05.11.2025, 23:02 ✶
Dzień się dobrze nie zaczął, ale wyjątkowo nie mogła docenić słońca wychodzącego zza horyzontu, które rozświetliło skale dramatu i tragedii na Londyńskich ulicach. Była zirytowana bezsilnością, przerażona zniszczeniami, stosami spalonych ciał i krzykiem ludzi, który wciąż rozbrzmiewał dookoła. Żaden ptak nie odważył się latać nad pokrytym dymem miastem, w którym wciąż było gorąco. Przetarła wierzchem dłoni twarz, siedząc na chodniku z butelką wody w dłoni. Większość nocy pracowała, pomagając tyle, ile mogła ze swoimi mechanicznymi zabawkami, narzędziami i galeonami. Pieniądze nie miały teraz znaczenia, gdy ludzie tracili wszystko. Wymieniła z Hjalmarem listy, ale to było wciąż za mało, miała nieodparte wrażenie, że jak sama nie upewni się, że wszystko było z nim dobrze, to nie będzie mogła w to uwierzyć. Zrobiła kilka łyków, wrzucając butelkę do przewieszonej przez ramię torby i wstała, otrzepując pokryte sadzą i popiołem, poniszczone ubranie. Była brudna, włosy miała poklejone, a kilka zadrapań czy poparzeń zdobiło jej skórę, ale nawet ich nie czuła. Rozejrzała się dookoła, podchodząc do grupy z którą działała i wytłumaczyła, że potrzebuje na chwilę opuścić ulice, aby sprawdzić własną rodzinę i sugerując, że oni powinni zrobić podobnie.
Nie minęło dużo czasu, gdy trzask przed budynkiem oznajmił jej przebycie. Rozejrzała się dookoła, zaskoczona, jak było tu cicho na tle tego, co działo się w stolicy. Gdy spojrzenie brązowych oczu napotkało kuźnie, przeszedł ją dreszcz, a żołądek skurczył się nieco, chcąc zawinąć w kłębek. Myśl, że mogło coś mu się stać lub jego rodzinie, była przerażająca. I tak, jak zwykle wpadała mu bez zapowiedzi do pracy, mając ze sobą kanapki i kawę lub herbatę, często poranną gazetę, tak dzisiejszego poranka wpadła z niepewnością i strachem w spojrzeniu. Pandora miała to do siebie, że zawsze łatwo było odczytać jej emocje, gdy działo się coś ważnego i prawdziwego. Dobrze grała w pokera, ale wtedy wiedziała, że musi zachować kamienną twarz, chociaż i tak zwykle przegrywała z innymi przedstawicielami swojej rodziny.
- Hjalmar? - jej głos rozniósł się echem po pomieszczeniu, nieco drżący, co było irracjonalne, bo przecież miała od niego list i wiedziała, że wszystko było dobrze, a jednak nie mogła nic na to poradzić. Do środka przez brak okien wdzierał się przyjemny, nie śmierdzący aż tak, powiew wiatru. Zrzuciła torbę na blat, przy którym przyjmował klientów i obeszła go, kierując się na zaplecze. Pewnie był zajęty, znając go, pomagał całą noc i już próbował naprawiać szkody.
Uśmiechnęła się miękko, ciepło, na widok znajomych pleców i sylwetki, która wyłoniła się w drugim pomieszczeniu, gdy tylko stanęła w jego progu. Nie mogła jednak stać zbyt długo, nogi same ją niosły w jego kierunku, a kilka sekund później już obejmowała go mocno w talii, przytulając głowę do jego pleców. Palce brunetki kurczowo zaciskały się na materiale jego koszuli, a ona odetchnęła głębiej, znacznie spokojniejsza, bo chyba zawsze jej w tym pomagał. - Musiałam Cię zobaczyć. No wiesz, na własne oczy.
Wyjaśniła cicho, wzruszając delikatnie ramionami. Gdy tak tkwiła w bezruchu, mając go obok, dopiero poczuła, jak długa i ciężka to była noc, jak bardzo śmierdzą jej włosy spalenizną i jak miło byłoby zrobić sobie drzemkę.
Nie minęło dużo czasu, gdy trzask przed budynkiem oznajmił jej przebycie. Rozejrzała się dookoła, zaskoczona, jak było tu cicho na tle tego, co działo się w stolicy. Gdy spojrzenie brązowych oczu napotkało kuźnie, przeszedł ją dreszcz, a żołądek skurczył się nieco, chcąc zawinąć w kłębek. Myśl, że mogło coś mu się stać lub jego rodzinie, była przerażająca. I tak, jak zwykle wpadała mu bez zapowiedzi do pracy, mając ze sobą kanapki i kawę lub herbatę, często poranną gazetę, tak dzisiejszego poranka wpadła z niepewnością i strachem w spojrzeniu. Pandora miała to do siebie, że zawsze łatwo było odczytać jej emocje, gdy działo się coś ważnego i prawdziwego. Dobrze grała w pokera, ale wtedy wiedziała, że musi zachować kamienną twarz, chociaż i tak zwykle przegrywała z innymi przedstawicielami swojej rodziny.
- Hjalmar? - jej głos rozniósł się echem po pomieszczeniu, nieco drżący, co było irracjonalne, bo przecież miała od niego list i wiedziała, że wszystko było dobrze, a jednak nie mogła nic na to poradzić. Do środka przez brak okien wdzierał się przyjemny, nie śmierdzący aż tak, powiew wiatru. Zrzuciła torbę na blat, przy którym przyjmował klientów i obeszła go, kierując się na zaplecze. Pewnie był zajęty, znając go, pomagał całą noc i już próbował naprawiać szkody.
Uśmiechnęła się miękko, ciepło, na widok znajomych pleców i sylwetki, która wyłoniła się w drugim pomieszczeniu, gdy tylko stanęła w jego progu. Nie mogła jednak stać zbyt długo, nogi same ją niosły w jego kierunku, a kilka sekund później już obejmowała go mocno w talii, przytulając głowę do jego pleców. Palce brunetki kurczowo zaciskały się na materiale jego koszuli, a ona odetchnęła głębiej, znacznie spokojniejsza, bo chyba zawsze jej w tym pomagał. - Musiałam Cię zobaczyć. No wiesz, na własne oczy.
Wyjaśniła cicho, wzruszając delikatnie ramionami. Gdy tak tkwiła w bezruchu, mając go obok, dopiero poczuła, jak długa i ciężka to była noc, jak bardzo śmierdzą jej włosy spalenizną i jak miło byłoby zrobić sobie drzemkę.