Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Popołudniowe światło wpadało do starej, dawno nieużywanej pracowni rzemiosła magicznego pod takim kątem, że wyglądało, jakby kurzu było tu jeszcze więcej niż zwykle, co było trudne, bo powietrze i tak miało tu własną, grubą konsystencję. Kopnąłem framugę drzwi, zamykając je za sobą bez większej subtelności, nikt nie miał szans tego usłyszeć, cała szkoła siedziała teraz w Hogsmeade, żrąc ciastka z dyni i udając, że wiosenny bal za trzy dni to najważniejsze wydarzenie ich życia.
Pomieszczenie wyglądało dokładnie tak, jak je pamiętałem - ciężkie, porysowane stoły, które musiały pamiętać poprzednią wojnę, a może i tę wcześniejszą, powieszone pod sufitem nieudane amulety brzęczały przy każdym ruchu powietrza, w zapachu kurzu mieszało się stare, polerowane drewno z lekką nutą ozonu po zaklęciach, które kiedyś tu wybuchły - idealne miejsce na szlaban za „nielegalne transmutowanie dekoracji do balu”, głównie dekoracji prefektów, głównie dlatego, że nikt nie potrafił docenić mojej wizji artystycznej, kiedy ich wstążki zaczęły ryczeć jak mandragory.
Podszedłem do najdalszego stołu, tego z przypalonym rantem i wyrytym nożem „1938”, jakby ktoś kiedyś naprawdę chciał, żeby świat wiedział, że się tu nudził. Przejechałem dłońmi po drewnie, stukając lekko knykciami, aż znalazłem mały sęk - idealny do „personalnej ingerencji artystycznej”, którą miałem za chwilę wprowadzić. Usiadłem, oparłem stopę na popękanej belce pod stołem, która zaskrzypiała tak rozpaczliwie, że spojrzałem pod siebie, jakby miała wysłać mnie prosto na podłogę.
Wyjąłem z kieszeni nożyk - ten sam, który Filch próbował mi skonfiskować trzy razy - i kawałek cienkiej gałązki, którą urwałem wcześniej przed wejściem do zamku, nieważne, że wyglądałem przez to jak zbieracz chrustu, wszyscy inni byli zajęci wypychaniem kieszeni słodyczami, więc mogli mi skoczyć. Przesunąłem kciukiem po ostrzu, trochę za ostrym jak na szkolny sprzęt, i zacząłem wycinać pierwszą linię, najpierw na gałęzi, by rozgrzać się przed ingerencją w blat stołu. Krzywizna wyżłobionej linii bardziej przypominała zadrapanie niż symbol - i bardzo dobrze, po prostu potrzebowałem czegoś do dłubania, zanim przyjdzie mi do głowy zrobić coś „konstruktywnego”.
W pracowni panowała ta specyficzna, nienaturalna cisza, która brzmiała jakby należała tylko do mnie, tylko wyschnięte amulety pod sufitem co jakiś czas brzęczały, jakby kłóciły się o to, który z nich jest bardziej bezużyteczny. Dwie pęknięte tabliczki stuknęły o siebie, echo rozeszło się po ścianach, a ja przeciąłem drewno głębszą linią, aż pękło na jednym końcu, urażone moją determinacją.
- No, świetnie. - Mruknąłem, choć właściwie mnie to bawiło. - Kolejna rzecz, która nie potrafi wytrzymać ciśnienia. - Rzuciłem gałązkę na podłogę, blady kurz uniósł się znad stołu, zatańczył w smudze światła, potem opadł. Amulet nad moją głową zadzwonił tak, jakby próbował zwrócić na siebie uwagę. - Milcz. - Powiedziałem do niego, stukając nożykiem w blat. Najwyraźniej zrozumiał, bo ucichł. Oparłem łokcie o stół i wróciłem do rzeźbienia - tym razem w sęku w stole - pierwsza linia nie wyszła za dobrze, ale drugą była, mocniejsza, głębsza. Drewno ustąpiło dokładnie tak, jak chciałem, przyjemnie, posłusznie. Światło przesunęło się o centymetr, kiedy słońce schowało się za obłok. W pracowni zrobiło się ciemniej, bardziej… Domowo - no, dla kogoś mojego pokroju. Usiadłem wygodniej, przeciągając się, nożyk nadal miałem w dłoni. Gdybym był sentymentalny, a nie byłem, powiedziałbym, że tak wyglądał idealny spokój, ale spokój w Hogwarcie nigdy nie trwał długo, właśnie dlatego go lubiłem, bo wiedziałem, że zaraz coś go popsuje.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)