dodatkowe aktywności, nawet jeśli jeszcze przed chwilą bolały go palce od warzenia eliksirów na potrzeby Munga.
Poza tym, tu chodziło o Roselyn, jej osiągnięcia i ich rodzinne interesy. Mógłby być dosłownie wykończony, a i tak nie odmówiłby jej udziału w dowolnym szalonym eksperymencie.
Lubił widzieć błysk w jasnych oczach siostry. Poprawiało mu humor, gdy jaśniały niczym dwa bardzo niebieskie punkciki wody. Cieszyło go, że miała powody, by być podekscytowana, że nadal umiała czerpać radość z życia. Smutek i przytłoczenie nie były u niej naturalnym stanem, dlatego raniło go, gdy widział w niej podobne emocje. Zasługiwała na wszystko, o czym mówiła, każdy sukces i dalsze życzenie. Jeśli komuś miało się udać, to cieszył się, że właśnie jej.
- Jeszcze pytasz? - spapugował jej ekscytację, choć faktycznie czuł się bardzo zainteresowany tym, co stworzyła i odkryła. Może nie był w stanie skakać jak młodociana sarenka, ale bez wahania ujął wyciągniętą rękę Roselyn, wstając od stolika. Herbata i wszystko inne zdecydowanie mogły zaczekać.
- Nikomu, przenikomu, przenigdy - obiecał na mały paluszek, domykając ich układ. - Niech mnie gęsi zjedzą, jeśli będzie inaczej - powiedział poważnie. A chwilę wcześniej uświadomiła go, że miały zęby. Czy musiał dodawać więcej? - Prowadź zatem - wyciągnął do niej rękę, którą wcześniej puścił, żeby nawiązać przysięgę. Jakoś pasował mu ten kontakt. W końcu to była ta wyjątkowa, szczególna okazja.
Czarodziej
Każde drzewo, to okruch wieczności.
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Magibotanik
Szczupła, wysoka dziewczyna (175 cm) o długich ciemnych włosach i dużych, niebieskich oczach. Na pierwszy rzut oka miła i dobrze wychowana, z nienagannymi manierami i pięknym, przyjemnym uśmiechem.

Roselyn Greengrass
#9
03.09.2024, 16:59  ✶  
Gdyby była młodsza, zapewne pokazałaby mu język na to bezczelne papugowanie. Ale była już duża i nawet jeżeli wiedziała, że może tu, w tym otoczeniu, czuć się swobodnie, to jednak coś ją powstrzymywało przed tak dziecinnym zachowaniem. Być może jeszcze sobie nie zdawała z tego sprawy, lecz niedawno coś się w niej zmieniło. Być może ta sprawa na Beltane, o której tylko słyszała? Albo już wcześniej, gdy rozpoczęła się wojna podjazdowa, a zagrożenie zaczęło być realne? A może kilka dni temu, gdy zdała sobie sprawę z tego, że w jej życiu nie było już miejsca na bycie dzieciuchem. Nie oznaczało to, że straciła dziecięcą wiarę w lepsze jutro: bo gdyby tak było, to porzuciłaby nie tylko ten eksperyment, ale i pracę. Nie. To było coś... Coś innego. Być może właśnie przez tę wiarę w lepsze jutro zdecydowała się cisnąć mocniej i w końcu wydorośleć.

Roselyn otoczyła jego dużą dłoń szczupłymi palcami. Uścisk, brew pozorom, miała mocny. Być może to adrenalina dodawała jej animuszu i sił, a być może po prostu chudzi ludzie wcale nie byli takimi słabeuszami, jeśli chodzi o fizyczność? I chociaż Greengrassówna raczej stroniła od przemocy fizycznej, to musiała być wytrzymała, skoro potrafiła zarywać nocki nie tylko w Hogwarcie, lecz i po jego ukończeniu. Słabe osoby o słabym zdrowiu nie dałyby rady.
- Osobiście je na ciebie napuszczę, jeśli komuś powiesz - pociągnęła brata lekko w swoją stronę, robiąc krok w bok. Jeden i drugi, aż w końcu znaleźli się na schodach. Solidnych, choć już odrobinę starych. Nie skrzypiały jednak - były utrzymane w doskonałym stanie. Zupełnie tak jakby drewno, z którego je zrobiono, w jakiś sposób chciało się im odwdzięczyć za opiekę nad sobą samym, gdy jeszcze produkowało tlen. - Znam dobrego hodowcę, który tylko czeka aż będzie mógł wypuścić te krwiożercze bestie na kogoś.
Niby żartowała, ale w zasadzie to nie do końca, bo naprawdę taką osobę znała. Brała od niego jajka i czasem pasztet, gdy matka ją o to poprosiła. Wracała z pracy i zaglądała do niego, a mieszkał całkiem niedaleko, po tej samej stronie Doliny. Co prawda miał zwykły drób i nawet zające i Ambroise zapewne doskonale o tym wiedział, ale no nie mogła tak po prostu zostawić tego tematu.

Cisza jej nie przeszkadzała, szczególnie jeżeli miała obok siebie brata. Posiadłość Greengrassów znajdowała się tuż-tuż obok Kniei, a mimo iż wciąż nie można tam było wchodzić a ją samą opanowały potwory, to jakoś szelest liści i szum w koronach drzew sprawiał, że Roselyn automatycznie się uspokajała.

Teraz jednak było inaczej.

Rose zacisnęła dłoń na dłoni brata, zwalniając na chwilę.
- Wiesz... Mam wrażenie, że Knieja próbuje nas chronić - powiedziała dość ponuro, melancholijnym tonem. Wpatrywała się w ciemną puszczę, pozwalając by wiatr rozwiewał luźne pasemka jej ciemnych włosów. - Przestały do nas mówić. Drzewa. Nie słyszę już tego wołania, które mnie ciągnęło do serca Kniei. Myślisz, że coś im się stało?
Zapytała, zerkając na Ambroise z uwagą. Istniała oczywiście jeszcze jedna opcja: Knieja milczała, bo nie chciała, żeby ktokolwiek z Greengrassów zbliżał się do niej, gdy skrywała tyle niebezpieczeństw.
- Będę chciała tam iść, gdy tylko uda nam się sporządzić ten eliksir - powiedziała w końcu, ciągnąc mężczyznę wzdłuż linii lasu, która mimo iż była stosunkowo daleko, to jakby jednak za blisko. Wciąż byli na terenie posiadłości: Rose nie była na tyle głupia, żeby pchać się do puszczy gdy było w niej tak niebezpiecznie. Musiała więc znaleźć inny sposób na ukrycie tego, co robiła. Kierowała Ambroise do szklarni, w których normalnie pracowali z ojcem. Minęła je jednak, puszczając w końcu dłoń brata. - Dlatego to jest dla mnie tak ważne. Żeby wszystko się udało.
Powiedziała cicho, sięgając do kieszeni po różdżkę. Stanęła o dziwo nie przed szklarnią, a przed stertą spróchniałych desek. Nie zerkając nawet za siebie, nie rozglądając się, zaczęła wodzić różdżką w powietrzu, a każde przecięcie tlenu zostawiało srebrzyste łuki. Roselyn zdejmowała iluzję, która na oczach Ambroise rozsypywała się jak domek z kart, by miast sterty desek nagle przed nimi wyrosła niewielka szklarenka, zdolna pomieścić w porywach do trzech osób.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
03.09.2024, 22:17  ✶  
Te przeklęte gęsi. Nawet w momencie ekscytacji nie mógł o nich zapomnieć. Obrzydliwe ptactwo.
- Chyba nie chcę wiedzieć, gdzie go zapoznałaś - zawyrokował, jak częstokroć wspominał, woląc nie pytać o detale. Nawet we wszystkich absurdalnych żartach kryło się ziarenko prawdy. Niewiele większe od tego, które dołączono w skromnej fioleczce do magazynu. Tym razem ta prawda brzmiała tak:
Roselyn z zatrważającą łatwością przyciąga najdziwniejsze osobliwości świata magii.
Jasne. Rozważał opcję, że chodziło o ich znajomego farmera. Tego, którego lubiła pani Greengrass i z którym ojciec czasami grywał w brydża. Przerażające było to, że równie dobrze Rosie mogło chodzić o kogoś całkiem innego. O człowieka z głuszy, który tym razem zamieniał się nie w niedźwiedzia a w wielką gęś. Mieszkał w stawie, przy którym kiedyś zbierała jadalne bulwy pałek wodnych. Zrobiło jej się go szkoda, rzuciła mu trochę ziaren (bo nie suchy chleb, była zbyt wyedukowana, żeby to był suchy chleb). Tak nawiązali wyjątkową przyjaźń a po dwóch miesiącach sama kupiła mu kilka małych gęsi, by nie był samotny pod jej nieobecność. Dzięki temu teraz wyszedł z biedy, postawił sobie młyn wodny i dalej hodował drób. Ział nienawiścią do społeczeństwa, które bardzo go zawiodło, ale zawsze miał trochę ciasteczek z ziarnami dla Roselyn. Te ciastka to był ich wspólny żarcik. A! Może nie lubił się z Człowiekiem Niedźwiedziem, ale to dlatego, że byli bliźniaczymi braćmi ze związku kaczki z leśną panterą. Któryś był Zły™, ale nie wiadomo, który, bo obaj bardzo lubili jego siostrę.
Dlaczego to brzmiało bardziej prawdopodobnie niż absurdalnie?
Przystosowanie społeczne dziewczyny bywało niepokojąco adaptacyjne. Miała bardzo dobrą intuicję a jednak miał wrażenie, że notorycznie celowo wkładała palce w ogień, żeby dokonać odkrycia jak zaradzić poparzeniom i jakich niestandardowych roślin użyć.
- Knieja to teraz coś więcej niż jeden żywy organizm - zamyślił się. Jako Greengrassowie nie mieli wątpliwości, co do tego, że nie mogli traktować lasu jak zwykłej głuszy. Najprościej było nazwać ją dokładnie tak. Żywy organizm pełen powiązań. System pomniejszych elementów przypominających organy, które tworzyły układy, które tworzyły coś więcej. I tak dalej, i tak dalej. To było najłatwiejsze wyjaśnienie sił władających tymi rejonami prawdopodobnie od zarania dziejów. Drzewa miały duszę. Jedną, wspólną, bijącą tym samym rytmem. Jako opiekunowie puszczy, potrafili usłyszeć ten dźwięk. Ich własne dusze grały tę samą melodię. Taki był naturalny porządek rzeczy i tak powinno być w dalszym ciągu.
Ale Rose miała rację. Jej obawy miały solidne podwaliny. Od czasu pamiętnych wydarzeń, coś zatrzęsło lasem. Zmienił się. Stał się cichszy, mroczniejszy nawet dla tych, którzy nigdy nie obawiali się jego mrocznej strony. Zupełnie tak, jakby wewnątrz nadal niestrudzenie ścierały się ze sobą różne siły. Ta im znana jeszcze nie przegrała, ale osłabła. Nie była już taka sama, stała się poraniona i skażona, ale Ambroise miał wrażenie, że nadal chciała ich chronić. Nawet swoim kosztem, nie pożądając pomocy z ich strony. Rosalyn potwierdziła to, co również siedziało mu w głowie. Knieja próbowała ich chronić a to wymagało odepchnięcia ich od granic głuszy.
Powoli i w zamyśleniu kiwnął głową.
- Nie chcą nas tam - przytaknął temu, co powiedziała chwilę wcześniej, wracając do swojego wcześniejszego wniosku. - Mam wrażenie, że Knieja pęka na naszych oczach. Jakby powstała w niej jakaś głęboka szczelina, osuwisko z bagnem w środku, z którego czerpie jakaś inna siła. Nie nasza znana, pierwotna - ciary przeszły mu po kręgosłupie. Nauczył się nie bać się lasu i ufać temu, co ten próbował przekazać. Ale skąd wiedzieli, czy kiedy drzewa znowu się odezwą, to nie będą fałszywe podszepty? Milczenie lasu napawało go niepokojem. Trudnym do zrozumienia, ale wyraźnym. Nawet teraz czuł każdy włosek na ciele, gdy patrzył na linię puszczy. Daleką i bliską.
- Rozumiem, że tego potrzebujesz - zaczął, podążając za ciągnięciem, ale bardziej sztywniejąc. - Wiesz, że nie będę ci prawić morałów ani zawodzić o Roo, nie idź tam, to śmiertelnie niebezpieczne!, ale muszę spytać. Czy jesteś gotowa na wszystko, co tam zastaniesz? - Spojrzał na nią pociemniałymi zielonymi oczami. Bardzo podobnymi do jej własnych, mimo że w innym kolorze. W ich głębi mogła zobaczyć własne odbicie a także jego niepokój.
Ponownie, nie miał zamiaru jej zatrzymywać. Była dorosłą dziewczynką i im starsza się stawała, tym bardziej widział w niej jakąś wersję siebie. A on by nie odpuścił. Nieważne, co by mu powiedziano. Prośby i groźby były bezcelowe. Dlatego chciał wiedzieć tylko to jedno. Niezależnie od tego, co mogła tam zastać, czy była gotowa na wszystkie możliwe widoki.
- Nie podoba mi się podtekst w twoich słowach - powiedział wprost, delikatnie ściskając jej dłoń. Może był przewrażliwiony, ale ta nuta nie brzmiała za dobrze. - Jakie są szanse, że na mnie szczekasz zanim zrobisz coś durnego w Kniei? - Spytał z uniesionymi brwiami, kiedy Rose zaczęła manewrować różdżką przy prawdopodobnie najgorszej i zarazem najlepszej kryjówce, jaką mogła stworzyć. Nie mógł zdecydować się, którą opinię wyznawał. Ostatecznie przesunął językiem po zębach, zacisnął wargi i aprobująco pokiwał głową.
- Mogłabyś tu robić szemrane interesy - przyznał, bo najpewniej uznałby, że pod spróchniałym drewnem bytuje kolonia robaków a nie dzieją się imponujące odkrycia botaniczne.
- Odkrywcy przodem - przepuścił ją, skłaniając się teatralnie, żeby nie wahała się wpuścić ich do środka.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (6166), Roselyn Greengrass (4783)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa