25.11.2024, 14:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.04.2026, 23:23 przez Anthony Shafiq.)
—12/06/1972—
Anglia, Londyn
Anthony Shafiq
![[Obrazek: YwS51XK.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YwS51XK.png)
Anthony Shafiq przemierzał Pokątną w sposób charakterystyczny tylko dla niego – pewny siebie, ale niemal bezszelestny. Jego kroki były wyważone, a spojrzenie chłodne, co skutecznie odgradzało go od otaczającego zgiełku. Zawsze zdawało się, że przestrzeń wokół niego ustępuje mu miejsca, jakby samo powietrze rozumiało, że w jego obecności obowiązuje inne tempo. Dziś jednak czuł większy niż zwykle ciężar myśli. Oto sprowadził sobie nauczycielkę z Kambodży, a musiał mimo wszystko poświęcać swój drogocenny czas na coś tak prymitywnego jak praca. Oczywiście, była to część jego umowy z której musiał się wywiązać. Współpraca i układ w którym obie strony są jak najbardziej zadowolone. On miał szansę w końcu nauczyć się magii bezróżdżkowej, arcymag miał mieć szansę dostać się do europejskiego rynku zbytu, Anglia miała szansę uniezależnić się od partnerów, których oczy coraz mocniej zwrócone były w stronę wewnętrznego konfliktu wykrwawiającego ich społeczność. Same zwycięstwa, po linii najmniejszego oporu, miał ludzi, budował tę sieć od lat, ale pewne listy musiały zostać wysłane, pewne spotkania musiały być odbyte, zanim cała machina skutecznie pójdzie w ruch.
I jeszcze ten paszkwil na jego temat... ale to akurat było najmniejsze zmartwienie. Słyszał, że Stanhope już straciła swoją posadę, co dobrze wróżyło na przyszłość. Co znaczyło, że redakcja Proroka nie jest mu tak nieprzychylna jak sądził.
Ulica była pełna ludzi – matki z dziećmi, kupcy targujący się o składniki eliksirów, dzieci pośród dwudziestolatków z taką samą fascynacją wgapiający się w wystawę sklepów z miotłami. Wszystko to zdawało mu się zlewać w jedną kakofonię, która jednak dla skoncentrowanego umysłu stanowiła ledwie słyszalny poszum. Anthony spoglądał na nich wszystkich z mieszanką obojętności i chłodnej pogardy. Ich życie, choć zapewne pełne codziennych zmagań, wydawało mu się pozbawione jakiejkolwiek głębi, pragnienia samorozwoju i wzrostu. Byli przydatni w miejscach, które pełnili - tego był ponad wszelką wątpliwość pewien. Byli nieprzydatni mu tu i teraz, gdy wychodził z przymiarki, a jego upchany kalendarz za moment przewidywał kolejne spotkanie.
Mimo wszystko, nieco impulsywnie cóż, wciąż był tylko człowiekiem, zwolnił kroku przy kantorze, ciekaw jak po jego kwartalnej nieobecności prezentują się obecne kursy walut. Już dawno przestał być graczem, już dawno przestał zalewać rynek mugolskimi dolarami i funtami, przekierowując swoje wątpliwie moralne pozyskane aktywa w nieruchomości - we francuską winnicę, czy włoskie mieszkanie. Ale zamiłowanie do tabel pozostawało, nie byłby sobą, gdyby nie trzymał ręki na pulsie.
To wtedy zauważył ją – młodą czarownicę stojącą na uboczu, z torbą na ramieniu i twarzą pełną niepokoju. Jej ruchy były chaotyczne, jakby czegoś szukała lub się obawiała. Anthony przez moment zastanawiał się, dlaczego tak bardzo przyciągnęła jego uwagę. Może to jej młodość – wyraziste rysy twarzy, które zdradzały brak doświadczenia, albo nerwowość, która niemal emanowała z każdego jej gestu. Wyglądała raczej na uczennicę, która powinna teraz przygotowywać się do zakończenia roku, aniżeli pełnoprawny dorosły mogący przechadzać się o tej porze roku Pokątną.
Anthony już chciał przyspieszyć kroku, by kontynuować swój spacer, ale dziewczyna ruszyła w jego stronę, zatrzymując go niemal w ostatniej chwili.
– Panie Shafiq, proszę… mogłabym zająć chwilę? – Jej głos był niepewny, ale wyraźnie podszyty nadzieją, że zwróci na nią uwagę.
Zmarszczył brwi, patrząc na nią przez chwilę z wyraźnym dystansem. To, że znała jego nazwisko, zdziwiło go, choć może nie powinno? Jego twarz znów pojawiła się w gazetach, kampania promocyjna garniturów Rosiera ruszała pełną parą. Może jej rodzina miała problem z cłem, lub inną reklamacją złożoną przeciwko urzędowi celnemu, która utknęła na wieczne nigdy na biurku jednego z jego pracowników? Zreflektował się prędko i przybrał zdziwioną, a potem neutralnie uśmiechniętą twarz polityka, który przecież zawsze pomoże strudzonemu obywatelowi. Może po prostu chodziło o autograf?
– Słucham Ciebie, moja droga? – zapytał życzliwie, choć Ci którzy go znali wiedział, że ich poza jest stricte zarezerwowana dla wyborców, absolutnie nikogo bliskiego. Absolutnie nikogo, na kim Anthony'emu prawdziwie by zależało.
Dziewczyna szybko wyciągnęła sakiewkę i otworzyła ją przed nim, ukazując zawartość.
– Chciałam wymienić to na mugolskie funty, ale… nie wiem, czy mam wystarczająco dużo. Może mógłby pan spojrzeć? – Jej prośba zaskoczyła go, ale nie zamierzał o tym mówić. Skinął tylko głową dopytując o ilość wspomnianych funtów, które dziewczyna chciałaby otrzymać z kantoru. Nie miałby problemu z przeliczeniem tego, ale równie dobrze przecież mógł to zrobić pracownik, nie potrzebowała do tego... jego. Powinien odmówić zajęty swoim poważnym życiem, ale skinął tylko głową, na znak że przystaje na jej prośbę, ciekaw gdzie to go zaprowadzi. Chciała wyżebrać od niego brakująca kwotę?
Anthony spojrzał na monety, które dziewczyna wysypała na stolik pobliskiej kawiarenki, czując na plecach niezręczność tej sytuacji. Na pierwszy rzut oka były to zwykłe galeony, sykle i knuty, ale coś w ich wyglądzie od razu go zaniepokoiło. Cóż, znał się na pieniądzach, ale też znał się (a może przede wszystkim) na złocie, jako rasowy samozwańczy smok w ludzkiej skórze, który w podziemiach własnej rezydencji miał swój prywatny skarbiec. Chwycił jeden z nich i obejrzał uważnie, obracając w palcach. Zbyt lekki. Powierzchnia była delikatnie nierówna, jakby odlano ją w pośpiechu. Uderzył monetę o blat stołu, a dźwięk, jaki wydała, potwierdził jego przypuszczenia.
– Są fałszywe – powiedział w końcu, nieco niedbale, jakby opowiadał o kolorze nieba, czy promocji na bagietki w miejscu w którym przystanęli. Odłożył "galeona" na stos i powrócił uwagą do niewiasty. Wtedy zrozumiał.
Dziewczyna spojrzała na niego zszokowana w tak nieudolnie zszokowany sposób, jak było to możliwe. On wraz z grupą krukonów należących do niewielkiego kółka teatralnego był w tym lepszy mając te 13, 14 lat niż ona kiedykolwiek będzie.
– Co? Nie, to niemożliwe! – wykrzyknęła zduszonym głosem, a Anthony pobłażliwie pomyślał, że zdecydowanie powinna popracować nad tym szokiem przed lustrem. Nagle jej nerwowość wydała się absolutnie uzasadniona, szczególnie jeśli było to jedno z jej pierwszych oszustw. Westchnął, widząc, jak desperacko próbuje zaprzeczyć rzeczywistości.
– To bardzo nieetyczne, próbować oszukać państwo, wpuszczając na rynek fałszywe galeony – stwierdził spokojnie, tonem pełnym surowości, w pełnym blasku hipokryzji osoby, która w pewnym momencie była odpowiedzialna za sporą inflację. Te kilka monet nie zmieniłoby nic, on prawie doprowadził gospodarkę do ruiny. Ech, błędy młodości.
– Ja!? Oszustką?! – Jej głos zaczynał drżeć, cała postawa napięła się. – Ale… to... – Jej twarz eksplodowała szkarłatem, pot widocznie ściekał po skroni, a oczy zgubiły skupienie na jednym punkcie rozpaczliwie błądząc w koło w poszukiwaniu ratunku. Nie była w stanie ukryć złości i nic dziwnego, w końcu została zdemaskowana. Nagle jednak odwróciła się i wskazała palcem na goblina stojącego kilka kroków dalej. Tonący brzytwy się chwyta najwidoczniej.
– To on! To on mi nimi zapłaciła za... za... za swetry, które udziergałam dla jego paskudnej goblińskiej rodziny! – krzyknęła, desperacko łapiąc się pierwszej myśli, która przyszła jej do głowy, pierwszego kozła ofiarnego, który znalazł się w zasięgu jej wzroku.
Goblin, który wcześniej obserwował ich rozmowę z wyraźnym zainteresowaniem, nie musiał być mistrzem percepcji, aby zobaczyć co się święci. Nie zamierzając się tłumaczyć z tego fałszywego oskarżenia, rzucił się do biegu. Zniknął między tłumem, kierując się w stronę Nokturnu. Dziewczyna odwróciła się z powrotem do Anthony’ego, jej oczy pełne były łez. Krokodyle kryształy nie przesłaniały jednak gniewu, który dodatkowo nadawał jej obliczu o wiele prawdziwszych odcieni.
– Proszę, musi mi pan pomóc! Jeśli on ucieknie… to moja rodzina nie będzie miała co jeść. – Ocho, czyli jednak żebranie. Anthony westchnął przeciągle, udając, że dał się nabrać na tę całą szopkę:
– To sprawa Brygady Uderzeniowej. Proszę zgłosić tam sprawę, z pewnością funkcjonariusze będą w stanie dojść prawdy o tych... krążkach.– przerwał jej chłodno i obrócił się na pięcie, nie chcąc więcej tracić na to czasu. Ciężar ciszy, ciężar jej spojrzenia wwiercającego się w plecy. Daleko jej było do dobrego fachu złodzieja i fałszerza, do kunsztu Vioricy Zemfir, z której usług znów zamierzał korzystać. Anthony nigdy nie tolerował słabości. Była to lekcja, którą przyswoił wcześnie, jeszcze jako młody chłopiec, uczony przez swojego ojca, że świat jest polem bitwy, a przetrwanie zapewnia bycie specjalistą w swojej dziedzinie. Dążenie do doskonałości.
Daleko tej sytuacji było do charłaka niesłusznie oskarżonego o kradzież. Złapał się na refleksji, jak odmienne były jego reakcje, być może jednak fakt, że ktoś próbował oszukać właśnie jego był kluczowy dla dumnego maga, który miał o sobie bardzo wysokie mniemanie. W tej całej sprawie w ogóle też nie rozważał goblina jako poszkodowanego, choć ten umknął momentalnie, gdy wystrzelił w jego stronę palec oszustki. Być może miał coś na sumieniu, być może po prostu nie chciał dać się w to wmieszać. Miejsce goblinów podług Anthony'ego były w banku i kuźniach, nie wiedział jak mógłby uwierzyć, że tego całego fałszerstwa dokonał właśnie ktoś jego gatunku - te istoty były bardzo precyzyjne w swojej robocie, miały ją we krwi, podobnie jak on miał we krwi bycie politykiem. Oczywiście, ktoś mógłby wskazać na inne funkcje, na tęsknotę serca za podróżowaniem, na właściwości tłamszonej natury, pełne wrażliwości i poetyckości, która odsłoniona przed niewłaściwymi osobami sprowadziłaby na niego momentalnie zgubę.
Anthony był jednak profesjonalistą a swoich dłoniach obracał nie fałszywymi monetami, a przekrętem o globalnej skali. Niegroźnym, pozytywnie rezonującym dla wszystkich zainteresowań, a jednak... etycznie pobudki, którymi się kierował nie były w żadnej mierze szlachetną troską o obywateli wysp.
Tymczasem dziewczyna na Pokątnej była amatorką, małą rybeczką w wielkim oceanie pełnym rekinów, o której istnieniu, jak i o całej sprawie, zapomniał ledwie przekroczywszy próg swojego apartamentu przy Alei Horyzontalnej.
Koniec sesji
![[Obrazek: YwS51XK.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YwS51XK.png)
Anthony Shafiq przemierzał Pokątną w sposób charakterystyczny tylko dla niego – pewny siebie, ale niemal bezszelestny. Jego kroki były wyważone, a spojrzenie chłodne, co skutecznie odgradzało go od otaczającego zgiełku. Zawsze zdawało się, że przestrzeń wokół niego ustępuje mu miejsca, jakby samo powietrze rozumiało, że w jego obecności obowiązuje inne tempo. Dziś jednak czuł większy niż zwykle ciężar myśli. Oto sprowadził sobie nauczycielkę z Kambodży, a musiał mimo wszystko poświęcać swój drogocenny czas na coś tak prymitywnego jak praca. Oczywiście, była to część jego umowy z której musiał się wywiązać. Współpraca i układ w którym obie strony są jak najbardziej zadowolone. On miał szansę w końcu nauczyć się magii bezróżdżkowej, arcymag miał mieć szansę dostać się do europejskiego rynku zbytu, Anglia miała szansę uniezależnić się od partnerów, których oczy coraz mocniej zwrócone były w stronę wewnętrznego konfliktu wykrwawiającego ich społeczność. Same zwycięstwa, po linii najmniejszego oporu, miał ludzi, budował tę sieć od lat, ale pewne listy musiały zostać wysłane, pewne spotkania musiały być odbyte, zanim cała machina skutecznie pójdzie w ruch.
I jeszcze ten paszkwil na jego temat... ale to akurat było najmniejsze zmartwienie. Słyszał, że Stanhope już straciła swoją posadę, co dobrze wróżyło na przyszłość. Co znaczyło, że redakcja Proroka nie jest mu tak nieprzychylna jak sądził.
Ulica była pełna ludzi – matki z dziećmi, kupcy targujący się o składniki eliksirów, dzieci pośród dwudziestolatków z taką samą fascynacją wgapiający się w wystawę sklepów z miotłami. Wszystko to zdawało mu się zlewać w jedną kakofonię, która jednak dla skoncentrowanego umysłu stanowiła ledwie słyszalny poszum. Anthony spoglądał na nich wszystkich z mieszanką obojętności i chłodnej pogardy. Ich życie, choć zapewne pełne codziennych zmagań, wydawało mu się pozbawione jakiejkolwiek głębi, pragnienia samorozwoju i wzrostu. Byli przydatni w miejscach, które pełnili - tego był ponad wszelką wątpliwość pewien. Byli nieprzydatni mu tu i teraz, gdy wychodził z przymiarki, a jego upchany kalendarz za moment przewidywał kolejne spotkanie.
Mimo wszystko, nieco impulsywnie cóż, wciąż był tylko człowiekiem, zwolnił kroku przy kantorze, ciekaw jak po jego kwartalnej nieobecności prezentują się obecne kursy walut. Już dawno przestał być graczem, już dawno przestał zalewać rynek mugolskimi dolarami i funtami, przekierowując swoje wątpliwie moralne pozyskane aktywa w nieruchomości - we francuską winnicę, czy włoskie mieszkanie. Ale zamiłowanie do tabel pozostawało, nie byłby sobą, gdyby nie trzymał ręki na pulsie.
To wtedy zauważył ją – młodą czarownicę stojącą na uboczu, z torbą na ramieniu i twarzą pełną niepokoju. Jej ruchy były chaotyczne, jakby czegoś szukała lub się obawiała. Anthony przez moment zastanawiał się, dlaczego tak bardzo przyciągnęła jego uwagę. Może to jej młodość – wyraziste rysy twarzy, które zdradzały brak doświadczenia, albo nerwowość, która niemal emanowała z każdego jej gestu. Wyglądała raczej na uczennicę, która powinna teraz przygotowywać się do zakończenia roku, aniżeli pełnoprawny dorosły mogący przechadzać się o tej porze roku Pokątną.
Anthony już chciał przyspieszyć kroku, by kontynuować swój spacer, ale dziewczyna ruszyła w jego stronę, zatrzymując go niemal w ostatniej chwili.
– Panie Shafiq, proszę… mogłabym zająć chwilę? – Jej głos był niepewny, ale wyraźnie podszyty nadzieją, że zwróci na nią uwagę.
Zmarszczył brwi, patrząc na nią przez chwilę z wyraźnym dystansem. To, że znała jego nazwisko, zdziwiło go, choć może nie powinno? Jego twarz znów pojawiła się w gazetach, kampania promocyjna garniturów Rosiera ruszała pełną parą. Może jej rodzina miała problem z cłem, lub inną reklamacją złożoną przeciwko urzędowi celnemu, która utknęła na wieczne nigdy na biurku jednego z jego pracowników? Zreflektował się prędko i przybrał zdziwioną, a potem neutralnie uśmiechniętą twarz polityka, który przecież zawsze pomoże strudzonemu obywatelowi. Może po prostu chodziło o autograf?
– Słucham Ciebie, moja droga? – zapytał życzliwie, choć Ci którzy go znali wiedział, że ich poza jest stricte zarezerwowana dla wyborców, absolutnie nikogo bliskiego. Absolutnie nikogo, na kim Anthony'emu prawdziwie by zależało.
Dziewczyna szybko wyciągnęła sakiewkę i otworzyła ją przed nim, ukazując zawartość.
– Chciałam wymienić to na mugolskie funty, ale… nie wiem, czy mam wystarczająco dużo. Może mógłby pan spojrzeć? – Jej prośba zaskoczyła go, ale nie zamierzał o tym mówić. Skinął tylko głową dopytując o ilość wspomnianych funtów, które dziewczyna chciałaby otrzymać z kantoru. Nie miałby problemu z przeliczeniem tego, ale równie dobrze przecież mógł to zrobić pracownik, nie potrzebowała do tego... jego. Powinien odmówić zajęty swoim poważnym życiem, ale skinął tylko głową, na znak że przystaje na jej prośbę, ciekaw gdzie to go zaprowadzi. Chciała wyżebrać od niego brakująca kwotę?
Anthony spojrzał na monety, które dziewczyna wysypała na stolik pobliskiej kawiarenki, czując na plecach niezręczność tej sytuacji. Na pierwszy rzut oka były to zwykłe galeony, sykle i knuty, ale coś w ich wyglądzie od razu go zaniepokoiło. Cóż, znał się na pieniądzach, ale też znał się (a może przede wszystkim) na złocie, jako rasowy samozwańczy smok w ludzkiej skórze, który w podziemiach własnej rezydencji miał swój prywatny skarbiec. Chwycił jeden z nich i obejrzał uważnie, obracając w palcach. Zbyt lekki. Powierzchnia była delikatnie nierówna, jakby odlano ją w pośpiechu. Uderzył monetę o blat stołu, a dźwięk, jaki wydała, potwierdził jego przypuszczenia.
– Są fałszywe – powiedział w końcu, nieco niedbale, jakby opowiadał o kolorze nieba, czy promocji na bagietki w miejscu w którym przystanęli. Odłożył "galeona" na stos i powrócił uwagą do niewiasty. Wtedy zrozumiał.
Dziewczyna spojrzała na niego zszokowana w tak nieudolnie zszokowany sposób, jak było to możliwe. On wraz z grupą krukonów należących do niewielkiego kółka teatralnego był w tym lepszy mając te 13, 14 lat niż ona kiedykolwiek będzie.
– Co? Nie, to niemożliwe! – wykrzyknęła zduszonym głosem, a Anthony pobłażliwie pomyślał, że zdecydowanie powinna popracować nad tym szokiem przed lustrem. Nagle jej nerwowość wydała się absolutnie uzasadniona, szczególnie jeśli było to jedno z jej pierwszych oszustw. Westchnął, widząc, jak desperacko próbuje zaprzeczyć rzeczywistości.
– To bardzo nieetyczne, próbować oszukać państwo, wpuszczając na rynek fałszywe galeony – stwierdził spokojnie, tonem pełnym surowości, w pełnym blasku hipokryzji osoby, która w pewnym momencie była odpowiedzialna za sporą inflację. Te kilka monet nie zmieniłoby nic, on prawie doprowadził gospodarkę do ruiny. Ech, błędy młodości.
– Ja!? Oszustką?! – Jej głos zaczynał drżeć, cała postawa napięła się. – Ale… to... – Jej twarz eksplodowała szkarłatem, pot widocznie ściekał po skroni, a oczy zgubiły skupienie na jednym punkcie rozpaczliwie błądząc w koło w poszukiwaniu ratunku. Nie była w stanie ukryć złości i nic dziwnego, w końcu została zdemaskowana. Nagle jednak odwróciła się i wskazała palcem na goblina stojącego kilka kroków dalej. Tonący brzytwy się chwyta najwidoczniej.
– To on! To on mi nimi zapłaciła za... za... za swetry, które udziergałam dla jego paskudnej goblińskiej rodziny! – krzyknęła, desperacko łapiąc się pierwszej myśli, która przyszła jej do głowy, pierwszego kozła ofiarnego, który znalazł się w zasięgu jej wzroku.
Goblin, który wcześniej obserwował ich rozmowę z wyraźnym zainteresowaniem, nie musiał być mistrzem percepcji, aby zobaczyć co się święci. Nie zamierzając się tłumaczyć z tego fałszywego oskarżenia, rzucił się do biegu. Zniknął między tłumem, kierując się w stronę Nokturnu. Dziewczyna odwróciła się z powrotem do Anthony’ego, jej oczy pełne były łez. Krokodyle kryształy nie przesłaniały jednak gniewu, który dodatkowo nadawał jej obliczu o wiele prawdziwszych odcieni.
– Proszę, musi mi pan pomóc! Jeśli on ucieknie… to moja rodzina nie będzie miała co jeść. – Ocho, czyli jednak żebranie. Anthony westchnął przeciągle, udając, że dał się nabrać na tę całą szopkę:
– To sprawa Brygady Uderzeniowej. Proszę zgłosić tam sprawę, z pewnością funkcjonariusze będą w stanie dojść prawdy o tych... krążkach.– przerwał jej chłodno i obrócił się na pięcie, nie chcąc więcej tracić na to czasu. Ciężar ciszy, ciężar jej spojrzenia wwiercającego się w plecy. Daleko jej było do dobrego fachu złodzieja i fałszerza, do kunsztu Vioricy Zemfir, z której usług znów zamierzał korzystać. Anthony nigdy nie tolerował słabości. Była to lekcja, którą przyswoił wcześnie, jeszcze jako młody chłopiec, uczony przez swojego ojca, że świat jest polem bitwy, a przetrwanie zapewnia bycie specjalistą w swojej dziedzinie. Dążenie do doskonałości.
Daleko tej sytuacji było do charłaka niesłusznie oskarżonego o kradzież. Złapał się na refleksji, jak odmienne były jego reakcje, być może jednak fakt, że ktoś próbował oszukać właśnie jego był kluczowy dla dumnego maga, który miał o sobie bardzo wysokie mniemanie. W tej całej sprawie w ogóle też nie rozważał goblina jako poszkodowanego, choć ten umknął momentalnie, gdy wystrzelił w jego stronę palec oszustki. Być może miał coś na sumieniu, być może po prostu nie chciał dać się w to wmieszać. Miejsce goblinów podług Anthony'ego były w banku i kuźniach, nie wiedział jak mógłby uwierzyć, że tego całego fałszerstwa dokonał właśnie ktoś jego gatunku - te istoty były bardzo precyzyjne w swojej robocie, miały ją we krwi, podobnie jak on miał we krwi bycie politykiem. Oczywiście, ktoś mógłby wskazać na inne funkcje, na tęsknotę serca za podróżowaniem, na właściwości tłamszonej natury, pełne wrażliwości i poetyckości, która odsłoniona przed niewłaściwymi osobami sprowadziłaby na niego momentalnie zgubę.
Anthony był jednak profesjonalistą a swoich dłoniach obracał nie fałszywymi monetami, a przekrętem o globalnej skali. Niegroźnym, pozytywnie rezonującym dla wszystkich zainteresowań, a jednak... etycznie pobudki, którymi się kierował nie były w żadnej mierze szlachetną troską o obywateli wysp.
Tymczasem dziewczyna na Pokątnej była amatorką, małą rybeczką w wielkim oceanie pełnym rekinów, o której istnieniu, jak i o całej sprawie, zapomniał ledwie przekroczywszy próg swojego apartamentu przy Alei Horyzontalnej.
I jeszcze ten paszkwil na jego temat... ale to akurat było najmniejsze zmartwienie. Słyszał, że Stanhope już straciła swoją posadę, co dobrze wróżyło na przyszłość. Co znaczyło, że redakcja Proroka nie jest mu tak nieprzychylna jak sądził.
Ulica była pełna ludzi – matki z dziećmi, kupcy targujący się o składniki eliksirów, dzieci pośród dwudziestolatków z taką samą fascynacją wgapiający się w wystawę sklepów z miotłami. Wszystko to zdawało mu się zlewać w jedną kakofonię, która jednak dla skoncentrowanego umysłu stanowiła ledwie słyszalny poszum. Anthony spoglądał na nich wszystkich z mieszanką obojętności i chłodnej pogardy. Ich życie, choć zapewne pełne codziennych zmagań, wydawało mu się pozbawione jakiejkolwiek głębi, pragnienia samorozwoju i wzrostu. Byli przydatni w miejscach, które pełnili - tego był ponad wszelką wątpliwość pewien. Byli nieprzydatni mu tu i teraz, gdy wychodził z przymiarki, a jego upchany kalendarz za moment przewidywał kolejne spotkanie.
Mimo wszystko, nieco impulsywnie cóż, wciąż był tylko człowiekiem, zwolnił kroku przy kantorze, ciekaw jak po jego kwartalnej nieobecności prezentują się obecne kursy walut. Już dawno przestał być graczem, już dawno przestał zalewać rynek mugolskimi dolarami i funtami, przekierowując swoje wątpliwie moralne pozyskane aktywa w nieruchomości - we francuską winnicę, czy włoskie mieszkanie. Ale zamiłowanie do tabel pozostawało, nie byłby sobą, gdyby nie trzymał ręki na pulsie.
To wtedy zauważył ją – młodą czarownicę stojącą na uboczu, z torbą na ramieniu i twarzą pełną niepokoju. Jej ruchy były chaotyczne, jakby czegoś szukała lub się obawiała. Anthony przez moment zastanawiał się, dlaczego tak bardzo przyciągnęła jego uwagę. Może to jej młodość – wyraziste rysy twarzy, które zdradzały brak doświadczenia, albo nerwowość, która niemal emanowała z każdego jej gestu. Wyglądała raczej na uczennicę, która powinna teraz przygotowywać się do zakończenia roku, aniżeli pełnoprawny dorosły mogący przechadzać się o tej porze roku Pokątną.
Anthony już chciał przyspieszyć kroku, by kontynuować swój spacer, ale dziewczyna ruszyła w jego stronę, zatrzymując go niemal w ostatniej chwili.
– Panie Shafiq, proszę… mogłabym zająć chwilę? – Jej głos był niepewny, ale wyraźnie podszyty nadzieją, że zwróci na nią uwagę.
Zmarszczył brwi, patrząc na nią przez chwilę z wyraźnym dystansem. To, że znała jego nazwisko, zdziwiło go, choć może nie powinno? Jego twarz znów pojawiła się w gazetach, kampania promocyjna garniturów Rosiera ruszała pełną parą. Może jej rodzina miała problem z cłem, lub inną reklamacją złożoną przeciwko urzędowi celnemu, która utknęła na wieczne nigdy na biurku jednego z jego pracowników? Zreflektował się prędko i przybrał zdziwioną, a potem neutralnie uśmiechniętą twarz polityka, który przecież zawsze pomoże strudzonemu obywatelowi. Może po prostu chodziło o autograf?
– Słucham Ciebie, moja droga? – zapytał życzliwie, choć Ci którzy go znali wiedział, że ich poza jest stricte zarezerwowana dla wyborców, absolutnie nikogo bliskiego. Absolutnie nikogo, na kim Anthony'emu prawdziwie by zależało.
Dziewczyna szybko wyciągnęła sakiewkę i otworzyła ją przed nim, ukazując zawartość.
– Chciałam wymienić to na mugolskie funty, ale… nie wiem, czy mam wystarczająco dużo. Może mógłby pan spojrzeć? – Jej prośba zaskoczyła go, ale nie zamierzał o tym mówić. Skinął tylko głową dopytując o ilość wspomnianych funtów, które dziewczyna chciałaby otrzymać z kantoru. Nie miałby problemu z przeliczeniem tego, ale równie dobrze przecież mógł to zrobić pracownik, nie potrzebowała do tego... jego. Powinien odmówić zajęty swoim poważnym życiem, ale skinął tylko głową, na znak że przystaje na jej prośbę, ciekaw gdzie to go zaprowadzi. Chciała wyżebrać od niego brakująca kwotę?
Anthony spojrzał na monety, które dziewczyna wysypała na stolik pobliskiej kawiarenki, czując na plecach niezręczność tej sytuacji. Na pierwszy rzut oka były to zwykłe galeony, sykle i knuty, ale coś w ich wyglądzie od razu go zaniepokoiło. Cóż, znał się na pieniądzach, ale też znał się (a może przede wszystkim) na złocie, jako rasowy samozwańczy smok w ludzkiej skórze, który w podziemiach własnej rezydencji miał swój prywatny skarbiec. Chwycił jeden z nich i obejrzał uważnie, obracając w palcach. Zbyt lekki. Powierzchnia była delikatnie nierówna, jakby odlano ją w pośpiechu. Uderzył monetę o blat stołu, a dźwięk, jaki wydała, potwierdził jego przypuszczenia.
– Są fałszywe – powiedział w końcu, nieco niedbale, jakby opowiadał o kolorze nieba, czy promocji na bagietki w miejscu w którym przystanęli. Odłożył "galeona" na stos i powrócił uwagą do niewiasty. Wtedy zrozumiał.
Dziewczyna spojrzała na niego zszokowana w tak nieudolnie zszokowany sposób, jak było to możliwe. On wraz z grupą krukonów należących do niewielkiego kółka teatralnego był w tym lepszy mając te 13, 14 lat niż ona kiedykolwiek będzie.
– Co? Nie, to niemożliwe! – wykrzyknęła zduszonym głosem, a Anthony pobłażliwie pomyślał, że zdecydowanie powinna popracować nad tym szokiem przed lustrem. Nagle jej nerwowość wydała się absolutnie uzasadniona, szczególnie jeśli było to jedno z jej pierwszych oszustw. Westchnął, widząc, jak desperacko próbuje zaprzeczyć rzeczywistości.
– To bardzo nieetyczne, próbować oszukać państwo, wpuszczając na rynek fałszywe galeony – stwierdził spokojnie, tonem pełnym surowości, w pełnym blasku hipokryzji osoby, która w pewnym momencie była odpowiedzialna za sporą inflację. Te kilka monet nie zmieniłoby nic, on prawie doprowadził gospodarkę do ruiny. Ech, błędy młodości.
– Ja!? Oszustką?! – Jej głos zaczynał drżeć, cała postawa napięła się. – Ale… to... – Jej twarz eksplodowała szkarłatem, pot widocznie ściekał po skroni, a oczy zgubiły skupienie na jednym punkcie rozpaczliwie błądząc w koło w poszukiwaniu ratunku. Nie była w stanie ukryć złości i nic dziwnego, w końcu została zdemaskowana. Nagle jednak odwróciła się i wskazała palcem na goblina stojącego kilka kroków dalej. Tonący brzytwy się chwyta najwidoczniej.
– To on! To on mi nimi zapłaciła za... za... za swetry, które udziergałam dla jego paskudnej goblińskiej rodziny! – krzyknęła, desperacko łapiąc się pierwszej myśli, która przyszła jej do głowy, pierwszego kozła ofiarnego, który znalazł się w zasięgu jej wzroku.
Goblin, który wcześniej obserwował ich rozmowę z wyraźnym zainteresowaniem, nie musiał być mistrzem percepcji, aby zobaczyć co się święci. Nie zamierzając się tłumaczyć z tego fałszywego oskarżenia, rzucił się do biegu. Zniknął między tłumem, kierując się w stronę Nokturnu. Dziewczyna odwróciła się z powrotem do Anthony’ego, jej oczy pełne były łez. Krokodyle kryształy nie przesłaniały jednak gniewu, który dodatkowo nadawał jej obliczu o wiele prawdziwszych odcieni.
– Proszę, musi mi pan pomóc! Jeśli on ucieknie… to moja rodzina nie będzie miała co jeść. – Ocho, czyli jednak żebranie. Anthony westchnął przeciągle, udając, że dał się nabrać na tę całą szopkę:
– To sprawa Brygady Uderzeniowej. Proszę zgłosić tam sprawę, z pewnością funkcjonariusze będą w stanie dojść prawdy o tych... krążkach.– przerwał jej chłodno i obrócił się na pięcie, nie chcąc więcej tracić na to czasu. Ciężar ciszy, ciężar jej spojrzenia wwiercającego się w plecy. Daleko jej było do dobrego fachu złodzieja i fałszerza, do kunsztu Vioricy Zemfir, z której usług znów zamierzał korzystać. Anthony nigdy nie tolerował słabości. Była to lekcja, którą przyswoił wcześnie, jeszcze jako młody chłopiec, uczony przez swojego ojca, że świat jest polem bitwy, a przetrwanie zapewnia bycie specjalistą w swojej dziedzinie. Dążenie do doskonałości.
Daleko tej sytuacji było do charłaka niesłusznie oskarżonego o kradzież. Złapał się na refleksji, jak odmienne były jego reakcje, być może jednak fakt, że ktoś próbował oszukać właśnie jego był kluczowy dla dumnego maga, który miał o sobie bardzo wysokie mniemanie. W tej całej sprawie w ogóle też nie rozważał goblina jako poszkodowanego, choć ten umknął momentalnie, gdy wystrzelił w jego stronę palec oszustki. Być może miał coś na sumieniu, być może po prostu nie chciał dać się w to wmieszać. Miejsce goblinów podług Anthony'ego były w banku i kuźniach, nie wiedział jak mógłby uwierzyć, że tego całego fałszerstwa dokonał właśnie ktoś jego gatunku - te istoty były bardzo precyzyjne w swojej robocie, miały ją we krwi, podobnie jak on miał we krwi bycie politykiem. Oczywiście, ktoś mógłby wskazać na inne funkcje, na tęsknotę serca za podróżowaniem, na właściwości tłamszonej natury, pełne wrażliwości i poetyckości, która odsłoniona przed niewłaściwymi osobami sprowadziłaby na niego momentalnie zgubę.
Anthony był jednak profesjonalistą a swoich dłoniach obracał nie fałszywymi monetami, a przekrętem o globalnej skali. Niegroźnym, pozytywnie rezonującym dla wszystkich zainteresowań, a jednak... etycznie pobudki, którymi się kierował nie były w żadnej mierze szlachetną troską o obywateli wysp.
Tymczasem dziewczyna na Pokątnej była amatorką, małą rybeczką w wielkim oceanie pełnym rekinów, o której istnieniu, jak i o całej sprawie, zapomniał ledwie przekroczywszy próg swojego apartamentu przy Alei Horyzontalnej.