• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[Jesień 72, 13.09 Clovelly | Lorraine & Josephine] shadows weaver and leaves sigh

[Jesień 72, 13.09 Clovelly | Lorraine & Josephine] shadows weaver and leaves sigh
from ashes to ashes
O! from what power hast thou this powerful might,
With insufficiency my heart to sway?
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Przed dwoma tysiącami lat niewielkie irlandzkie miasteczko Waterford spłynęło krwią okrutnego męża i bezdusznego ojca kobiety, która zbyt wiele wycierpiała z ich rąk. Upiorzyca gnana nienawiścią i pragnieniem zemsty, przez lata dotkliwie karała wiarołomnych kochanków i mężów, aż zasnęła w swym rodzinnym grobowcu. Mieszkańcy co roku w rocznicę jej zgonu kładą na ciężkiej marmurowej płycie krypty rytualny kamień, który ma zapewnić im bezpieczeństwo. Ze szczątkowych zapisków etnologów i lokalnych pieśni, można wywnioskować, że kobieta była użytkowniczką magii. Czy znajdzie się śmiałek, który zdecyduje się zdjąć kamień i pocałunkiem obudzić bladolicą śniącą o ustach czerwonych jak krew?

Dearg Dur
#1
11.08.2025, 13:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2026, 15:24 przez Dearg Dur.)  
13.09.1972

prywatna posesja Josephine Avery w Clovelly


[Obrazek: hFWBT8VyBfUSboivtLNmx8.jpg]

Ze wszech miar chciała być tego dnia sama. Dnia. Tygodnia. Może nawet miesiąca?

Miała wrażenie, że od sierpniowych wydarzeń postarzała się o dekadę, albo dwie, a czas jak piasek pobliskiego wybrzeża znikał z kolejnym odpływem. Jakby było go coraz mniej i mniej. Za ironię losu uważała fakt, że Zadrapnie minęło akurat jej wieś o ósmą część mili, a fakt ten przydawał tylko ciężaru jej własnym, osobistym rozmyślaniom.

Pozostawała więc w swojej samotni, otoczona bezimienną, milczącą służbą. Oddała Muzę w ręce swojego sekretarza, jakże chciałaby też móc tak oddać swoje prywatne życie i zapaść się w słodką bezmyślność... Nie sposób było tego oszacować ani wycenić. Pozostawało trwać i przeć przed siebie, pośród drzew, leśnymi duktami niosącymi ułudę zapomnienia.

Odmawiała wszystkim, finalnie jednak Lorraine nie mogła odmówić, dlatego też dopuściła do siebie tę białą ptaszynę, zezwalając na pojawienie się w progach prywatnej rezydencji. Czy to ze względu na słabość do niej, czy do krwi, która płynęła w jej żyłach, nie miało to większego znaczenia. Odziana w białą szatę, na znak osobistej żałoby, blada jak ściana, ale delikatnie uśmiechnięta zapraszała pannę Malfoy do środka.
– Proszę wejdź. Rozgość się. Zjesz coś? Napijesz się? – jej głos pozostawał słaby, ale pobłyskiwał życzliwością zarezerwowaną dla najbliższych. Powolne gesty, wskazywały drogę przez białe korytarze prosto do niewielkiego saloniku urządzonego w przyjemnym nadmorskim stylu, wciąż białym ale zdobnym niebieskimi wzorami. Susze i muszle, połyskujące ceramiczną łuską ryby dopełniały przytulności ale też przewiewności przestrzeni. – Zapaliłam za Twoją spokojność kadzidło w leśnej kaplicy. Cieszę się, że przetrwałaś pożogę moja miła. Lękałam się... Nokturn zdaje się być taki... łatwopalny. – jej słowa, choć szczere, brzmiały głucho. I smutno.

Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#2
07.09.2025, 23:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.09.2025, 23:15 przez Lorraine Malfoy.)  
– Gdyby jedynie Nokturn spłonął, wielu powiedziałoby, że sama Matka zstąpiła na ziemię, aby swym świętym ogniem wypalić ślady grzechu. Gdy jednak płonie cała Anglia...

Lorraine westchnęła, bo przecież nie pierwszy raz odbywała z Josephine rozmowę na temat Nokturnu. Na temat tego, że się tam "marnuje". Może dlatego w jej tonie nie było nic poza zmęczeniem, gdy w zamyśleniu obracała tkwiący na palcu pierścień z emblematem rodu Malfoy. Lorraine pokręciła tylko głową, uśmiechając się smutno. Nie brzmiało to tak, jak gdyby próbowała się kłócić. Nie, Josephine zbyt dobrze znała swoją podopieczną: przypominała jej Mirandę, bardzo młodą Mirandę, gdy ta siedziała u jej boku, aby w milczeniu patrzeć, jak maluje. Czasem milczała całymi dniami, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Niewielu wiedziało, że bliskość zawsze była dla Mirandy szalenie trudna. Lorraine tak samo jak ona zaciskała usta, gdy nie chciała rozmawiać, zaraz jednak ukrywając swoją niechęć pod układnym uśmiechem. Tak samo jak ona siedziała, zawsze sztywno wyprostowana, z boleśnie ściągniętymi łopatkami. Nie miała oczu Mirandy, bo tchnące chłodem oczy odziedziczyła, na swe nieszczęście, po swym nieświętej pamięci ojcu... A jednak, na ich dnie Josephine widziała uczucia tak samo ciepłe jak te, które żywiła wobec niej Miranda. Nawet gdy nie umiała tych uczuć okazać wystarczająco żywo.

– ...Przepraszam, wiem, co miałaś na myśli, ciociu. Po prostu... Nikogo nie oszczędziła miniona noc. Pożary objęły całą Anglię, a skrzyżowanie Pokątnej z Horyzontalną niczym nie różni się teraz od obrzeży Nokturnu. Wszystko zadziało się tak szybko. Witryna Necronomiconu wybuchła wtedy, gdy zapalałam świece w kaplicy pogrzebowej. Wszystko pokrył popiół. Popiół, wszędzie popiół, już nie w urnach, lecz na ulicy. Ale zakład przetrwał, nie ucierpiawszy wiele, tak samo, jak i nie ucierpiałam ja. A jednak tak bardzo się bałam. Z popiołem pod powiekami, popiołem na języku... Z popiołem we włosach. – Słowa same ulatywały z jej ust. Widać było, że z nikim o tym nie dane jej było porozmawiać tak otwarcie, że potrzebowała podzielić się tym z Josephine, która była w jej życiu osobą najbliższą matce. – Przywykłam do tego, że otacza mnie śmierć, przez lata była mi przecież przyjaciółką. Śmierć, wierna towarzyszka mej młodości, strażniczka panieńskiego wiana. Sądziłam... Sądziłam, że jestem w stanie znieść wszystko po śmierci rodziców. Sądziłam, że pokonałam strach, że jestem jego panią. A jednak wciąż jestem tym samym dzieckiem, bojącym się stracić tych, których kocha najbardziej.

Ujęła dłonie Josephine gestem pełnym uczucia, przyzwalając sobie na chwilę milczenia, zanim zaczęła ciągnąć dalej.

– Masz rację, Nokturn jest łatwopalny, ale to dlatego, że serca zamieszkujących go ludzi pełne są żaru. Wystarczy iskra, aby wzniecić pożogę. A jednak wyszłam stamtąd niespalona, a Necronomicon przetrwał noc. Natomiast dom w Little Hangleton – ten, w którym mieszkaliśmy po przeprowadzce z Londynu – ten, w którym mieszkaliśmy ja, mama, i tata, kiedy jeszcze... – kiedy jeszcze żyli chciała powiedzieć, ale głos jej się załamał. – Nie ma już tego domu. Spłonął – wyrzekła w końcu, odzyskując opanowanie godne wychowania, jakie otrzymała w darze od Mirandy. Dyscyplina. Bez tej dyscypliny nie byłoby Lorraine Malfoy. – Spłonęła nawet rezydencja pod Londynem, którą tata sprzedał Moultonom, gdy byłam jeszcze dzieckiem, zaczynającym grywać pierwsze recitale. – Chopin, pamiętasz?, pytały smutno jej oczy, dziwnie odległe, jak gdyby spojrzeniem próbowała oddalić i siebie, i Josephine, w stronę lepszych czasów. – Spłonęło wszystko, co kiedykolwiek nazywałam domem, ciociu. Wszystko poza Nokturnem.

Umarli też wszyscy ci, których nazywała rodzicami, więc naturalnie, szukała pocieszenia w ramionach Josephine, samej chcąc nieść jej pocieszenie. Może nie była w tym najlepsza, ale przynajmniej próbowała: gdy tylko przeszła próg domostwa, przypięła bowiem do sukienki ciotki starą broszkę Mirandy, którą znalazła pośród ojcowskich staroci podczas ostatniego gruntownego sprzątania zakładu pogrzebowego.


Yes, I am a master
Little love caster
from ashes to ashes
O! from what power hast thou this powerful might,
With insufficiency my heart to sway?
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Przed dwoma tysiącami lat niewielkie irlandzkie miasteczko Waterford spłynęło krwią okrutnego męża i bezdusznego ojca kobiety, która zbyt wiele wycierpiała z ich rąk. Upiorzyca gnana nienawiścią i pragnieniem zemsty, przez lata dotkliwie karała wiarołomnych kochanków i mężów, aż zasnęła w swym rodzinnym grobowcu. Mieszkańcy co roku w rocznicę jej zgonu kładą na ciężkiej marmurowej płycie krypty rytualny kamień, który ma zapewnić im bezpieczeństwo. Ze szczątkowych zapisków etnologów i lokalnych pieśni, można wywnioskować, że kobieta była użytkowniczką magii. Czy znajdzie się śmiałek, który zdecyduje się zdjąć kamień i pocałunkiem obudzić bladolicą śniącą o ustach czerwonych jak krew?

Dearg Dur
#3
19.09.2025, 11:37  ✶  
Już od progu, od samego wejścia, od pierwszych kroków i pierwszych gestów, Lorraine zatrzęsła w posadach światem nieszczęsnej Josephine. Była jak biały motyl, którego trzepot skrzydeł, ruch drobnych palców przy piersi, wywoływał chaos i tornado. Owe meteorologiczne kataklizmy jednak nie miały miejsca hen, na drugim końcu świata, a tuż obok. Ciało przy ciele dwóch kobiet, które łączyła wspólna historia, choć dzieliło pokolenie.

Broszka Mirandy była jak rozmazany olej na czole. Ciążyła na ubraniu bardziej nawet niż poczucie winy po Spalonej Nocy. W urodzie, we wrażliwości, w talencie, Lorraine przypominała jej Raphaelę, choć absolutnie oba dziewczęcia nie były podobne, ulepione z różnej gliny a już ze wszechmiar wypalone w odmiennych piecach. Czemuż więc oba obrazy mirażem spajały się ze sobą? Drgały przed wiecznie zaczerwienionymi oczyma, wyrzutem sumienia, potrzebą odkupienia.

Co było słuszną więc drogą, skoro to brosza srogiej matki zawieszona została na jej piersi, jak niema prośba by być tą matką teraz. A przecież Josephine nie była jak Miranda, nie miała w sobie tego dystansu, wyrachowania, tej pieczołowitości by ogniem wypalać dumę i siłę charakteru na duszy delikatnego dziecka. A jednak oba obrazy mirażem spajały się ze sobą. Drgały w dziwacznej wibracji, niespójnych ze sobą oczekiwań i potrzeb.

Widziała piękną twarz Lorraine, nieco zbyt szczupłą choć wciąż przecież otoczoną aureolą pięknych śnieżnych włosów komplementujących żarliwość oczu Armanda. Słyszała jej słowa, żadne z nich nie zostało strzepnięte z lekceważeniem, gdy ujęła dłonie swojej podopiecznej każdym gestem, skinieniem głowy, śledzącymi ją oczyma pokazując jak ważne jest wszystko to z czym do niej przyszła. Czy tego właśnie szukała Raphaela? Czy chciała zwrócić na siebie uwagę, a gdy jej nie otrzymała, zwróciła na siebie uwagę tych, którzy nie wahali się zadać cios?

Czy grzech Lorraine również ściągnie na siebie gniew ludzi w maskach?

Winien? Nie powinien. Być może. Nie była pewna. Nic już nie było pewne, gdy głupota młodości krwi czystej jak łza przecież, została tak srogo ukarana.

– Kochana moja... – drżąca ręka pogładziła włosy, a ich śmierdzące spalone strzępki nie przylepiły się do skóry. Wspomnienie uderzyło ją zbyt mocno, by nie znaleźć odbicia w woskowej twarzy. Pospiesznie przyciągnęła Lorraine do siebie, ułożyła głowę na barku, tuląc ją i gładząc, ukazując cały strach gestem, który miał go przecież ukryć, całą żałość, wszystko to, czego nie powinna pokazywać, bo nie wypadało przecież. Nie można było głośno mówić o tym co się stało. Sromota dla rodziny, gniew Czarnego Pana. Jej wina. Jej odpowiedzialność.

– Budynki i rzeczy... to tylko materialny świat, który niczym jest wobec wspomnień, które w nas żyją. Wobec faktu, że Ty duszko moja żyjesz i masz się dobrze. To najważniejsze... to najważniejsze... – zaklinała rzeczywistość w ciężarze pokuty. Może powinna być jak Miranda, ta która zawsze taki problem miała w okazywaniu bliskości i uczuć. Może powinna być skałą, na której wesprze się młode dziewcze, ale nie mogła. Nie po tym co wydarzyło się wewnątrz jej własnej rodziny, nie po tym co spotkało Londyn w imię zasad i przekonań, które ona sama w cichości serca kwestionowała. Kto teraz był bezpieczny? Kto mógł się teraz uchować i gdzie?
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#4
05.11.2025, 10:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.11.2025, 21:24 przez Lorraine Malfoy.)  
– Jakiś mężczyzna – zawahała się Lorraine, ale przemogła się wreszcie, postanawiając mówić dalej. W ramionach Josephine była przecież bezpieczna. – Jakiś mężczyzna niemagicznego pochodzenia na mnie napadł. Nie wiem nawet, kim był. Był... Był mi zupełnie obcy. A jednak chciał mnie skrzywdzić. Chciał mnie skrzywdzić, bo myślał, że może to zrobić, nie ponosząc żadnych konsekwencji. – Słowa, które padały z jej ust, były bardzo precyzyjne, a cechowała je pewność przekonań wpajanych Lorraine od maleńkości, niezachwianie porównywalne z trwaniem przy prawach wyznawanej wiary. Aut Malfoy aut nihil. Być Malfoyem, albo nikim. Deklaracja ta nie była to czczą przechwałką, lecz wyrażała głębokie przekonanie o tym, że najmniejszy z Malfoyów wciąż będzie przez nich traktowany jako większy od reszty ludzi. A więc to wszystko, co miało miejsce w trakcie Spalonej Nocy, to nie była tylko napaść na nią. Jako na kobietę, jako na wilę. Nie, to była napaść na cały ród Malfoy. Zamach na świętość ich nazwiska, na nietykalność, jaką mogli się dzięki niemu cieszyć.
– Wystarczyło mu zobaczyć moje blond włosy, pierścień na mym palcu, posłyszeć akcent. Wykrzykiwał cały czas, że jestem Malfoy, jak gdyby to była obelga. Wykrzykiwał, że jestem... – Urwała, nie będąc w stanie powtórzyć inwektyw, jakie w tamtym momencie usłyszała, kontynuowała jednak dalej swą opowieść. – Pomylił mnie z moją kuzynką, z najmilszą memu sercu Eden. Wiesz, że bardzo długo chciałam być jak Eden? Dorastając, zawsze patrzyłam na nią z podziwem. – Gdyby tylko Josephine wiedziała, jak wiele godzin mała Lorraine poświęciła na studiowaniu swej twarzy w lustrze, szukając podobieństw łączących ją z Eden, a wręcz naśladując miny starszej kuzynki. Eden długo była jej wzorem, autorytetem, o którego przychylność Lorraine zabiegała, nawet wtedy, gdy zrozumiała, jak wiele je dzieli. Bo w tych różnicach tkwiła przecież siła, która była tak potrzebną rodzinie jako całości. – A gdy wreszcie się nią stałam, gdy pomylono mnie z nią w pijackim amoku podsycanym desperacją, nazwano jej imieniem... Nie czułam dumy. Czułam tylko wstyd, ciociu. Wstydziłam się, gdy ten człowiek obrzucał mnie najgorszymi wyzwiskami, a ja milczałam; gdy krzyczał, a ja nie byłam w stanie dobyć z siebie głosu, bo jego gniew... Wydał mi się słusznym.

Lorraine zbladła i zaczęła drżeć na to straszliwe wyznanie.

– Proszę, nie mów nikomu. Nikomu. Nikt nie może wiedzieć, że tak powiedziałam. Ale ten człowiek krzyczał, że... Że... Że wyrzuciłam go z domu, z mieszkania, które wynajmował ode mnie... To znaczy, od Eden. Krzyczał, że Eden wyrzuciła jego, i jego rodzinę na bruk, ale Eden nigdy przecież nie... – Nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego?, dokończył cichy głos w jej głowie. Wyjątkowo nie był pogardliwy, a przepełniony smutkiem. Bezbrzeżnym smutkiem, który zagościł również na twarzy Lorraine. Urwała gwałtownie, zdając sobie sprawę, że dalsze jej słowa nie chcą przejść przez zaciśnięte nagle gardło. Nie udawaj głupiej, Lorraine, skarciła się w duchu, z trudem powstrzymując łzy. Kiedy niby Eden Malfoy brała pod uwagę wszystkie te pospolite, ludzkie wrażliwości, których Lorraine nie potrafiła się wyzbyć mimo lat spędzonych na ścieżkach? Oczywiście, że by to zrobiła. Zrobiłaby to bez choćby mrugnięcia okiem, i wciąż byś ją kochała, chociaż znaczysz dla niej niewiele więcej niż ten mężczyzna.

Pamiętała przecież o utraconym przed laty domu. Pamiętała, jak licytowano koncertowy fortepian jej matki, jak wynoszono meble, a pośród nich, ulubiony fotel ojca, w którym siadał wtedy, gdy opowiadał jej bajkę na dobranoc. Pamiętała dom z białym drzwiami, z ogrodem, w którym rosły białe jabłonie. Pamiętała rozłożyste głogi, śliwy i potężne magnolie, po których kwiaty wychylała się wiosną zza barierki balkonu, uważając, aby nie przyłapały jej na tym służba i liczne guwernantki. Pachniały tak słodko, że były warte ryzyka. Pamiętała, że popłakała się, gdy odwiedzając po latach tamtą okolicę, odkryła, że wszystkie niemal drzewa ścięto. Te, które ocalały, strawił natomiast pożar. "Cóż oni uczynili", szeptała, "co oni zrobili z moim domem?". Tylko że to od dawna nie był jej dom. Przecież wyrzucono ją z niego na bruk, ledwie zdążyła nauczyć się grać poloneza Mozarta. Jak wiele było takich Lorraine, zastanawiała się, gdy ból przygasł na tyle, aby egoizm mógł ustąpić miejsca empatii. Jak wiele dzieci, których pozbawiono domów?
A jak wiele było takich Eden, które wciąż i wciąż wyrzucały je na bruk?
Najbardziej z tego wszystkiego bolało Lorraine, że godząc się wspomóc w pracy kuzynkę, która zajmowała się obrotem mieszkań, nie przewidziała kompletnie pojawienia się podobnych dylematów. Ale jak zubożała arystokratka, która straciła każdy dom, jaki było jej w życiu dane posiadać, mogłaby nagle pozbawiać tego domu innych, jeszcze uboższych? Bolało ją, że zawiodła Eden zanim jeszcze spróbowała. Bo wiedziała już, że nie będzie w stanie sprostać wyzwaniu. Wiedziała, że była zwyczajnie... Mierna. Miernota była w końcu wyborem, a Lorraine wybrała użalanie się nad sobą w ramionach Josephine.

– Wciąż nie mogę przeżyć, że nie stanęłam w obronie czci mej drogiej kuzynki. Że nie stanęłam w obronie stryja Fortinbrasa, do którego mierzył obelgami. Nie chciałam pozwolić obrażać się temu człowiekowi, a jednak nie odpowiedziałam mu nawet, jak gdyby jego słowa nie były skierowane do mnie. Gdybym zareagowała gniewem, poniżyłabym się. Obojętność jest zbroją damy, Miranda zawsze tak mówiła. Ważne jest, aby w każdej sytuacji zachować odpowiedni dystans. Ale ten człowiek był tak blisko, że mógł mnie dotknąć, gdyby wyciągnął dłoń. A gdyby mnie dotknął... – Lorraine ukryła nagle twarz w dłoniach. – Bałam się. Bałam się tak straszliwie, że nie byłam w stanie nawet się poruszyć. Nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że nikt nigdy tak mnie nie zaatakował. Nie na Nokturnie. A ten człowiek zaatakował mnie, bo jestem Malfoy. "Czy teraz twój ojczulek ci pomoże?", spytał. "Czy może jest zbyt zajęty paleniem Londynu?" – Głos Lorraine wzniósł się w niebezpiecznie wysokie tony. Nie swojego ojca miała na myśli, rzecz jasna, lecz ojca Eden, szacownego stryjka Fortinbrasa. – "Malfoy", rzucił mi moim własnym nazwiskiem w twarz, niby obelgą, "bądź przeklęta, Malfoy". A Nokturn... Nokturn stanął wtedy mojej obronie. Nie pozwolił mnie skrzywdzić. Nie dlatego, że jestem Malfoy, tylko dlatego, że jestem Lorraine.


Yes, I am a master
Little love caster
from ashes to ashes
O! from what power hast thou this powerful might,
With insufficiency my heart to sway?
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Przed dwoma tysiącami lat niewielkie irlandzkie miasteczko Waterford spłynęło krwią okrutnego męża i bezdusznego ojca kobiety, która zbyt wiele wycierpiała z ich rąk. Upiorzyca gnana nienawiścią i pragnieniem zemsty, przez lata dotkliwie karała wiarołomnych kochanków i mężów, aż zasnęła w swym rodzinnym grobowcu. Mieszkańcy co roku w rocznicę jej zgonu kładą na ciężkiej marmurowej płycie krypty rytualny kamień, który ma zapewnić im bezpieczeństwo. Ze szczątkowych zapisków etnologów i lokalnych pieśni, można wywnioskować, że kobieta była użytkowniczką magii. Czy znajdzie się śmiałek, który zdecyduje się zdjąć kamień i pocałunkiem obudzić bladolicą śniącą o ustach czerwonych jak krew?

Dearg Dur
#5
14.01.2026, 13:33  ✶  
Słuchała jej słów w dziwnym, niecodziennym odwróceniu, gdy to nie muzyka spływała z palców panny Malfoy, a słowa, swoją melodią i barwą układające się w melodię. Niepokojącą, snującą się pośród pogorzeliska, wzbudzającą pytania, na które obie bały się odpowiedzi. Josephine przywykła do doświadczania sztuki, do smakowania jej z gustem wykwalifikowanej estety, bez poświęcenia entuzjazmu prawdziwego miłośnika. Tak teraz miała poczucie, przez moment, przez chwilę, jakby doświadczała monodramu, nie! recitalu, w którym wygrywane frazy przypadkiem zupełnym układają się w pełne znaczeń słowa, pełne emocji obrazy. Słuchała jej słów z uwagą i zapada się w potoku myśli, który ta opowieść wywołała.

Zazdrościła jej.

Ta myśl przyszła nagle, bez zapowiedzi, jak ukłucie zimna w sercu, i nie próbowała jej odpędzić. Była zbyt prawdziwa, by ją potępić. Zazdrościła Lorraine Nokturnu - tego miejsca, brudnego, plugawego, przesiąkniętego zgnilizną, które jednak umiało rozpoznać swoich i podnieść dłoń w obronie jednostki, nie rodu; ciała, nie nazwiska. Błogosławieństwo, tak nieoczekiwane, którego odmówiono nieszczęsnej Raphaeli.

- Zazdroszczę ci - zdziwiły ją jej własne słowa, nie chciała przecież wypowiadać ich na głos, ale myśl zbyt była silna, by nie została zwerbalizowana, choć słowa zabrzmiały tak cicho, jakby stłumione wnętrzem były wypowiedziane z samego wnętrza własnego ciała. - Ja nie mam swojego Nokturnu. Czy choćby małej Ballady, czy w żałości istnienia swojego Etiudy ani Kaprysu… - dodała próbując żartować, w chwili zbyt ciężkiej do uniesienia na wątłych barkach obu kobiet.

Odsunęła się nieznacznie, jakby nagły ciężar tej pociągniętej ornamentem muzycznych skojarzeń prawdy wymagał oddechu. Pogładziła policzek dziewczyny, delikatnie, niemal nabożnie, jak czyni się to wobec relikwii - nie z potrzeby dotyku, lecz potwierdzenia istnienia. Lorraine była ciepła, żywa; wciąż tu. Josephine poczuła, jak to ciepło boleśnie kontrastuje z chłodem, który od dawna nosiła pod żebrami. Od czasu gdy dowiedziała się, co wydarzyło się na Śnie Nocy Letniej. Od czasu gdy dowiedziała się, jak zareagowała jej familia. Nie dlatego, że dziecku było na imię Raphaela, lecz dlatego, że nosiła nazwisko Avery. Nazwisko… nędzna to tarcza, choć tak wielu zarzeka się, że jest inaczej.

- Nazwisko, z którym się urodziłam… nazwisko, które dał mi mąż… - urwała, bo oba brzmiały w jej uszach dzwoniły teraz, jak puste, gliniane naczynia. - Wkrótce nie będą znaczyć nic. Tylko dźwięk, który przeminie.

Uśmiechnęła się - tym samym uśmiechem, który od lat ćwiczyła jak maskę sceniczną, bankietową, dedykowaną chwilom w których nikt nie chciał oglądać łez. Jej twarz drżała jednak na granicy trzeźwości i niemej rozpaczy. Wiedziała aż nazbyt dobrze, że jej światy nie skończy się z hukiem: on zgaśnie. Wyblaknie. Odpłynie jak barwy z obrazu pozostawionego zbyt długo na słońcu.
- Gdyby tylko Twój ojciec żył… - westchnęła ciężko pochylając głowę. - Być może, dziecko… - szepnęła bardziej celowo, a to jedno słowo ciążyło jej bardziej niż wszystkie grzechy, których nie nazwała. - To ja powinnam zostać teraz twoją uczennicą, jak przed laty on uczył mnie jak wyglądać ponad zastane. Być może teraz od Ciebie powinnam uczyć się, jak przetrwać, gdy wszystko, co miało się kiedykolwiek chronić, w co się wierzyło, za czym podążało, obraca się w popiół.
Powieki ciążyły jej coraz bardziej. Sen wdzierał się nie jak ukojenie, lecz jak zapowiedź zapomnienia, którego pragnęła i którego się bała. Widziała siebie sprzed lat - artystkę, mentorkę, kobietę pełną barw - i nie była pewna, czy ten obraz kiedykolwiek istniał naprawdę, czy był jedynie snem, który śniła zbyt długo.
- Choć może dla mnie chyba… - dodała niemal bezgłośnie - chyba jest już za późno.

A jednak trzymała Lorraine w ramionach, tuląc ją znów do siebie, jakby wbrew własnym słowom próbując łabędzim śpiewem ocalić coś jeszcze. Choćby jedną duszę. Choćby cudzą przyszłość, skoro jej własna dawno już zaczęła się rozpadać w ciszy. A może to nie ona miała kogokolwiek ocalić. Może to ona potrzebowała ocalenia.
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#6
31.01.2026, 19:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.01.2026, 20:08 przez Lorraine Malfoy.)  
"...Ja nie mam swojego Nokturnu. Czy choćby małej Ballady, czy w żałości istnienia swojego Etiudy ani Kaprysu."

– Masz mnie – wyszeptała Lorraine, ujmując dłonie siedzącej przed nią kobiety. – Nazwij mnie jak chcesz. Trenem, psalmem, rapsodem. Nazwij mnie pieśnią. Nazwij sonatą i sonetem. – Jej słowa brzmiały niczym zaklęcie. Zaklinała więc Josephine swym błaganiem, powołując się zarówno na muzyczną spuściznę matki, jak i na literackie dziedzictwo ojca. Wyliczała kolejne przykłady gatunkowego synkretyzmu muzyki i literatury, wzajemnie przenikające się ze sobą, jak gdyby chciała zapewnić ją, że jest dzieckiem obojga.

"Nazwisko, z którym się urodziłam. Nazwisko, które dał mi mąż. Wkrótce nie będą znaczyć nic. Tylko dźwięk, który przeminie."

Nie, pomyślała Lorraine, gwałtownie pokręciwszy głową, gdy Josephine pogłaskała ją po policzku, nie, to nie tak. Stryj mógł zaprzepaścić chwałę ich nazwiska w szeregach Śmierciożerców, drążony podobnymi ciągotami Desmond mógł ją przepić, a Eden sprzedać. A jednak nazwisko Malfoy trwało, i trwać będzie, dopóki wciąż trwali ludzie, dla których nazwisko to miało znaczenie. Właśnie z nazwiska czerpali oni siłę w chwilach słabości. Jeśli nazwisko słabło, potrzeba było silnego człowieka, aby je na powrót umocnił. Odzyskał jego splendor i chwałę, czyniąc je silnym przykładem własnego charakteru.
Malfoy, wystarczyło wypowiedzieć na głos, aby przypomnieć Lorraine o tym, że nazwisko wciąż do niej należy. Tak samo wystarczyło obrócić rodowy pierścionek na palcu, żeby przypomnieć o tym, że i ona należy do nazwiska. To było dokładnie tak jak z nią i z Baldwinem. Gdy jedno upadało, drugie zawsze było obok, żeby pomóc podnieść się na nogi. Współzależność była przecież tańcem pełnym czułości. Troskliwie należało przewidywać kolejne jego kroki, uważnie wsłuchując się w muzykę. Czasem jej dźwięki cichły, to prawda, ale nigdy nie gasły całkowicie. W ciszy wciąż słychać było zresztą stukot obcasów o posadzkę, świst ubrań w tanecznym pędzie, ciężkie oddechy tańczących. Nazwisko i Baldwin należeli niej na wieczność. To było dla Lorraine wszystkim. To, że po śmierci napiszą na jej grobie nazwisko Malfoy. To, że jej grób będzie grobem Baldwina.

W pewnym sensie, starcie z agresywnym mugolakiem, który pomylił ją z jej kuzynką, było lustrzanym odbiciem spotkania Baldwina z zamaskowanym terrorystą. Baldwin przedstawił się imieniem Desmonda, Lorraine nazwano imieniem Eden. Oboje wyszli z tego wszystkiego cało, choć zetknęli się z przeciwnymi stronami barykady. Oboje stawili opór przemocy.

Bo Lorraine Malfoy nigdy nie była kimś, kogo można było zmusić przemocą do posłuszeństwa. Nie dlatego, że była szczególnie wytrzymała psychicznie czy fizycznie, nie, to wszystko tylko i wyłącznie dlatego, że nosiła nazwisko Malfoy. Dlatego, że była córką swojego ojca. Dlatego, że zadbała o to, aby zarówno w towarzystwie brylującej na salonach rodziny, jak i pośród łajdaczących się po Ścieżkach zbirów zawsze wydawać się niezbędną... A przynajmniej użyteczną.
Gdy potrzebujesz, aby ktoś napisał nowe zakończenia twej historii, udaj się do Armanda Malfoya. Jeżeli wolisz jednak samemu chwycić za pióro, udaj się do jego córki.
Więc przychodzili do niej. Przychodzili do niej z rękopisami swoich żyć, z mniej lub bardziej podkoloryzowanymi ich wersjami, prosząc o pomoc w napisaniu kolejnego rozdziału. Czasem pomagała wymyślić zgrabną intrygę, czasem rozwiązać niespodziewany konflikt fabularny. Wszyscy ludzie byli przecież trochę jak powieści. "Powieści? Ludzkie życie można zawrzeć w jednym zdaniu skreślonym ręką poety", śmiał się Armand Malfoy, kiedy czuł się wyjątkowo hojnym. Lorraine Malfoy nie kłóciła się z ojcowską wyceną. Informacje, które zapewniała, pomagały jednak poczuć się przynajmniej przez chwilę narratorem wszechwiedzącym w powieści, jaką było życie. Bo w gruncie rzeczy zawsze chodziło właśnie o to. O władzę nad narracją.
Brutalność nigdy jej nie przerażała, ale też nie była jej udziałem, bo należała się bohaterom podążającym za fabułą. A narrator? Narrator był przecież nietykalnym.

Być może ojciec cały ten czas miał słuszność, pomyślała Lorraine. Być może słusznie wybrał Podziemne Ścieżki.

– Nie rozumiem – powiedziała jednak zmieszana, otworzywszy szerzej oczy, jak gdyby w nagłym szoku, gdy Josephine przypadkiem odczytała jej myśli. Temat ojca zawsze był trudnym. Nawet jeżeli od lat utrzymywała, że jest martwy, jego wspomnienie wciąż było żywym... Wciąż bolesnym. Zdecydowanie bardziej bolesnym dla Josephine niż dla samej Lorraine. Tak wiele razy powstrzymywała się przecież, żeby wypytać przybraną ciotkę o to, jakim był Armand, zanim stał się jej ojcem. Nie chciała sprawiać jej przykrości swoim natręctwem. A jednak chwytała się najmniejszej choćby wzmianki na jego temat, najbłaższego wspomnienia. Josephine znała zarówno jej ojca, jak i matkę, była więc w stanie osądzić oboje sprawiedliwie, czyż nie? Istniało tak niewiele historii o jej macosze, po której pozostał tylko strzęp legendy o niegdyś wielkiej pianistce. Istniało tak wiele historii o jej ojcu, nierzadko całkowicie ze sobą sprzecznych, jak gdyby był bajką, której każdy poznał inne zakończenie. Lorraine dbała o to, żeby wszyscy wierzyli w to, które sam sobie napisał. Była strażniczką jego poezji, tak jak Baldwin był strażnikiem jego pamięci.
Przez lata wplatała cudze wspomnienia w obraz ojca, jaki istniał w jej głowie, nieustannie nanosząc poprawki na jego życiorys. Nieustannie doszukając się podobieństw między nim a sobą. Obawiała się zobaczyć jego twarz w lustrze, a jednocześnie wyczekiwała tego.
Oto Josephine postawiła przed nią lustro. W tym lustrze odbicie Armanda zdawało się tak bliskim. Zdawało się życzliwym.

– Nie rozumiem – powtórzyła jednak Lorraine, bo chociaż serce zabiło jej szybciej, gdy porównano ją do ojca, nie rozumiała, co miała znaczyć reszta słowa ciotki. – Pisałaś, że ktoś ci groził. Ale ja mam wielu przyjaciół, ciociu. Mam rodzinę... Wiem, że by mi pomogli. Wystarczy, że poproszę, a pomogą. Nie widzisz tego? Nie jest za późno. Nie musisz zazdrościć, że wielu ludziom na mnie zależy, kiedy mnie zależy na tobie! – Lorraine przemawiała z zapalczywością właściwą młodości. Bo Lorraine, mimo wszystkiego, co przeszła, wciąż była jeszcze tylko młodą dziewczyną. Pełną nadziei i życia, o czym łatwo można było zapomnieć, gdy ciągle rozprawiała o śmierci. – Przed kim się ukrywasz, że nazwisko Averych nie wystarcza jako gwarant bezpieczeństwa? Kto ci grozi? Czy to... Czy to przez Raphaelę? – Na twarzy Lorraine zagościł smutek.


Yes, I am a master
Little love caster
from ashes to ashes
O! from what power hast thou this powerful might,
With insufficiency my heart to sway?
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Przed dwoma tysiącami lat niewielkie irlandzkie miasteczko Waterford spłynęło krwią okrutnego męża i bezdusznego ojca kobiety, która zbyt wiele wycierpiała z ich rąk. Upiorzyca gnana nienawiścią i pragnieniem zemsty, przez lata dotkliwie karała wiarołomnych kochanków i mężów, aż zasnęła w swym rodzinnym grobowcu. Mieszkańcy co roku w rocznicę jej zgonu kładą na ciężkiej marmurowej płycie krypty rytualny kamień, który ma zapewnić im bezpieczeństwo. Ze szczątkowych zapisków etnologów i lokalnych pieśni, można wywnioskować, że kobieta była użytkowniczką magii. Czy znajdzie się śmiałek, który zdecyduje się zdjąć kamień i pocałunkiem obudzić bladolicą śniącą o ustach czerwonych jak krew?

Dearg Dur
#7
02.04.2026, 15:04  ✶  
Broszka Mirandy, przypięta dłonią Lorraine do białej szaty, zdawała się pulsować własnym, martwym rytmem.

Josephine aż nadto czuła jej chłód przenikający przez jedwab aż do samej skóry, niczym mosiężny naddatek do ciężaru sumienia, którego i tak miała już nadto. Patrzyła na swojego gościa - białą ptaszynę, która przyleciała z ustami pełnymi popiołu – i widziała w niej palimpsest. Pod tą eteryczną, porcelanową powłoką, rozkwitał Armand. Widziała go w gwałtownym błysku jej oczu, w tym, jak obracała pierścień, jakby rzucała wyzwanie samemu losowi.

Serce obezwładniła na moment zazdrość. Pragnienie tej młodzieńczej zapalczywości, tej wiary, że nazwisko to tarcza ochronna, a nie tarcza strzelnicza. Ukłucie przyszło nagle i nie chciało ustąpić zlepione ciasno z zamrażającą żałobnym kirem czernią. Za dzieckiem, które nigdy się nie urodziło. Za czasem, który nigdy miał nie powrócić.

– Raphaela... – To imię, zawieszone w powietrzu, zdawało się rzucać cień na jasny, nadmorski salon. Josephine Avery odwróciła wzrok od Lorraine. Podeszła do okna, a jej woskowata twarz, oprawiona zbyt ciasno związanymi włosami, odbijała się w słonej szybie. Palce, nienaturalnie długie i wciąż poplamione farbą, drżały na parapecie.

– Pytasz, kto mi grozi, dziecko? – Jej głos był cichy, jak szelest wysuszonej trawy morskiej, którą widać było za oknem. – Może powinnam zapytać, kto z nas jest bezpieczny?

Nokturn. Kloaka, która jednak umiała rozpoznać swoich i podnieść dłoń w obronie jednostki, nie rodu. Błogosławieństwo, tak nieoczekiwane, którego odmówiono nieszczęsnej Raphaeli. Bo to, co spotkało siostrzenicę Josephine, nie było atakiem szalonego mugolaka. To była sztuka. Makabryczny wernisaż, performance na którym zleceniodawcą, wykonawcą i publicznością była krew czysta jak łza.

Josephine zamarła na moment, pozwalając otulić się ciszą bolesnych przemyśleń, których przecież nie chciała wyjawiać nikomu. W końcu jednak odwróciła się od okna, a jej biała szata zaszumiała niczym skrzydła upadłego anioła. Broszka Mirandy, ciążyła jej przy piersi bardziej niż sumienie, którego naddatek nosiła już od tygodni. Ciążyła długiem, którego nie była w stanie spłacić.

– Atak na nią... – szepnęła, zbliżając się do Lorraine, lecz chwiejność nastroju z każdym słowem tak przyspieszał jej krok. Gesty, niegdyś tak zamaszyste i pełne mecenasowskiej gracji, teraz przypominały ruchy połamanego manekina. Odeszła od okna, za którym morze uderzało o brzeg z tą samą beznamiętną wściekłością, z jaką płomienie pożerały Londyn. Destrukcji akompaniował wysoki wrzask, niemożliwy do zapomnienia. Nigdy nie powinna zapomnieć. – był aktem najwyższej perfidii, wierszem napisanym nie atramentem, lecz... – dłonie położyła na ramionach dziewczyny, świadoma porwanej narracji, jak porwane było jej życie po Spalonej Nocy. Położyła dłonie i przerwała, widząc błysk w oczach Lorraine. Ten sam, który widziała kiedyś u jej ojca, Armanda. Ten sam, który widziała u Desmonda i Eden. Oczy mroźne, tchnące chłodem, niosące w sobie obietnicę dyscypliny, bez której nie byłoby Lorraine Malfoy.

Malfoy.

Przecież wiedziała, czyich słów się bała, czyj szkic zatrwożył jej serce tydzień po tym nieszczęsnym koncercie. Strach, paraliżujący i nagły, chwycił Josephine za gardło. Oskarżenie, rzucone w twarz tej dziewczynie, to oskarżenie rzucone w twarz całej jej rodzinie. Rodzinie, która wolała wypalić ogniem ślady grzechu, czy nie sięgnęliby po tę okazję? Gdzie byli, gdy niebo nad Londynem stało się czarne jak smoła? Czy zakładali maski, by ukryć twarze, które tak dobrze znały z eleganckich koncertów i wernisaży? Nazwiska, dumne nazwiska, przesłaniane pychą srebrzystego ukrycia. Co jednak gdy wąż zacznie gryźć własny ogon? I w Josephine był ten lęk, który odbił się w zmęczonych oczach. I było pytanie: kto ochroni ją, nie przed brudem ulicy, nie przed zapiekłym mugolakiem, ale kto ochroni ją przed Averymi, gdy uznają, że jej „ekscentryczność” stała się dla nich niewygodna? Kto ochroni ją przed Malfoyami, gdy więzi łączące ją z poszczególnymi członkami familii nie były wystarczające by patrzeć na rozsypane po ziemi płatki.

– Boisz się o mnie? – zapytała cicho, przez potrzaskany uśmiech, próbujący przesłonić dotkliwą w swej beznadziejności świadomość – Ja boję się o nas obie. Bo wierzysz, że narrator nie ginie w swojej własnej opowieści. Ale spójrz na Raphaelę... Spójrz na mnie. Jesteśmy eksponatami w galerii, którą właśnie ktoś postanowił podpalić.

Przyciągnęła Lorraine do siebie, tuląc ją w ramionach, jakby wbrew własnym słowom i myślom próbując łabędzim śpiewem ocalić coś jeszcze, wmusić w siebie przekonanie, że został dla nich choćby cień szansy. Karkołomne zadanie wobec zgęstniałej ciszy niewypowiedzianego.

– Kiedyś wierzyłam, iż sztuka nas ocali,– westchnęła Josephine, wyszeptując w jasne włosy myśli, nim zapieczętuje je na lata, próbując przetrwać. – że piękno jest silniejsze od nienawiści. Dziś wiem tylko tyle, że popiół z Necronomiconu i popiół z mojego ogrodu ma ten sam zapach. Zapach końca świata, który oboje, twój ojciec i ja, tak bardzo staraliśmy się opisać wierszem i farbą. Okazało się jednak, że rzeczywistość nie rymuje się z naszymi marzeniami. Ona po prostu płonie i zbiera żniwo z nas, traw chybocących się na utkanym popiołem wietrze .
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#8
06.04.2026, 10:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2026, 10:32 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine Malfoy od najmłodszych lat wiedziała, jak zapewnić sobie nietykalność. Chowała się za uprzejmościami, uśmiechami i pięknymi słówkami. Chowała się za urodą. Tak za zmysłowym wdziękiem wili, jak i za kruchością wątłej kobiecości. Chowała się za arystokratycznym pochodzeniem, wszem i wobec obnosząc się swym dumnie brzmiącym nazwiskiem. Promieniała, gdy ciotka brała ją pod rękę podczas przechadzki po ogrodzie, dzieląc się ploteczkami, a stryjek chwalił przy obiedzie jak pięknie gra na pianinie. Za pianinem też się zresztą chowała. Za muzyką, za precyzją nut zamkniętych w taktach. Chowała się za poezją, a kryjąc się w zaciszu biblioteki, uciekała do światów znanych jej z baśni i legend.
– Nawet jeżeli nazwiska są słabymi, my będziemy silnymi. A wtedy nazwiska staną się silnymi, a my będziemy mogły osiąść w słabości, aby... – zaczęła mówić Lorraine, ale zamilkła, nie śmiąc przerywać Josephine.
Na Nokturnie chowała się przecież za nazwiskiem swego ojca, który nie pozwoliłby skrzywdzić nikomu jedynej córki. Chowała się za reputacją Otto, którego silne ramiona dawały jej poczucie bezpieczeństwa. Chowała się za zastępem pająków, misternie splecioną siecią wpływów, za obojętną bezstronnością sprzedawanych informacji. Twarz chowała za szerokim wachlarzem znajomości, a ciało za konserwatywnym krojem białej sukni, na której guziczkach wciąż widać było tłoczenie emblematu rodu Malfoy. Chowała się, zmieniając co tydzień niemal miejsce zamieszkania, nigdzie nie odważywszy się zagościć na dłużej. Chowała się w zakładzie pogrzebowym, gdzie mogła liczyć na protekcję ze strony sędziwego nekromanty, Alhazreda. Zatrzaskując jego drzwi jak wieko trumny, odczuwała przedziwny spokój. Chowała się za sojuszami z Madame Fontaine, Dantem, za wszystkimi zbirami z półświatka. Chowała się za plecami Baldwina, który potrafił zadbać o nią jak nikt inny. Chowała się w jego głowie, chwytała jego dłoni, gdy wędrowała podziemnymi korytarzami. Wreszcie, chowała się w sercu Maeve. W jedynym miejscu na świecie, w którym nie mogło ją spotkać nic złego.
Nie było bardziej, kurwa, zapobiegliwej osoby niż Lorraine Malfoy, która ubezpieczała się na absolutnie każdym kroku. Bo chociaż nie musiała się bać, mając wokół siebie tak wielu, którzy wstawiliby się za nią bez wahania... Uważała, że należy się bać. Podobnie jak bojaźń boża była cnotą, tak jej zapobiegliwość była wyrazem rozwagi. Może dlatego właśnie Lorraine mogła swobodnie poruszać się tak po Nokturnie, jak i po Ścieżkach. Była kimś godnym szacunku, bo wiedziała, jak ten szacunek wzbudzać. Nigdy nie spuszczała gardy. Nie robiła głupstw. Nie wystawiała się na niepotrzebne niebezpieczeństwo. "Może powinnam zapytać, kto z nas jest bezpieczny?", pytała Josephine. Przypominała jej w tym momencie Mirandę u schyłku życia. Wtedy, gdy opętana paranoją, a jednak zbyt słaba, aby czarować, nie dopuszczała do siebie nikogo, czyjego umysłu nie dotknęła mocą legilimencji. Przestała widywać się z ludźmi, wierząc, że wszyscy żywią wobec niej złe zamiary. Na przemian pogrążała się to w apatii, to w panice, powtarzając, że nikomu nie można ufać. Jakże straszliwie było patrzeć na jej dumną twarz, wykrzywioną strachem lepkim jak przepocona pościel, którą zmieniała Lorraine. Jak gdyby bała się, że udusi ją poduszką. Przecież nie odczytawszy myśli przybranej córki, nie mogła mieć pewności. Jakże straszliwie było patrzeć, jak pogrąża się w swym szaleństwie. Nie miała przecież powodu, żeby bać się Lorraine. Lorraine, która zawsze patrzyła na nią z miłością.

Lorraine nie potrafiła nie widzieć Mirandy w Josephine. Josephine nie potrafiła nie widzieć Raphaeli w Lorraine. Córki i matki, matki i córki. Nie rozdarły może swych łon, ale rozdarły serca. Być może to wystarczyło, żeby być matką. Być może to wystarczyło, żeby być córką. Tak jak ziemia rozdziera bijące w nią w przyboju morze, sama będąc rozdzieraną, pomyślała Lorraine, wsłuchując się w grzmiącą za oknami wodną kipiel. Nie potrafiła się bać. Nie, gdy otaczał ją wszem i wobec huk fal rozbijających się o brzeg. Bliskość wody wystarczyła, aby Lorraine zachowała spokój.

– Czy tata chciałby, żebyśmy wisieli w galerii sztuki? – spytała, jak gdyby lekko zmieszana słowami Josephine. – Sam prędzej by ją podpalił. Nie po to, żeby kogoś skrzywdzić. Po prostu nie zniósłby myśli, że sztukę można zamknąć, że można ją ograniczyć. Jak go znam... A chcę myśleć, że znałam swojego ojca, spaliłby swoje własne prace, a sztuką nazwał ulatujący z nich dym. Wdychałby go jak święte kadzidło, a potem nazwałby się prorokiem pośród popiołów. Ale wystarczyłoby przecież dodać wodę i spoiwo, aby popiół przemienić w atrament. – Wtuliła się mocniej w Josephine, nie chcąc, aby ciotka wypuściła ją nagle ze swych objęć. Głos jej był czułym, nieskończenie czułym. – Nie mów o końcu świata, ciociu. Powiedz lepiej, jak go opisać, żebyśmy mogły wznieść się ku niebiosom, wolne jak dym. Więc grozi ci ta sama osoba, która napadła na Raphaelę? Kto?


Yes, I am a master
Little love caster
from ashes to ashes
O! from what power hast thou this powerful might,
With insufficiency my heart to sway?
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Przed dwoma tysiącami lat niewielkie irlandzkie miasteczko Waterford spłynęło krwią okrutnego męża i bezdusznego ojca kobiety, która zbyt wiele wycierpiała z ich rąk. Upiorzyca gnana nienawiścią i pragnieniem zemsty, przez lata dotkliwie karała wiarołomnych kochanków i mężów, aż zasnęła w swym rodzinnym grobowcu. Mieszkańcy co roku w rocznicę jej zgonu kładą na ciężkiej marmurowej płycie krypty rytualny kamień, który ma zapewnić im bezpieczeństwo. Ze szczątkowych zapisków etnologów i lokalnych pieśni, można wywnioskować, że kobieta była użytkowniczką magii. Czy znajdzie się śmiałek, który zdecyduje się zdjąć kamień i pocałunkiem obudzić bladolicą śniącą o ustach czerwonych jak krew?

Dearg Dur
#9
06.05.2026, 18:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.05.2026, 20:09 przez Dearg Dur.)  
Strach osiadł szarością popiołu na kasztanowych włosach czarownicy, a ziemistość cery zdradzała zbyt dobrze, jak daleką drogę odbyła tak w świecie jak i wewnątrz swojej głowy przez ten krótki w sumie czas, gdy nie widziała się z Lorraine. Nie posiadła zakazanej sztuki leglimencji i zdecydowanie niełatwo byłoby jej w sumie ocenić, czy owa rosnąca w sercu paranoja byłaby mniejsza czy większa, gdyby potrafiła mimo wszystko odczytać cudze myśli. Rozpoznać. Zważyć serce i duszę. Dotknąć niewinności. Odrzucić zepsucie. Był czas młodości, gdy zachłystywała się szaleństwem otaczających ją artystów, wkroczenie w ród Averych stanowiło wtedy spełnienie jej marzeń, przejęcie steru towarzystwa ugruntowało jej pozycję i rolę. Ale wiek i praca przydały jej miękkości, troskliwości wobec kolejnych pokoleń, które wzrastało jak ziarno rzucone na ziemię. W jej gestii leżało, jakaż to ziemia będzie i jeśli tylko dzieci wykazywały odrobinę pokory i oddania, była skłonna przychylić im nieba…

To wszystko rozpierzchło się, niczym pustynna mara, wobec ognia i krzyków, wobec krwi rozbryzganej na jasnej głowie. Wierzyła, że są bezpieczni, że karą może być czasowy ostracyzm, co z resztą teraz w pewien sposób ją obecnie spotykało, choć ciężko było w bieżącym stanie rozeznać kobiecie, czy jej obserwacje pokrywają się z prawą, czy ta „banicja” jest jej sposobem na poradzenie sobie z sytuacją w której krzywdy doznało dziecko, a rodzice zdają ni jak nie zważać na to. Może.

Trzymała więc mocno Lorraine, oddychając niespiesznie jej zapachem, słuchając słów, które miały nieść pociechę, nawet jeśli płomienna metafora doprawiona pamięcią o temperamencie Armanda wystarczyła, by twarz na moment wykrzywił żałobny zgryz. Ostatenie… artysta zawsze pozostawał sam, gdy rozwścieczony tłum kazał mu się opowiedzieć po którejkolwiek ze stron. Ona nie chciała się opowiadać. Ulica zdecydowała za nią. Jej dom zdecydował za nią, choćby jeszcze nie podjęli żadnych formalnych kroków. Jej wina. Jej zaniedbanie.
- Nie wiem duszko. Nosili maski, nie jest to… nie jest to zjawisko nam już od jakiegoś czasu nieznane. - przełknęła ślinę. Bolała przelana krew, bolały echa krzyków, ale bardziej bolała apatia i brak zaangażowania ze strony szwagrów ich zobojętniałe milczenie. Jakby Raphaela była odpryskiem niewartym zainteresowania, mimo lat poświęconych jej wzrostowi. - Nie wiem, gdzie teraz przebywa. Nie wiem właściwie w ogóle co się z nią stało - przyznała szczerze. - Jestem… odcięta od informacji w obecnym momencie i boje się o swoją przyszłość, o swoje życie. Widzisz… niedługo po tym feralnym koncercie dostałam list od jednego z wykonawców, który odmówił członkostwa w klubie. - Strach zawiązał jej gardło, i jak nigdy kobieta nie marzyła bardziej, by być dwadzieścia lat młodszą, gdy życie miało smak wina i słodkich pocałunków, a nie goryczy i ciężaru, który przyszło jej ponieść. Cała drżała ze skrywanych emocji, przecież chciała uciąć tą sprawę, nie kontynuować jej, udawać, że nic się nie stało, zamieść pod dywan historii i nie oglądać się. Dlaczego więc cały czas miała oczy zwrócone w przeszłość? Dlaczego wciąż i wciąż te słowa świdrowały jej zmysły odbierając dech. - Dostałam szkic przedstawiający zranioną Raphaelę, dostałam płatki kwiatów, które zdaje się były rozsypane w tym przeklętym namiocie, jak potem mi opowiadała i dostałam obietnicę, wielu wielu tego typu emocji w nadchodzącym czasie. Nie mam żadnych dowodów, śledztwo tak szybko zamknięto bez znajdowania winnego. W raporcie była tylko wzmianka o tym, że nieznany sprawca zaatakował ją po opadnięciu zasłony. A potem stało się to, że przyszli po nią i ja… - zacisnęła ramiona mocniej na Lorraine, nie chcąc patrzeć jej w twarz, nie mogąc dźwignąć własnego strachu, który zasiany był nie tylko przecież działaniami Voldemorta. - Twój kuzyn Lorraine. On mi groził, powołując się na imię zmarłego nam Armanda, jakby sam był jego synem, a Twoim bratem. Baldwin on… nie raz dostawałam korespondencję od rozżalonego młodego artysty, nie raz był ktoś kto się ze mną nie zgadzał ale… to nigdy… - umilkła gwałtownie, dając łzom upust, wrażliwa dusza, zbyt mocno szarpana demonami własnych myśli, koszmarów śnionych na jawie. - Nigdy nie zaszło tak daleko. Nie wiem… nie wiem co myśleć. Nie wiem komu ufać. Nie wiem…. - szeptała w jasne włosy, daleka od spokojności fasady, którą od progu próbowała zachować. Emocją przyszła przypływem odbierając zdolność racjonalnego łączenia faktów na rzecz samego czucia.
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Właścicielka zakładu pogrzebowego
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#10
17.05.2026, 07:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.05.2026, 08:12 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine nie spodziewała się usłyszeć tego, co usłyszała. Zobaczyć tego, co zobaczyła w twarzy ciotki. Ojciec... Nauczyła się nie wspominać o nim zbyt często, chociaż nie mogła wydrzeć sobie oczu, które po nim odziedziczyła. Spodziewała się, że jego imię padnie podczas rozmowy z ciotką. Nie spodziewała się jednak, że ta przywoła imię Baldwina. Nie odtrąciła jej od siebie. Nie odsunęła się. Na chwilę zastygła jednak w bezruchu, zanim na nowo poczęła uspokajająco gładzić Josephine po plecach. Wysłuchała jej w spokoju, choć wyczuć dało się towarzyszące napięcie. "On mi groził, powołując się na imię zmarłego nam Armanda, jakby sam był jego synem, a Twoim bratem..." Lorraine delikatnie pokręciła głową, nie rozumiejąc. Nie chcąc rozumieć. Bo kim jej był, jeżeli nie bratem? Pamiętała, jak się rodził. Ledwie przyszedł na świat, już założono mu rodowy pierścionek na paluszek. Wtedy jego dziecinna rączka była mniejszą od jej własnej. Płakał. Pozwolono jej jednak potrzymać go w ramionach. Pocieszyć. Czy to w tamtej chwili go pokochała? Gdy drobne paluszki zwinęły się w piąstkę, zacisnęły na jej palcu, i nie chciały puścić? Pamiętała, jak uczył się mówić i chodzić. Czule pielęgnowała w pamięci wspomnienie tego, jak wypowiedział jej imię po raz pierwszy. Jak pierwszy raz prześcignął ją, zbiegając po schodach opery. Był dzieckiem jeszcze, gdy wziął na siebie rolę jej pocieszyciela. "Ja będę twoim Samsonem", padło żarliwe zapewnienie, nie znosił bowiem, gdy była smutna. Uśmiechnęła się wtedy przez łzy, chcąc zrobić mu przyjemność. Przytuliła do siebie chłopca, który dawno już wyrósł na mężczyznę. "Delilah", wciąż mówił do niej czasem, powodowany sentymentem. W jego głosie próżno szukać było jednak słodyczy pacholęcia. Zdawał się niższym, bardziej chrapliwym, wciąż był jednak czymś, co kochała właściwie bezgranicznie. Nie wiedziała, kiedy Baldwin zaczął górować nad nią wzrostem. Kiedy stał się dla niej tym, czym ona była kiedyś dla niego. Czy pozwoliłby jej potrzymać się choć przez chwilę w ramionach? Chciała go tylko na chwilę. Baldwin stał się jednak zbyt potężnym, żeby mogła go przy sobie tak po prostu zatrzymać, a może to Lorraine stała się zbyt słabą. Kiedyś to ona opiekowała się nim, teraz on opiekował się nią. Wciąż nie umiała tego pojąć. Jakże mogłaby więc wyjaśnić to wszystko Josephine? Dawno już stała się Baldwinowi czymś więcej niż siostrą. Była mu siostrą, owszem. Była mu też matką, gdy matki potrzebował. Wreszcie, była mu boginią. Należał do niej, bo to ona zdecydowała, że może żyć dalej, wtedy gdy oddał w jej ręce decyzję o życiu i śmierci obojga. Zanim więc należał do rodzinnej zgnilizny i rynsztoków Nokturnu, należał do niej. Nie do sztuki, nie do świata, do którego zapraszała go Josephine Avery. Nie do pierdolonego Armanda Malfoya, nieważne, jakie imię zdecydował się akurat przybrać. Wprzódy należał do niej, do grobów, do trumien: do jej omdlewających objęć tuż pod zamykającym się z trzaskiem wiekiem.

Do niej.

W tym wszystkim najbardziej zagniewało ją wspomnienie ojca. Starannie stłumionym był to gniew, niemal nieuświadomiony, zwierzęcy w swej ślepej wręcz posesywności. Armand, co do tego miał w ogóle Armand? Był ojcem Baldwina nie dlatego, że godny był tego miana w jego ustach. Baldwin był mu synem, ponieważ Lorraine była mu córką. Była Baldwinowi siostrą, zanim jeszcze Armand uznał go za swojego, zanim zaczął mienić się jego ojcem. Ta bardziej pierwotna, bardziej wila część jej natury, burzyła się więc niczym morska kipiel za oknami, gdy ciotka brukała jej miłość ojcowskim nadaniem. Gdzie był jej ojciec, gdy trzeba było być ojcem? Przypomnieć chłopcu, że należy odrabiać prace domowe. Wykorzystywać przyrodzone talenta nie tylko do psot, ale i do zdobycia właściwej edukacji. Czy przypominał Baldwinowi o tym, żeby nosił zimą szalik? Czy czuwał przy jego łóżku, gdy był chorym? Czy znalazł mu bezpieczne miejsce, gdzie składać mógł zmęczoną głowę, wtedy, gdy buntem młodości przyszedł na Nokturn, mówiąc, że nie chce nigdy więcej wracać do domu? Czy stworzył mu miejsce, gdzie mógł wracać? Czy stworzył mu dom? Gdzie był ojciec, gdy syn potrzebował, aby go pocieszyć? Udzielić reprymendy, nie zaś śmiać się dziko nad jego niedolą, po to tylko, aby wychylić potem szklanicę wina w jego imieniu. Niedolą dziecka było bowiem tułać się po Nokturnie. Włóczyć pośród ulic nędzy, które były mu, mimo wszystko, łaskawszymi niż wnętrze rodzinnego domu. Lorraine znała dobrze tę tułaczkę. Jakie dziecko dokonywało takiego wyboru świadomie? Bo to był wybór, wybór powodowany desperacją, nie potrzebą buntu. O ile wciąż można było nazwać to wyborem. Gdy własny dom wydawał się alternatywą gorszą od życia na ulicy, być może wybór nie istniał wcale. Może oboje z Baldwinem nigdy wyboru tak naprawdę nie mieli.

Po dłuższym milczeniu Lorraine odsunęła się od ciotki, choć nie dalej niż na na odległość ramienia. Wciąż trzymała ją w objęciach, ważnym było jednak, aby wybrzmiało to, co chciała wypowiedzieć.

– Armand nie żyje. – Już nie "tata", już nawet nie "ojciec", lecz "Armand", jak gdyby potrzebowała mówić z dystansu o swej stracie. A może po prostu nie chciała kłamać, że ojciec żyje, choć nie pod imieniem, pod jakim znała go Josephine. Armand Malfoy umarł, aby odrodzić się jako Orfeusz. Nie tak jednak zwracała się do niego córka. Mimo upływu lat, wciąż mówiła do niego tak po prostu "tato". Mówiła przywilejem dziecka, które kochało, i było kochanym. Dlaczego miałaby pozbawić tego przywileju Baldwina? – Armand nie żyje, nie może więc obronić go, jak ojcowi należy się bronić dziecko. Nawet gdyby żył, wątpię, aby zdołał tego dokonać. Nie zdołał przecież obronić mnie, gdy obrony potrzebowałam.
Bezbrzeżnym był smutek, który odmalował się na twarzy Lorraine. Zbliżyła swoją twarz do twarzy Josephine, żeby mogły zetknąć się czołami.
– Myślisz więc, że po kim Baldwin odziedziczył ten żal? – wyszeptała. Przecież nie po Armandzie. Nie po Marcusie. Smutek mieszkał na dnie oczu Lorraine, która przypatrywała się Josephine z boleścią niemal. "Nie raz dostawałam korespondencję od rozżalonego młodego artysty, nie raz był ktoś kto się ze mną nie zgadzał ale... to nigdy... Nigdy nie zaszło tak daleko." – Armand nie żyje, ale ja będę bronić Baldwina do ostatniego tchu. Dobra bogini wie, że dzieciom zdarza się błądzić. A jednak obie skłonne byłyśmy wybaczyć Raphaeli grzech, który kosztował Averych tak wiele. Dlaczego nie wybaczyć Baldwinowi? Bywa przecież, że zapalczywość młodości unosi się gniewem, wszędzie upatrując urazy, nieważne, czy prawdziwej, czy urojonej. Bywa, że skłania do szukania pociechy w ramionach nieodpowiednich ludzi. Mój ojciec nie był najodpowiedniejszym wzorcem dla dorastającego chłopca. A jednak Baldwin idolizował go, w nim odnajdując zrozumienie, którego tak bardzo potrzebował. W nim odnajdując przyjaciela. Nie chcę myśleć, w kim odnalazła go Raphaela. Ciociu... Przecież wiesz, co napisano we wnętrzu namiotu.

Szlamojebczyni.

– Nie widzisz tego? Bardziej niż kiedykolwiek Muza potrzebuje twojego przewodnictwa. Nie możesz siedzieć tutaj, pozwalać, ażeby pochłaniały cię strach i niepewność. Nawet jeżeli nie jesteś już w stanie pomóc Raphaeli, wciąż jest tak wielu, którzy cię potrzebują... Nie mówię o sobie. Mówię o Muzie. Mówię o całej reszcie twej rodziny. Mówię o Astorii. Jak myślisz, jak czuje się z tym, co spotkało Raphaelę, po tym jak mugolak uśmiercił jej ukochanego brata? Długo trwała w żałobie. Wiem dobrze, jak trudno było jej dojść do porozumienia z własnym żalem... Czy nie miała prawa poczuć się zdradzoną?

Lorraine przyjaźniła się z Astorią od lat. Świadoma była tego, jak głęboko przeżyła swoją stratę, bo była przy niej, gdy smutek owładnął całym jej światem. Żałoba czyniła ich rozmowy szorstkimi, zmartwiałe twarze nabierały dziwnej kanciastości. Zostawały więc dłonie, które nieustannie przypominały o pustce. O tym, że nie były w stanie zatrzymać przy życiu ukochanych bliskich. Lorraine głęboko niepokoiła się o Astorię. Jakże mogłaby nie? Oto jej kuzynka broniła tych, którzy odpowiadali za śmierć jej brata. Zachęcała do otwierania przed nimi podwojów organizacji, na której czele miała kiedyś stanąć. Zachęcała do otwierania przed nimi nóg. To, że Lorraine żałowała Raphaeli, nie mogło bowiem zmienić tego, że dziewczyna się, tak najzwyczajniej w świecie, puszczała. Gdyby jeszcze był to mężczyzna podobnego statusu, myślała z żalem półwila.

Ale nie, Raphaela musiała puścić się z mugolakiem.

– Gdybyś usłyszała przemowę Raphaeli, zadrżałabyś, tak samo, jako i ja zadrżałam. Wciąż jednak wierzyłam, że przemawia przez nią młodzieńczy idealizm, a przynajmniej dopóki nie zobaczyłam, w czyim towarzystwie przystaje. Ciociu, wypowiedz członkostwo w Muzie temu kostiumografowi mugolskiego pochodzenia. Enzo Remington. To jemu Raphaela dziękowała tak entuzjastycznie ze sceny. Na łamach korespondencji nie chciała zdradzić mi, niestety, imienia swojego ukochanego, ale nie wyobrażam sobie, aby panna z dobrego domu miała zbyt wiele okazji, aby zadawać się z podobnymi mu... – Lorraine obracała przez chwilę w ustach niewypowiedziane na głos słowo, jak gdyby rozważała, czy jest właściwym. W tej pauzie zmieścił się cała jej pogarda. – ...Ludźmi – dokończyła. – Jego winiłabym za lincz, jaki spadł na rodzinę Raphaeli, biorąc pod uwagę, że zmykał spod namiotu artystów w obstawie dziennikarzy. Wcześniej panoszył się, poufale ujmował ją pod rękę, próbując się przypodobać, ale gdy wybuchła panika, jako pierwszy wziął nogi za pas. Byłam tam z Baldwinem, pod namiotem. Nieświadomi jeszcze tego, co zaszło, tego, że w środku już jest Brenna, że Raphaela... – Głos Lorraine załamał się nagle, ale powstrzymała łzy. – "Pocieszam się tym, że prawdziwy artysta cierpieć musi, aby potem móc o tym opowiadać", tak mi pisała. – Przywołała tchnące naiwnością słowa Raphaeli, starając się nie wybuchnąć płaczem.

Mimo wszystko, Raphaela była tylko dzieckiem. Tylko głupim, naiwnym dzieckiem.

Lorraine pokręciła głową.

– Nic ci nie grozi ze strony Baldwina. – Głos Lorraine na powrót nabrał siły, a choć oczy wciąż miała szkliste, w tonie jej gościł spokój, pewność siebie przemawiała przez jej gesty. – Własnym życiem ręczę także za to, że nie miał nic wspólnego z tą straszliwą napaścią. Na przyjęciu nigdy nie był sam. A po przyjęciu... Po przyjęciu zabrał mnie do domu. Zadbał o to, żebym czuła się bezpiecznie, był obok, gdy modliłam się o zdrowie dla Raphaeli. Przysięgam na wszystko co święte, że jej nie tknął. Baldwin nie jest taki. Zaufaj mi, ciociu. To wszystko... To wszystko brzmi jak jedno wielkie nieporozumienie.

Żałowała jedynie, że nie pokazał jej swego szkicu. Nie szkodzi, pomyślała jednak, przypatrując się z czułą uważnością znękanej twarzy ciotki. Odnajdzie rysunek w galerii jego wspomnień. Jakże pięknym musiał być, skoro w Josephine obudził tak wielki żal.


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Dearg Dur (3858), Lorraine Malfoy (4948)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa