• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[9.10.1972] Who I am Inside | Astoria, Rodolphus

[9.10.1972] Who I am Inside | Astoria, Rodolphus
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#1
02.03.2026, 16:48  ✶  
Odkryj wiadomość pozafabularną
Walentynkowe bingo: klik
9 października 1972
Poranek

Tego dnia miał wolne. Było to dość niecodziennie zjawisko, z racji tego, iż był to poniedziałek. Lecz nawał pracy, który towarzyszył mu od 9 września (w zasadzie to już od 8, w końcu mógł poszczycić się spaleniem sporej części Londynu) sprawił, że jego organizm powoli dawał znaki, że powinien przystopować. I chociaż mało kto brał teraz urlop w Ministerstwie, to na niektórych przymykano oczy. Na ten dzień Lestrange zaplanował wolne z kilku względów - pierwszym z nich były zakupy. Prozaiczna czynność, której jednak nie dało się przeskoczyć. Drugim powodem była chęć spojrzenia na Aleję Horyzontalną z perspektywy czasu. I chociaż wydawało mu się, że to ulica Pokątna najbardziej oberwała, to jednak nie dało się ukryć, że na Horyzontalnej także źle się działo. Nie przesuwał tu gruzów, ale gdy kroczył aleją, to czuł coś w rodzaju dumy. Część budynków była opuszczona, część w opłakanym stanie. Część udało się uratować i wciąż naprawiano szkody. Na pierwszy ogień poszły sklepy, które musiały zostać naprawione jak najszybciej. Dopiero niedawno zajmowano się budynkami mieszkalnymi - czarodzieje, którzy potrafili naprawiać tego typu zniszczenia, nie potrafili się rozdwoić, a ich czas nie był z gumy.

Sytuacja w Londynie powoli się uspokajała. Zastanawiał się jednak, czy to była cisza przed burzą? W zamyśleniu przystanął przy tablicy ogłoszeń. Była nowa, jakby dopiero co ją powiesili. Powolnym ruchem uniósł dłoń, oplatającą papierowy kubek z herbatą, do ust. Jego oczy śledziły litery na przypiętych pergaminach. Ktoś szukał pracy, ktoś inny prosił o pomoc. Niektóre kartki wyglądały tak, jakby były świeże. Inne z kolei były - mimo ochronnego daszku - przemoknięte tak, że nie dało się odczytać żadnego słowa. Atrament spływał po sprasowanym drewnie jakby płakał nad niedolą osób, którym ogień zabrał wszystko. Nie szukał tu konkretnego ogłoszenia. Ot, musiał zawiesić na czymś wzrok, żeby pozwolić myślom swobodnie płynąć. Zatopił się w swoim własnym umyśle, nie zwracając uwagi na chłodny wiatr, który zwiastował szybko nadchodzącą jesień. Jeden z pożółkłych liści opadł mu na ramię, lecz on tego nie poczuł. Wciąż wpatrywał się w tablicę, w duszy dziękując sobie za zakup płaszcza, który był ciepły na tyle, by tańczący na jego odzieniu wiatr nie powodował gęsiej skórki. Ciepła herbata z dodatkiem anyżu i goździków dodatkowo rozgrzewała go od środka. Kolejny liść opadł z drzewa, tym razem miękko moszcząc się na zaczesanych do tyłu, czarnych jak smoła włosach.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#2
12.03.2026, 21:29  ✶  
Nie musiała się dziś spieszyć. I właściwie rzadko bywała na Alei Horyzontalnej o tej porze dnia, a jeszcze rzadziej w tak osobliwym nastroju, jaki pozostawił po sobie bal Lestrange’ów. Muzyka, światła, rozmowy - wszystko to wydawało się teraz należeć do innej rzeczywistości. Szła powoli wzdłuż ulicy, pozwalając, by chłodne powietrze obmywało twarz i rozpraszało ostatnie ślady zmęczenia. W niektórych miejscach budynki stały już prosto, odnowione i świeże, lecz między nimi wciąż czaiły się puste okna, osmolone ściany i zamknięte drzwi sklepów, które jeszcze nie wróciły do życia. Ten widok wywoływał w niej dziwną mieszankę odczuć.
Może to przez fakt intensywnych emocji podczas balu, może teraz każde inne odczuwała mocniej. Dlatego też dzisiaj postanowiła zrobić sobie przerwę od pracy. Jej ciało nie regenerowało się tak szybko, a wolała się nie przemęczać, żeby znów nie trafić do Świętego Munga. W pracowni czekało na nią zaledwie kilka obrazów - drobne pęknięcia w werniksie, niewielkie przetarcia farby, rama wymagająca delikatnego oczyszczenia z sadzy. Nic, co wymagałoby całodziennego skupienia ani walki z czasem.
Postanowiła wykorzystać wolny dzień na zakupy - potrzebowała nowych ubrań. Jej mieszkanie nadal strasznie śmierdziało i wszystkie jej ubrania były aktualnie nie do użytku. Poruszała się więc między jej ulubionymi butikami z cichą pewnością kogoś, kto wie dokładnie, czego potrzebuje. Wybrała jedną suknię w stonowanym odcieniu granatu, drugą jaśniejszą, z miękkiej tkaniny odpowiedniej na chłodniejsze dni. Nowy płaszcz - ciepły, cięższy od poprzedniego. Sprzedawczyni owijała wszystko w papier, a Astoria przyglądała się temu z lekkim uczuciem ulgi, którego nie spodziewała się od tak banalnej czynności.
Kiedy wyszła ze sklepu, jesienne powietrze było jeszcze chłodniejsze niż wcześniej. Wiatr poruszał żółtymi liśćmi, które przetaczały się po ulicy jak drobne, niespokojne cienie.
To wtedy zobaczyła tablicę ogłoszeń.
Nie planowała się przy niej zatrzymywać. Była już tam kilka dni temu, przeglądając kartki w poszukiwaniu informacji o zaginionych dziełach sztuki. Teraz jednak coś (odruch lub zwykła ciekawość) sprawiło, że skręciła w jej stronę. Pergaminy poruszały się cicho na wietrze. Czytała je bez większego skupienia. Kilka próśb o pracę, ogłoszenie o wynajmie pokoju, ktoś szukał kota, który zaginął podczas chaosu pożaru. Dopiero jedna z kartek zatrzymała jej wzrok; pismo było drobniejsze, trochę drżące. Atrament miejscami rozmył się od wilgoci, jakby pergamin wisiał tu już kilka dni. Nazwisko uderzyło ją natychmiast.
Pani Alderley.
Starsza czarownica o łagodnych oczach, która zawsze śmiała się cicho, gdy Astoria jako dziecko podkradała kolejne słodycze, udając przy tym absolutną niewinność. Koleżanka jej babci. Nie miała absolutnie nikogo na tym świecie, a jej mieszkanie wymagało kilku napraw. Nie zastanawiała się długo. Decyzja pojawiła się tak szybko, że niemal ją zaskoczyła. Instynktowna, natychmiastowa - ten sam rodzaj odruchu, który tamtej nocy, podczas chaosu pożaru, kazał jej rzucić się w stronę obcej czarownicy atakowanej przez mugolaków, zanim jeszcze zdążyła pomyśleć o własnym bezpieczeństwie. Palce zacisnęły się lekko na papierowej torbie z zakupami.
Odwróciła się od tablicy z wyraźnym skupieniem na twarzy, już układając w głowie plan. I wtedy jej spojrzenie natrafiło na czyjeś oczy. Ciemne. Znajome.
Rodolphus.
Stał kilka kroków dalej, jakby był tu od dłuższego czasu - przy tej samej tablicy, przy tych samych pergaminach, nad którymi przed chwilą pochylała się ona. Przez krótką chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, a w jej głowie pojawiła się niemal absurdalna myśl, że ostatnio spotykają się z zadziwiającą regularnością.
- Czy ty mnie śledzisz? - zmarszczyła brwi, wspierając ręce na biodrach, jakby to oskarżenie było jedynym logicznym wytłumaczeniem.


learn the rules
then
break some

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#3
16.03.2026, 16:56  ✶  
Oboje byli w tym samym miejscu i czytali te same ogłoszenia, które wirowały na wietrze, a jednak zdawali się siebie nie zauważać. Byli po przeciwnych stronach tablicy, oboje pogrążeni w swoich myślach, oboje pragnący zaznać normalności w tym chaotycznym świecie. A jednak gdy subtelne przestąpienie z nogi na nogę nastąpiło, a krok został zrobiony, ich oczy się spotkały. Nie zauważył, kiedy pojawiła się niedaleko, nie dostrzegł jej, zbyt skupiony na tym, co widziały jego ślepia, lustrujące zapisane atramentem pergaminy. Poczuł dziwne ukłucie w okolicy klatki piersiowej, gdy promienie słońca zatrzymały się na moment w czarnych pasmach włosów. Ześlizgnęły się po ciemnych puklach i na moment zajrzały w jej oczy, rozświetliły jasną skórę i odbiły się od ubrania. Zaraz jednak Rodolphus uniósł brew, gdy te miękkie usta wyrzuciły z siebie absurdalne oskarżenie. Zupełnie tak, jakby nie miał absolutnie nic lepszego do roboty, tylko śledzenie Astorii podczas spacerów czy zakupów.
- Proszę wybaczyć, nie wiedziałem że cała ulica została zamknięta na twoje przybycie - odpowiedział z lekka kąśliwie, a jego wzrok ześlizgnął się po położonych na biodrach rękach. Zatrzymał się na moment na papierowych torbach i pakunkach. Zakupy... No tak, niektórzy z lubością oddawali się tego typu zajęciom. Dla niego samego jakiekolwiek zakupy, które nie dotyczyły aparatury przydatnej w jego pracy, były mordęgą. Dlatego dawno pozbył się tego problemu i na ten przykład ubrania zamawiał sową, od lat u tej samej osoby, identyczne marynarki, spodnie, koszule i buty. - Poza tym chyba już ustaliliśmy, że mam nowe hobby, którym jest wyskakiwanie z krzaków na czarownice, prawda? W tej części Londynu krzaki spłonęły, więc uznałem, że tablica ogłoszeń musi je zastąpić.
Nawiązał oczywiście do ich spotkania w ogrodach Maida Vale. Lestrange uniósł kubek z herbatą, odwracając spojrzenie od Astorii. Łyk ciepłego napoju przyjemnie rozgrzewał jego gardło, które było w dużo lepszym stanie, niż tuż po Spalonej Nocy. Zawiesił wzrok na tablicy ogłoszeń. Zakupy zakupami, lecz co ona tu robiła?
- Zgubiłaś coś, że z taką pasją wertujesz ogłoszenia? - zadał pytanie, zanim ona zdążyła to zrobić. Najlepszą obroną był przecież atak, a sam nie miał zamiaru wyskakiwać z powodem, dla którego wczytywał się w ogłoszenia. Głównie dlatego, że takiego powodu nie było a coś mu mówiło, że Astoria w to nie uwierzy. Może szukała kota? Albo ktoś skorzystał z okazji i obrabował jakieś muzeum, może nawet i OdNowę? Ciężko było mu to przyznać, ale przez ostatnie dni miał tyle pracy, że nie potrafił już być na bieżąco z tym, co się działo w Londynie. Starał się oczywiście wszystko nadrabiać, ale przerwa w Rozgłośni Radiowej Nottów (jego wielka wina i zasługa, to dzięki niemu przecież spłonęła i przestała nadawać komunikat) oraz Proroku sprawiły, że ciężko było trzymać rękę na pulsie.
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#4
19.03.2026, 02:06  ✶  
Zaskoczenie wzięło górę i to było pierwszym możliwym wytłumaczeniem, bo kto nie śledziłby chodzącego ideału? Taki scenariusz wydawał się jej wręcz naturalną koleją rzeczy. Szczególnie, że ostatnio naprawdę często na siebie wpadali i sama nie była pewna, czy jest przez to zła, czy raczej zadowolona. Pewnych emocji nie dopuszczała do siebie, a może udawała, że ich nie ma. Jej umysł, przyzwyczajony do porządkowania świata, niemal natychmiast spróbował znaleźć logiczne wyjaśnienie. Londyn nie był aż tak duży, by podobne spotkania były niemożliwe. Ale nie był też na tyle mały, by zdarzały się tak często. Wierzyła jednak, że nie był typem człowieka, który traciłby czas na śledzenie kobiety, nawet jeśli by mu się podobała. A nawet jeśli postanowiłby kogoś śledzić, to chyba nie robiłby tego w tak nieudolny, widoczny sposób.
Kącik jej ust drgnął niemal niezauważalnie, jakby słowa, które właśnie padły, nie tyle ją dotknęły, co rozbawiły w sposób, którego nie zamierzała mu w pełni okazywać. Przez krótką chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
- Ewidentne niedopatrzenie - mruknęła w końcu, unosząc arogancko podbródek. Linia jej szyi wydłużyła się subtelnie, a spojrzenie, które jeszcze przed chwilą było jedynie uważne, nabrało ostrości. Nie tej chłodnej, odpychającej, bardziej tej charakterystycznej dla niej - zadziornej, pewnej siebie, balansującej gdzieś na granicy prowokacji i elegancji. Przesunęła ciężar ciała na drugą nogę, jakby całe to spotkanie było dla niej czymś zupełnie nieistotnym - przypadkowym przystankiem między jednym a drugim krokiem. A jednak jej palce, wciąż zaciśnięte na papierowej torbie, zdradzały, że była bardziej obecna, niż chciała to okazać.
- A może ja nie chcę być obiektem twojego nowego hobby, hm? Może nie lubię takiego wyskakiwania na mnie... z krzakami czy bez - to wszystko było na tyle absurdalne, że kontynuowała wątek. Nie cofnęła spojrzenia. Wręcz przeciwnie, utrzymała je na nim z pewnością, która sprawiała, że rozmówca miał wrażenie, że jest w danej chwili jedyną rzeczą, na której skupiała uwagę. Bo w tej absurdalności było coś niepokojąco przyjemnego. - Oczekuję poprawy, panie Lestrange. - uniosła lekko brew, a na jej ustach pojawił się krótki, ulotny uśmiech.
- To co tu robisz? W wolnych chwilach napawasz się cierpieniem innych? - kolejny uśmiech, tym razem ten złośliwy. Na tablicach ludzie w większości opisywali straty i szukali pomocy. To po co je czytał? Stare wyobrażenie o nim podpowiadało same najgorsze powody. Jednak wspomnienie pożaru wróciło szybciej, niż zdołała mrugnąć, ale tak to bywa z nieprzepracowanymi traumami. Mignęły jej przed oczami obrazy atakujących mugolaków i jego, ratującego jej życie. Może tylko sprawiał pozory zimnego? Może to klątwa: za dnia gbur, udający, że nic go nie rusza, a w nocy zaś rycerz na białym koniu, ratujący damy z opresji? Wciąż próbowała go rozgryźć, wciąż bezskutecznie.
- Nie, po prostu przeglądałam ogłoszenia, czasami dotyczą dzieł sztuki - nie wspomniała już o tym, że jej motywacją było łowienie okazji i odkupywanie rzadkich egzemplarzy za bezcen. Zamiast tego uniosła lekko wzrok, znów kierując go na Rodolphusa. Jej spojrzenie było spokojne, niemal obojętne. - Ale znalazłam ogłoszenie pani Alderley. Była koleżanką mojej babci, gdy ta jeszcze żyła. Dobrze ją wspominam, a wiem, że nie ma nikogo na świecie, więc po prostu tam pójdę i zobaczę, co da się zrobić - wyjaśniła, jakby chciała powiedzieć, że właściwie to się spieszy.


learn the rules
then
break some

Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#5
23.03.2026, 14:54  ✶  
Na tę odpowiedź, butną i zadziorną, uniósł lekko brwi. Astoria sama się podkładała - zupełnie tak, jakby prosiła się o to, by wyprowadzić kolejny słowny cios. Szelmowski uśmiech prześlizgnął się przez jej usta.
- Nawet jeżeli tymi krzakami byłyby kwiaty? - Rodolphus przekrzywił lekko głowę. Dla lepszego efektu powinien teraz wyciągnąć zza pleców bukiet róż, ale pech chciał, że naprawdę nie śledził Astorii i nie planował jej spotykać. Być może gdyby wiedział, że się spotkają na romantyczne wspólne stanie pod tablicą ogłoszeń, to przygotowałby się lepiej? - Ale dobrze. Twoje rozkazy są jasne, mademoiselle - przyłożył dłoń do klatki piersiowej, po lewej stronie, tak jakby jej słowa trafiły prosto do jego serca. - Następnym razem, gdy się spotkamy, zamiast wyskakiwać z krzaków, po prostu w nich zostanę i ucieknę, żebyś nie musiała mnie oglądać.
Oczywiście, że kłamał - wszystko w nim aż krzyczało, że Lestrange zrobi dokładnie odwrotnie, niż deklaruje obecnie słowami. Na moment przeskoczył wzrokiem na tablicę ogłoszeń. Co on tu robił... Odpowiedzieć szczerze, czy zgrabnie ominąć prawdę?
- Jestem wścibski - odpowiedział w końcu, powracając wzrokiem do Astorii. Posłał jej rozbrajający uśmiech. Prawda, czy kłamstwo? Ciężko było to rozróżnić, bo plotki głosiły, że Rodolphus brzydził się plotkami (o ironio). Z drugiej strony ci, którzy go znali, mówili że był doskonale poinformowany w naprawdę wielu kwestiach. Po prostu nie zawsze przekazywał zdobyte informacje dalej. Co czyniło go jeszcze gorszą osobą, niż typową plotkarę z bazaru. - Pani Alderley?
Powtórzył, bo przecież czytał to ogłoszenie. Przyjrzał się Astorii, gdy ta swobodnie opowiadała, jak to czarownica była przyjaciółką jej babci. I jak to nie miała nikogo, kto by jej teraz pomógł po pożarach.
- Odprowadzę cię - powiedział szybciej, niż pomyślał, jednocześnie wyciągając odruchowo rękę w stronę zakupów, które ściskała. Przecież Astoria nie będzie szła obok niego, taszcząc torby, nawet jeżeli te prawie nic nie ważyły. Jak to by wyglądało? Jego ton głosu również sugerował, że to nie było pytanie, po prostu oznajmienie. I tak nie miał nic do roboty, a zaciekawiła go ta cała pani Alderley. Czystokrwista? Raczej tak, Avery byli konserwatywni. Nie miała skrzatów? Cóż, może zdechły, były to obrzydliwie kruche stworzenia, a ostatnio wiele stworzeń ginęło pod wpływem płomieni. Czy Rodolphus umial naprawiać rzeczy? Nie. Czy wiedział, jak się do tego zabrać? Absolutnie nie. Ale może potrzyma Astorii torebkę, gdy ta będzie wykorzystywała swoje umiejętności renowacji dzieł sztuki, by przelać je na farbę czy tam drzwiczki (czy tak się dało w ogóle? Nie miał pojęcia, w tej kwestii był kompletnym ignorantem, ale skoro naprawiała obrazy, to poradzi sobie chyba też z malowaniem ścian?).
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#6
28.03.2026, 03:31  ✶  
Kiedy wspomniał o kwiatach, w jej spojrzeniu drgnął cień rozbawienia, jednak przemknął przez jej oczy szybciej, niż zdążyłby go uchwycić ktoś mniej czujny. Nie odpowiedziała od razu. Pozwoliła tej sugestii zawisnąć między nimi, jakby naprawdę ją rozważała, choć w rzeczywistości raczej smakowała jej absurd. Powoli uniosła jedną brew.
- Myślisz, że można mnie przekupić kwiatami? - prychnęła na to jawne niedocenienie jej. Przekrzywiła lekko głowę, przyglądając mu się z tym spokojem, jakby cała ta wymiana była dla niej tylko niewinną grą, niczym więcej. Zrobiła niewielki krok bliżej, zupełnie nieświadomie skracając dystans między nimi.
- Ach tak? Więc teraz będziesz wykonywał moje rozkazy? - jej usta wygięły się lekko. Nie w uśmiech, raczej w jego dzień. - Chyba nie wiesz, w co się pakujesz - powiedziała ciszej, niemal półgłosem, jakby dzieliła się sekretem.
- Trudno udawać, że ktoś nie istnieje, kiedy ma wyraźną tendencję do pojawiania się w najmniej spodziewanych momentach - dodała lekko. Nie był to do końca przytyk. Wiatr poruszył luźne pasma jej włosów, muskając odkrytą skórę przy skroni. Pokręciła głową, by przywrócić ich naturalny stan, ale też okazać niedowierzanie - wiedziała, że kłamie, bo po pierwsze całość tej gry nie była poważna, a po drugie wciąż ani trochę mu nie ufała i podważała niemal każde jego słowo.
- Tak, zauważyłam - mruknęła jeszcze, zanim całkowicie zbił ją z pantałyku. Odprowadzić? Uprzejme, ale jednak niedorzeczne. Nie potrzebowała jego pomocy. Nie prosiła o nią. Nie zamierzała go w to wciągać - w cudze sprawy, w swoje decyzje, w coś, co miało być szybkim, niemal bezosobowym działaniem, podjętym pod wpływem impulsu.
- Nie musisz! Naprawdę, nie chciałabym marnować twojego cennego... - chciała go spławić, bo tak naprawdę bała się spędzać z nim więcej czasu, bała się go poznawać, bo przez to coraz trudniej było jej zachować obojętność, a tym bardziej udawać, że go nie znosi. Ale zanim zdążyła skończyć zdanie, jej torby zakupowe już były w jego rękach. Lekkość, która pojawiła się nagle w jej rękach, była niemal dezorientująca. Palce pozostały przez chwilę zaciśnięte w powietrzu, jakby nie nadążyły za zmianą, jakby wciąż trzymały coś, czego już tam nie było. - No dobrze. Tędy.
Chciała zaprotestować, zatrzymać to, co właśnie się wydarzyło, cofnąć tę jedną, drobną decyzję, która nie należała do niej. Ale nie zrobiła tego. Bo było już za późno. I być może (gdzieś bardzo głęboko) nie była pewna, czy naprawdę chce to cofać. Uniosła lekko podbródek, przybierając tę swoją dobrze znaną postawę - opanowaną, zdystansowaną, jakby nic nie miało znaczenia. Ruszyła nie oglądając się na niego, nie upewniając się, czy idzie za nią, jakby było to oczywiste. Jej kroki były równe, pewne, prowadzone instynktem i świeżą jeszcze decyzją, która wciąż pulsowała gdzieś pod powierzchnią myśli. Świadomość jego obecności była... natarczywa. Nie w sposób fizyczny - nie narzucał się, nie zaburzał jej rytmu - a jednak była tam, wyraźna, nie do zignorowania. Każdy krok, każdy oddech zdawał się dzielić z nim przestrzeń, która jeszcze chwilę temu należała tylko do niej. I to ją drażniło. To, jak łatwo wszedł w jej dzień. Jak naturalnie zajął miejsce, którego mu nie wyznaczyła. Nie powinna pozwalać na takie rzeczy. Na tę powtarzalność spotkań, na tę dziwną ciągłość, która zaczynała się między nimi tworzyć bez wyraźnego powodu. Ale przecież nie kazała mu odejść, więc pozwalała na to.
Prowadziła go dalej, w głąb jednej z bocznych uliczek, gdzie bruk był bardziej nierówny, a budynki stały bliżej siebie.
Gdy dotarli do kamienicy, zapukała do drzwi staruszki i odwróciła się do mężczyzny.
- Poradzę sobie, naprawdę nie chcę zajmować ci dnia - powiedziała cicho, po raz kolejny próbując zbudować dystans, który gdzieś po drodze straciła. Tylko w tym momencie drzwi się otworzyły i staruszka wciągnęła ich do środka, rzucając się na szyję Astorii i szlochając o swoich nieszczęściach.


learn the rules
then
break some

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (1711), Rodolphus Lestrange (1262)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa