• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [czerwiec 1972, sen] When Love Takes Flight || Geraldine & Ambroise

[czerwiec 1972, sen] When Love Takes Flight || Geraldine & Ambroise
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
04.04.2025, 23:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 23:27 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic IV

Był przepiękny marcowy poranek. Gęsty śnieg, jaki spadł tej zimy zaczął gwałtownie topnieć. Prócz malejących zasp, wszędzie dookoła rozlewały się kałuże wody, która parowała w wyjątkowo ciepłych promieniach słonecznych. Niebo było zupełnie bezchmurne, pozbawione choćby jednego obłoczka. Temperatura sięgała aż piętnastu stopni, co zazwyczaj nie zdarzało się o tej porze roku w ich klimacie, jednak ten dzień był przecież wyjątkowy, prawda?
Wysoki jak dąb, z burzą lokowanych blond włosów przypominających lwią grzywę, zmierzał energicznym krokiem w stronę swojego ulubionego miejsca - boiska Quidditcha, na którym umówił się tuż po pospiesznie zjedzonym śniadaniu. Jego czerwona peleryna (dumnie noszony element uniformu drużyny Gryffindoru) powiewała na wietrze, od czasu do czasu owijając mu się wokół rozbudowanej klatki piersiowej, której mięśnie odznaczały się pod obcisłym t-shirtem. Tak ciemnoczerwonym, że niemalże czarnym.
Pod lewym ramieniem trzymał najnowszą miotłę. Jeszcze nie dosiadaną. Świeżutki prezent. Zupełnie nowy, personalizowany model aż proszący się o to, żeby go wypróbować, co też oczywiście zamierzał zrobić. Tyle tylko, że nie sam. W końcu takie chwile warto było przeżywać w jak najlepszym towarzystwie, nieprawdaż? No właśnie.
Miał świetny humor. W końcu już niedługo zamierzał zaliczyć długo wyczekiwany lot próbny. Gładko ogolone lico lśniło w promieniach słońca a w jego zielonych oczach migotał błysk, który zdradzał, że Roise jest gotowy na wszystko, co przyniesie ten dzień.
Wstał z samego rana, był jedną z pierwszych osób zasiadających do śniadania w Wielkiej Sali, dzięki czemu teraz mógł bez pośpiechu przemierzać boisko na ukos, od czasu do czasu przeskakując przez kałużę. Czuł się dobrze w swoim ciele a jego pewność siebie była zaraźliwa.
Zawołał ją. Jego ciepły i lekko zachrypnięty od papierosów głos poniósł się echem po boisku. Burza lokowanych blond włosów, przypominająca lwia grzywę, falowała na wietrze, gdy energicznym krokiem skręcił w kierunku Geraldine, już z daleka machając do niej ręką uniesioną wysoko w górę.
Ubrany w sportowe ubrania, które idealnie podkreślały jego szerokie bary i wąskie biodra, i typową trochę krótszą pelerynkę Obrońcy, prezentował się jak żywy symbol swojego domu. Uśmiech, który zagościł na jego twarzy na widok dziewczyny był szeroki i szczery. Nie do podrobienia. Wyszczerzył się zawadiacko, ukazując białe zęby, których jasność kontrastowała z jego opaloną, złotobrązową skórą.
Czuł jak radość zalewa jego serce, gdy zbliżał się do niej a wiatr lekko muskał jego twarz. Był jej najlepszym przyjacielem... ...a może nawet kimś więcej? Podświadomie liczył, że tak, chociaż nigdy nie miał odwagi tego wyznać.
Podczas gdy zbliżał się do dziewczyny przez zalane słońcem boisko, w myślach rozważał, czy dzisiaj w końcu wyjawi swoje uczucia, czy może jednak znów zadowoli się tym, co mają. Tą niezwykłą więzią, która łączyła ich od lat, a która w ostatnim czasie zaczęła trochę mu ciążyć.
Znał Geraldine. Znał każdą mikroekspresję, jaka bezwiednie pojawiała się na twarzy dziewczyny. Rozumiał praktycznie każdy gest. Był w stanie przewidzieć to, co zamierzała mu powiedzieć. Znał odpowiedź na pytanie zanim w ogóle jej je zadał. Potrafił kończyć za nią zdania lub wręcz odwrotnie: rozpoczynać wypowiedź, gładko oddając Rinie możliwość postawienia kropki nad i.
Ich relacja była silna, zbudowana na wspólnych chwilach. Mniejszych i większych tajemnicach. Na niemalże całkowitej szczerości i tej bezgranicznej przyjaźni, której nic nie było w stanie zaburzyć. Jednak dzisiaj w świetle marcowego słońca wszystko wydawało się inne.
Był najlepszym przyjacielem, jakiego można sobie wymarzyć, ale dzisiaj w powietrzu unosiła się inna atmosfera. Może to była ta szczególna energia, która pojawia się, gdy najlepsi przyjaciele stają się czymś więcej? Cholera wie.
W każdym razie, ten dzień wydawał się być prawie stworzony do tego, by stać się tym wymarzonym przełomowym momentem. Okazją do tego, by ich przyjaźń mogła przerodzić się w coś znacznie głębszego. Ten marcowy poranek miał potencjał, by stać się niezapomnianym. Szczególnie, że po południu mieli grać ostatni poważny mecz w tym sezonie.
Słońce świeciło jak na zamówienie a rześkie powietrze wypełnione było zapachem świeżo skoszonej trawy, a jednak w idealnej atmosferze wczesnego ranka kryło się coś jeszcze.
Coś, co narastało od dłuższego czasu. Coś, co prawdopodobnie powinno znaleźć ujście już wiele lat temu, ale nigdy się tak nie stało.
- Znowu ktoś oblał cię jakimś eliksirem, hm, Myosotis? - Zapytał z figlarnym błyskiem w oku, podchodząc bliżej i machając brodą w kierunku jej fryzury.
Jego radosny ton sprawił, że atmosfera wokół nich stała się jeszcze bardziej przyjemna. Piękny dzień, nieprawdaż?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
05.04.2025, 21:01  ✶  

Był to jeden z tych wyjątkowych dni. Słońce wydawało się świecić jaśniej niż zwykle, pogoda dopisywała, było zdecydowanie cieplej niż każdego, innego marcowego dnia. Jakby cały świat wiedział, że to będzie dzień inny niż wszystkie inne. Nie wiedzieć czemu. Wszystko wokół świadczyło o tym, że coś niesamowitego się dzisiaj wydarzy.

Yaxleyówna znalazła się na boisku dość wcześnie. Miała w zwyczaju tak robić. Śniadanie? Raczej nie wydawało jej się potrzebne, chwyciła coś w locie nim znalazła się w miejscu, które najbardziej kochała. W końcu tutaj mogła być sobą, nikomu nie przeszkadzały jej niebieskie włosy, czy dość kontrowersyjny wygląd. Liczyły się tylko i wyłącznie jej wyjątkowe umiejętności związane z lataniem na miotle.

Właśnie dlatego uwielbiała boisko. Mogła być tutaj sobą, nikt jej nie oceniał, nikt nie czepiał się podejmowanych przez nią decyzji, raczej wszyscy wydawali się je akceptować, nie dało się nie zauważyć, że kiedy znajdowała się na miotle zawsze wiedziała, co ma robić. Nie bez powodu została ścigającą, mało kto mógł ją dogonić, co w tym przypadku było ogromną przewagą.

Latała niemalże cały poranek. Musiała się rozgrzać, żeby nie daj Morgano nie pokazać się z gorszej strony. Musiała być w formie - zawsze. To było dla niej najważniejsze, może niczym innym się szczególnie nie przejmowała, jeśli jednak chodziło o quidditch to zawsze podchodziła do niego bardzo poważnie.

Wiatr plątał jej niebieskie włosy, cóż, kolejna zabawa eliksirami na zmianę koloru włosów. Wydawało jej się, że tym razem wyszło nie najgorzej, chyba lepiej było jej w tym niebieskim niż różowym, o który pokusiła się ostatnim razem. Może ten błękit nieco gryzł się z jej czerwoną peleryną, ale idealnie pasował do oczu dziewczyny. Coś za coś. Nie można było mieć wszystkiego, prawda?

Dostrzegła go, kiedy tylko pojawił się na boisku. Nie dało się nie zauważyć tej jasnej czupryny, którą wiatr rozwiewał we wszystkie strony, wydawała się nabierać zupełnie nowego blasku w świetle tego wiosennego słońca. Serce zabiło jej szybciej, ale chyba nie powinno, czyż nie? Przyjaźnili się z Ambroisem od lat, grali w jednej drużynie, mogli sobie ufać, nie powinna na niego patrzeć w ten sposób, ale jednak to robiła. Nie miała pojęcia, kiedy się to zaczęło, kiedy serce zaczęło jej szybciej bić, gdy zaczął pojawiać się tuż obok. Starała się to ignorować, udawać, że tego nie widzi, jednak jak długo właściwie mogła się oszukiwać? Wiedziała, że ma ją tylko za przyjaciółkę, nie zamierzała tego zmieniać, zamiast tego wolała się skupić na tym, aby nadal świetnie dogadywali się podczas gry, jak i poza boiskiem. Ceniła jego obecność, wiedziała, że zawsze może na niego liczyć, dlatego też chowała bardzo głęboko swoje uczucia.

Przecież był bożyszczem, nigdy nie spojrzałby na kogoś takiego jak ona. Miała oczy, wiedziała, jak to wszystko wygląda. Wiedziała, gdzie było jej miejsce.

Zamiast mu odmachiwać zniżyła tor swojego lotu i zatrzymała się tuż przed nim, całkiem zgrabnie. Przywitała go ogromnym uśmiechem, co nie było niczym nadzwyczajnym - zawsze w ten sposób reagowała na jego obecność. Policzki miała rumiane od wiatru, ale, czy na pewno tylko od niego? Cóż, musiała się uspokoić, wiedziała, że nie powinna reagować inaczej niż zwykle na jego obecność, ale prezentował się tak niesamowicie, że trudno było być na to obojętnym. Wiatr rozwiewał jego jasne włosy, zawiesiła wzrok na krótką chwilę na jego klatce piersiowej, nie dało się dostrzec przez tą obcisłą koszulkę tych wyraźnie zarysowanych mięśni... Nie dziwiła się, że był ulubieńcem tłumów.

- Tak się składa, że sama go zastosowałam. - Odruchowo spojrzała na końcówki swoich włosów. Czyżby nie podobał się mu ich kolor? Nie, że powinno ją to obchodzić, ale może trochę obchodziło? - Nie podobają ci się? - Głos jej zadrżał, może faktycznie to była przesada. Lubiła się wyróżniać i wzbudzać kontrowersje, bo wiedziała, że i bez tego ludzie lubili gadać o tym, jaka to była dziwna, czyżby tym razem przegięła?

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
05.04.2025, 22:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2025, 22:24 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Słońce wisiało wysoko na niebie, oblewając całe boisko Quidditcha złotym blaskiem. W tych promieniach stał on: wybitny przedstawiciel drużyny Gryffindoru. Przyszła gwiazda światowej ligi. Chłopak, który mógłby z łatwością zdobyć serce każdej dziewczyny w szkole.
Tylko nie tej, której pragnął najbardziej. W jej obliczu cała jego pewność siebie nagle znikała niczym bańka mydlana niesiona wiatrem tylko po to, aby pęknąć w zetknięciu z gałęzią drzewa dębu.
Jak na ironię - tego, które i on zdecydowanie przypominał. Jego sylwetka była bowiem wyjątkowo wysoka i umięśniona a opalona skóra lśniła jak piasek na pustyni. Długie, blond włosy opadały mu na czoło, dodając mu nieco nonszalanckiego uroku. Tego, o którego zachowanie musiał w tej chwili dbać po tysiąckroć razy mocniej, bezwiednie trochę zbyt mocno napinając rozbudowane mięśnie.
Zawsze trzymał się sztywno, emanując pewnością siebie. Zupełnie tak, jakby świat był jego placem zabaw a on był królem tej piaskownicy. Cholernym lwem w złotej koronie. Więc dlaczego przy Yaxleyównie miał ochotę zachowywać się jak nastroszone kocię, nie za bardzo wiedzące, co powinno zrobić?
W ostatnich tygodniach coraz bardziej się to nasilało. Nie wiedział, co powinien zrobić z dłońmi, odruchowo pragnąc korzystać z każdej możliwej okazji, by dotknąć nimi jej policzka albo całkowicie przypadkiem musnąć opuszką pełne wargi. Te, które aż prosiły się, by je całować, czego przecież nie mógł zrobić, prawda? Bo byli przyjaciółmi.
Właśnie teraz, żeby nie musieć walczyć ze sobą po raz kolejny, odruchowo oparł się na miotle, którą chwilę temu trzymał pod pachą. Już chwilę później z leniwym, kocim spojrzeniem obserwował nadlatującą swoją najlepszą przyjaciółkę.
Jego oczy, jasne jak liście drzew skąpanych w promieniach słońca w bezchmurny dzień, skupiały się na jej sylwetce, gdy zbliżała się do niego z uśmiechem, który zawsze sprawiał, że jego serce biło trochę szybciej. Włosy dziewczyny były intensywnie niebieskie, rozwiane wiatrem, co dodawało jej niezwykłej urody. Wyglądała zupełnie niczym leśna driada. Jak boginka. Niezapominajka. Myosotis, czyż nie? Dokładnie tak ją nazwał, gdy wreszcie znalazła się przed nim, tak gładko lądując na ziemi, jakby była ptakiem stworzonym do lotu. Białą mewą o skórze jasnej niczym mleko. Nic dziwnego, że piła tylko czarną, smoliście ciemną kawę bez cukru. Sama była dostatecznie słodka. Jak lody śmietankowe podawane w lodziarni w Hogsmeade.
Słysząc jej pytanie, odruchowo uniósł brew a na jego twarzy pojawił się lekki uśmieszek. Pokręcił głową z niedowierzaniem, jakby nie mógł pojąć jak można tak często, całkowicie celowo zmieniać swój wygląd. Raz po raz. Co miało być następne? Intensywnie wiśniowa czerwień? Bez wątpienia pasowałaby do barw Gryffindoru.
Nie dało się bowiem ukryć, że te jej intensywnie niebieskich włosów, które falowały na wietrze niczym tafla krystalicznie czystej laguny podczas ciepłego, letniego dnia, trochę zbyt mocno kontrastowały z barwami ich drużyny. Jego wargi wygięły się w figlarnym uśmiechu a oczy zalśniły łobuzerskim blaskiem.
- Zamierzasz przepisać się do Ravenclawu, Myosotis? - Spytał w pierwszej chwili, całkiem celowo ignorując pytanie, jakie my zadała.
Oczywiście, że nie zamierzał odpuścić sobie okazji do tego, żeby odnieść się do tej zmiany. Zawsze to robił, czyż nie? Komentował każdą drobnostkę, nawet najmniejszy szczegół. Nic nie było w stanie umknąć jego sokolemu wzrokowi.
Tak dobremu, że gdyby nie naturalne męskie instynkty nakazujące mu zajęcie pozycji obrońcy, mógłby zostać najlepszym szukającym w historii szkoły. Wielokrotnie mu to sugerowano, proponując nawet objęcie dwóch pozycji na raz, bowiem podołałby temu bez cienia wątpliwości.
Tyle tylko, że w jego naturze nie leżało beztroskie bujanie w obłokach. O nie. On był opoką. Skałą.
Jak dobrze by nie wyglądała (a wyglądała wyjątkowo dobrze) po prostu nie byłby sobą, gdyby nie powiedział czegoś kontrowersyjnego na temat tej najnowszej zmiany. Czegoś, co bez wątpienia nie mogło zabrzmieć tak banalnie jak ten kolor wyjątkowo pasuje ci do oczu. Nawet, jeśli tęczówki Geraldine były równie intensywnie niebieskie, co jej gęste pukle.
Teraz, dzięki nowej barwie długich kosmyków, znacznie bardziej nasuwające na myśl kolor kamieni szlachetnych. Lapis lazuli? A może szmaragdu? Jej oczy świeciły w słońcu niczym dwie górskie sadzawki, w których z powodzeniem mógłby zatonąć, gdyby tylko spoglądał na nie zbyt długo.
Już teraz mimowolnie się na tym przyłapał, niemal natychmiast odwracając spojrzenie, żeby nie wyjść na nazbyt nachalnego. Być może wobec wszystkich innych był nawet aż nazbyt otwarty, ale Geraldine... Geraldine Yaxley to była inna sprawa.
Zawiesił wzrok na intensywnie różanym rumieńcu dziewczyny, starając się nie wyglądać przy tym na zbyt spiętego. Przynajmniej nie w tym niewłaściwym sensie, ponieważ nie dało się ukryć, że jednocześnie mimowolnie napiął mięśnie brzucha, odruchowo wypinając pierś do przodu i unosząc podbródek. Nie za wysoko, lecz na tyle, by spojrzeć na dziewczynę pod właściwym kątem.
W dalszym ciągu opierając się o miotłę, zawisł nad Yaxleyówną, patrząc na nią z góry (była taka drobna i malutka, nawet jeśli jej ciało pozostawało przy tym giętkie i wyrzeźbione) i posyłając jej szeroki uśmiech. Jego proste, idealnie równe, śnieżnobiałe zęby kolejny raz zalśniły w słońcu, kontrastując z opalenizną.
Złotobrązową, podkreślającą gładką fakturę rozgrzanej słońcem skóry pozbawionej jakichkolwiek skaz. No, chyba że wzięłoby się pod uwagę konstelację piegów znaczącą nos i ogorzałe od słońca policzki chłopaka. Te cholerne piegi były jego największym przekleństwem. Nigdy ich nie lubił.
Przynajmniej nie u siebie, bo te na twarzy jego najdroższej przyjaciółki były zupełnie innym widokiem. Pasowały do niej jak ulał, nawet skryte pod pocałunkami wiatru. Zazdrościł mu. Był zazdrosny o te chłodne marcowe podmuchy, bo mogły muskać jej skórę, nie przejmując się odrzuceniem.
Myśląc o tym, stłumił westchnienie, po czym przybrał jeszcze bardziej rozluźnioną postawę, spoglądając z góry na dziewczynę i wzruszając ramionami. Była drobniutka jak ptaszyna. Zupełnie niczym jego papużka nierozłączka. Pasowała do tego określenia nawet tymi licznymi kolorami włosów, jakie zmieniała praktycznie za każdym razem, kiedy ją widział. Choć przecież widywali się bardzo często.
- Hm, nie jestem pewien, czy nie wolałem cię w różowych włosach. Ale jeśli ten kolor ma na celu przyciągnięcie mojej uwagi, to musisz wiedzieć, że preferowałbym zieleń. Intensywnie zieloną zieleń. Taką ciemną. Tę w rodzaju drzewka na Yule. Wtedy mógłbym coś na tobie zawiesić. Może nawet oko - odpowiedział, z uśmiechem, który zdradzał, że żartuje, ale w jego oczach czaiło się coś więcej.
Choć z jego ust popłynęła zaczepna odpowiedź a w zielonych tęczówkach błyszczał błysk, który sugerował, że Roise dobrze się bawi... ...choć wiedział, że dziewczyna traktuje go prawie jak brata... ...nie mógł powstrzymać się od flirtu. W końcu w ich przyjaźni zawsze wybrzmiewała ta drobna nutka rywalizacji a on uwielbiał ją podsycać. Przynajmniej z pozoru nie mając przy tym żadnych zdrożnych intencji. Bo czemu miałby je mieć?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
05.04.2025, 22:56  ✶  

Nie dało się nie zauważyć tego, że to właśnie Ambroise był najbardziej popularną gwiazdą drużyny quidditcha. Nikt nie mógł mu się równać, wznosił wokół siebie taką aurę... Zwycięzcy? Gwiazdy? Yaxleyówna nie wiedziała, jak właściwie można by to określić. Był najpopularniejszym graczem w szkole, to było niezaprzeczalne, a to z nią się przyjaźnił. Była szczęściarą, czyż nie? Szkoda tylko, że przez to nigdy nie mogła sięgnąć po więcej. Tak właściwie to nie powinna nawet o tym myśleć, bo to mogłoby popsuć to, co było między nimi. Musiała się skupić na tym, aby utrzymać ten rodzaj znajomości, dzięki temu mogła mieć go blisko, zawsze przy sobie. Nie potrzebowała niczego więcej (ta, jasne).

Zwłaszcza, gdy patrzyła się na ten śnieżnobiały uśmiech, to wspaniałe wyrzeźbione ciało, o którym mogła tylko pomarzyć. Doskonale wiedziała, gdzie jest jej miejsce w hierarchii, na szczęście, bo jeszcze zrobiłaby coś bardzo głupiego.

Roześmiała się perlistym śmiechem, gdy usłyszała jego kolejne słowa. Do tych wszystkich jego zalet warto było dopisać to wyjątkowe poczucie humoru, jakże ktoś mógł być, aż tak idealny? Nie wiedziała, nie miała pojęcia, ale nie znała drugiej tak wyjątkowej osoby jak on, jakże szkoda, że od zawsze byli swoimi bliskimi przyjaciółmi. Czuła, że wiele traci poprzez te ramy znajomości, które pojawiły się dawno temu, nie był to jednak moment, aby to zmieniać, to nigdy nie miało zastąpić. Zawsze miała być tylko i wyłącznie jego najlepszą przyjaciółką z drużyny. - Nie sądzę, żeby mnie tam przyjęli. Wiesz jak jest, ponoć tam cenią umysł, czy coś. - Nigdy w życiu nie wpadłaby na podobny pomysł. Przecież była Gryfonką, z krwi i kości, najbardziej gryfońską niewiastą z możliwych i on zdawał sobie z tego sprawę, przecież ją znał, jak nikt inny. Może te niebieskie włosy nie do końca o tym świadczyły, ale to była tylko i wyłącznie chwilowa zabawa, może kolejnym kolorem po który sięgnie będzie czerwień? Właściwie dlaczego by nie, jeszcze nigdy nie miała jej na swoich włosach.

Oczywiście, że skomentował tę zmianę, miała wrażenie, że zauważał każdą różnicę w jej wyglądzie, nawet tą najmniej widoczną, jakby naprawdę ją widział, całą jaka stała przed nim. Tak chyba robili przyjaciele, prawda? Dostrzegali wszystkie, nawet te najmniej widoczne zmiany, a Ambroise był najlepszym przyjacielem z możliwych. Szkoda, że przy tym wyglądał tak, że mogłaby go schrupać, w każdym momencie, w każdej chwili. Mrugnęła kilka razy, aby wyzbyć się tych nieczystych myśli, nie powinna traktować go w ten sposób, bo przecież byli przyjaciółmi.

Tyle, że jego opalona skóra, wyrzeźbione mięśnie, ta wspaniała, jasna czupryna się o to prosiły. Złapała się na tym, że przygryzła dolną wargę, gdy się w niego wpatrywała. Dość szybko próbowała się ogarnąć, nie powinien widzieć jej w takim stanie.

Musiała unosić głowę wysoko do góry, aby na niego spoglądać. Niestety nigdy nie udało jej się szczególnie urosnąć, Roise za to miał chyba z dwa metry wzrostu. Nie miała pojęcia, jak to możliwe, że był taki potężny, do tego te proporcje, jego klatka piersiowa była chyba z dwa razy większa od jego bioder, jakby to ciało zostało wyrzeźbione przez boga, miało wieść na pokuszenie. Niestety robiło to nawet z nią, chociaż była tylko i wyłącznie jego przyjaciółką.

- Jednak róż? - Mruknęła cicho, nieco zbita z tropu. Ten niebieski nie wydawał jej się być takim złym pomysłem, gdy jednak usłyszała jego słowa dotarło do niej, że podjęła złą decyzję. Cholera, szkoda.

Oblała się rumieńcem, kiedy usłyszała dalszą część jego wypowiedzi. Czyżby się domyślił, że to zawsze chodziło o jego? Nie, to niemożliwe, przecież ukrywała swoje uczucia tak długo, naprawdę wiedział, że robi to dla niego, że chciała, żeby na nią spoglądał? Musiała jakoś z tego wybrnąć.

- Powinnam pamiętać o tym, że zieleń jest Twoim ulubionym kolorem. - Mruknęła cicho wpatrując się w swoje sportowe buty, nieco się zmieszała, ale tylko nieco. Za chwilę powinna wrócić do normy, tyle, że te policzki niemiłosiernie ja paliły, naprawdę zrobiła się teraz czerwona na twarzy.

- Prędzej bombkę, niż oko. Oko zawieszasz przecież na czymś zupełnie innym. - Nie byłaby sobą, gdyby była inna, prawda? Musiała więc skomentować te słowa. Wiedziała, że takie dziewczęta jak ona nie były w stanie zwrócić jego uwagi, to nie był jej target. Ona mogła sięgać ewentualnie po jakichś odmieńców, którzy tak jak ona nie odnajdywali się do końca w tym świecie. Ambroise był stworzony do czegoś więcej, mógł mieć każdą dziewczynę na którą spotkał, dlaczego więc miałby chęć cokolwiek na niej zawieszać?

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
06.04.2025, 00:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2025, 00:33 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Jej śmiech brzmiał zupełnie niczym świąteczne dzwoneczki zawieszane na choince, jaką Ministerstwo co roku ustawiało pośrodku głównego placu przy Pokątnej. Był tak krystalicznie czysty i perlisty jak brzęczenie łańcuszków ze szkła i z muszelek, które wieszano na werandach w nadmorskich domach. W miejscach kojarzonych z radością, ciepłem i słońcem. Dokładnie tym, czym dla niego była. Ale przecież nie mógł jej o tym powiedzieć, prawda?
Zmrużył oczy, unosząc jedną brew i posyłając dziewczynie szelmowskie spojrzenie. Był bezczelny, cholernie pewny siebie, całkowicie niepoprawnie szelmowski. Przeczesał palcami lwią grzywę złocistych loków, drugą dłonią nadal podpierając się na miotle. Przez cały czas spoglądając na drobniutką dziewczynę, która była przy nim tak malutka, że mogłaby zupełnie zniknąć w wysokich trawach na skraju Zakazanego Lasu.
- Mhm - odpowiedział, jednocześnie wyciągając silną, opaloną dłoń, żeby ująć w palce niebieski kosmyk jej włosów i przyjrzeć mu się pod światło. - Jak dla mnie, to wygląda na dostateczny powód, żeby przyjęli cię do Ravenclawu - stwierdził żartobliwie, puszczając do niej perskie oczko, po czym wywracając zielonymi oczami, bo nie mógł się już przed tym dłużej powstrzymywać.
Przecież doskonale wiedział, jaka jest inteligentna. Nie znał mądrzejszej dziewczyny od niej. Była nie tylko świetna w grze w Quidditcha, lecz także wybitna ze wszystkich innych przedmiotów. Wystarczyło, że wyłącznie raz na jakiś czas pojawiała się na lekcjach, żeby być w stanie zagiąć nawet samych nauczycieli. Była bowiem przy okazji także najbardziej pyskatym dziewczęciem, jakie znał. I najładniejszym.
Była piękna i nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Nie potrafił tego zrozumieć. Naprawdę nigdy nie przeszło jej przez myśl, by spojrzeć w lustro? Przetrzeć zimną taflę wierzchem swej delikatnej, smukłej dłoni o idealnie śnieżnobiałej skórze już na pierwszy rzut oka sugerującej, że była z niej prawdziwa arystokratka. Nie tylko czystej krwi. Czystszej niż ktokolwiek.
Była panną o krwi błękitnejszej niż jej włosy i w przeciwieństwie do farbowanych kosmyków: całkowicie dla niej naturalnej, nawet jeśli przez ten wypadek przed laty nie zdawała sobie z tego sprawy, mając się za zupełnie kogoś innego niż w rzeczywistości.
Chciał jej o tym powiedzieć. Próbował odnaleźć w sobie tyle odwagi, żeby ująć dziewczynę za dłoń i wyznać jej prawdę, jednak za każdym razem kapitulował. Jak miał jej powiedzieć, że urodziła się jako córka Morgany i samego Quentina Quidditcha? Była owocem ich namiętnego acz tragicznego związku zakończonego w morskiej toni w dzień tak słoneczny jak ten?
No właśnie. Z całym potencjałem magicznym, jaki w sobie miała, mogła z powodzeniem otrzymać indywidualny tok nauczania. Nie być częścią jednego domu a wszystkich na raz. Otrzymać własne dormitorium z szafą pełną najlepszych szat.
Tyle tylko, że wtedy ich drogi z pewnością by się rozeszły. W końcu już by go nie potrzebowała. To ona byłaby największą gwiazdą. Nie potrzebowałaby jego blasku. Nie mógł jej o tym tak po prostu powiedzieć, nie będąc gotowym na to, co przyniesie im wtedy los. W końcu nie potrafił nawet wyznać jej swoich uczuć.
Stłumił westchnienie, posyłając dziewczynie jeden z tych wyćwiczonych uśmiechów wyglądających bardzo szczerze, ale nie mających zbyt wiele wspólnego z realiami.
- W sumie to nie. W różowym wyglądałaś za bardzo jak dziewczyna - skwitował może trochę zbyt krytycznie, ale musiał zamaskować jakoś swoje uczucia, nieprawdaż? 
Wybrał kąśliwość. Jakże kulturalnie z jego strony, ale musiała mu to wybaczyć, prawda?
Nigdy nie śmiałby obrazić Geraldine w ten sposób, jednak nie mógł ukryć przed samym sobą, że spośród tych wszystkich kolorów włosów, pod którymi się ukrywała to jej własny, ten naturalny był najpiękniejszy. Szkoda, że minęło tak wiele czasu, odkąd widział go po raz ostatni. Byli wtedy jeszcze małymi dziećmi bawiącymi się beztrosko w piasku na brzegu morza.
Pamiętał tamten dzień zbyt dobrze, za bardzo szczegółowo. Głównie przez to, że nigdy go sobie nie wybaczył. Nie potrafił tak po prostu pogodzić się z myślą o tym, że pozwolił, aby stało się to na jego warcie. Do tej pory czuł gorycz w ustach na samą myśl o tym, co się stało. Że ktoś tak słodki jak Geraldine, jego Niezapominajka przemienił się w czarną różę z kolcami.
Nigdy mu tego nie wyrzucała. Wręcz przeciwnie, nie uważała tego za jego winę, bo wtedy byli przecież wyłącznie smarkaczami, ale on doskonale wiedział, że to niewiele zmieniało. Nie w jego intensywnie zielonych oczach, które na samą myśl o tamtym dniu stawały się tak ciemnozielone, że niemalże czarne. Ciemne jak chmury na horyzoncie - wtedy, gdy wszystko zadziało się tak błyskawicznie. Zbyt gwałtownie, zupełnie nieprzewidziane.
A przecież powinien być na to przygotowany. Jako retrognita z dziada pradziada, winien wiedzieć, że historia lubi się powtarzać. Zdawać sobie z tego sprawę i bez ustanku, wytrwale niczym lew z godła Griffindoru bronić swojego najcenniejszego skarbu.
Jednak nie był dostatecznie szybki, by zainterweniować. Pozwolił sobie na rozproszenie, odwrócił swój sokoli wzrok. To dlatego nigdy nie przyjął propozycji, aby zostać szukającym. Jego potencjał nie mógł zostać wykorzystany, bowiem w istocie nie wierzył w to, że jeszcze go w sobie miał. W innym wypadku nie dopuściłby do tego, co się stało.
Ale to zrobił, prawda? I musiał z tym żyć. Jakie to było życie? Trudne, naprawdę trudne.
Od tamtej pory nie potrafił patrzeć w lustro bez czucia wyrzutów sumienia. Pierwszą rzeczą, jaką robił codziennie rano było narzucanie na nie zapasowej szaty. I tak jej nigdy nie zakładał, bowiem już dawno z niej wyrósł. Powinien być z tego dumny i zadowolony, ale nie potrafił cieszyć się z tak trywialnych rzeczy, gdy wewnątrz skrywał mroczny sekret.
Stał się innym człowiekiem. Usiłując zagłuszyć wyrzuty sumienia, postanowił stać się tym, kim był teraz. Fircykiem, bożyszczem nastolatek, lekkoduchem, może nawet hedonistą. Przyjmował rolę kogoś, kto niczym się nie przejmuje. Był królem szkoły, najpopularniejszym chłopakiem w całym Hogwarcie.
Nawet sama McGonagall przez kilka lat słała mu maślane spojrzenia, gdy myślała, że nie patrzył. W końcu oboje znaleźli się w wyjątkowo jednoznacznej sytuacji z dodatkowym udziałem szkolnej pielęgniarki, woźnej i trzech skrzatek domowych ze szkolnej kuchni. Do tej pory nie mógł znieść widoku ciasta bananowego z bitą śmietaną. Mdliło go.
Miało to miejsce podczas  zimowego balu, na którym usiłował odwrócić swoje myśli od tego, że wybranka jego serca pozwoliła zaprosić się drugiemu szkolnemu lovelasowi: Clerikowi Lengthybooty - jego największemu rywalowi. Prawie tak dobremu jak on.
Nienawidził tego bufona o perfekcyjnie przystrzyżonych włosach i zbyt prostym nosie, ha tfu. Nie wiedział, jakim cudem tych dwoje odnalazło wtedy wspólny język, ale wyjątkowo mocno go to uderzyło. Od tamtej pory nic nie było takie same. Szczególnie, że wedle jego wiedzy ta dwójka w dalszym ciągu smaliła do siebie cholewki.
Kiedy więc z jej ust wydostał się ten komentarz, Ambroise odruchowo wzruszył ramionami, jak gdyby nigdy nic. Skoro ona mogła spotykać się z kimś innym, on także nie miał większego wyboru. Co prawda po ostatniej awanturze, o jakiej słyszał, miał nadzieję, że tym razem ta dwójka ostatecznie przestała być przyjaciółmi, ale nie zamierzał o to pytać. Nie chciał wyjść na zdesperowanego.
- Jeśli pijesz do Ramony Potter to teraz chodzi z Ellie Bletchley - odparł, ignorując wstawkę o jego ulubionym kolorze, bo temat nieopatrznie przeskoczył na coś, o czym niekoniecznie chciał rozmawiać; nawet (a może zwłaszcza?) ze swoją najlepszą przyjaciółką. - Ale nie przeczę. Zawiesiłbym na tobie i ze dwie bombki - wzruszył ramionami, nie mówiąc, co dokładnie ma na myśli.
Wolał uciąć rozmowę w tym momencie. W końcu mieli ważniejsze rzeczy do roboty, prawda?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
07.04.2025, 21:07  ✶  

- Nie masz zbyt wielkiego mniemania o Krukonach, co? - W końcu znani byli oni jako najbardziej bystrzy, najbardziej inteligentni, najmądrzejsi. Nie sądziła, aby sam kolor włosów mógłby świadczyć o tym, aby się do nich nadawała. Zresztą był tylko i wyłącznie jej chwilową zachcianką, próbą wzbudzenia kolejnej kontrowersji. Zachęceniem do tego, aby znowu ją zaczepiali i wdawali się z Yaxleyówną w zupełnie niepotrzebne dyskusje. Lubiła wtedy udowadniać innym, gdzie było ich miejsce, pokazywać, że nie mają z nią szans w potyczkach słownych, czy tych siłowych. Nigdy jednak sama nie prowokowała, czekała tylko i wyłącznie, aż nadarzy się okazja do tego, aby się nieco rozerwać. Te włosy były idealnym ku temu powodem.

Serce nieco przyspieszyło rytm, kiedy ten niesamowity chłopak dotknął palcami jej włosów. Nie powinien tego robić, z drugiej strony, może nie było w tym nic dziwnego, w końcu byli przyjaciółmi, prawda? Przyjaciele mogli się tak zupełnie niezobowiązująco dotykać. Szkoda, szkoda, bo zdecydowanie wolałaby, aby byli dla siebie kimś więcej, tyle, że to nigdy nie miało być możliwe. Nie należała do jego ligi, znajdowała się zdecydowanie poza obszarem jego zainteresowań, nie zbliżał się w ten sposób do takich dziewczyn.

Wiedziała, że wybierał zawsze te, które były najbardziej urocze, najbardziej dziewczęce z dziewcząt, które swoimi uśmiechami topiły najbardziej zamrożone serca. Chcąc, nie chcąc znajdowała się obok, miała świadomość, jakie są jego gusta, chociaż wolałaby tego nie wiedzieć. Nigdy nie spojrzałby na nią w ten właściwy sposób, w ten jeden, jedyny sposób, na którym jej zależało. Zdarzało jej sobie ich wyobrażać, oczywiście, że nigdy mu o tym nie wspomniała, spaliłaby się ze wstydu, gdyby dowiedział się tego wszystkiego. Na szczęście nie było opcji, aby to do niego dotarło. Nie mówiła o tym nikomu, to była jej mała, słodka tajemnica.

Nie była nikim wyjątkowym, na pewno nie miała szansy zwrócić na niego swojej uwagi. Musiała więc zaakceptować to, że na zawsze miała być dla niego niczym młodsza siostra, przyjaciółka, która miała go wspierać. Cóż, było w czym, był przecież prawdziwą gwiazdą, bożyszczem, nikt inny nie potrafił latać tak jak on, nikt nie wzbudzał takiego zainteresowania, była pewna, że po szkole zostanie prawdziwą gwiazdą, najjaśniejszą ze wszystkich. Wtedy o niej zapomni, bo po co miałby o niej pamiętać? Będzie zajęty swoją wielką karierą, tabunem fanek, nie będzie miał dla niej czasu. Musiała będzie się z tym prędzej, czy później pogodzić. Nie było innego wyjścia. Czuła, że to nadejdzie już niedługo, bo przecież biły się o niego najbardziej popularne drużyny, kto wie, czy w ogóle zostanie w Wielkiej Brytanii, czy postanowi ją opuścić. Jeśli by do tego doszło to nie miała najmniejszych wątpliwości, że wtedy na zawsze zniknie z jej życia, bo przecież cóż miała mu do zaoferowania poza swoimi głupimi żartami, czy nie do końca przemyślanymi komentarzami? Nic, zupełnie nic.

- Sugerujesz, że normalnie wyglądam jak chłopak? - Zamrugała kilka razy swoimi błękitnymi oczami. Oczywiście, że powinna spodziewać się takiego komentarza. Widział w niej tylko kolegę, zapewne nawet nie najlepszego, bo to miejsce zajmowali już Loyce Ashwood i Corvinus LeStrangeur, do których nie mogła się równać. Zawsze była któraś w kolejności, nigdy na pierwszym miejscu, powinna do tego przywyknąć. Trudno jednak jej się było z tym pogodzić, niestety.

Nie była na tyle fajna co oni, nie potrafiła tak lekko odnajdywać się we wszystkich możliwych sytuacjach, nie umiała w dowcipy na tyle, aby były równie zabawne co te ich. Była przegrywem, czy tego chciała, czy nie. Może i grała w szkolnej drużynie quidditcha, ale co z tego? Nie wydawało jej się, aby wyróżniała się czymkolwiek na tle całej reszty. By naprawdę go zainteresować musiałaby mieć w sobie coś niesamowitego, jakiś pierwiastek zajebistości, a nie umiała go w sobie dostrzec, musiała pogodzić się więc z tym, że tak już będzie. Zdawała sobie sprawę, gdzie było jej miejsce. Zresztą, przypomniał jej o tym teraz, musiała się pogodzić z tym, że miał ją za taką, a nie inną.

- Szybko zmieniła obiekt zainteresowania, nie poradziłeś sobie z nią, hmm? - Może nie powinna wtrącać się w te sprawy, ale nie mogła się oprzeć. Skoro nie miała szansy na to, aby zbliżyć się do niego w ten sposób, to chociaż mogła posłuchać niewybrednych komentarzy o tych typiarach, z którymi się spotykał. Nawet nie miały pojęcia ile miały szczęścia, że ktoś taki jak on się nimi zainteresował, ile by ona dała, aby choć przez chwilę patrzył na nią w ten sposób. Cóż, marzenia, tak marzenia, których nie dało się spełnić.

- Przefarbuję sobie włosy na zielono i Ci to umożliwię, ale dopiero podczas Yule, chociaż kto wie, czy w ogóle jeszcze wtedy będziesz w Wielkiej Brytanii... - Nie miała pojęcia, o jakich bombkach mówił, więc sama znalazła odpowiednią opcję, może odrobinę próbowała na nim wymusić deklarację, że faktycznie spotka się z nią podczas tegorocznego Yule, nawet jeśli podpisze któryś z zagranicznych kontraktów, taka była sprytna.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#7
08.04.2025, 18:25  ✶  
- Może przy tobie przestałbym gardzić Krukonami - stwierdził aż nazbyt szybko i szczerze, dopiero wtedy zdając sobie sprawę z tego, co palnął.
W istocie niespecjalnie lubił się z przedstawicielami domu Roweny Ravenclaw. Ze szczególnym uwzględnieniem Prudentiusa - brata bliźniaka nieszczęsnej Ellie, dla której zostawiła go jego ostatnia niedoszła dziewczyna. No, choć może było to dużo bardziej skomplikowane, bo tak naprawdę oboje zadecydowali o tym dokładnie w tym samym momencie. Ramona z dnia na dzień coraz bardziej go irytowała. Była z niej okropna plotkara. Poza tym miała prawdopodobnie najbardziej drażniący śmiech, jaki kiedykolwiek słyszał.
Nie to, co delikatny, subtelny chichot, jakim obdarzyła go Geraldine. Podczas, gdy śmiech Yaxleyówny można było porównać z delikatnymi dzwoneczkami albo muszelkami na jutowym sznurku poruszanymi przez morską bryzę. Potter śmiała się głośniej, bardziej drażniąco. Zupełnie jak uderzanie o siebie metalowymi kielichami wypełnionymi do przesady ciężkim alkoholem. Nie winem obiadowym, tylko czymś, po czym na drugi dzień miało się kaca. Ambroise zdecydowanie go przy niej miał. A przynajmniej tego moralnego, bo nigdy nie była jego wyśnioną dziewczyną.
Jego idealna dziewczyna stała tuż przed nim, zadzierając podbródek mocno w górę i zadając mu tak absurdalne pytania, że nie mógł na nie odpowiedzieć inaczej jak własną porcją absurdu. Oczywiście, że nie zamierzał ułatwiać jej sprawy, nawet jeśli coś innego cisnęło mu się na usta. Nawet, jeżeli będąc zupełnie szczerym, wolałby zrobić z nimi coś innego...
...z tymi ustami. Jej, jego. Ich obojga. Szczególnie, że byli tu sami. Nie musieli się pilnować. Tyle tylko, że ku jego rozczarowaniu to nigdy nie wchodziło w grę, prawda? Ich jedną wspólną grą być Quidditch.
- Czy ja wiem? No może trochę? - Z miną cwaniaczka, zmrużył oczy i przekrzywił głowę w bok, żeby posłać dziewczynie najbardziej oceniające spojrzenie, na jakie było go stać.
Wyjątkowo wymowne, emanujące dokładnie tym, czym chciał emanować. W końcu nie chciał patrzeć na nią zbyt łagodnie, bo jeszcze by go przejrzała. Nawet jeśli chciał, żeby dostrzegła, że patrzy tylko na nią, że dostrzega w niej kogoś więcej niż tylko kumpelę z drużyny i z piaskownicy...
...jednocześnie pragnął, żeby to stało się w inny sposób. Nie tak. Nie w momencie, w którym chyba jednak nie czuł się gotowy na to, by przyjąć odrzucenie. Tego dnia mieli odbyć najważniejszy mecz. Nie mogli się wcześniej pokłócić, bo od ich współpracy zależała ta największa wygrana. Wszyscy na nich liczyli. Może po wszystkim? Po fakcie? Może wtedy, gdy zostaną na chwilę sami?
Tak czy inaczej, nie teraz. Teraz świadomie spojrzał na nią z tymi łobuzerskimi litwinami w oczach. Zgrywał naprawdę pewnego siebie. Zupełnie tak, jakby jej obecność wcale na niego nie działała.
Zlustrował Geraldine wzrokiem od góry do dołu, co nie było trudne, bo była malutka. Naprawdę drobna. Gdyby zdecydował się przełamać fizyczny dystans, jaki w gruncie rzeczy tylko im przeszkadzał, mógłby z powodzeniem utopić ją w swoich rozbudowanych, silnych, umięśnionych ramionach. Tych, które tak dumnie teraz prężył, opierając się na miotle nad dziewczyną i patrząc na nią z niemalże idealnej perspektywy.
Prawie perfekcyjnej. Zupełnie tak jak ona. Była wspaniała, jedyna w swoim rodzaju. Nie znał drugiej takiej dziewczyny. Była wszystkim, czego mógłby oczekiwać od życia. Nie potrzebował nikogo ani niczego więcej. Wystarczyło tylko, aby choć raz spojrzała na niego tymi wielkimi, błękitnymi oczami w kształcie migdałów. Jedna sugestia, że mogłaby chcieć od niego dokładnie tego, czego on pragnął od niej i...
...ale to było niemożliwe. Nigdy nie spojrzałaby na niego w ten sposób. Zdawał sobie sprawę z tego, że patrząc w jej błękitne migdałowe oczy, robił dokładnie to - śnił o niebieskich migdałach. I to na jawie, nawet jeśli czasami wydawało mu się, że to wszystko jest tylko jednym, niesamowicie długim snem. Zarazem płynącym tak szybko, bo zaraz, tuż tuż, już niedługo mieli rozstać się w nim, idąc każde w swoją stronę. I jednocześnie tak przejmująco rozwlekłym jak jego próby dania Geraldine do zrozumienia, że czuje do niej coś więcej.
Miał wrażenie, że za każdym razem, gdy cokolwiek jej sugerował, ona zgrabnie uciekała mu w bok. Odskakiwała w wysoką trawę. Zupełnie niczym pasikonik. Znikała pośród zieleni. Jego ulubionego koloru, który nie bez powodu nim był. Pasował do jego nazwiska a jego nazwisko pasowało...
...no cóż. Pasowało do niej.
Znacznie bardziej niż do Ramony Pattie Potter. Patricia, co to w ogóle było za absurdalne imię. Zdecydowanie wolał Artemis. Artemisię. Artemisia absinthium. Bylica piołun. Absynt. Chętnie skosztowałby jej swymi ustami, by sprawdzić, czy w rzeczywistości też jest tak oszałamiająco słodka.
Cholera. Chyba zamilkł na zbyt długo, zawieszając spojrzenie na linii drzew i tracąc przez to te cenne sekundy, kiedy mógł upajać się tymi niebieskimi oczami jego najdroższej przyjaciółki. Ponownie wbił w nią intensywne spojrzenie, wzruszając ramionami.
- Jestem monogamistą. Nie wytrzymałbym z dwiema dziewczynami - odpowiedział gładko, całkowicie zgodnie z prawdą i ze swoimi zasadami.
Dwie na raz to byłoby za dużo, nawet jeśli spotkał się z takimi propozycjami. W istocie nie był nimi zainteresowany. Nie, gdy wiedział, że nawet grono dziewcząt nie zastąpiłoby mu tej jedynej. To ją chciał obwieszać bombkami. Nikogo innego.
- Gwarantuję ci, że nie przepuszczę sobie możliwości zobaczenia takiego widoku. Jeśli obiecasz mi, że faktycznie przefarbujesz włosy na świerkową zieleń, na pewno pojawię się na Yule. Masz to jak u Gringotta - zapewnił energicznie, starając się stłumić zarówno śmiech, jak i chęć powiedzenia jej, że Gringott nie jest dla niego jedynym miejscem, w którym coś skrywa.
Głęboko w jego wnętrzu, w samym środku rozbudowanej piersi, centralnie pod perfekcyjnie wyrzeźbionym ośmiopakiem (ach, te doskonałe geny) krył w sobie wręcz nieprzebrane pokłady uczuć do tej wyjątkowej dziewczyny. Była jedyna w swoim rodzaju. Nie byłaby sobą, gdyby była inna, ale jednocześnie była inna. Tak różna od wszystkich znanych mu dziewcząt.
Nie musiała nic robić. Chodziło o jej niesamowite wnętrze. O poczucie humoru, o naturalność zachowań. O to, że nigdy nie grała. Po prostu była sobą. Niezaprzeczalnie i bez skrępowania sobą. Podczas, gdy wszystkie inne dziewczyny skupiały się wyłącznie na tym, aby jak najlepiej przed nim wypaść, Geraldine nigdy nie udawała. Wiedział to.
Niestety z tego samego powodu zdawał sobie również sprawę z tego, że jego szanse u niej praktycznie nigdy nie istniały. Od samego początku uczyniła go swoim przyjacielem. Co z tego, że najlepszym? To była marna pociecha, bo nigdy do końca mu to nie odpowiadało. Tak się jednak złożyło, że zapominając przy niej języka w gębie, mimowolnie dał się zaszufladkować. Przypiąć sobie tę łatkę, podstawić jej drabinkę, pochylić lokowana głowę o lwiej grzywie i dać dziewczynie się po niej poklepać. Jakiekolwiek szanse powodzenia zostały pogrzebane dokładnie w tamtym momencie.
I nawet jeśli ten dzień z początku wydawał się zupełnie inny, ta wyjątkowa atmosfera nagle zaczęła zanikać. Nadzieje na to, że dziś będzie inaczej zgasły niczym zapałka rozpalona na zimnym marcowym wietrze. Zapach siarki nadal wisiał w powietrzu, lecz jedynie przez to, że na powrót znaleźli się u bram piekła, jakim było stanie obok siebie i niemożność zrobienia czegokolwiek więcej. Mógł wyłącznie kolejny raz oślepić ją swoim szerokim uśmiechem, ruchem głowy wskazując na trzymaną miotłę.
- Powiedziałbym, że masz szanse, żeby samej też do mnie dołączyć, ale właśnie grzebiesz je w ziemi, zbędnie gadając - wyszczerzył zęby, posyłając dziewczynie prowokacyjne spojrzenie i wzruszając ramionami; ot co. - Choć z zielonymi włosami może od ręki wezmą cię do reprezentacji Irlandii - rzucił jeszcze, wyciągając rękę, żeby klepnąć dziewczynę w ramię.
Po bratersku, tak? Bo byli tylko kolegami.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
11.04.2025, 17:35  ✶  

- Myślisz, że to by wystarczyło? - Nie wydawało jej się, aby faktycznie mogło się tak wydarzyć. Gryfoni byli święcie przekonani o swojej wyższości nad wszystkimi innymi domami w Hogwarcie, co oczywiście nie było bezpodstawne, po prostu byli najlepsi ze wszystkich we wszystkim i mogłaby to nawet udowodnić, w chyba każdej możliwej dziedzinie. Jasne, Krukoni byli niby tacy mądrzy, tyle, że musieli spędzać godziny w tych swoich księgach, a im, wybitnym gryfom wszystko przychodziło naturalnie. Gdyby do tego spędzali tyle czasu w tomiszczach co uczniowie z Ravenclaw to byliby zupełnie niepokonani z ich ogromnym talentem.

Oparła sobie jedną rękę na biodrze, bo w drugiej ciągle trzymała miotłę i skrzywiła się słysząc słowa chłopaka. No oczywiście, czego innego mogła się po nim spodziewać... Przynajmniej był z nią szczery i nie owijał w bawełnę, faktycznie dosyć często zachowywała się bardziej jak chłopak, niżeli dziewczyna, nie było się więc co dziwić, że traktował ją jak kumpla. Sama dawała mu ku temu powody, czyż nie. Może gdyby zachowywała się inaczej... byłby w stanie dostrzec to, że nie była chłopakiem, cóż powinna o tym pomyśleć wcześniej, na samym początku ich jakże długiej znajomości. Teraz było na to chyba już zbyt późno - jej strata. Nie sądziła bowiem, że nawet gdyby wyskoczyła przed nim w najpiękniejszej sukni zmieniłby swoje podejście, tak już musiało pozostać, czy tego chciała, czy nie.

To była naprawdę ogromna strata, docierało to do niej, przy każdym, kolejnym ich spotkaniu, gdy spoglądała w te jego oczy o kolorze świeżo skoszonej trawy, nie sądziła, aby znała inną osobę, która miała takie spojrzenie, do tego jego skóra... przypominała kolor świeżo wyciskanej oliwy, mieniła się pięknie w promieniach tego pierwszego, wiosennego słońca. Złapała się na tym, że wpatrywała się w niego zbyt długo, dosyć szybko więc uciekła spojrzeniem, aby nie zostać przyłapaną na gorącym uczynku. Jeszcze tylko brakowało tego, żeby zobaczył, jak ślini się na jego widok. Na szczęście był od niej dużo wyższy, więc pewnie nie zauważył tego jak na niego spoglądała, chociaż może? Czy dało się nie odczuć tego przeszywającego na wskroś spojrzenia?

- Och tak? Może jesteś mogonamistą, ale chwilowym? - Nie do końca wiedziała, jak powinna to ująć w słowa, ale chciała mu przekazać to, że wie o tym, że dosyć często zmieniał swoje wybranki. Zresztą nie mogła mu się dziwić, ktoś taki jak on miał dziewcząt na pęczki, przypominał Adonisa, czy coś, wcale, a wcale nie była zaskoczona tym, jak się prowadzał. Skoro miał taki duży wybór, to mógł korzystać z nadarzających się okazji, szczególnie, że chyba każda dziewczyna w tej szkole chciała wylądować z nim w sypialni, ona również - chociaż wolała o tym nie wspominać. Nawet nie chodziło jej tylko o tę sypialnię, chciałaby, żeby w końcu dostrzegł jak na niego patrzy, chciałaby, żeby zauważył w niej coś więcej niż tylko to, że była jego najlepszą przyjaciółką, jednak pewnie nigdy się to nie miało wydarzyć. On nie gustował w dziewczynach jej pokroju, była za bardzo odklejona.

Wyciągnęła przed siebie dłoń, właściwie to zwinęła ją w pięść pozostawiając w górze tylko mały palec. - Na mały palec, teraz już nie ma odwrotu. - Nie istniała przecież poważniejsza obietnica od tej na mały palec. Teraz to nie miał już wyboru, nie mógł jej zawieść. - Świerkowa zieleń, jesteśmy dogadani. - Naprawdę miała nadzieję, że dotrzyma słowa i faktycznie spotkają się podczas Yule. Czuła, że będzie za nim tęsknić, gdy zacznie podbijać świat, obawiała się jednak, że wtedy faktycznie o niej zapomni. Coś mówiło jej, że ta obietnica może nie zostać dotrzymana i nie powstrzyma tego nawet ten mały palec...

- Zbędnie gadając? Latałam od rana, chwilowa przerwa mi się należy. - Oczywiście, że musiał zwrócić jej uwagę na to, że nie przykładała się odpowiednio do treningów. Cóż, jej talent był dużo mniejszy od jego, więc nic dziwnego, że jeśli faktycznie miałaby zamiar podążać taką samą ścieżką jak on, to musiałaby w to włożyć ogrom pracy, różnie jej to wychodziło. Czasem miała dość, bo wydawało jej się, że nie widzi zmian, mimo czasu, który poświęcała na latanie. Nie to, co Ambroise, wystarczyło, że tylko siadał na miotłę i już działa się magia. Był stworzony do znajdowania się w przestworzach, miała wrażenie, że urodził się z miotłą w dłoni.

- To byłaby obraza majestatu. - Niby nie miała nic do Irlandii... ale przecież, nie, zdecydowanie nie, nie chciałaby grać w jej barwach. Była lokalną patriotką i nie miałaby zamiaru zdradzić swojego kraju.

Zaśmiała się nieco wymuszenie, kiedy klepnął ją w ramię. Bardzo śmieszne, hahaha, nie, żeby to nie było naturalne, bo przecież byli kolegami prawda, to było normalne, tyle, że nie do końca jej się to podobało. - To co, kto ostatni doleci do obręczy ten śmierdzi? - Nim skończyła mówić była już w trakcie wskakiwania na swoją miotłę, musiała zyskać odrobinę przewagi, bo przecież nie było szansy, aby inaczej go pokonała.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#9
11.04.2025, 23:00  ✶  
No znała go. Nie dało się ukryć. Mógł pierdolić do żywego, prawda? I tak go zawsze miała. Mógł mamlać językiem ile wlezie. Dokładnie tak jak to często robił w jej towarzystwie. Całkowicie nieopatrznie się przy tym pogrążając, bo prawił wtedy takie banały i bzdety, że tylko raz za razem napotykał jej dziwne spojrzenie. Często gęsto nawet nie siliła się wtedy na to, by próbować odpowiadać na jego nerwową gadkę, którą usiłował chować pod płaszczykiem kompletnego wyluzowania I ziomalskiego żargonu.
Bo byli kolegami, tak? To wcale nie było w ten sposób, że niechybnie pękłby jak balonik rzucony wprost na gałąź świerku, gdyby odrobinę zbyt długo zapatrzył się w jej gigantyczne błękitne oczy przypominające taflę leśnego jeziora o poranku w słoneczny wiosenny dzień. Te migdałowe, chłodno niebieskie, ale nie mroźne czy lodowate oczy. Nigdy nie chciał widzieć w nich tego typu uczuć skierowanych przeciwko niemu.
Chciał, żeby spoglądała na niego zupełnie inaczej. Nie tak jak teraz, choć zdecydowanie uwielbiał, gdy błyszczały w nich te łobuzerskie iskierki i kiedy się nimi do niego śmiała. Inaczej, zupełnie inaczej.
W głębi serca pragnął widzieć w nich żar. Sprawić, by pociemniały tak mocno, że stałyby się zupełnie burzowe. Niemalże czarne. Wypełnione pożądaniem skierowanym wyłącznie ku niemu. Ślące mu te wszystkie spojrzenia, o których marzył, a którym towarzyszyłoby subtelne przygryzanie malinowych warg.
Wielokrotnie wyobrażał sobie ten widok. Zadarty podbródek, śnieżnobiałe zęby pociągające górną wargę i miękki, cichy, ale jednocześnie śpiewny głos. Coś pomiędzy szeptem a jękiem. Pomrukiem towarzyszącym wygięciu się ku niemu niczym kotka na rozgrzanym blaszanym dachu. Bez wahania musnąłby jej futerko. Wielokrotnie sięgając ku niemu palcami, by sprawić jej tym tak głęboką przyjemność, że zapomniałby wszystko, co nie jest jego imieniem.
Wtedy wiedziałby, że należy do niego. Dokładnie tak jak on od zawsze należał do niej. Odkąd pierwszy raz zetknęli się małymi paluszkami, praktycznie od razu nawiązując ze sobą coś w rodzaju wieczystej przysięgi. Stali się swoimi najlepszymi przyjaciółmi szybciej niż zaczęli mówić. To był ten rodzaj więzi, jaką ma się tylko z jednym człowiekiem. Ona była nim dla niego. Szkoda tylko, że zupełnie tego nie dostrzegała.
Nie widziała tych dwóch rzeczy: tego, że jest tak cholernie piękna i tego, że dla niego jest najpiękniejsza. Choć niestety nie tylko on był tak wrażliwy na jej wdzięki. Clerik Lengthybooty z pewnością też to dostrzegał. Tę niesamowitą, wręcz magiczną aurę, jaką roztaczała wokół siebie wszędzie tam, gdzie się pojawiała. W innym wypadku ten nadmiernie przystojny dupek o duszy przeżartej przez gumochłony nie kręciłby się wokół niej z taką intensywnością. Ach, Roise naprawdę go nienawidził. Od samego czubka wypomadowanej głowy do dwudziestego piątego centymetra chuja, którym koleś tak bezpardonowo wymachiwał w szatni po meczach Quidditcha. Wydawało mu się, że może wieszać na nim ręcznik i łazić tak od kolegi do kolegi, klepiąc ich wszystkich po plecach i gratulując im wygranej.
Gdyby nie fakt, że Clerik kręcił się przy Geraldine i że był czystej krwi... ...a jak wiadomo, pośród elity nie zdarzały się żadne odchyłki od normy, odmienności, preferencje nie sprzyjające rozwojowi magicznego społeczeństwa poprzez płodzenie dzieci... ...Ambroise bez chwili zastanowienia stwierdziłby, że jego największy rywal jest gejem. Ale tak nie mogło być. Homoseksualizm nie występował u czarodziejów czystej krwi. Były to skłonności ludzi z nizin społecznych.
Powstało na ten temat całkiem sporo książek. Jakimś dziwnym trafem autor chwilę później wyjechał zagranicę i nie napisał już nic więcej. Zapewne po to, aby pisać również o innych społecznościach. Na pewno miał tam rodzinę, bo Prorok Codzienny sfotografował go ręka w rękę z przyrodnim bratem, po męsku całującego go w policzek na powitanie.
Tak czy inaczej, gdyby mógł, bardzo chętnie pozbyłby się Lengthybooty'ego z zasięgu wzroku, ale niestety koleś był jak nawracająca rzeżączka narządów płciowych. Z drugiej strony, gdy Roise tak sobie o tym teraz myślał, być może gdyby Geraldine zaczęła trzymać z Krukonami, przechodząc do tamtego domu, nareszcie wyleczyłaby się z cleriszczki. Gorzej, gdyby przestała zadawać się ze wszystkimi Gryfonami. W tym z nim. Tego by nie zdzierżył.
Ale, ale, ale...
...znowu trochę zbyt mocno uciekł przy niej myślami. Jej obecność zawsze mu to robiła. Pierdolił ile zdrów, paplał do żywego albo nagle się zamykał. Opcjonalnie bowiem miał też ten drugi tryb, w którym totalnie zapominał języka w gębie. Prawie się nim dusząc, bo momentalnie przestawał oddychać i zapominał o przełykaniu śliny. Jego zbyt długi jęzor robił się także za duży i za ciężki. No i kaplica. Dosłownie odbierała mu dech w piersiach. Taka była magnetyczna.
Już nawet zapomniał, jakie było to pierwsze pytanie. Za to drugie? Oczywiście, że musiał jakoś je skomentować. Nie byłby sobą, gdyby był kimś innym, nieprawdaż? Więc jeszcze wygodniej oparł się na miotle, napinając muskuły i nonszalancko przeczesując lwią grzywę palcami, po czym ziewnął i uśmiechnął się leniwie.
- Powtarzasz się, Yaxley, nie wiem, czemu masz na pieńku z tymi moimi dziewczynami, ale skoro już tak bardzo je zauważasz, to zwróć uwagę na to, że zawsze jest tylko jedna. Jestem seryjnym monogamistą - odbił, kwitując to parsknięciem, bo jej zarzut był naprawdę niedorzeczny.
To jego dziewczyny były chwilowe, nie on był chwilowym monogamistą. Gdyby zaś tylko wiedziała, domyślała się, co nim przy tym powodowało...
...ale to nie było możliwe, prawda? Jego ulubiony kolor, ta świerkowa zieleń była najbliższa temu, co mogło należeć do niego, ale stać się też jej. W pewnym sensie zazdrościł eliksirom, że mogą spotkać się z jej włosami, wniknąć w nie i przy niej zostać, nawet jeśli tylko na chwilę.
On też mógłby to zrobić, gdyby tylko go o to poprosiła. Rzuciłby dla niej szanse na karierę, zostałby w Wielkiej Brytanii a nawet może wspomógłby ją w zajmowaniu się farmami zwierząt należącymi do jej rodziny? Gorzej, gdyby zaprzyjaźnił się z hodowlanymi bobrami, bo wtedy miałby problem z tym, żeby posłać je do przerobienia na futerko.
Kochał wszystkie zwierzątka. Bobry Yaxleyów nie były wyjątkiem. Przyjeżdżanie do Snowdonii z każdym końcem i początkiem zimy, żeby je wyczochrać było ich nieoficjalną tradycją, bowiem to właśnie wtedy należało im pomóc zmienić futerko na letnie albo na zimowe. Uwielbiał te stworzenia tak jak ich właścicielkę. Były takie wdzięczne. Małe i brązowe, wbijały w niego swoje ślepia, jakby wiedziały, że nie przybywa tam dla nich, ale akceptowały to i wciąż były wdzięczne.
Oczywiście, że wobec tego mógł zrobić przynajmniej tyle i wrócić do kraju w okolicach Yule. Może nawet ze dwa tygodnie wcześniej, żeby zdarzyć na coroczne rodzinne czochranie bobrów?
Wyciągnął rękę, splatając mały palec z palcem dziewczyny.
- Na mały paluszek - kiwnął głową. - Teraz nie masz już odwrotu. Jeśli tego nie zrobisz, złoję ci dupę świerkowymi gałązkami. Gołą dupę - ostrzegł poważnie, ani chwilę się nie zastanawiając. - To nie będzie przyjemne samo w sobie a jeszcze ta żywica - nie musiał kończyć, prawda?
Tak właśnie, wiedział, że zdecydowanie są dogadani. Nigdy by go nie zawiodła. Nie była kimś takim. Była najlepszą osobą, jaką znał. Zawsze dotrzymywała danego słowa. Właśnie za to tak bardzo ją uwielbiał. No i może trochę za ten niewyparzony język, za który pewnie by ją złapał, gdyby nie opierał się na miotle, bo rzucała w niego naprawdę pyskatymi słowami.
Tak po prawdzie już się do tego zbierał i niechybnie by to zrobił, gdyby ta mała szelma nie postanowiła odstawić mu numeru. Oczywiście, że powinien się tego po niej spodziewać. Najpierw mówiła mu, że należy jej się przerwa a zaraz potem uciekała w powietrze jak kolorowa ważka. No łajza.
- Jak latasz tu od rana, to i tak śmierdzisz, Yock! - Zakrzyknął za nią, praktycznie od razu ładując się na miotłę i mocno odpychając się od ziemi, żeby wzbić się w powietrze zaledwie kilka sekund po dziewczynie.
W tym momencie w umyśle Ambroisa przełączył się ten niewidzialny pstryczek odpowiadający za odbiór rzeczywistości dookoła niego. W tej chwili Geraldine nie była już obiektem westchnień, do którego robił maślane oczy, gdy na niego nie patrzyła. Teraz była jego koleżanką z drużyny. Drugą najlepszą osobą w reprezentacji Gryfonów. Kimś, kto usiłował grać nieczysto, przez co wzbudził w nim jeszcze większą chęć rywalizacji.
Oczywiście, że zamierzał ją dopaść i wyprzedzić. Mogła być drobna, zwrotna i szybka. Mogła mieć nad nim tę minimalną przewagę we wskoczeniu na miotłę. Tyle tylko, że nie mogła zapominać o jego naturalnym talencie i najnowszej miotle, która rozpędzała się w cztery sekundy od zera do setki. Ten wyścig miał być dla niego lekki...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
20.04.2025, 22:43  ✶  

Wydawało jej się wręcz przeciwnie, że go znała. W końcu przebywali w swoim towarzystwie od lat, wiedziała, co lubi, czego nie lubi, a przynajmniej tak się jej wydawało. To było całkiem logiczne, potrafiła łączyć kropki, obserwowała jego wybory, to wszystko samo układało się w całość, bo przecież był jej przyjacielem, od lat, od lat wiedziała, czego powinna się po nim spodziewać.

Traktował ją jak swojego kolegę, przywykła do tego. Wiedziała, że nic więcej nie było im pisane, zresztą miała szansę widzieć to, jak zachowywał się w stosunku dziewcząt którymi faktycznie był zainteresowany, podchodził do nich zdecydowanie inaczej niż do niej. Ona zawsze miała mieć miano tej najlepszej koleżanki, wspaniale, szkoda tylko, że chciała czegoś zupełnie innego.

Próbowała interesować się innymi typami. Starała się to robić, skoro nie mogła mieć tego, na którym jej najbardziej zależało, dlaczego nie miałaby tego robić, wiedziała, że on nie spojrzy na nią inaczej. Tak, Clerik się przy niej kręcił, dawała mu szansę, próbowała stworzyć z nim coś, tyle, że nie do końca jej się to udawało. Miała wrażenie, że on również jest zainteresowany kimś zupełnie innym. Może dla nikogo nie była wystarczająca? Była dziwnym człowiekiem, miała swoje nie do końca wytłumaczalne przyzwyczajenia, zachowania, była za bardzo ekspresyjna. Co najważniejsze, zdawała sobie sprawę ze swoich wszystkich mankamentów, ale nie do końca umiała z nimi walczyć. Próbowała, ale zawsze kończyło się to tak samo. Może w ogóle nie powinna tego robić, łatwiej było pozostawać sobą, może kiedyś spotka kogoś, kto doceni to, kim była. Szkoda tylko, że to nie mógł być on, naprawdę jej na tym zależało. Bardzo chciałaby, aby spojrzał na nią inaczej. Przyglądał jej się w ten jedyny właściwy sposób swoimi zielonymi oczami, tyle, że to nigdy nie miało się wydarzyć, nie byli dla siebie stworzeni, mieli być tylko najlepszymi przyjaciółmi.

Wiele razy zastanawiała się dlaczego los tak okrutnie ją potraktował, już chyba wolałaby, aby był jej zupełnie obojętny, nie musiałaby niemalże codziennie spoglądać w te oczy, które barwą przypominały jej wiosenny las, ten, który tak bardzo lubiła.

Lengthybooty faktycznie kręcił się wokół niej, ale miała wrażenie, że chce tego samego co Greengrass - bycia najlepszymi przyjaciółmi. Może typy tak na nią reagowały, może faktycznie miała być ich najlepszym kumplem? To by wiele wyjaśniało, tylko dlaczego nikt nie widział w niej kobiety? Nie miała pojęcia, może coś było z nią nie tak, zdecydowanie coś było z nią nie tak, skoro co chwilę się zdarzały podobne sytuacje.

- Nie wierzę Ci. - Miała wrażenie, że Ambroise co chwile był z inną typiarą, może nie powinna mówić głośno tego, że widziała to co robił, ale nie mogła się przed tym powstrzymać. Wokół niego wiecznie krążył wianuszek dziewcząt, wydawał się być zainteresowany większością z nich, nie miała pojęcia, czy faktycznie zbliżał się do kilku jednocześnie, ale to samo wydawało się wyjaśniać. Może źle go oceniała, ale tak czy siak, na pewno miał wielkie doświadczenie, nie dziwiła mu się wcale, skoro miał tyle okazji, to na pewno je wykorzystywał. Może i wolałaby tego nie wiedzieć, ale nie do końca mogła mieć na to wpływ. Jej przyjaciel był bardzo, ale to bardzo rozchwytywany między dziewczętami. Gdyby nie to, że się przyjaźnili to pewnie uznawałaby go za puszczalskiego dziwkarza.

- Grozisz mi, czy obiecujesz? - Och, nie byłaby sobą, gdyby nie podeszła do tego w podobny sposób. Nieco się przy tym zarumieniła, bo nie miała w zwyczaju rozmawiać z nim tak bardzo odważnie, czuła jednak, że ten dzień może zmienić wiele, dlatego właśnie to zrobiła, dlatego sięgnęła po te słowa. Wiedziała, że chciał ja po prostu wystraszyć  i nie powinna doszukiwać się w tym żadnego podtekstu.

- Pozwól, że sama ocenię, co jest przyjemne. - Uwielbiała mieć ostatnie słowo, nie zamierzała dopuścić do tego, aby po raz kolejny to on dokończył ich rozmowę, bez względu na to, co miało paść z jej ust, jak bardzo głupie te słowa by nie były, liczyło się tylko to, że wypowiedziała się na samym końcu.

Musiała postarać się, aby wypaść jak najlepiej. Dotrzymać danego słowa. Jeśli już dojdzie do ich spotkania, to zamierzała spełnić wszystkie oczekiwania. Tak już miała, zawsze pokazywała się z jak najlepszej strony, słowność była dla niej bardzo istotna. Mógł sobie myśleć na jej temat co chciał, tak właściwie to bardzo chciałaby poznać jego myśli, ale nie było to możliwe, ogromna szkoda.

- Śmierdzenie jest chwilowe, bycia głupkiem nie można się tak łatwo pozbyć. - Musiała mu oczywiście odpyskować, oczywiście, że w każdej chwili mogłaby pozbyć się swojego ewentualnego nieodpowiedniego zapachu, jednak nie o to jej chodziło. Chciała mu udowodnić, że faktycznie zna się na rzeczy, może nie tak jak on, ale podchodziła do tego bardzo poważnie, musiała to robić, ciągle żywiła nadzieję, że może faktycznie ktoś zainteresuje się jej osobą, że miała szansę zostać gwiazdą, tak jak on.

Pofrunęła przed siebie, ile tylko miała sił w nogach, musiała dotrzeć do tej magicznej obręczy, która miała zapewnić jej zwycięstwo, nie odwróciła się nawet na moment, wiedziała, że liczy się bowiem każda chwila.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (7657), Geraldine Greengrass-Yaxley (3771)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa