05.03.2026, 10:54 ✶
Przez mniej więcej ostatni rok Brenna każdy dzień zaczynała od kawy, choć zwykle wolała herbatę. Traktowała to trochę jak materiał napędowy - nic niezwykłego, bo pośród glin tymi bardzo często były kofeina, papierosy, pączki (i dla niektórych niestety w pewnym momencie nieraz też kilka głębszych, branych o wiele za dużo, ale tego akurat unikała).
Tym razem jednak wczesnym rankiem, na długo przed nastaniem świtu, wypiła ziółka uspokajające. A potem udała się na przebieżkę po okolicy, w trakcie której biegała i w samym ogrodzie rzuciła kilka zaklęć. Nawet nie dlatego, że za rzadko znajdowała czas na ćwiczenia i fizyczne, i magii kształtowania, ale aby się upewnić, że myśli jasno, nie ma żadnych halucynacji, rzucając zaklęcie mające wyczarować na przykład jej ruchomą kopię czy napełnić magią jakiś przedmiot nie zapragnie niczego nagle podpalić, i że ogólnie rzecz biorąc... może wyjść dziś pomiędzy ludzi bez obaw, że zrobi komuś krzywdę.
Nie widziała żadnego ognia, zaklęcia wychodziły, jak należy, a jednak Brenna pozostała wewnętrznie trochę podejrzliwa. Przez ułamek sekundy miała ochotę wyczarować niewielki ogień sama z siebie i sprawdzić, co się stanie… ale ostatecznie uznała, że na takie eksperymenty jeszcze ciut za wcześnie i lepiej zrobić to w pobliżu dużej ilości wody.
Wróciła akurat gdy słońce nieśmiało wyglądało zza horyzontu, by się umyć i szybko przygotować coś do jedzenia, zanim teleportuje się do pracy. Kroki Thomasa – chodził zupełnie inaczej niż Millie, Dora czy Basilius, trochę pewnie ze względu na wzrost, trochę na budowę – usłyszała akurat, gdy piła drugi kubek melisy, pośpiesznie przy okazji jedząc kanapkę. Wyjrzała więc z kuchni, uznając, że to całkiem niezły moment na to, aby mężczyznę dopaść i spytać, co myśli.
– Cześć, Tommy – rzuciła. – Czy ta barbarzyńsko wczesna godzina jest jeszcze za wczesna, żeby cię zaprzęgać do pracy, czy mogę być poganiaczem niewolników? – spytała, uśmiechając się do niego znad kubka i tłumiąc ziewnięcie. – Właśnie zagotowałam wodę, jeśli masz ochotę na kawę.
Tym razem jednak wczesnym rankiem, na długo przed nastaniem świtu, wypiła ziółka uspokajające. A potem udała się na przebieżkę po okolicy, w trakcie której biegała i w samym ogrodzie rzuciła kilka zaklęć. Nawet nie dlatego, że za rzadko znajdowała czas na ćwiczenia i fizyczne, i magii kształtowania, ale aby się upewnić, że myśli jasno, nie ma żadnych halucynacji, rzucając zaklęcie mające wyczarować na przykład jej ruchomą kopię czy napełnić magią jakiś przedmiot nie zapragnie niczego nagle podpalić, i że ogólnie rzecz biorąc... może wyjść dziś pomiędzy ludzi bez obaw, że zrobi komuś krzywdę.
Nie widziała żadnego ognia, zaklęcia wychodziły, jak należy, a jednak Brenna pozostała wewnętrznie trochę podejrzliwa. Przez ułamek sekundy miała ochotę wyczarować niewielki ogień sama z siebie i sprawdzić, co się stanie… ale ostatecznie uznała, że na takie eksperymenty jeszcze ciut za wcześnie i lepiej zrobić to w pobliżu dużej ilości wody.
Wróciła akurat gdy słońce nieśmiało wyglądało zza horyzontu, by się umyć i szybko przygotować coś do jedzenia, zanim teleportuje się do pracy. Kroki Thomasa – chodził zupełnie inaczej niż Millie, Dora czy Basilius, trochę pewnie ze względu na wzrost, trochę na budowę – usłyszała akurat, gdy piła drugi kubek melisy, pośpiesznie przy okazji jedząc kanapkę. Wyjrzała więc z kuchni, uznając, że to całkiem niezły moment na to, aby mężczyznę dopaść i spytać, co myśli.
– Cześć, Tommy – rzuciła. – Czy ta barbarzyńsko wczesna godzina jest jeszcze za wczesna, żeby cię zaprzęgać do pracy, czy mogę być poganiaczem niewolników? – spytała, uśmiechając się do niego znad kubka i tłumiąc ziewnięcie. – Właśnie zagotowałam wodę, jeśli masz ochotę na kawę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.