• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[14/09/1972] kamienice milczą o świcie || erik & elliott

[14/09/1972] kamienice milczą o świcie || erik & elliott
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#1
09.08.2025, 22:56  ✶  

—14/09/1972—
Kamienice przy Alei Horyzontalnej
Erik Longbottom & Elliott Malfoy



Czy kilka godzin spędzonych na popijawie w klubokawiarni Nory mogło mu jakoś zrekompensować najnowszy rollercoaster emocjonalny, który znalazł się na jego drodze? Pytanie za sto punktów, pomyślał przelotnie, przemierzając niepewnym krokiem Aleję Horyzontalną. Ulicę Pokątną zostawił za sobą już dobre parę minut temu, kiedy to wymknął się nad ranem. Musiał się trochę doprowadzić do porządku. Przespacerować. Pomyśleć. I wrócić za jakiś czas do Doliny Godryka i... Cóż, wrócić do codziennych obowiązków, które spadły mu na głowę po pożarach.

Erik starał się nie schodzić z chodnika; trzymał się prawej strony, zatrzymując się jednak co parę metrów przy fasadach mijanych budynków, aby wziąć parę głębszych oddechów. Chociaż złapał parę godzin snu przy stoliku w lokalu, tak efekty minionej imprezy będzie zapewne czuć przynajmniej przez resztę dnia. O ile szczęście mu dopisze. Już teraz krzywił się ilekroć z górnych pięter mijanych budynków dochodziły do niego odgłosy budzących się do życia mieszkańców; otwierane okna, odgłosy radio-odbiorników, dźwięki towarzyszące krzątaniu się domowników po kuchniach i balkonach.

— Oby w domu wszyscy się jako tako wyspali — mruknął pod nosem Longbottom, krzywiąc się mimowolnie na tę myśl.

Czy to był ten moment, kiedy wracały do niego wyrzuty sumienia związane z tym, że robił cokolwiek niezwiązanego z odbudową Warowni? Podobne wątpliwości napadły go ledwie kilka dni temu, kiedy Geraldine próbowała go wyciągnąć na trening na wzgórzach wokół wioski. Nawet wtedy czuł gdzieś w sercu lekki zgrzyt, jakby przyjęcie tego zaproszenia byłoby czymś niesprawiedliwym. Wobec Brenny. Wobec rodziców. Dziadka. Reszty mieszkańców Warowni. Poszedł jednak na ten trening, podobnie jak ubiegłego wieczora wylądował w lokalu Nory wraz z grupą ich wspólnych znajomych.

Nie żałował. Cieszył się, że zgodził się na to spotkanie. Wyrwanie się z Doliny Godryka powinno mu dobrze zrobić. Nie musiał przynajmniej przez jeden wieczór patrzeć na twarze swoich bliskich i to, co zostało z rezydencji, która dalej była w stosunkowo... opłakanym stanie. Dzień po Spalonej Nocy było gorzej, ale nawet cała rodzina czarodziejów nie byłaby w stanie przywrócić posiadłości do jej dawnej świętości w tak krótkim czasie.

To był proces. Długi i symboliczny, biorąc pod uwagę, że praktycznie stracili swoją rodową siedzibę. Jeśli się z tego jakoś podniosą, będą silniejsi niż kiedykolwiek wcześniej. Odbudowana Warownia stanie się dowodem na ich wytrwałość, ale... Co się stanie, jeśli i na to nie starczy im sił? Znajdą nowe centrum? Rozpalą domowe ognisko gdzieś indziej? Na jeszcze większym odludziu niż Dolina Godryka?

Londyn i Little Hangleton na pewno odpadają, skomentował bezgłośnie, jakby faktycznie brał podobną ewentualność pod uwagę. Może lepiej było spodziewać się najgorszego. Może gdyby od początku tak do wszystkiego podchodził, to udałoby się uniknąć takich katastrof. Najpierw Beltane, teraz sieć pożarów... Tyle dobrego, że chociaż za wariactwa arcykapłanki kowenu była odpowiedzialna ona sama.

Erik już miał ruszyć dalej, gdy w oczy rzuciła mu zaparkowana nieopodal karoca. Wpatrywał się w nią dłuższy czas, próbując sobie przypomnieć, skąd ją kojarzy, aby po chwili dość do wniosku, że... Mogła być powiązana z Malfoyami? Zmarszczył czoło, podchodząc bliżej i przyglądając się potencjalnie charakterystycznym oznaczeniom. Eden? Elliott? A może jedno z ich kuzynów?, pomyślał, odsuwając się od pojazdu i zamiast tego kierując wzrok na kamienicę, pod którą się zatrzymał.

Kojarzył, że Elliott miał gdzieś w okolicy swój lokal mieszkaniowy, więc teoretycznie mógł teraz być u siebie. Z drugiej strony, mężczyzna przebywał teraz ponoć we Włoszech. Może to jednak była Eden? Wprawdzie nie sądził, aby cokolwiek mogło ją zerwać z łóżka o tak wczesnej porze, tak... Spalona Noc zdecydowanie odcisnęła piętno na tym mieście. Może zdecydowała się zadbać o inwestycje swojego brata? Wiedziony raczej ciekawością niż przeczuciem Erik pchnął drzwi prowadzące na klatkę schodową i ruszył w górę, próbując wychwycić jakiś znajomy głos. Pytanie tylko na kogo się tam natknie. Wzdrygnął się mimowolnie, wyobrażając sobie, jak nagle wpada na Fortinbrasa Malfoya. To by dopiero była... niespodzianka.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#2
13.08.2025, 02:42  ✶  
Świt przesuwał się skrzypiącym półmrokiem po jasnej tafli posadzek; bezsenna łuna oblewała zagięty dywan ciepłym światłem lampy, przesmykiwała się w szparze uchylonych drzwi, uchylała rąbka sekretu i wzbudzała ciekawość. Pustka regałów, wyłupione, rodzinne pamiątki zabrane spomiędzy warstw osamotnionych tomów, których nikt w najbliższych tygodniach nie przeczyta, zarosną kurzem i zanurkują w posmaku zapomnienia, swojej niechybnej przyszłości, która przyszła nagle, zerwała łańcuch wydarzeń i nazbyt szybko ucięła nić użyteczności.

Nocna audycja w radiu przybijała do portu, zarzucała linę na pomost, wyczekując na kolejne promienie wstającego słońca, zwiastujące finisz nocnej zmiany; szum głośników radia przedzierał się przez miękki głos spikera. Hol ogarnęła wesoła melancholia jazzowego pianina, gonionego przez instrumenty dente, a po niej przyszły bliżej niezidentyfikowane słowa, ginące w ciszy jutrzenki i trzaskającego pod ciężarem wibracji odbiornika.

Nie powinien był wracać, myśl przemknęła po karku zatrważającym dreszczem, przemknęła pod kołnierzem zauważona acz niedościgniona, aby zagnieździć się w klatce piersiowej i tam już pozostać; powoli zabierała powietrze żywiąc się ostatkami nadziei.

Czubki czarnych, idealnie wypolerowanych butów obcierały się o siebie, gdy z trwogą przyglądał się złowrogiemu symbolowi na sklepieniu pokoju gościnnego. Odchylony w miękkich poduszkach kanapy, gniótł plecami materiał białej, wykrochmalonej koszuli; przekręcany w dłoni guzik do mankietu błyskał jasnym, pastelowym błękitem przebijając  bielą płatków i wijącymi się po owalnym brzegu pnączami srebra.

Londyńskie poranki były ciężkie. Nawet spowite w słońcu, z wrześniową melancholią w pogoni za odchodzącym latem, stare kamienice wydawały się być przyciskane do bruku niewidzialną mgłą - nie, tym razem był to dym. Kłębił się nad krajem, przedzierał do płuc i razem z przestrachem zalęgał w organach, powodując, że powoli gniły; wilgotność zabierała możliwość oddechu, człowiek topił się we własnym pocie, wyciągał dłoń w stronę ratunku, który miał nie nadejść.

Z półsnu - a być może snu na jawie? Omamów ze zmęczenia i nieprzespanych nocy? - wybudziło go mocniejsze skrzypnięcie posadzki, przyciśnięcie drewna inną parą butów, dotąd nieznaną idealnie wymierzonemu progowi kamienicy. Wstał pośpiesznie, rozglądając się w panice po własnym salonie; przez okno wciąż wpadały pierwsze kroki skradającego się świtu. Twarz Elliotta była ziemiście blada we wczesnej krasie dnia, cienie pod oczami niecodziennie podkreślone, nie zostały zniwelowane miękkim puchem magicznego kremu. Nieruszony eliksir na bezsenność straszył kanciastą fiolką z wysokiej szafki w holu, przy której czekał zawinięty w materiał obraz w ciężkiej ramie.

- Leslie, mówiłem ci, że obraz wezmę sam - spokojny, acz donośny głos przeciął ciszę ostrzej niż można było się tego spodziewać, gdy Malfoy odezwał się do pracującego dla niego mężczyzny. Odchrząknął i odzyskał rezon zaczesując pare niesfornych kosmyków wraz z ich potulną resztą, naprawiając tym samym fryzurę. Dopiął guzik koszuli i, znalazłszy wypuszczoną chwilę temu spinkę do mankietu, wpiął ja na swoje miejsce z satysfakcjonującym pyknięciem.

- Leslie? - powtórzył, gdy po dłużących się sekundach nie usłyszał odpowiedzi. Zmarszczył brwi i, w bardzo niecodziennym dla siebie nawyku, wyciągnął różdżkę z materiału rękawa; w większość ubrań miał wkomponowane niewielkie pokrowce, dyskretnie ukryte pod czujną ręką wykwalifikowanych krawców, nie były widoczne dla oka rozmówców.

W tym samym momencie, za drzwiami, na klatce schodowej, mężczyzna, którego tył głowy oraz plecy Erik mógł dostrzec, naprawdę mógł wydawać się samym Fortinbrasem Malfoyem. Dopiero, gdy postać odwróciła się doń twarzą, Longbottom mógł zauważyć, że ma do czynienia z kimś kompletnie innym. Twarz Leslie'go miała o wiele przyjemniejszy wyraz, troskę wypisaną w spojrzeniu i definitywnie brakowało mu podprogowego zniesmaczenia, którym odznaczał się były Minister Magii, gdy akurat nie rozmawiał z prasą. Zanim Erik wszedł na klatkę, Leslie robił kolejną 'rundę' między domem, a karocą, aby zapakować do niej kolejne kufry.

- Kim Pan jest? Co Pan tutaj robi? - zapytał mężczyzna, acz nie zmienił wyrazu twarzy. Spojrzał w górę, aby przeanalizować twarz Erika, jego brwi uniosły się odrobinę do góry, gdy zaczął rozpoznawać swojego rozmówce. Zanim jednak zdążył wypowiedzieć kolejne słowa, drzwi na piętrze się otworzyły.

Elliott wiedział, że powóz stał na niewielkim dziedzińcu, widział go przez okno przedniego pokoju gościnnego - drzwi doń wciąż były otwarte, a środek załadowany był kuframi z najistotniejszymi rzeczami. Ruszył w stronę drzwi wejściowych, które prowadziły do niewielkiej klatki schodowej i ganku. Minął oparty o mebel obraz i ostrożnie uchylił drzwi, powodując, że kolejne, drewniane części domu zaskrzypiały, w nagle wydającym się niesamowicie głośnym, jęknięciu. Skrzywił się, pozwalając swojej twarzy przybrać bardzo barwną mimikę, również w bardzo niespotykanej manierze. Słysząc znajomy głos, udało mu się opanować zszargane chwilowym skokiem adrenaliny nerwy.

- Leslie? - powtórzył, odrobinę ostrzej, wrzucając do pytania podton wyrzutu, chcąc tym samym poinformować mężczyznę, że to nie pierwszy raz, gdy jest wołany.

- Tutaj Panie Malfoy, rozmawiam, jak mniemam, z Panem Longbottomem? - starszy mężczyzna nie spojrzał przez ramię, aby sprawdzić, czy Elliott się do nich zbliża. Nie spuszczał Erika z pola widzenia, jakby spodziewał się, że nie jest on tym, na kogo wygląda. Zaraz dołączył do nich Elliott, w uspokajającym geście kładąc dłoń na ramieniu Leslie'go.

- W porządku. Nie sądzę, że ktokolwiek wybrałby akurat Erika, aby się pod niego podszywać i tu wkradać - faktem było, że Elliotta uspokoiła znajomość, którą rozpoznał w Longbottomie. Choć krótki okres ich intensywniejszej znajomości nie był aż tak zażyły, tak jego skutki, wraz z Beltane, zostawiły w duszy i umyśle Malfoya ślady. Nie był pewien czy postępuje rozważnie, ale zdawało mu się, że nie pomyliłby Erika z nikim innym.

- Możesz iść po resztę kufrów i mówiłem ci, Elliott wystarczy - odezwał się ponownie do starszego mężczyzny, acz nie oderwał spojrzenia od Longbottoma.

- Coś się stało? - ton miał miękki, choć nie zatroskany. Były w nim poszlaki poufałości, choć zawierały odpowiednio chłodne igiełki dystansu. Pytanie zostało zadane w założeniu, iż Leslie zaraz zacznie się od nich oddalać i pozwoli porozmawiać w spokoju - Nie spodziewałem się twojej wizyty, choć przyznam, nie odpisałem na twój list. Wejdziesz? - dopytał, głównie dlatego, że nie chciał przeprowadzać tej rozmowy w korytarzu. W tym wszystkim, pozwolił sobie na pewne niedociągnięcie, zdradzając o wiele więcej ze swojego stanu emocjonalnego, niż by chciał - wciąż nie schował różdżki.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#3
18.08.2025, 21:13  ✶  
Umarłem. Zapiłem się drinkami na bazie bimbru Malwy. Umarłem i teraz nawiedzam Ulicę Pokątną, pomyślał mimowolnie, zamierając i prostując plecy, gdy kawałek dalej zamajaczyła mu nieznajoma sylwetka. To znaczy... Heh, nieznajoma. Na pewno nie był to Eden. Nie był to też raczej Elliott, chyba że podczas pobytu w rezydencji dziadka we Włoszech nagle postarzał się o kilkadziesiąt lat. Był jednak pewien inny Malfoy, który potencjalnie mógłby kręcić się po okolicy. Fortinbras Malfoy. Stojący do niego tyłem mężczyzna wydawał się do niego podobny, zwłaszcza póki nie ujawnił jeszcze swojej twarzy.

Osoba byłego Ministra Magii wzbudzała w nim mieszane odczucia. Zwłaszcza ostatnimi czasy, kiedy zaczynał coraz bardziej podawać w wątpliwość działania Jenkins. Pierwsze fale ataków Śmierciożerców, Beltane, udział w wydarzeniu towarzyskim parę miesięcy temu, atak na Londyn... Może Longbottom po prostu nie zaszedł wystarczająco wysoko w hierarchii, aby wiedzieć, jakie plany miała Eugenia, ale kiedy dopadał go gorszy nastrój... Wbrew sobie dostrzegał pewne plusy, gdyby na wyższych szczeblach władzy zaszły zmiany. Gdyby Ministrę zastąpił ktoś, kto mógłby jakoś załagodzić sytuację. Udobruchać co bardziej pokojowych czystokrwistych konserwatystów. Pytanie tylko, czy...

— Longbottom, Erik — wydusił z siebie, gdy Leslie w końcu odwrócił się ku niemu. Może nie spędził w towarzystwie ojca Elliotta wystarczająco dużo czasu, aby dogłębnie poznać jego mimikę, tak nie dało się ukryć, że twarz stojącego przed nim teraz czarodzieja była dużo milsza niż Malfoya seniora. Erik pokręcił głową, starając skupić się na teraźniejszości. — Odwiedziny, tak myślę.

Chrząknął cicho, czerwieniąc się przy tym lekko. Co więcej mógłby powiedzieć? Gdyby wykazał się teraz szczerością, to raczej wzbudziły jeszcze większe podejrzenia. Bo jak duże były szanse na to, że przechadzając się o tak wczesnej porze po Horyzontalnej, trafił akurat pod tę kamienicę i to dokładnie wtedy, gdy w środku przebywali jacyś Malfoyowie? I że wszedł do środka akurat teraz, licząc, że spotka tego jednego konkretnego blondyna z którym faktycznie chciałby zamienić parę słów i...

— Schlebiasz mi, ale wydaje mi się, że niewielu jest takich, którzy chcieliby być na moim miejscu w tym momencie — odparł Longbottom, próbując przywołać na usta lekki uśmiech, gdy Elliott znalazł się w zasięgu jego wzroku. Omiótł wzrokiem jego twarz, z lekkim zaskoczeniem odnajdując na niej ślady zmęczenia. Trudna podróż? Szybki powrót? A może lokal wcale nie był w tak dobrym stanie, jak można było się tego spodziewać?

Czy tak teraz będą wyglądały jego rozmowy ze wszystkimi? Nie musiał nawet mówić tego wprost, ale wiedząc, co się stało z Warownią, można było dość szybko wywnioskować, że kwestia zrujnowanej posiadłości rodowej cały czas leżała mu na sercu. Z jednej strony: nic dziwnego, to w końcu był jego dom. Na dodatek taki, który przez lata był uważany za nieprzeniknioną fortecę. Utrata tego jednego stałego elementu jego życia nie wpływała na niego pozytywnie.

Nie miał pojęcia, jak to się na nich odbije. Czy społeczność czarodziejów będzie wyrażała tylko współczucie? A może taktowna chwila szacunku szybko przekształci się w naigrywanie i podważanie tego, do czego tak na dobrą sprawę w ogóle nadawali się Longbottomowie, skoro nie byli nawet w stanie ochronić swojej rodowej siedziby i... Erik wypuścił gwałtownie powietrze z ust, pozwalając Leslie'emu się wyminąć.

— Wiesz, co się wydarzyło w moim życiu — mruknął, nie bardzo wiedząc, jak odpowiedzieć na pytanie blondyna. — A ten dzień jest pełen niespodzianek, co mogę powiedzieć — podjął po dłuższej pauzie, opuszczając klatkę schodową i wchodząc do środka. — Też się tutaj ciebie nie spodziewałem. Zauważyłem karocę przed wejściem i pomyślałem, że oddelegowałeś do sprawdzenia kamienicy jakiegoś kuzyna. Albo swoją siostrę. Bądź co bądź, Eden powinna się dość dobrze orientować w obecnej sytuacji na rynku mieszkaniowym.

Na twarz mężczyzny wstąpił nieco głupkowaty uśmiech, jakby dopiero po chwili zorientował się, jak irracjonalnie brzmiały jego słowa. Przecież Eden nie można było czegokolwiek kazać zrobić. Chyba nikt nie miał takiej mocy, aby wymóc cokolwiek na tej kobiecie, o ile ona nie wpadła na ten pomysł wcześniej. Tak samo jak Erik nie mógł za bardzo przymusić do niczego Brenny. Mógł grozić, błagać lub próbować odwołać się do jej poczucia moralności, ale koniec końców decyzja należała do niej.

Ciekawe, czy wszystkie siostry takie są, czy tylko nam się takie przytrafiły, skomentował bezgłośnie, podążając za Elliottem. Jego wzrok przesuwał się powoli po meblach, ścianach i oknach, mimowolnie szukając śladów. Cienia spalenizny. Nadpalonej ramy obrazu. Czarnej smugi na suficie. Jakichkolwiek oznak tego, że ogień Spalonej Nocy nie miał litości nawet dla tej kamienicy i wdarł się także i tutaj, pomimo wszelkich zabezpieczeń, jakie mogli na nią narzucić Malfoyowie. Wnętrze wydawało się jednak zaskakująco normalne. Chociaż jeden uśmiech losu w obliczu tragedii targających magiczną dzielnicą.

— Poza tym sądziłem... Założyłem, że twój instynkt samozachowawczy zatriumfuje i postanowisz trzymać się z daleka od tego miasta. Przynajmniej dopóki kwestia pokłosia po pożarach nieco nie przycichnie. — Spuścił nieco głowę i ściszył głos, gdy zahaczył o temat Spalonej Nocy. — Nie żebym nie cieszył się na twój widok! — dodał szybko, momentalnie zwracając się ku blondynowi. — Wszyscy na pewno docenią, że w tych trudnych chwilach postanowiłeś wrócić do Londynu, pomimo... Dość oczywistych niebezpieczeństw z tym związanych.

Wszyscy. O kim właściwie mówił? O sobie? O ich wspólnych znajomych? Krewnych Elliotta, którzy dalej przebywali na Wyspach Brytyjskich? Śmietance towarzyskiej? A może szychach z Ministerstwa Magii, które zapewne przez ostatnie dni rwały sobie włosy z głowy, próbując przepchnąć jakieś nowe projekty rewitalizacji Londynu przez Departament Skarbu? Nieobecność kanclerza na pewno wszystko wydłużyła w czasie, dodał w myślach.

— Co cię bardziej skłoniło do powrotu? Bliscy czy raczej interesy ministerstwa? — wyrzucił z siebie, krzywiąc się na to, jak obcesowo zabrzmiał. Jakby próbował zacząć jakieś przesłuchanie. — To znaczy... Nawet ja będąc na twoim miejscu dwa razy bym się zastanowił, czy to dobry pomysł.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#4
22.10.2025, 21:23  ✶  
Kwaśny uśmiech przesunął się po twarzy pociągnięciami zmarszczek; naruszona zmęczeniem maska obojętności wydawała się niezwykle krucha, zupełnie jakby pojedyncze odłamki wyciosanego w marmurze 'ja' zmieniły jej elastyczność - trudno było stwierdzić czy uszkodził ją niedogaszony płomień relacji, czy ogień nienawiści pożerający Wielką Brytanię.

- Nie mam zwyczaju oddelegowywać kogokolwiek do czegokolwiek, Panie Longbottom - rozbawienie błysnęło w chłodnym spojrzeniu niebieskich oczu, gdy poprowadził gościa do salonu, wskazując dłonią kanapę - Są sprawy, którymi należy zająć się osobiście, Eden ma swoje problemy, ubezpieczenia i spopielone kamienice na głowie - zwinność języka i przezorność zadziałały bezbłędnie pomimo zmęczenia, choć prawda była zgoła inna. Fakt, Malfoyowie, w tym Elliott, kładli nacisk na jedność i wsparcie, ale zaufanie było droższe od jakiejkolwiek sukienki czy kamienicy posiadanej przez bliźniaczkę, ba, kosztowało znacznie więcej niż mógł udźwignąć rodzinny skarbiec. Jeżeli miałby kogokolwiek oddelegowywać do swoich własnych sprawunków, prędzej byłaby to Lorraine, ale nie chciał kuzynce ubliżać, bo cóż to za zwyczaj, wysługiwać się członkami rodziny, gdy posiada się służbę? [oczywiście taką, której się płaci, nie inaczej, panie władzo)

- Ten sam instynkt samozachowawczy, który podsunął mi pomysł dopełnienia rytuału na Beltane z tobą i Norą Figg? I też ten, który zadecydował o wjeździe na teren festiwalu konno w towarzystwie Perseusza? A, chwilę - uniósł palec w teatralnie sarkastycznym geście - Może ten, który pchał mnie w stronę polany po całym zajściu, mimo dziejących się tam okropności? Czy może ten od wydawania drobniaków w postaci 20 tysięcy galeonów, oczywiście na cele charytatywne? - ostrożność nie zawsze byłą jego forte. Nakarmiony strachem i przemocą, przez ściśnięte gardło i żołądek nie potrafił przełknąć zdrowszych mechanizmów. Co jakiś czas, prawdziwa natura dawała o sobie znać, wyrywała się, ocierając skórę o skrzętnie zamocowany wokół szyi łańcuch; skręcony kark to najlepszy scenariusz, jaki był sobie w stanie wyobrazić, gdyby ktokolwiek zaczął wnikać w jego idiotyczne wybryki ostatnich miesięcy, które dla większości wydawały się może zwyczajnie normalne, ale dla niego samego, nauczonego, że tylko idealne jest wystarczające, to wszystko zdawało się nie do pomyślenia. Ulga ściągnięcia ciężaru z wycieńczonych dźwiganiem ramion miała nigdy nie nadejść, fakt, że marzył o innym scenariuszu świadczył jedynie o głupocie. Nawet, gdy Fortinbrasa zabraknie, gra się nie zakończy; pozbycie się niebezpieczeństwa była priorytetem, ale po całym zabiegu, trzeba będzie odpowiednio zaszyć naruszone struktury, odbudować je i dać możliwość zatrutej glebie przyjąć antiodum w postaci wiosennego deszczu.

Czy Erik zinterpretuje jego wypowiedzi jako fakt, że to on był powodem do powrotu, Elliott nie był pewien, ale nie mógł powstrzymać się przed ta małą implikacją. Chęć obdarzenia uszu innych tym, co chcieli usłyszeć była silna i czasami nie potrafił się jej oprzeć, pozostawiając w powietrzu odpowiednią dozę niedopowiedzeń. Natomiast, czy faktycznie Erik Longbottom był powodem jego powrotu? Nie, ale trudno było zaprzeczyć trosce, którą Malfoy okazywał podług drugiego mężczyzny.

'Nie żebym nie cieszył się na twój widok!' Entuzjastyczny, prawie, że usprawiedliwiający wcześniejszą wypowiedź ton uderzył w dopiero co zbudowany mur, świeże, mokre fundamenty zatrzęsły się, ale potrzeba byłoby o wiele więcej, by runęły. Znajome ciepło, pokiereszowane przez przeżycia Spalonej Nocy poczucie bezpieczeństwa wciąż lśniły w duszy Erika, ogrzewały wiecznie skostniałe pustką i osamotnieniem knykcie Malfoya; przesunął dłonią po mahoniowym barku odwracając twarz od rozmówcy, zasłaniając cień smutku, jaki przebiegł po niej przebiegł. Łapiąc za połowicznie opróżnioną, szklaną karafkę z winem, upomniał się, że to nie było jego szczęście, nie miał do niego prawa.

- Nie istnieje dla mnie rozdzielenie, o którym myślisz - odparł pusto, pierwszy raz od dawna pozbawiając swą wypowiedź charyzmatycznych ozdobników - Ministerstwo i rodzina to jedno i to samo. Nie byłoby Ministerstwa bez Malfoyów oraz vice versa. Finansowe powikłania tych dwóch instytucji wliczając w to też inne, równie stare rodziny, są niezaprzeczalne. Atak na Ministerstwo jest atakiem na nas i wszystko, co przez stulecia próbowaliśmy zbudować, bez różnicy czy jest on z zewnątrz czy z samej instytucji. Mogę być inną osobą od mojego ojca, nikt z nas nie jest taki sam, ale zawsze wierzyłem, że podzielamy przynajmniej tą jedną, wspólną cechę - chcemy dla tego kraju jak najlepiej - odchrząknął i zamrugał, odwracając się do rozmówcy. Czas przeszły wykorzystany do opisu przekonań ojca wydał mu się nagle zbyt niebezpieczną taktyką, kroczył po bardzo niepewnym gruncie i musiał być tak czujny, jak nigdy wcześniej. Słowa były również naciągnięciem prawdy, aby ukazać prawdziwe znaczenie - Fortinbrasowi nigdy nie chodziło o dobro rodziny i społeczności, zawsze martwił się tylko o siebie samego i ktoś musiał posprzątać cały ten bałagan, a kto inny, jak nie Elliott?

- Napijesz się? Czy jest za wcześnie? Ewentualnie - uciął na sekundę, jakby zadawał nieme pytanie, które później i tak pociągnął - za późno? - różdżka, której wciąż nie schował, posłużyła mu do przywołania odpowiedniej ilości szklanek, w zależności od odpowiedzi gościa.

- To dobre, włoskie wino. Nie jest gorzkie, nie jest kwaśne, bo dojrzewało w słońcu, w przeciwieństwie do czegokolwiek w Anglii - opis trunku nie był entuzjastyczny, od oddawał rzeczywistość w temacie napitku, który zapewne był droższy niż wycena za dwutygodniowe wakacje pięcioosobowej rodziny.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#5
21.12.2025, 02:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.02.2026, 19:08 przez Erik Longbottom.)  
Skinął powoli głową. Cóż, tłumaczenie wydawało się dość prawdopodobne. Nie miał zbytnio powodów ku temu, aby szukać luk w tej narracji. Biorąc pod uwagę liczbę lokali, jakimi dysponowała obecnie Eden, nic dziwnego, że miała teraz ręce pełne roboty. Nie mówiąc już o tym, że co bardziej agresywni lokatorzy mogli żądać rozmowy z nią, aby dowiedzieć się, jaki jest właściwie plan odbudowy lub remontu poszczególnych lokali. Nie zazdrościł jej. Zdecydowanie. Jedna Warownia na wsi była problemem, nie mówiąc już o całym kompleksie mieszkalnym. Mimo to, w słowach Elliotta było coś, co kazało Erikowi poddać je nieco głębszej analizie.

— Chwila, chwila... Możesz powtórzyć? — Zmrużył na moment oczy, przypatrując się blondynowi, jakby ten powiedział coś autentycznie zaskakującego. Niespodziewanego. Czyżby wyprawa do Włoch nie była tylko zwykłym urlopem, ale też jakąś próbą... Znalezienia nowego siebie? Okazją do przejścia przemiany wewnętrznej? — Czy kiedy mówisz, że nie oddelegowujesz kogokolwiek do czegokolwiek, to mam też zakładać, że codzienne obowiązki związane z dbaniem o dom spoczywają tylko i wyłącznie na tobie? Samodzielnie zmywasz po sobie po każdym posiłku i robisz pranie bez asysty nikogo z zewnątrz? — Pochylił delikatnie głowę do przodu. — Skrzaty się zbuntowały podczas Spalonej Nocy, czy coś takiego? Rozchorowały się? Biedaku, mam nadzieję, że to nic poważnego...

Czy uczepił się przypadkowego zbitka słów, próbując przekształcić je w nieco przydługi żart? Być może. Z drugiej strony stan też nie trwał zbyt długo, bo zaraz cały się nachmurzył na kolejną porcję złotych myśli wyprodukowaną przez Elliotta. Na jego twarzy wymalowało się skonfundowanie; nie do końca wiedział, jak na to zareagować. Owszem, może sam rytuał nie wniósł zbyt wielu pozytywnych wrażeń do ich życia, ale czy trzeba było go od razu zestawiać z serią ataków Śmierciożerców na Londyn i inne mieściny? Longbottom złożył ręce na klatce piersiowej.

— Wiesz co? Faktycznie możesz mieć trochę racji, Elio — stwierdził po chwili namysłu, nasączając słowa kilkoma kroplami ironii. — Twoja dotychczasowa ''dobra passa'' jest iście kapryśna. Wspólny rytuał na Beltane? Publiczna jazda na koniu? Inwestycja na ponad dwadzieścia tysięcy galeonów? — Zacmokał parę razy. — Poziom zagrożenia ewidentnie nie odstaje od ryzyka związanego z działalnością terrorystyczną w tym kraju. Co więcej, jeden Erik Longbottom może równać się wydarzeniom na miarę Spalonej Nocy. I wystąpić w tym zestawieniu aż dwa razy. — Przesunął wzrok tuż nad ramię czarodzieja, przyglądając się jakiemuś bliżej niezidentyfikowanemu obiektowi. — Chyba powinienem czuć się zaszczycony. A może zaniepokojony, skoro moja osoba sprawia, że zbaczasz ze ścieżki rozsądku. Dobrze, że przynajmniej ten koń to nie moja wina.

Jeszcze tego by brakowało.

— Tyle że każdy ma inną wizję tego, co dla kraju jest najlepsze, czyż nie? Zwłaszcza kiedy mówimy o zbiorze rodzin, które od pokoleń są uznawane za twórców fundamentów współczesnego świata czarodziejów. A tak silna identyfikacja dobrobytu i bezpieczeństwa własnych bliskich z czymś tak... skomplikowanym... Jak Ministerstwo Magii nie może być zbyt zdrowe. Bez względu na to, jak piękną i patriotyczną ideą by to nie było. — Zmarszczyło czoło. Czy nie rozmawiali już kiedyś o tym? Przy okazji jakiejś rozmowie o Leachu lub różnicach w poglądach w czarodziejskiej socjecie? Niżej urodzony Minister Magii sprawił, że konserwatywne poglądy zaczęły być jeszcze bardziej powszechne - bo polityka Leacha stanowiła zagrożenie dla rodzin, które stworzyły swój status między innymi za pośrednictwem Ministerstwa Magii. Jaka więc będzie reakcja w przypadku coraz silniejszych ataków ze strony Śmierciożerców? — I jak twoim zdaniem rody powinny zareagować na wroga, który próbuje atakować ich od środka i wbić nóż między żebra?

Spróbować wyciąć jak przysłowiowego raka, który już i tak dokonał sporego spustoszenia w ciele? A co jeśli pozbycie się go tylko pogorszy sprawę? Czy leczenie było w ogóle opcją, o jakiej warto było rozpatrywać z nadzieją, że komórki wrócą do zdrowia i cała sprawa rozejdzie się po kościach?, skomentował bezgłośnie Erik. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej dochodził do wniosku, że nie była to alegoria idealna. Ludzkie ciało musiało podporządkować się prawom natury, nawet jeśli w grę wchodziła magia. Chore komórki może i dało się wyleczyć, ale czy można było mówić o tym samym fenomenie, gdyby próbować zastosować podobne środki względem Śmierciożerców? Czy rody mogły w ogóle wykorzystać jakieś naciski w swoich szeregach, aby coś zmienić?

— Gdzieś na świecie jest teraz wieczór, panie Malfoy — skomentował po jakimś czasie, akceptując propozycję drinka. — Nie planuję brylować dzisiaj w towarzystwie, więc wspólna degustacja brzmi absolutnie świetnie.


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
viscount of empathy
show me the most damaged
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
wiek
30
sława
VI
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
detektyw w BUM
wiecznie zamyślony wyraz twarzy; złote obwódki wokół źrenic; zielone oczy; ciemnobrązowe włosy; gęste brwi; parodniowy zarost; słuszny wzrost 192 cm; wyraźnie zarysowana muskulatura; blizna na lewym boku po oparzeniu; dźwięczny głos; dobra dykcja; praworęczny

Erik Longbottom
#6
09.02.2026, 20:07  ✶  
Odkryj wiadomość pozafabularną
Kość na Spaloną, bo znowu zapomnę:
!Strach przed imieniem


the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.
❞
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#7
09.02.2026, 20:07  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. Przerażenie narasta w tobie z każdą chwilą, aż nagle wbrew swojej woli wypluwasz z siebie słowa: Wasz ból jest bramą do prawdy. Uczyńcie z mojego imienia kompas i podążajcie za słowem, które niesie się ustami Londynu..
King with no crown
Stars, hide your fires
Let no light see my black and deep desires
wiek
31
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Kanclerz Skarbu
Schludny, młody mężczyzna ze starannie ułożonymi blond włosami. Nie grzeszy wzrostem, będąc wysokim na 178 centymetrów, acz chodzi na tyle wyprostowany i z uniesioną głową, że może wydawać się górować nad rozmówcą. Pomaga mu w tym spojrzenie chłodnych, niebieskich oczu, na tyle skutych lodem, że nie sposób się przez niego przebić, aby dostrzec kryjącą się za nimi duszę. Zazwyczaj używa perfum z cedrowymi nutami przeplatającymi się z drzewem sandałowym. Dobiera ubrania starannie, zwłaszcza kolorystycznie. Nie ubiera się krzykliwie, acz odpowiednio do okazji; zawsze z idealnie wyprasowanym materiałem koszuli, dobrze dopiętą kamizelką. Charyzmą przyciąga do siebie innych, acz waży słowa w naturalnie ostrożnej manierze. Nie brak mu w głosie donośnych tonów, na marne można oczekiwać, że otworzy usta, aby krzyczeć, nawet te cicho wypowiedziane przez niego słowa potrafią być dobitniejsze niż cudzy krzyk. Stawia na niską intonację, uważając, że jest przyjemniejsza dla ucha i bardzo dobrze podkreśla angielski, wręcz krzyczący w swojej pretensjonalności o jego uprzywilejowanym urodzeniu, akcent.

Elliott Malfoy
#8
04.04.2026, 19:19  ✶  
Filuterne uniósł brew. Tak, miał w sobie dużo smutku, nierozwianych wątpliwości, prześladującego stresu i podejrzliwości, ale coraz częściej zdawał się odnajdywac równowagę w pozwalaniu sobie na dopuszczenie stłamszonego, chłopięcego ja do sterów obsypanego opiłkami złota rodzinnego tworu, który zdarzało mu się nazywać 'ja'.

- Błagam cię, szanujmy się - wywrócił oczyma i, gdyby nie fakt, że ich kolor pozostawał niepodważalnie niebieski, długie, brązowe rzęsy zdawały się przebarwiać tęczówki na ciemniejszą, bliźniaczą barwę - Mówię o powaznych kwestiach, a nie podrzędnych czynnościach. Wszyscy mamy swoją rolę w społeczeństwie, jakbym wykonywał każdą, jedną pracę dawno przestałbym nazywac się człowiekiem, czy to cecha boska, nie jestem pewien, nigdy żadnego bóstwa nie spotkałem. Jeszcze. Ale nawet bogowie i istoty czczone przez obrzędy religijne wydają się mieć swoje role, możliwe, że to kwestia naszego, przyziemnego ograniczenia. Aczkolwiek - uniósł szklankę w geście toastu - odbiorę twój półżart jako komplement - wziął łyk z kieliszka delektując się słodyczą swojej własnej narracji.

- Nie mam skrzatów, już nie. Wolę być z dla od tego typu kontrowersji. W domu też mamy zatrudnionych ludzi, właściwie już od czasów mojego dziadka. Mają swoje miejsce do spania, mieszkania i tak dalej, dostają wypłaty, są specjalistami w dziedzinie, a co więcej, są przyjemni dla oka. Za pracę płace, bo rozumiem, że musi być zrobiona. Każdy ma swoją, na która poświęca wolny czas, który też jest walutą - jego ekonomiczne tło wpływało mocno na decyzje w zyciu personalnym, choć oddzielał pracę od życia prywatnego. Przynajmniej się starał, pomimo dość intensywnych opinii na temat powiązań rodziny, dziedzictwa i Ministerstwa.

- Rozumiem - zamruczał zdeka ostrzegająco, jak kot, który potrzebuje się uspokoić w towarzystwie przebodźcowującego otoczenia - Samokrytyka to dobra cecha, tak samo jak rozumienie swojej wartości, nie miałbym ci niczego do zarzucenia, aczkolwiek uważam, że własna perspektywa przysłania ci jasność odpowiedzi w tej kwestii. Mam całkowicie inne postrzeganie, co wywodzi się z różnic w wychowaniu, otoczeniu i innych, istotnych drobiazgów. Ja nie jestem stróżem prawa i porzadku, moje obowiązki, choć istotne, nie przenoszą się na życie prywatne, toteż przeżywam swoje własne tragedie i smutki, i uważam je za centrum mojego małego wszechświata, nie wszystko potrzebuje spojrzenia na całość przedstawianego obrazu, czasem lepiej skupić się na jednej ze scen, szczególe, aby nie oszaleć - nie był pewien czy to zderzenie się opinii, bądź postrzegania mógłby zakwalifikować jako kłótnię, bardziej 'stanowczą rozmowę, odbytą za pomocą użycia niestanowczych słów'; bo jak inaczej powiedzieć mężczyźnie o energii dużego, uroczego psa o długiej siersci 'nie wszystko skupia się na tobie'?

Nie patrzył na Longbottoma, przez idealnie wypucowaną szybę spoglądał na podjazd, gdzie wciąż trwała praca. Pakowane przedmioty i bibeloty wydawały się topnieć w promieniach brzasku; uświadomił sobie, że mężczyźni byli męczący, ich skupienie na własnym komforcie, brak intuicyjnej empatii poczynała mu przeszkadzać. Nawet najmilsi okazywali się zainfekowani pewnego rodzaju zarozumieniem, czy on też taki był? bez wątpienia. Odłożył tę myśl na dogodniejszą chwilę, bo zbliżył się niebezpiecznie do gruntu rozumienia swojej własnej siostry i matki. Przerażający koncept.

Nie powstrzymał gorzkiego chichotu, przymrużył oczy, gdy blask dnia uderzył w jasne tęczówki podkreslając ich spirytystyczną szarość, uśpiony bezkres oceanu.

- Wybacz, ale mam wrażenie, że będę te rozmowę odbywał jeszcze wiele razy. Nie całą, ale tę o różnych wyobrażeniach dobra i przyszłości. Pozwólny ludziom być innymi, nie ma w tym nic złego. Przerażającym byłoby, gdybysmy wszyscy byli bezmyślnymi kopiami, czyż nie? Konflikt to naturalny stan rzeczy, przynajmniej tak można przeczytać w historycznych księgach. Diabeł tkwi, znów, w szczegółach. Różnice opinii można przedyskutowac, znaleźć wspólny grunt, zaprojektować narzędzia dla obywateli, aby zajeli się odbudową i pracą, bez której przetrwanie w systemie nie istnieje. Ideologia stanie się wtedy drugorzędna, gdy pierwotna mysl o zaspokojeniu podstawowych potrzeb będzie nagląca. Do tego prowadzi konflikt i wojna - spojrzał na niego ponownie i z rozczarowaniem zauważył, że własny kieliszek opróżnił szybciej niż by chciał. Dolał sobie i towarzyszowi, jeżeli była taka potrzeba.

- Zdrowa? Cóż, znów wracamy do kwestii perspektywy. Ja oddzielam pracę od życia prywatnego, swoją przynalezność do Ministerstwa również, choć nie zaprzeczam przy tym swoim korzeniom, czy ty też jesteś w stanie to zrobić? Czy może projektujesz swoje własne lęki na mnie? - pierwszy, bardzo prostolinijny zarzut, padł z jego ust tak samo naturalnie jak każdy, skryty pod latami wyuczanej charyzmy komplement, jak opadające na bruk pierwsze, jesienne liście.

- Moje zdanie nic nie zmieni, to meritum sprawy, akcje natomiast, już tak. Moje zdanie się nie liczy, liczy się czy jako trybik w systemie okaże się użyteczny, jak mówiłem, wszyscy mamy rolę, w kontekście pracy, społeczeństwa, rodziny, et certa. Zmiany to kwestia czasu, pokoleń, jeżeli mamy je zacząć, musimy to rozumieć. Pogodzić się, że możemy nie pomóc wszystkim tym, których znamy, którzy dzielą z nami ten krótki czas, w którym istniejemy na linii czasowej dziejów - osttnia kropla wina skapneła z butelki do wypełnionej do połowy szklanej zastawy.

- Nie planujesz, a jednak jesteś tu, w mojej kamienicy, brylujesz w najdogodniejszym towrzystwie - skromność zostawił w czasie przeszłym, tak samo jak omamiające zmysły komplementy, najwyraźniej, ukazując chłodniejsze barwy swojej osoby - Nie mamy dużo czasu, będę zabierał tę część rzeczy, gdy skończą być pazkowane. Zabierzesz się z nami, prawda? Czuję się w obowiązku, aby odstawić cię do domu, skoro już pojawiłeś się w moim progu - uśmiechnął się delikatnie.


“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Elliott Malfoy (2655), Erik Longbottom (2296), Pan Losu (65)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa