Gdy tylko wyszliśmy z tej klatki schodowej, miałem wrażenie, że powietrze zaczęło subtelnie zmieniać ciężar, robiło się lżejsze z każdym stawianym krokiem, aż wreszcie parszywa część miasta została za nami - cały Nokturn, jego mrok, jego brud, jego hałaśliwa, wiecznie czyhająca groźba, to też przestało się liczyć, gdy mieliśmy jasny cel. Moja ręka pulsowała jeszcze lekko pod bandażem, ale nawet ten ból był teraz… Jakimś dziwnym potwierdzeniem, że to się wydarzyło naprawdę. Wyszliśmy z ciemności na główną ulicę - tam było już przyjemniej, jasno od działających latarni i świateł witryn, a ja czułem kroki Prudence tuż przy swoich, półświadomie dostosowując własne, byśmy zmienili tempo na trochę mniej pośpieszne. Zabawne - przez lata przywykłem chodzić sam, planować sam, wracać sam. Tyle lat spędziłem na znikaniu z miejsc, wypychaniu drzwi ramieniem, teleportowaniu się, podróżach przez pół świata, żeby uniknąć odpowiedzialności, a teraz?
Nokturn został za nami w sposób tak symboliczny, że prawie ironicznie pasował do całej sytuacji, jakbyśmy naprawdę zostawili tam starą wersję nas. Każde z osobna, po to, żeby budować coś razem. Czułem się, jakbym w tym mieszkaniu, a może nawet wcześniej - w klitce zaklinaczki, porzucił pewną wersję mnie. Tę, która wracała sama, opatrywała się byle jak albo wcale, piła zbyt mocne rzeczy na zbyt pusty żołądek i kładła się spać w miejscach, które nie znały określenia „bezpieczne ciepło”. Nie miało być łatwo przyzwyczaić się do nowej, to z pewnością, ale tym razem naprawdę chciałem, by było inaczej.
Savoy.
Nawet w myślach brzmiało to inaczej niż przed chwilą, kiedy moneta jeszcze tańczyła w powietrzu. Ten hotel pachniał w moich wspomnieniach ciężkimi, perfumowanymi zasłonami, winem, polerowanym drewnem i pieniędzmi starych, bogatych rodzin, ale wtedy - dawno temu - to wszystko było jakąś teatralną dekoracją, w której mały Aloysius miał nauczyć się, jak wygląda świat, do którego niby należał. Teraz… Teraz Savoy miał mi się kojarzyć z czymś zupełnie innym. Czymś, co znajdowało się na wyciągnięcie ręki - kimś idącym obok mnie, trzymającym mnie za rękę i udającym, że nie rozprasza mnie tak, że co kilka kroków musiałem powstrzymywać się, żeby jej nie przyciągnąć do siebie tak blisko, jak w świetle latarni nie wypadało.
Przeszliśmy kilkadziesiąt metrów w ciszy, ale to nie była niezręczna cisza - to była ta cisza, kiedy człowiek próbuje nie spojrzeć zbyt długo na osobę obok, bo grozi to czymś gorszym niż zbyt szybkim biciem serca. Niestety nie wytrzymałem, spojrzałem, ona też patrzyła, równocześnie.
- Wiesz, sze Savoy ma okna wychodzące na szekę? - Rzuciłem niby luźno, bo gdy spojrzałem na nią kątem oka, zobaczyłem to coś w jej spojrzeniu, co pchnęło mnie prosto w przeszłość. W jej policzek, oparty o moje ramię, kiedy przsypialiśmy pod drzewem w drugiej klasie. W jej śmiech po tym, jak oboje prawie oberwaliśmy szlaban za „włóczenie się po błoniach”. W jej każde parsknięcie, każde wypowiedziane „Aloysius”, które wtedy znaczyło wszystko, tylko żadne z nas nie rozumiało słów. - O tej posze odbija się w niej całe miasto. Tak samo, jak w Hogwalcie odbijał się zamek na jeziosze. - Mruknąłem, zniżając głos, kiedy znaleźliśmy się na skraju uliczki, gdzie magiczny Londyn łączył się z resztą świata. Kto by pomyślał, że ten chłopak, który za nią chodził po korytarzach jak zaczarowany idiota, a potem uprzykrzał jej życie, skończy dziś noc w Savoyu z obrączką na palcu?
Nie ja.
Kiedy skręciliśmy już w stronę bulwarów, gdzie światła odbijały się w mokrym bruku jak w wodzie - musiało tu padać mocniej niż w magicznej części miasta, ale teraz nawet nie mżyło - przystanąłem i lekko pociągnąłem ją bliżej - tak, żeby nasza dwójka zatrzymała się na moment w tej przestrzeni. Pustej, pozbawionej obecności innych ludzi, jakby świat nagle zwolnił dla nas miejsce. Dotknąłem jej policzka, wolną dłonią, powoli, delikatnie.
- Pluey, hm? - Przybliżyłem się na tyle, że jej oddech prawie dotknął moich ust, ale nie był to pocałunek, jeszcze nie teraz.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)