02.12.2025, 21:16 ✶
20 września 1972
Noc
Noc
Sowa z instrukcją jak dostać się do Głębiny dotarła do Aidana wieczorem. I pewnie olałby sprawę i przylazł do Stanleya następnego dnia, ale nie mógł się powstrzymać przed tym, by chwycić za swoją skórzaną kurtkę i nie ruszyć od razu. Pod pachą miał pudełko po butach, brudne i dziwnie pachnące. Mieszanina zapachów przyprawiała o mdłości, ale nie miał przy sobie nic lepszego, niż to w czym znalazł... A co znalazł? To niespodzianka.
Aidan wyruszył z mieszkania, które wynajął (bo jego wciąż było pojebane, więc na razie wolał się tam nie zapuszczać) na Horyzontalnej, a potem ruszył w kierunku Nokturnu. Paskudne uliczki znał prawie że na wylot, a niektórzy z bywalców tej części Magicznego Londynu znali Aidana. Niektórzy jako brygadzistę, który za garść informacji mógł przymknąć oko na niektóre sprawy. Niektórzy jako tego, którego się nie wkurwiało, bo jego lont był krótszy niż lont mugolskiej bomby, która nie tak dawno rozpierdoliła jakiś most czy tam stację kolejową. W każdym razie nikomu dzisiaj nie przyszło do głowy, żeby zaczepiać Parkinsona - być może to jego urok, a być może pudełko po butach, od zapachu którego chciało się rzygać. Jebało tak, jakby jednorożec wytarzał się w śmieciach. Dwie wonie mieszały się ze sobą, a do tego dochodził zapach petów, którymi "pachniał" Aidan. Mieszkanka absolutnie obrzydliwa. No i ten miesiany-miesiany z dzisiejszych frytek w bułce też był wyczuwalny.
Na Nokturnie czekał na niego Francis, który zaprowadził Aidana do Głębiny. Fajnie się urządził, jebany - miał typa, który sprowadzał mu kumpli na chatę. Ciekawe czy panienki także mu załatwiał? Ale nie chciał pytać, bo na niektóre pytania lepiej było nie poznawać odpowiedzi. Już wystarczająco siły używał do tego, by nie marszczyć nosa. W końcu jednak skapitulował i wsadził sobie do dziurek chusteczkę. Gdy więc Francis wprowadził go do Głębiny i "zaprosił do gabinetu" (czy ogórkowy biznes przynosił tyle kasy? Musiał rozważyć rzucenie pracy i dołączenie do Borgina, bo kurwa, też tak chciał), to nie tylko wyglądał, ale i mówił jak przygłup.
- Stachu, kurwa, nie uwierzysz - mówił przez nos, oczywiście, bo ten wciąż miał zatkany papierową chusteczką. Bez ceregieli położył pudełko po butach na biurku Stanleya. - Wróciłem z tej randki, na którą mnie wysłała stara, nie? I coś piszczało w śmietniku.
Ani be, ani me, ani dzień dobry czy pocałuj mnie w dupę. Po prostu położył w miarę delikatnie to pudełko na blacie, szczerząc się jak szczerbaty na suchary. Frytbuła wprawiła go w doskonały nastrój.