18.09.2024, 00:10 ✶
Odziedziczone po matce migreny sprawiały, że w dni jak ten, chciał zakopać się w pościeli i nie wychodzić. Kolejny rok życia czekał tuż za rogiem, zupełnie jak niechciany prezent sprzed lat, którego spodziewał się z dzisiejszą poranną pocztą. Eden była gorsza od wszystkich pracowników biura podatkowego, dotrzymywała terminów co do joty i wlewała w to więcej jadu i premedytacji niż ktokolwiek w Departamencie Skarbu byłby w stanie, no, chyba, że on sam, jeżeli bardzo by się postarał.
Dlaczego to dziecko znowu płacze?, pomyślał, gdy kolejna struna bólu pękła boleśnie przyprawiając go o nudności. Kochał syna i staral się dawać mu na tyle ciepłych uczuć, na ile był w stanie - czyli w gruncie rzeczy, niewiele, bo jego własny ojciec przelał jedyne pozytywne emocje jakie miał w gromadę psów razy Borzoi, a matka przy porannej toalecie decydowała czy nakarmi dzieci słowną przemocą czy też absolutną dysocjacją. Lekko płynne żółtka jajek trzęsły się na talerzu, jakoby poruszane donośnym głosem dziecka. Elliott poprawił szlafrok i wziął solindego łyka gorzkiej herbaty, pozostawiając filiżankę do połowy pustą. Odsunął krzesło z niespodziewaną delikatnością, dbając o to, aby żaden dźwięk nie naruszył jego i tak podruzgotanej migreną (i zapewne sporą ilością wlanego w siebie zeszłego wieczoru alkoholu) głowy.
Jadalnia znajdowała się na tyłach kamienicy, jej okna wychodziły na spory, jak na umiejscowienie budynku w samym centrum Londynu, ogród. Prywatna zieleń była odgrodzona od reszty domów oraz ulic wysokim płotem, który porastał bluszcz i ładnie przycięte żywopłoty. Roślinność rzucała cień na zmęczoną letnim słońcem trawę, ale to magia sprawiała, że w kamienicy jak i w ogrodzie nie slychać było odgłosów gwarnego centrum.
Wspiął się po schodach, a grawerowania na ich poręczy wbiły mu się nieprzyjemnie we wnętrze dłoni, gdy potrzebował oparcia. Słońce wkradało się na półpiętro, rzucając kolorowe światło na co ładniejsze części domu - portrety, dywany czy ozdoby.
- Nic dziwnego, że tak płacze, bezdzietne lambadziary nie powinny straszyć go swoją obecnością o tak wczesnej porze. To jego czas drzemki, nie złoży ci życzeń jak jest zaspany. Prawda Nicholas? - spojrzał na syna, jakby ten mial mu odpowiedzieć. W niebieskich oczach zawitała chwila niezrozumienia, choć, trzymane przez Eden dziecko już od dłuższej chwili nie płakało. Zapewne obudził się w złej porze, zaczął łkać, później z pomocą przyszła niania, ale wyprzedziła ją Eden, taki scenariusz założył sobie Elliott. Martwiło go jedynie, że siostra mogła tak łatwo wtargnąć do jego domu, ale w aktualnych okolicznościach postanowił nie poruszać tego tematu.
- Wszystkiego najlepszego, jesteś stara. Przyszłaś przynieść mi tandetny wazon z melodyjką osobiście?- parsknął pod nosem, bo pulsujący ból w skroni wciąż nazbyt naciskał mu na mózg, aby jego myśli były w pełni funkcjonalne.
Blond chłopiec, wciąż trzymany przez bliźniaczkę Elliotta, zachichotał ochoczo, jakby scena, która aktualnie miała miejsce była rozrywką lepszą od teatrów i porozrzucanych w bawialni przedmiotów, mających umilać młodemu Malfoyowi dni.
Dlaczego to dziecko znowu płacze?, pomyślał, gdy kolejna struna bólu pękła boleśnie przyprawiając go o nudności. Kochał syna i staral się dawać mu na tyle ciepłych uczuć, na ile był w stanie - czyli w gruncie rzeczy, niewiele, bo jego własny ojciec przelał jedyne pozytywne emocje jakie miał w gromadę psów razy Borzoi, a matka przy porannej toalecie decydowała czy nakarmi dzieci słowną przemocą czy też absolutną dysocjacją. Lekko płynne żółtka jajek trzęsły się na talerzu, jakoby poruszane donośnym głosem dziecka. Elliott poprawił szlafrok i wziął solindego łyka gorzkiej herbaty, pozostawiając filiżankę do połowy pustą. Odsunął krzesło z niespodziewaną delikatnością, dbając o to, aby żaden dźwięk nie naruszył jego i tak podruzgotanej migreną (i zapewne sporą ilością wlanego w siebie zeszłego wieczoru alkoholu) głowy.
Jadalnia znajdowała się na tyłach kamienicy, jej okna wychodziły na spory, jak na umiejscowienie budynku w samym centrum Londynu, ogród. Prywatna zieleń była odgrodzona od reszty domów oraz ulic wysokim płotem, który porastał bluszcz i ładnie przycięte żywopłoty. Roślinność rzucała cień na zmęczoną letnim słońcem trawę, ale to magia sprawiała, że w kamienicy jak i w ogrodzie nie slychać było odgłosów gwarnego centrum.
Wspiął się po schodach, a grawerowania na ich poręczy wbiły mu się nieprzyjemnie we wnętrze dłoni, gdy potrzebował oparcia. Słońce wkradało się na półpiętro, rzucając kolorowe światło na co ładniejsze części domu - portrety, dywany czy ozdoby.
- Nic dziwnego, że tak płacze, bezdzietne lambadziary nie powinny straszyć go swoją obecnością o tak wczesnej porze. To jego czas drzemki, nie złoży ci życzeń jak jest zaspany. Prawda Nicholas? - spojrzał na syna, jakby ten mial mu odpowiedzieć. W niebieskich oczach zawitała chwila niezrozumienia, choć, trzymane przez Eden dziecko już od dłuższej chwili nie płakało. Zapewne obudził się w złej porze, zaczął łkać, później z pomocą przyszła niania, ale wyprzedziła ją Eden, taki scenariusz założył sobie Elliott. Martwiło go jedynie, że siostra mogła tak łatwo wtargnąć do jego domu, ale w aktualnych okolicznościach postanowił nie poruszać tego tematu.
- Wszystkiego najlepszego, jesteś stara. Przyszłaś przynieść mi tandetny wazon z melodyjką osobiście?- parsknął pod nosem, bo pulsujący ból w skroni wciąż nazbyt naciskał mu na mózg, aby jego myśli były w pełni funkcjonalne.
Blond chłopiec, wciąż trzymany przez bliźniaczkę Elliotta, zachichotał ochoczo, jakby scena, która aktualnie miała miejsce była rozrywką lepszą od teatrów i porozrzucanych w bawialni przedmiotów, mających umilać młodemu Malfoyowi dni.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦