• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[28/09/1972] Goodbye to yesterday | Benjy, Prudence

[28/09/1972] Goodbye to yesterday | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
13.11.2025, 15:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 18:04 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


Znowu zaczęły się te rzeczy - głosy, które nie były głosami, kroki, które słyszałem, chociaż nie było nikogo, smród zgnilizny, której nikt poza mną nie czuł. Próbowałem sobie wmówić, że to tylko głowa, efekt zmęczenia, stresu - wszystko minie, ale nie mijało. Za każdym razem przychodziło szybciej, mocniej, bardziej realnie. Skaziłem jej mieszkanie, jej spokój, jej sen. Nie miała pojęcia, co przyniosłem ze sobą. Co gorsza, ja też sam nie do końca wiedziałem - nie potrafiłem tego odepchnąć, pomóc samemu sobie, przegrywałem tę walkę, raz za razem, coraz głębiej się osuwając.
Deszcz nie ustawał ani na moment. Był ciężki, tłukł o bruk, dachy, szyby i parapety tak, jakby chciał zmyć z miasta każdy ślad po nocy. Niebo ciążyło nisko, brudne od chmur, ciemne mimo świtu, woda wsiąkała w ubranie, w buty, w ciało, czułem jej chłód na karku, gdy wchodziłem po schodach, przystając przy każdych drzwiach tylko po to, by dać sobie chwilę na oddech. Zamek ustąpił lekko, w mieszkaniu panowała cisza, ten rodzaj spokoju, który się czuło, a nie słyszało. Ciepło uderzyło mnie od progu, aż zadrżałem, pachniało herbatą i dymem ze świecy, której resztka jeszcze tliła się na stole. Lampka przy kanapie wciąż się paliła, rzucając miękkie, bursztynowe światło na salon.
Leżała zwinięta pod kocem, z twarzą częściowo schowaną w poduszce, kot wtulił się w nią tak, że widać było tylko czarny, rozczochrany czubek ogona, który poruszył się, gdy zamknąłem za sobą drzwi. Zamarłem, nie chcąc zakłócić tego spokoju, w tym obrazie było coś niemal nierealnego, coś z innego świata - z tego, który był mi obcy, a jednak w jakiś sposób zawsze do niego tęskniłem. Spojrzałem na zegarek - czwarta trzydzieści, jeszcze noc, chociaż już dzień. Najgorsza pora, ten moment między jednym a drugim, kiedy człowiek nie należy do żadnej rzeczywistości - ani do światła, ani do mroku. Podeszedłem bliżej, stawiając kroki tak cicho, jakbym znowu był gdzieś, gdzie należało się pilnować, nie w mieszkaniu. Ująłem rąbek koca, poprawiłem go ostrożnie, żeby lepiej ją otulił, ciepło jej skóry czułem nawet przez tkaninę. Kot poruszył się lekko, ale się nie obudził, jego drobne ciało drgnęło, po czym znów się uspokoiło, wtulone w jej klatkę piersiową. Przez sekundę po prostu patrzyłem - było coś potwornie bolesnego w tej prostocie, w tym, jak dobrze wyglądali razem, jak domowo, jak normalnie, jakby ciemny, mroczny i deszczowy świat nigdy nie istniał poza tym pokojem.
Moje rzeczy leżały tam, gdzie je położyłem. Nic osobistego, ani jednego przedmiotu, który by coś o mnie mówił. Było w tym coś upokarzającego - świadomość, że cały mój świat mieścił się w rzeczach stworzonych wyłącznie do pracy i w jednym, małym pakunku ubrań, ślady przeszłości spłonęły razem z wynajętym pokojem, wszystko, co miałem - co ostało się po tamtym pożarze, po ucieczkach, po błędach, to było właśnie tyle. Pięć minut pakowania. Niewiele, żałośnie niewiele, jeśli wziąć pod uwagę całe życie. Nawet nie było czego spakować - jeden rzut oka wystarczył, by się zorientować, że nie zostawię po sobie nic, co miało wartość. Zebrałem wszystko metodycznie, jak złodziej wracający po resztki łupu. Nie czułem ulgi, ani trochę, spodziewałem się jej, liczyłem, że odejście przyniesie chociaż chwilowe wytchnienie, że powietrze stanie się lżejsze, gdy przestanę być częścią tego miejsca, ale im więcej rzeczy wkładałem do torby, tym bardziej coś we mnie pękało, jakby każdy przedmiot był jednym oddechem mniej. Wciąż padało, dźwięk deszczu sączył się przez szybę, monotonny, nieprzerwany. Kot poruszył się lekko, zamruczał przez sen, i to był jedyny dźwięk, który przerwał tę ciszę. Kiedy miałem już wszystko, stanąłem na środku pokoju, światło lampy drżało lekko, jakby chciało zgasnąć. Wziąłem głęboki oddech, przez chwilę myślałem, że po prostu wyjdę. Po cichu, jak poprzednio, ale coś mnie zatrzymało - może zwyczajny ludzki odruch, a może coś bardziej okrutnego. Podszedłem jeszcze raz, nachyliłem się nad nią, moja dłoń zawisła w powietrzu, niepewna, czy powinna. Bezimienny kociak ponownie mruknął przez sen, Prue oddychała równo, spokojnie, w jej ciemnych włosach błyszczał cień rudego światła. W końcu jednak dotknąłem jej włosów, ciepłych, miękkich, pachnących tak znajomo, że moje serce zabiło mocniej. Chciałem, żeby się obudziła, spojrzała na mnie tym swoim spojrzeniem, które zawsze mówiło więcej, niż chciała, by zadała pytanie, które zmusiłoby mnie do zostania. Czasem człowiek wie, że jeśli powie choć jedno słowo, nie zdoła już przestać - ale czy to dobre? Nie. Wsunąłem w dłoń materiał koca i raz jeszcze go poprawiłem, dokładnie, z uwagą, jakby to miało znaczenie. Może miało.
Nie obudziła się.
Palce zadrżały, kiedy je cofałem. W ciszy słychać było tylko deszcz i tykanie zegara. Poczułem, jak coś we mnie pęka - tym razem bardziej, nie głośno, nie dramatycznie, po prostu cicho, ostatecznie. Kiedy otworzyłem drzwi kamienicy, powitał mnie ten sam deszcz - cięższy niż wcześniej, jakby z każdą minutą chciał przebić się przez bruk i zatopić miasto. Wyszedłem, nie oglądając się za siebie, klucz trafił do skrzynki na listy. Znałem ten zapach, jaki unosił się w powietrzu - to był zapach wolności pomieszanej z klęską. Schowałem dłonie w kieszeniach, ruszyłem w noc, w której deszcz tłumił każdy krok. Nie wiedziałem, dokąd pójdę - może do baru na rogu, może dalej, wszystko jedno. Liczyło się tylko, żeby nie wracać, nie skrzywdzić jej bardziej, niż już to zrobiłem samą obecnością.
Czy mogło się nam udać? Nie. Wiedziałem to od początku. Nie byłem gotów na Prudence, nie na kogoś, kto kojarzył się z czystością, porządkiem, domem, a jednak zawsze miałem do niej ten miękki punkt. Nawet wtedy, gdy powinienem był trzymać się z daleka. Od samego początku życia byłem zbyt blisko, zbyt długo, zbyt często w miejscach, gdzie światło przestawało działać tak, jak powinno, a kiedy w końcu udało mi się wyrwać - czy raczej wydostać - myślałem, że tym razem może przez chwilę będzie inaczej, ale te rzeczy nie zostawiają człowieka w spokoju, one się wgryzają. W kości, w krew, w myśli. Nie wiedziałem, co we mnie widziała, i chyba nigdy nie miałem zrozumieć, dlaczego nie zamknęła przede mną drzwi. Może dlatego to wszystko było tak cholernie trudne, bo zacząłem chcieć, naprawdę chcieć. Postąpiłem głupio, naiwnie, właściwie to trudno byłoby znaleźć słowo, które oddałoby całą skalę idiotyzmu w moim zachowaniu. Myślałem, że jeśli po prostu spróbuję - jeśli się zmuszę, by znowu spróbować normalnego życia - to wszystko, co złe, trochę się uspokoi, da się to naprawić, naprostować, wytłumaczyć sobie tę statyczność, jako coś przejściowego, a potem krok po kroku robić z tego coś normalnego, nową stałą. Nie dało się - pewnych rzeczy nie da się odepchnąć.
Naprawdę chciałem, by było normalnie. Nie cudownie, nie idealnie, nie tak, jak w tych mdłych opowieściach, w które nikt już nie wierzył. Po prostu… Normalnie. Chciałem budzić się obok kogoś, kto nie patrzył na mnie jak na ruinę, móc wypić herbatę bez odruchu sprawdzania, czy ktoś nie dodał czegoś do filiżanki, przynieść kota, tego maleńkiego drania, i pozwolić mu rozciągnąć się na kanapie - nic więcej, ale najwyraźniej i to było zbyt wiele. W głowie wciąż słyszałem echo jej głosu, uśmiechu, to krótkie drgnięcie radości, kiedy mówiła o małej, czarnej kulce ze złotymi oczami. Potem tylko deszcz i stukot moich butów o mokrą ulicę - nie było pożegnania, nie było żadnych słów, bo przecież wszystko, co mogłem powiedzieć, zostało już kiedyś powiedziane, skazując mnie na klęskę.
Na ulicy było szaro, mgła mieszała się z deszczem, w powietrzu wisiała ta lepka wilgoć, której nie dało się nie kojarzyć z Londynem. Horyzontalna była prawie pusta, ledwie kilka świateł w oknach kawiarni i sklepów spożywczych otwierających się z samego rana. Mimo to czułem na sobie wzrok, jakby cały ten świat, te mokre dachy i ciemne zaułki, wiedziały, co zrobiłem. Nie teleportowałem się, znowu nie, poszedłem w stronę końca ulicy, aż do starej kwiaciarki pod zadaszeniem, która rozstawiała stoisko o świcie, pracując dalej, nawet jeśli jej lokal całkowicie spłonął. Nie pytała, czemu wyglądam jak topielec, ani czemu drżą mi ręce, kiedy przekazywałem jej kopertę, prosząc o dostarczenie jej z kwiatami. Napisałem list, ten oficjalny, krótki, rzeczowy, wyważony - taki, jakiego można się spodziewać po kimś, kto odchodził z rozsądku, nie z rozpaczy. Podpisałem się tylko inicjałem, bez miejsca, bez czegokolwiek więcej. Wiedziałem, że trafi do niej jeszcze tego ranka.
Schowałem ręce w kieszeniach, zaciskając palce na serwetce - tusz się rozmazał od wilgoci, litery straciły kształt, ale nie miało to znaczenia - i tak nikt tego nie przeczyta. Prawdziwy list był inny - ten, który miałem w kieszeni kurtki, zmięty, zapisany w pośpiechu na serwetce z Dziurawego Kotła. Zawsze brakowało mi papieru, gdy najbardziej go potrzebowałem. Nie planowałem go, napisał się sam, między jednym łykiem a drugim. Było w nim wszystko, czego nie miałem odwagi powiedzieć - o tym, jak bardzo się bałem, jak bardzo chciałem, jak cholernie mi zależało, chociaż wiedziałem, że to nie ma prawa się udać, zniszczę ją i wszystko, co było między nami, dobre i normalne. O tym, że przepraszam, nie potrafię, nie umiem żyć obok kogoś, kogo mogę skrzywdzić, nawet przez to, że oddycham tym samym powietrzem. Chodziło o to, że coś we mnie pękło, dawno temu, i wszystko, czego dotknę, prędzej czy później też pęka.
Deszcz nie ustawał. Miasto oddychało ciężko, jak po długim, złym śnie.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
13.11.2025, 15:58  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
15.11.2025, 21:52  ✶  

Nie do końca zrozumiała, co się wydarzyło. Była zagubiona, niczym ta dziewczynka wtedy w Hogwarcie. Nie usłyszała żadnego wytłumaczenia. Zniknął za drzwiami łazienki. Postanowiła dać mu przestrzeń, bo to wydawało jej się odpowiednie. Miała do niego wyjątkową cierpliwość. Akceptowała praktycznie wszystko, łatwo było jej znowu wpuścić go do swojego życia, może zbyt łatwo. Czy miała na to wpływ ich przeszłość, nie wydawało jej się, to były tylko dwa lata, a jednak nie mogła zapomnieć o tym, że kiedyś był jej przyjacielem, że umieli porozumiewać się bez słów, to zostawało, mimo tego nie do końca przyjemnego okresu, kiedy próbowali się ranić. Teraz wiedziała, że nie widziała całego obrazka, że wtedy coś było poza nią, czy to miało się powtórzyć? Oby nie. Naprawdę tego nie chciała, ale przecież wiedziała, że to, co ich połączyło miało swój termin ważności. Nie powinna tak łatwo przywyknąć do jego obecności, ale to przyszło samo. Wszedł w jej życie z tymi swoimi, ciężkimi buciorami i nie miała nic przeciwko temu.

Nie wiedziała kiedy wyszedł. Nie zauważyła tego. Potrafił wymykać się bez pozostawiania po sobie żadnych śladów. Musiał zrobić to dzisiaj. Czuła dziwny niepokój, nie miała pojęcia dlaczego jej towarzyszył, ale wiedziała, że coś jest nie tak. Było to niczym cisza przed burzą, musiało zwiastować coś złego. Po kilkunastu minutach znalazła się przy drzwiach łazienki, tyle czasu powinno mu wystarczyć, nie zastała go tam jednak. Nie było go w żadnym innym pomieszczeniu. Wyszedł. Powinien wrócić, prawda? Gdyby chciał odejść to by jej to powiedział, tylko dlaczego teraz miał odejść? Przyniósł im kota, mieli wybrać dla niego imię, czy naprawdę to było dla niego zbyt wiele?

Nie próbowała go osaczać, dawała mu przestrzeń, nie atakowała go, starała się po prostu być, chciała, żeby miał świadomość, iż jeśli coś się stanie to nadal tu będzie. Nie skorzystał jednak z tego, po prostu zniknął w mroku. Czekała na niego. Odkąd przenieśli się do Londynu, od kiedy dała mu klucze do swojego mieszkania wieczory wyglądały podobnie. Nie umiała zasnąć nim nie wrócił do domu. Przyszło jej to całkiem naturalnie, nie musiała wiedzieć, gdzie się znajdował, co robił, ważne było tylko to, że wracał cały i zdrowy. Właśnie dlatego ponownie znalazła się na kanapie, z kocim dzieckiem w ramionach, musiała go pilnować, kto bowiem wiedział, jak może się zachować. Czekała, czas mijał, on nie wracał. Wypiła herbatę, jedną, drugą, ale nie była w stanie czekać dłużej, bardzo chciała, ale zasnęła. Tak po prostu z kotem w ramionach, na tej nieszczęsnej kanapie.

Nic jej się nie śniło, a szkoda, sny potrafiły przynosić znaki, które można było intepretować, ostrzegały przed rzeczywistością. Sen wcale nie był lekki, ale znajdowała się na kanapie, oczywiście, że wolała swoje łóżko, potrafiła się wyspać tylko w nim,w tym wypadku wybór był prosty. Wybrała salon, a może to salon wybrał ją, bo znajdował się bliżej drzwi wejściowych, liczyła na to, że skrzypnięcie drzwi obudzi ją, kiedy Benjy znajdzie się w mieszkaniu, bo czuła, że wróci, nie mógł jej przecież tak po prostu zostawić, bez słowa. Musiał się przewietrzyć, czy coś, być może zebrać myśli, wiedziała, że czasem o to trudno, szczególnie w zamkniętej przestrzeni. Martwiła się o niego, jednak rozsądek podpowiadał jej, że nawet gdyby ktoś próbował coś mu zrobić, to był na przegranej pozycji. Jej chłopak potrafił o siebie zadbać, tego nie mogła mu odmówić. Nie, żeby dzięki tym argumentom stawianym samej sobie mniej się denerwowała, tylko próbowała być racjonalna.

Obudziła się około siódmej, tak właściwie to kocur obudził ją swoim lamentem. Nie wiedziała co się stało, czy był głodny, smutny, czy jeszcze coś innego. Byli okryci kocem, tak właściwie to dość mocno zostali nim otuleni, musiała w nocy, bezwiednie go poprawić, bo nie przypominała sobie, aby, aż tak się w niego zawinęła, właściwie to ich zawinęła. Na zewnątrz zaczynało się dopiero robić jasno, dzień budził się razem z nią. W mieszkaniu panowała cisza, pogłaskała kota, przez chwilę jeszcze leżała wtulona w koc. Czuła dziwny niepokój. Coś sugerowało jej, że to nie miał być dobry dzień.

Podniosła się w końcu. Starała się zrobić to jak najbardziej cicho, jak potrafiła, bo Benjy mógł wrócić w nocy, zapewne spała jak kamień i nie usłyszała otwierających się drzwi. To było prawdopodobne, dość długo na niego czekała, więc skoro już sen do niej przyszedł, to mogła się nie obudzić i nie słyszeć tego, co działo się wokół niej. Nie odzywała się ani słowem, miała ochotę zawołać jego imię, sprawdzić, czy był w sypialni, pewnie nie chciał jej budzić, gdy zobaczył ją na kanapie. Powoli przemieszczała się z kotem w rękach, cisza, która ogarnęła mieszkanie nie do końca jej odpowiadała, zaczęła już się od niej odzwyczajać. Przywykła wręcz do tego porannego rozgardiaszu, kiedy każde z nich szukało w pośpiechu swoich rzeczy, na szybko wypijali kawę podczas krótkiej rozmowy, łatwo było przyzwyczaić się do wspólnych śniadań. Tych zwyczajnych momentów, które dla niektórych pewnie były normalnością, ale oni tego nie mieli. Świadomość tego, że ktoś tu przy niej był, czasem czekał na nią gdy wracała do domu okazywała się naprawdę ciekawym doświadczeniem. Nie sądziła, że tak łatwo będzie jej w to wejść, nie zastanawiała się nad tym, bo było dobrze, może bardzo zwyczajnie, ale dobrze. Niczego więcej nie potrzebowała.

Otaksowała wzrokiem pomieszczenie. Nie było go w środku. Spodziewała się dostrzec jego sylwetkę zakopaną w swojej pościeli, jednak łóżko było puste. Nie wrócił na noc. Może miał coś pilnego do załatwienia, ktoś potrzebował jego pomocy? Drzwi pewnie zaraz się otworzą, a on się w nich pojawi z tym swoim szelmowskim uśmiechem. To nie wystarczyło jednak, aby przestała się denerwować, bo co jeśli coś mu się stało. Nie wyszła wczoraj za nim, nawet nie próbowała go szukać, kiedy zauważyła, że opuścił mieszkanie, co jeśli nie powinna była siedzieć bezczynnie? Poczuła ciężar na piersi, naprawdę się o niego martwiła.

Dopiero po chwili do niej dotarło, że nie widziała jego rzeczy, w nocy jeszcze tu były. Teraz zniknęły. Rozpłynęły się w powietrzu. Nie zostawił niczego, pokój wyglądał jak wcześniej, kiedy go tutaj nie było. Próbowała znaleźć na to jakieś rozsądne wytłumaczenie, ale żadne się nie pojawiło. Musiał wrócić, spakować się i wyjść bez słowa. Zamarła na moment, docierało do niej, że to się działo. To był ten moment, który miał nadjeść. Odszedł, zostawił ją, bez słowa. Nawet nie zauważyła wczoraj, że miał to być ich koniec. Przyniósł jej tego kota, którego teraz ściskała nieco zbyt mocno, złapała się na tym i wypuściła zwierzę z ramion.

Jeszcze wczoraj wydawało jej się, że mają jakąś szansę. Ten kot, tamta rozmowa, naprawdę sądziła, że może im się udać. Nie powinna zapominać o tym, że ostrzegał ją, że to będzie tylko na chwilę, jednak to zrobiła. Popełniła największy z możliwych błędów - przyzwyczaiła się do niego. Może trwało to krótko, może nie mieli szansy być razem długo, ale to wystarczyło, aby się w tym zatraciła. Okropnie łatwo było to zrobić przy kimś takim jak on. Był wyrozumiały, słuchał, nie lekceważył jej, nie próbował jej zmienić, zaakceptował ją taką jaka była. To chyba było złudzeniem, naprawdę wydawało jej się, że zależy im na sobie, czy jednak gdyby zależało im tak samo to opuściłby ją bez słowa? Miał ją ostrzec, powiedzieć, kiedy nadejdzie ten moment, a po prostu zabrał swój dobytek i zniknął.

Była rozczarowana, zacisnęła mocno dłonie w pięści, czuła, że paznokcie zaczynają przebijać się przez skórę wewnątrz w dłoni. Była bezradna, nic nie mogła z tym zrobić, nie wiedziała, gdzie się podział, tylko to, że nie zamierzał tu wrócić, inaczej zostawiłby swoje rzeczy. Oddychała spokojnie, mimo tego, że była zdenerwowana, skupiła się na tym, wdech - wydech, nie mogła sobie pozwolić na panikowanie, chociaż trudno jej było nad sobą panować.

Stała w progu przez kilka minut, przed oczami pojawiały jej się różne obrazy, nie miała na to wpływu, zaatakowały ją zupełnie znienacka. Oni razem podczas pożarów, ona na jego plecach, później piwnica, odkrycie prawdy, piesza wycieczka, szarlotka, noc nad jeziorem, wszystkie kolejne noce i dni spędzone razem. Gorycz, czuła gorycz rozlewającą się po jej całym ciele. Powinna była to przewidzieć, wiedziała, że będzie bolało. Nie miała jednak pojęcia, jak bardzo.

Tak jak stała ruszyła w stronę łazienki, musiała się uspokoić, znalazła się pod prysznicem, pozwoliła, aby zimna woda ją oblewała, stała tam w ubraniach przez kilkanaście minut, aż zaczęła się trząść z zimna, może to nie było zimno? Może jej organizm w ten sposób pozbywał się emocji, które ją wypełniały. Płakała, nie wiedziała tylko dlaczego, czy z rozczarowania, bezsilności, czy straty, może wszystko razem? Musiała doprowadzić się do porządku, pomyślała o tym, kiedy zobaczyła swoje odbicie w lustrze, opuchniętą twarz, podkrążone oczy. Na szczęście nie musiała rano pojawić się w pracy. Miała czas, by spróbować jakoś się ogarnąć, nie wydawało jej się, że to będzie proste, ale nie miała wyboru, musiała odnaleźć się w tej rzeczywistości bez niego.

Leżała w łóżku, pościel była jeszcze przesiąknięta jego zapachem, wiedziała, że powinna się jej pozbyć, ale to było jedyne, co po sobie zostawił. Nie mogła tego zrobić, jeszcze nie teraz, potrzebowała czasu, żeby to zrobić. Usłyszała stukanie, nie miała siły się podnieść, ale to zrobiła, bo przecież to jeszcze mógł być on, może jednak postanowił wrócić, wyjaśnić jej co właściwie się stało. Nie chciała mieć złudnej nadziei, ale ruszyła w stronę drzwi zbyt szybko. Znalazła kwiaty i list. Ponowne rozczarowanie, bo nie było go tutaj. Zamknęła drzwi. Położyła te nieszczęsne kwiaty na stoliku, szybko otworzyła kopertę, niezgrabnie, niestarannie, jak nie ona, bardzo chciała zapoznać się z treścią.

Przejechała wzrokiem po wszystkich linijkach, czytała go bardzo szybko, gdy skończyła osunęła się na ziemię. Oparła plecami o kanapę. To było potwierdzenie tego, co przypuszczała. Zostawił ją, tak po prostu. Spakował swoje rzeczy i zniknął, bo trafiło się zlecenie poza krajem. To wystarczyło, aby przyszedł tu, kiedy spała, wziął swoje rzeczy i ją porzucił. Wydawało jej się, że było między nimi coś, jak zawsze za dużo sobie wyobrażała, była taka naiwna... Powinna wiedzieć, ludzie zawsze odchodzili, przynajmniej Ci obecni w jej życiu. Objęła rękoma kolana, przyciągnęła je sobie do brody i pozwoliła sobie na płacz, musiała odreagować, obiecała sobie też wtedy, że to ostatni raz, już nigdy nie będzie przez nikogo płakać, musiała na nowo zbudować wokół siebie mur.



Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (1526), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (1669)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa