• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Chinatown [20.09.1972] Just a Dream | Faye, Maddox

[20.09.1972] Just a Dream | Faye, Maddox
Leśna powsinoga
Może lew jest silniejszy od wilka, ale wilka nigdy nie widziałem w cyrku.
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
Magiłowca
Niewysoka, mierząca około 155 cm. Ma wysportowaną sylwetkę i gibki chód, zdradzający że dużą część czasu poświęca na aktywność fizyczną. Faye ma brązowe włosy, mieniące się rudością w świetle słonecznym, oraz jasnobrązowe oczy. Usta są wiecznie rozciągnięte w uśmiechu, a nosek zadarty.

Faye Travers
#1
03.12.2025, 15:31  ✶  
Odkryj wiadomość pozafabularną
Scenariusz Sumy Przypadków

20 września 1972
Późny wieczór

Sama nie wiedziała, dlaczego wybrała akurat Chinatown. Być może miała ochotę na coś nowego, a może po prostu lubiła klimat, który tu panował. Chinatown miało swój urok - krzykliwy, żółty, skośnooki. Kakofonia zapachów wdzierała się w nozdrza, drażniąc je mieszaniną egzotycznych przypraw, potraw smażonych na głębokim tłuszczu oraz ryżu. Nie były to jednak niemiłe zapachy. Wszystko tu pachniało czymś, czego kobiecie brakowało od dawna. Wolnością, swobodą, zabawą - odpoczynkiem od szarej codzienności, która spowiła Londyn jak mgła 8 września.

Nie wiedziała, czy Maddox dostał jej wiadomość, ale szczerze liczyła na to, że tak. Dym już nie dusił ludzi w Londynie, a Podziemne Ścieżki powinny zostać już ogarnięte na tyle, że sowy nie powinny mieć problemu z poruszaniem się. A przynajmniej naprawdę na to liczyła. Ubrała się dzisiaj kompletnie zwyczajnie, tak jakby to miało być zwykłe spotkanie, ale prawda była taka, że dla niej spotkanie z Maddoxem nigdy nie było zwykłe. Nie kłamała, pisząc mu że tęskni. Widzieli się podczas ataków we wrześniu, ale prawda była taka, że krótka rozmowa i upewnienie się, że wszystko z nim było w porządku (na tyle, na ile mogło z nim być w porządku), nie było wystarczające. Zbliżała się pełnia, a ona miała niedługo wyjechać do Szkocji, do swoich rodziców. Poprosili, żeby zjawiła się na Mabon i została aż do pełni, na co przystała - niechętnie bo niechętnie, ale wiedziała że w innym wypadku jej nie odpuszczą. Obawiała się trochę, że Nicholas wysprzęgli się z faktu, że jej dom był teraz niebezpiecznym miejscem i rodzice będą drążyć, ale... Chyba tego nie zrobi. W końcu wymusił na niej zmianę miejsca zamieszkania, o czym chciała również porozmawiać z Greybackiem.

Czekała więc, przeglądając ofertę jednego ze stoisk. Czerwone, papierowe lampiony odbijały światło w jej włosach, tworząc czerwono-rude refleksy. Faye nachylała się nad jakimiś ceramicznymi pierdółkami w kształcie kotków z uniesioną łapką. Niektóre machały nią w przód i w tył. Niby miało to przynosić szczęście - serio? Koty? Naturalnie nie przepadała za tymi zwierzętami, a one nie przepadały za nią. Nie pachniała człowiekiem i futrzaki to wyczuwały. A może wyczuwały, że ich po prostu nie lubi? Koty to była dziwna sprawa.
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#2
04.12.2025, 03:11  ✶  

Niemagiczny Londyn zawsze był dla Maddoxa miejscem obcym do szpiku kości. Magiczny świat nigdy nie był mu przyjazny, ale przynajmniej był zrozumiały, brudny, brutalny, pełen logiki wilków. Mugolski natomiast wymagał udawania: zakrywania instynktu, wygładzania ruchów, bycia czymś, czym nigdy być nie będzie. Jakby każdy neon i każdy mijany człowiek przypominali mu, że to nie jego świat. Chinatown miało tę samą obcość, ale pachniało inaczej bardziej życiem niż śmiercią. Wciąż czuło się tu przyprawy, tłuszcz, kadzidła. Kolor trzymał się ścian, nawet jeśli były osmolone. Złudzenie normalności. Złudzenie, które dziwnie działało.

Może dlatego jej list trafił w niego tak mocno. "Tęsknię." Proste słowo, które wbiły się w niego jak hak. Nie powinny nic znaczyć. Nie powinny mieć mocy. A jednak  były jak wezwanie, na które nie mógł nie odpowiedzieć. Jak echo, które rozpoznaje tylko jeden konkretny człowiek. Ona była dla niego jak księżyc za dnia: nienaturalna, nieproszone światło, które mimo wszystko widać. Nigdy nie potrafił jej odmówić. Jego noga miała się już lepiej na tyle, na ile mogła. Kości zrosły się krzywo, ale stabilnie. Ból był stały, tępy, uparty… jednak dzięki miksturom Fenrisa działał, chodził, mógł się pojawić tam, gdzie chciał. Fenris był draniem, ale alchemikiem niezaprzeczalnie dobrym. I choć Maddox nigdy by się do tego nie przyznał, wiedział, że gdyby nie ojcowskie wywary, spacer przez Chinatown skończyłby się na pierwszym skrzywionym chodniku. Idąc w stronę lampionów i stoisk, czuł znajomy zapach Faye długo przed tym, jak ją zobaczył. To zawsze tak działało, instynkt wyprzedzał oczy. A kiedy podniósł wzrok i ujrzał ją w czerwonym świetle, wiedział jedno: miejsce nie miało znaczenia. Przy niej czuł się swobodniej niż w jakimkolwiek domu. Mógłby spotykać się z nią wszędzie, byle nie na Podziemnych Ścieżkach. Tego miejsca nie powinna oglądać. Nie tego świata, nie tej części jego życia.

Zbliżył się, stąpając ostrożnie, ale pewnie. Zatrzymał obok niej, wzrok padł na rząd porcelanowych kotów machających łapkami. Zmarszczył brwi, jakby właśnie ujrzał coś głęboko obraźliwego. - Widzisz? - mruknął, przesuwając spojrzeniem po kolejnych figurkach. - Już planują. Tak zaczyna się wojna. Najpierw udają słodkie, a potem budzisz się z jednym na klatce piersiowej, jak cię ocenia. Wyprostował się i spojrzał na Faye z tym swoim zadziornym półuśmiechem, jedyną formą czułości, na jaką był w stanie sobie pozwolić w świetle dnia.

Leśna powsinoga
Może lew jest silniejszy od wilka, ale wilka nigdy nie widziałem w cyrku.
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
Magiłowca
Niewysoka, mierząca około 155 cm. Ma wysportowaną sylwetkę i gibki chód, zdradzający że dużą część czasu poświęca na aktywność fizyczną. Faye ma brązowe włosy, mieniące się rudością w świetle słonecznym, oraz jasnobrązowe oczy. Usta są wiecznie rozciągnięte w uśmiechu, a nosek zadarty.

Faye Travers
#3
04.12.2025, 09:15  ✶  
Kakofonia zapachów przyćmiła jego woń, a gwar mugoli zagłuszył odgłos jego kroków, które w normalnych warunkach rozpoznałaby wszędzie. Drgnięcie powietrza oznajmiło jej jednak, że ktoś się zbliża, ale instynkty nie zadziałały. Nie spięła się, a dzwoneczki w głowie nie biły na alarm. To mogło oznaczać tylko jedno - jego samego. Przy Maddoxie czuła się swobodnie, lekko. Po prostu dobrze. Jakby wszystko było na swoim miejscu. Nawet mimo tego, że nie tak dawno temu rozmawiała z jego bratem, który zadał bardzo poważne pytanie: czy jesteś w stanie tak żyć?. To pytanie wciąż odbijało się echem w jej czaszce, a ona sama nie wiedziała, jak na nie odpowiedzieć. Ich związek trwał w jakimś dziwnym zawieszeniu, gdy jedno robiło krok w stronę drugiego, to zostawało odepchnięte. A gdy odpuszczało, to drugie wyciągało rękę. Ta relacja przypominała jakiś dziwny, pokraczny taniec, w którym partnerzy doskonale znali kroki, lecz nie potrafili wyczuć swojego własnego rytmu.
- Wojna zaczyna się od oceny - potwierdziła jego słowa, nie odrywając wzroku od kotków. Były karykaturalne, paskudnie urocze. W zasadzie to szukała tutaj jakiegoś upominku na Mabon dla Scarlett, ale mimo iż przyjaciółka lubiła koty: nie chciała jej dawać... czegoś takiego. Małego maszkaronika, który będzie ją wkurwiał ilekroć na niego spojrzy. - A kończy na tym, gdy nie możesz się w spokoju załatwić, bo mały futrzasty pierdolec chodzi za tobą krok w krok.
Dopiero wtedy uniosła głowę i spojrzała na niego. Wyglądała na zmęczoną, ale zdrową. O ile wiedział, pożary nie dotknęły jej jakoś mocno. Wtedy była oblana czerwoną farbą, ale najwyraźniej udało się ją zmyć, bo teraz wyglądała zupełnie normalnie. Żadnej czerwieni poza odblaskami z lampionów.
- Jesteś głodny? - był zdecydowanie zbyt chudy. Nie miała pojęcia, w jaki sposób pożary wpłynęły na Ścieżki i Sforę, ale wiedziała jedno: jeżeli ona nie zadba o Maddoxa, nikt inny tego nie zrobi. Ani Sfora, ani on sam. Wyciągnęła więc rękę, by móc spleść ich dłonie w lekkim uścisku. Łatwo tu było się zgubić, a zbyt wiele razy wypuszczała go z rąk, by dzisiejszej nocy pozwolić mu uciec. - Niedługo pełnia. Mój żołądek skacze na samą myśl, domagając się jedzenia na zapas.
Potraktowała to trochę humorem, ale w zasadzie ta pełnia miała być pierwszą po niekontrolowanej przemianie, której doświadczyła. Bała się, mimo że miała być pod opieką swoich rodziców i brata. Jednak bardzo nie chciała pokazywać Maddoxowi, że się obawia czegokolwiek. Uśmiechnęła się więc szeroko, zaciskając palce na jego dłoni. Hati powiedział jej niedawno coś interesującego. Mówił, że jego brat nie tylko uważa ją za swoją, ale również zdarzało mu się tak ją nazwać wśród innych. To chyba coś znaczyło, prawda? Że w końcu zaczynali stawiać kroki w określonym, wspólnym rytmie.
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#4
07.01.2026, 00:10  ✶  

On również czuł się przy niej spokojniej. Było w tym coś pierwotnego, niemal zawstydzającego w swojej prostocie. Bezpieczeństwo, które nie wynikało z kontroli ani z dominacji, tylko z obecności. Takie, jakie odczuwał wyłącznie na Ścieżkach, pod miastem, wśród swoich. W smrodzie ścieków i odoru, który znał na pamięć. A jednak przy Faye to uczucie było inne. Lżejsze i mniej duszne. Ona była jego ostoją, wyspą wytchnienia od jarzma, które sam sobie nakładał, od ról, z których nie potrafił zrezygnować, bo ktoś musiał je dźwigać. Przy niej mógł na chwilę przestać być tym, kim był dla Sfory, i jednocześnie nie rozpadać się od tego.

Ta udawana niechęć do kotów była tylko iluzją. Przykrywką, jak wszystko inne. Prawda była taka, że zazdrościł im tej ich bezczelnej niezależności. Tego, że mogły wygrzewać się w słońcu jak dachowce, nie tłumacząc się nikomu ze swojego istnienia. Że mogły wybierać, gdzie śpią i do kogo się łaszą. Koty były idealnym przykładem anarchii, o której tak często lubił marzyć. Wolności od struktur, hierarchii, odpowiedzialności. A jednak nigdy nie zapominał, że prawdziwym schronieniem nie był Nokturn ani Podziemne Ścieżki same w sobie. To był tylko smród, wilgoć i mrok. Miejscem. To Sfora ze wszystkimi swoimi hybrydami, wadami i brutalnością, dawała mu poczucie wspólnoty, które wciąż było dla niego bardziej krzepiące niż jakikolwiek indywidualizm. Samotna wolność była luksusem, na który nigdy nie mógł sobie pozwolić. Na jej uwagę o futrzastym odpowiedział bez wahania, spokojnie, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. - Akceptujesz go, chociaż i tak to on potrzebuje Cię bardziej, niż Ty jego. Uśmiechnął się. Nie zaczepnie, ale z porozumiewawczym spojrzeniem. Nie musiał tutaj więcej dodawać, dobrze wiedział, że zrozumie. I chociaż, nigdy nie miał zamiaru jej oceniać, to będzie podążał za jej śladem, tak długo, aż nie zrezygnuje z niego. I kiedy spleciona dłoń nie była już tylko gestem, a ona naprawdę zamknęła palce na jego, odwzajemnił to instynktownie. Mocniej, niż planował. Dopiero wtedy dotarło do niego, jak bardzo był spragniony tej bliskości. Nie dotyku dla dotyku, ale zakotwiczenia. Potwierdzenia, że ktoś jeszcze jest po tej samej stronie.

Może faktycznie lekko zmarniał. Kuracja złamanej kończyny ciągnęła się dłużej, niż chciał przyznać, a w tym czasie nie mógł być tak aktywny jak zwykle. Przez pierwsze tygodnie po pożarach jedzenie w Sforze było racjonowane. Raz dlatego, że wychodzenie na powierzchnię stało się ryzykowne przez mundurówki kręcące się wszędzie bez opamiętania, a dwa dlatego, że niedobory dotykały nie tylko ich, ale też tych, którzy zwykle dostarczali im żywność. Nie był wyjątkiem. Był częścią całości. Kiedy więc odpowiedział, że zje, dodał bez zawahania, że tylko z nią. Nie potrzebował więcej wyjaśnień. I tak, zdarzyło mu się mówić, że jest jego. Powtarzał to wyłącznie w stronę klan-braci, tak żeby każdy miał tego świadomość. Wilkołacza łowczyni współpracująca z Ministerstwem była dla niejednego chamskiego rębajły idealnym celem do prowokacji. Lykanka pracująca z rządzącymi pachniała dla nich zdradą klasową. Maddox wiedział, że Faye potrafi o siebie zadbać. Wiedział to aż za dobrze. Ale naprawdę nie chciał doprowadzić do dnia, w którym musiałby wybierać między swoimi a swoją. Dlatego mówił, że jest jego bardziej jako ostrzeżenie niż wyznanie. Jako granicę. Nigdy nie miałby odwagi nazwać jej swoją w innym znaczeniu. Nie wierzył, że ma prawo posiadać cokolwiek, a już na pewno nie drugą osobę. W jego świecie nawet fantazjowanie o tym, by mieć jej serce, wydawało się niewłaściwe. Wolność absolutna nie polegała na posiadaniu. I właśnie dlatego bolało to bardziej, niż chciałby przyznać. Ale mimo wszystko nie puszczał jej dłoni. Dopiero wtedy, gdy jej dłoń była już pewnie zamknięta w jego, wróciła do niego ta myśl, której nie chciał dopuścić wcześniej. Pełnia. Przychodziły ostatnimi czasy szybciej, niż by sobie tego życzył, a ostatnim razem nie poszło dobrze. Maddox pamiętał aż za dobrze opowieści o tamtej przemianie. O utracie kontroli, o chaosie, o strachu, którego nie dało się już cofnąć. Nie widział tego na własne oczy, ale wystarczyło. Kto tego nie doświadczył, nie miał prawa nawet udawać, że wie jak to jest. W ich świecie takie rzeczy zostawiały ślad, nawet jeśli nie było się tego świadkiem. A w jego świecie od tego właśnie był on, by trwać i wspierać hybrydy w ich wszystkich kryzysach.

Spojrzał na nią uważniej, niż pozwalałby sobie w innej sytuacji. Nie oceniał wyglądu, nie szukał oznak słabości. Szukał emocji. Czegoś, co mówiło więcej niż słowa. - Jak sobie teraz radzisz z pełniami? Zapytał w końcu, ciszej, bez zadziorności, bez żartu. Głos miał spokojny, ale w środku coś mu się zaciskało. - Po ostatnim razie... Nie potrafił się z tego śmiać. I to było dla niego najbardziej jednoznacznym dowodem, jak bardzo była dla niego ważna. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, wzruszyłby ramionami. Travers przestraszył się własnego odbicia w pełni księżyca. Może nawet parsknąłby śmiechem, tak jak śmiałby się z uprzywilejowanego bogatego gnoja, który stracił wszystko w ogniu i nagle musiał nauczyć się żyć tak, jak on żył zawsze. Świat bywał sprawiedliwy w okrutny sposób i Maddox dawno przestał się nad tym pochylać. Ale nie nad nią. Jej los obchodził go bardziej, niż był gotów przyznać. Bardziej, niż jakiekolwiek zasady, porządki czy ideologie. Dla niego mogła mieć wszystkie przywileje tego świata. Mogła być nawet całkowicie wolna od tego wilkołaczego syfu, od pełni, krwi i łamania kości od środka. I wciąż byłaby dla niego kimś tym samym. Bo to, co ich łączyło, nie brało się wyłącznie z klątwy. Klątwa była tylko wspólnym ciężarem, nie fundamentem. Zacisnął palce na jej dłoni odrobinę mocniej, jakby chciał ją ugruntować w tej chwili. - Nie musisz przechodzić przez to sama - dodał po chwili, ostrożnie, jak ktoś, kto nie ma prawa tego mówić, ale i tak mówi. Nie spuszczał z niej wzroku. Nie dlatego, że się bał tego, co usłyszy. Bał się raczej, że usłyszy prawdę.

Leśna powsinoga
Może lew jest silniejszy od wilka, ale wilka nigdy nie widziałem w cyrku.
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
Magiłowca
Niewysoka, mierząca około 155 cm. Ma wysportowaną sylwetkę i gibki chód, zdradzający że dużą część czasu poświęca na aktywność fizyczną. Faye ma brązowe włosy, mieniące się rudością w świetle słonecznym, oraz jasnobrązowe oczy. Usta są wiecznie rozciągnięte w uśmiechu, a nosek zadarty.

Faye Travers
#5
07.01.2026, 14:42  ✶  
Jego odpowiedź przyjęła milczeniem. Wpatrywała się w sylwetkę Maddoxa, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół. Każdą dziurkę w swetrze, każdą ranę, każdą nową bliznę. Każdy włosek wystający z nieogolonego policzka, każde zmarszczenie brwi, gdy znowu zaczynała gadać od rzeczy. Jakby chciała utrwalić sobie jego widok - prawdziwy, bez udawania i wcielania się w role, które były dla nich tak naturalne, jak i bolesne. Znaleźli się po dwóch przeciwnych stronach barykady, chociaż ich wojna nie dotyczyła wojny krwi. Nie miała nic wspólnego z Voldemortem, z czystością krwi, rasą panów i magią. O nie. Ich wojna trwała dużo dłużej, zaczęła się gdy tylko ich oczy się spotkały, gdy odnaleźli się w Zakazanym Lesie, gdy mogli znieść swoją obecność, wierząc, że nie są sami w Hogwarcie. Naturalnym było, że później zaczęli mieć się ku sobie: zbyt wiele ich łączyło, by było inaczej. A jednak im więcej ich łączyło, tym gwałtowniejsze były ich kłótnie. Krew, siniaki, krzyki - wszystko tylko nie płacz. Bo mimo że było intensywnie, Faye nie żałowała żadnego zadrapania, które jej zrobił.

Czy faktycznie była po jego stronie? Nie chciała schodzić na Ścieżki - nie pasowała tam. Zjedliby ją w ciągu sekundy. A jednak chodziła po Nokturnie, dawała się okradać. A 8 września, gdy Londyn płonął, zaczęła go szukać. Czy trzeba było używać słów, by wiedzieć że to był dowód uczuć najczystszych, tak samo czystych, jak i gwałtownych? Nie była po stronie Sfory. Nie była po stronie Ministerstwa. Była po stronie Maddoxa, o czym wiedziała od dawna, ale nie chciała się do tego przyznać. Robił rzeczy złe, niewyobrażalnie złe. Ale jednocześnie wierzyła, że nie robił tego z własnej woli. Był przymuszany, katowany, głodzony... Wyprali mu mózg, ale nie było za późno, by to naprawić. Faye zacisnęła palce na jego dłoni.
- Nie wiem - odpowiedziała szczerze, przysuwając się nieco. - Ta będzie pierwsza. Rodzice nie wiedzą, mój brat nie powiedział o moich problemach.
Westchnęła cicho, unosząc drugą dłoń. Bezwiednie, machinalnie, odruchowo szukała drogi do jego ciepłego policzka. Ta rozmowa była tak bardzo normalna, tak inna od ich wszystkich rozmów do tej pory, że jej serce pozostało ściśnięte. Wiedziała, że spalenie jej domu było tylko początkiem, ale chyba po raz pierwszy Leviathan miał rację. Zamiast siedzieć w kącie i płakać, musiała zacząć naprawiać to, co zostało zepsute. Miała już plan, całkiem sprytny jeśli ktoś chciałby wiedzieć. Uniosła oczy, patrząc na przytłumione blaskiem lampionów i świateł niebo. Mimo łuny gwiazdy wciąż były widoczne. Jej wzrok natrafił na tę jedną, najjaśniejszą. Jakby wskazywała jej drogę i zapewniała, że teraz już będzie tylko lepiej - że podjęła dobrą decyzję. Gdy ścisnął ją mocniej, powróciła do rzeczywistości. Pogłaskała Maddoxa po policzku, z czułością. Bał się tego, co mogła odpowiedzieć? Nie musiał. Jej oczy błyszczały bardziej niż ta gwiazda, najjaśniejsza z nich, która właśnie znajdowała się na niebie i wskazywała zbłąkanym wędrowcom drogę.
- Tę pełnię spędzę u rodziców, jest tuż po Mabon - powiedziała cicho, z cieniem smutku w głosie. - Nie wiedzą co się stało, ale nalegają, żebym została dłużej. Może to i lepiej, podróż do Szkocji zawsze była dla mnie wyczerpująca. A następne...
Spuściła wzrok, by utkwić spojrzenie w ich splecionych dłoniach. Milczała, a chociaż wokół unosił się gwar rozmów, to wydawałoby się, jakby cisza ich oplotła jak cieniutki, miękki kocyk. Byli tylko we dwoje.
- Nicholas zmusza mnie do przeprowadzki - powiedziała w końcu, ledwie poruszając ustami. - Będę miała wolną rękę w urządzaniu tego domu. Moje drzwi zawsze będą dla ciebie otwarte. Niezależnie od tego, czy będzie pełnia, czy nie. Niezależnie od tego, jak często tam będziesz przychodził - zawsze będzie dla ciebie miejsce.
Kącik ust drgnął, najpierw niepewnie, nieśmiało. Nie była pewna, czy przeprowadzka to dobry pomysł, ale zostanie w Dolinie Godryka też było idiotyczne. A wiedząc, że będzie miała swój mały domek z ogródkiem, nie wyobrażała sobie nie mieć obok siebie Maddoxa. Nawet jeżeli miałby przychodzić rzadko.
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#6
15.01.2026, 19:35  ✶  

Maddox nie czuł, by stali po dwóch różnych stronach barykady. Nigdy tak tego nie widział. Barykady budują ci, którzy potrzebują prostych linii podziału, a on nigdy nie ufał światu, który próbował wmówić mu, że coś jest czarne albo białe. Nie współpracował z żadnym lordem, i nie zamierzał. Każdy, kto tytułował samego siebie władcą i oczekiwał tego od innych, zasługiwał co najwyżej na śmiech. Za nic miał te wszystkie sztuczne autorytety, hierarchie budowane na nazwach i strachu, wywyższanie się ponad innych tylko dlatego, że ktoś uznał się za więcej. Jeśli istniała wojna, o której mówiła, to nie była wojną krwi ani idei. Była wojną o to, czy człowiek-wilkołak ma prawo żyć po swojemu. I w tej wojnie nigdy nie byli po przeciwnych stronach.

Kiedy mówiła o rodzinie, o pełni spędzonej z dala od Londynu, poczuł coś, co rzadko dopuszczał do głosu: ulgę. Uważał to za dobry pomysł. Lepszy niż cokolwiek, co on mógłby jej zaproponować. Wiedział, że na Ścieżkach znalazłby pomoc dla niej, zawsze się coś znajdowało, zawsze ktoś znał kogoś, kto potrafił pomóc wilkołakowi przetrwać. Ale to było ostatnie miejsce, do którego chciałby ją zaprowadzić. Nokturn był dla niej nieodpowiedni. Zbyt ciasny, zbyt brudny, zbyt nasycony przemocą, która nie znała półcieni. A jego podziemia… tam nawet światło zapominało, po co istnieje. Nie chciał, żeby kiedykolwiek musiała oddychać tym samym powietrzem co on. Nie dlatego, że by sobie nie poradziła, tylko dlatego, że nie powinna musieć.

Uśmiechnął się do niej życzliwie, miękko, w sposób, który zdradzał więcej, niż by chciał. I właśnie dlatego nie mógł przyjąć jej zaproszenia. Miał już swój dom, choć trudno byłoby go tak nazwać komuś z zewnątrz. Miejsce, które było raczej obowiązkiem niż schronieniem. Nie potrafiłby udawać, że umie żyć normalnie, między ścianami, które nie pamiętają krzyków ani krwi. To nie była poza, z której mógłby się rozebrać na noc. To było życie, które wybrał, albo które wybrało jego. Spojrzał na nią, dłużej niż planował. Uśmiechnął się życzliwie, miękko, jak ktoś, kto naprawdę docenia to, co właśnie dostał, nawet jeśli nie może tego przyjąć. - Dziękuję - powiedział cicho. - Naprawdę. Zrobił krótką pauzę, jakby sprawdzał, czy słowa nie rozpadną mu się w ustach. - Ale nie mogę. - Ton miał spokojny, pozbawiony dramatyzmu. - Musiałbym okłamywać że umiem żyć, tak… zwyczajnie. Nie puścił jej dłoni. - Poza tym muszę trzymać Sforę w ryzach. I pomagać im. Są tacy, którzy nie mają nikogo poza tym, co jest pod Nokturnem. Spojrzał na nią uważnie, jakby chciał, żeby zrozumiała jedną, bardzo ważną rzecz. I na tym poprzestał, bo więcej powiedzieć nie potrafił, a mniej byłoby kłamstwem. Bo nie żył tylko dla siebie. Nigdy nie żył. Musiał trzymać bandę w ryzach, pilnować, by nie rozpadła się pod własnym ciężarem, by nie zamieniła się w coś gorszego niż to, czym już była. Musiał troszczyć się o resztę, o tych, którzy nie mieli wyboru, którzy nie dostali zaproszeń do domów z ogródkiem ani otwartych drzwi. I choć część z niego chciała uwierzyć, że mógłby na chwilę być kimś innym, wiedział, że to byłoby kłamstwo.

Leśna powsinoga
Może lew jest silniejszy od wilka, ale wilka nigdy nie widziałem w cyrku.
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
Magiłowca
Niewysoka, mierząca około 155 cm. Ma wysportowaną sylwetkę i gibki chód, zdradzający że dużą część czasu poświęca na aktywność fizyczną. Faye ma brązowe włosy, mieniące się rudością w świetle słonecznym, oraz jasnobrązowe oczy. Usta są wiecznie rozciągnięte w uśmiechu, a nosek zadarty.

Faye Travers
#7
09.03.2026, 10:14  ✶  
Być może faktycznie nie byli po przeciwnej stronie. Chociaż ona była pod ścisłą kontrolą Ministerstwa, a on był poza jego wpływami. To wystarczało, by określić ich dwójkę jako wrogów. A jednak... Jednak w umyśle Faye ona zawsze stała po jednej, jedynej stronie: po jego stronie. Nie chciała już uciekać - była tym cholernie zmęczona. Wyjazdy zagraniczne, ucieczki przed sowami, które niosły pełne wyrzutów listy z różnych stron, w końcu ucieczka przed żałobą i śmiercią. Tego lata postanowiła, że przestanie uciekać i wróci do Anglii, by zmierzyć się ze swoimi lękami. Tylko że na ich miejsce wpełzły nowe.
- Nie musisz kłamać i nie musisz tak żyć - odpowiedziała, lekko wzruszając ramionami. Ruszyła przed siebie, ciągnąć Maddoxa za sobą. Nie wypuszczała jego dłoni ze swojego uścisku, bo zbyt wiele razy dała mu się wymknąć. Dzisiaj nie chciała na to pozwolić. Robił unik, po raz kolejny, ale była na to przygotowana. - To nie są oświadczyny, Maddox.
Upomniała go, unosząc kąciki ust w rozbawieniu. Nie są? A może właśnie są? Bo oto dawała mu coś, czego nikt inny nie był w stanie dać: wolność. Nie dawała mu wyboru oni albo ja. Dawała mu wolność i swobodę wybierania codziennie, każdego dnia.
- Ani wyrok. Ani łańcuchy. Po prostu będę tam, a ty będziesz wiedział, gdzie jest klucz. Będziesz mógł tam odpocząć, wylizać rany, może przyjść żeby znowu zjebać mnie za jakiś pomysł. Będziesz mógł wpaść na noc albo na pięć minut - trochę jak przytułek, ale bardziej ciepły i rodzinny. Czy Faye zachowała się frajersko, proponując mu właśnie taki układ? Większość osób powiedziałaby, że owszem. Że powinna mieć kogoś, kto będzie na nią czekał co noc. Że powinna mieć co wieczór świeże kwiaty w wazonie, pocałunki w czoło przed snem i śmiech małych wilków, biegających wokół. Tak przynajmniej ostatnio mówił jej Hati. Ale ona nie chciała tej wizji, nie widziała się w niej, jeżeli obok nie było Maddoxa. - Wiem, że masz swoje wilcze przedszkole, którego nie opuścisz. Nie proszę cię o to.
Wilcze przedszkole... Na brzmienie tych słów zachichotała, bo doskonale wiedziała, że Sfora była dla nich czymś więcej. Rozumiała to, nie pochwalała, ale rozumiała.
- Każdy z nas ma obowiązki, a twoje wykraczają poza pracę. Po prostu chcę, żebyś wiedział, że zawsze będziesz miał miejsce, żeby odpocząć, gdy poczujesz się przytłoczony - albo gdy twój ojciec znowu podniesie na ciebie rękę. Ale tego już nie powiedziała. Zatrzymała się, by móc spojrzeć mu w oczy, z lekkim błyskiem tańczącym w tęczówkach. - A jeśli chodzi o głupie pomysły, za które mógłbyś mnie zjebać... Mam jeden
Wzrok Faye podążył z sylwetki Maddoxa na szyld, który mówił o tym, że w tym miejscu wykonywano... tatuaże.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Faye Travers (1877), Maddox Greyback (1822)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa