• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora

[9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
16.03.2026, 03:08  ✶  
Słońce wisiało nisko nad zamglonymi błoniami, rozlewając po nich ciepłe światło, które bardziej pasowało do wakacji niż do powrotu w mury Hogwartu. Nawet wiatr był jeszcze całkiem znośny, jak na początek jesieni, chłodny i świeży, ciągnący znad jeziora, ale przyjemnie trzeźwiący. Szedłem przez trawnik w stronę zamku, niespecjalnie zastanawiając się nad drogą, tylko podążając przed siebie długim, pewnym krokiem, z miotłą na jednym ramieniu, drugą rękę wciskając w kieszeń szaty i patrząc w przód z tą specyficzną obojętnością człowieka na ostatnim roku, który widział już wszystko i niewiele było w stanie zrobić na nim wrażenie. Wciąż miałem na sobie czerwoną koszulkę treningową, przyklejoną do pleców, a włosy lepiły mi się do skroni od potu, więc przez znaczną część spaceru prowadziłem w głowie szybkie kalkulacje, czy zdążę jeszcze umyć się przed śniadaniem, czy może jednak powinienem od razu skierować się do Wielkiej Sali, najpierw uzupełniając zapasy kalorii.
Trawa była jeszcze wilgotna od porannej rosy, podeszwy skórzanych butów przy każdym kroku zostawiały w niej wyraźny ślad, gdy stawiałem je ciężko, bez specjalnego zamiaru omijania czegokolwiek, co pojawiłoby się na mojej drodze - nie złośliwie, po prostu z przyzwyczajenia - przy moim stylu bycia większość przeszkód i tak usuwała się sama, a poza tym błonia o tej porze były zazwyczaj prawie puste...
Doszedłem do wniosku, że chyba daruję sobie wdrapywanie się na wieżę w ramach zbędnej dawki ambicji na początek dnia - człowiek spędzał godzinę kilkanaście metrów nad ziemią, pędząc za kaflem jakby od tego zależało jego nazwisko, reputacja i przyszłość całego rodu, a potem nagle kazano mu znowu zapierdalać dół-góra-dół, jak wszystkim innym, bo szatnie przy stadionie przechodziły remont, niesprawiedliwe - wybierając żarcie i biorąc prysznic trochę później. Nie zafrasowałem się tym na zbyt długo, praktycznie bezmyślnie przechodząc do analizowania w głowie ostatniego manewru przy obręczy - tego momentu, kiedy minąłem bramkarza tak czysto, że aż się zaśmiałem, wywijając korkociąg w powietrzu - szliśmy dziś ostro. Kapitan najwyraźniej postanowił przypomnieć nam, że to ostatni rok dla połowy składu, w tym niego samego, i że nie ma miejsca na miękką grę. Nie miałem z tym problemu, lubiłem tempo, lubiłem moment, w którym ciało przestaje narzekać, a zaczyna po prostu robić to, czego się od niego wymaga, po sześćdziesięciu minutach w powietrzu czułem się jak ktoś, kto już wygrał dzień, zanim reszta szkoły zdążyła wstać z łóżek i… Wtedy prawie na coś nadepnąłem.
Zatrzymałem się gwałtownie, o włos od czegoś drobnego, absurdalnie małego w porównaniu z rzucanym przeze mnie cieniem, moja noga praktycznie sama zawisła kilka cali nad ziemią, stopa skorygowała trajektorię uderzenia butem o podłoże, jeszcze zanim spojrzenie opadło mi w dół z tą powolną, niechętną manierą, z jaką człowiek zwykle sprawdzał, w co właściwie prawie wdepnął.
Kiedy człowiek spędzał ostatni rok w tej budzie i wiedział, że połowa młodszych patrzy na niego jak na pomnik z brązu, a druga połowa jak na problem wychowawczy, należało przynajmniej dbać o formę i reputację. Przy wzroście, który osiągnąłem, zwykle i tak widziałem więcej niż reszta ludzi, więc przyzwyczaiłem się chodzić trochę tak, jakby świat miał obowiązek robić mi miejsce i świat zazwyczaj to respektował. No… Do teraz, najwidoczniej.
Małe, zagubione punkty w czarnych szatach, które próbowały udawać, że wiedzą, dokąd idą - zawsze było ich pełno - wrzesień wydawał im się początkiem nowego życia, dla mnie był raczej ostatnią prostą czegoś, co znałem aż za dobrze, chyba żadne z nas nie rozpatrywało tego jednak jako czyjś potencjalny brutalny koniec. A tu, przy samej ziemi, stała istota tak tycia, że mogłem przysiąc, iż gdybym nie zahamował w ostatniej chwili, historia Hogwartu zapamiętałaby mnie jako człowieka, który rozdeptał ucznia na ścieżce prowadzącej do zamku i poszedł dalej, nawet tego nie zauważając.
- Merlinie, kurwa. - Przetarłem dłonią kark, czując jak zimne powietrze wrześniowego poranka wreszcie zaczyna chłodzić rozgrzaną skórę. Mgła nad błoniami dopiero się podnosiła, słońce było niskie i ostre, a z daleka słychać było krakanie jakiegoś wkurzonego kruka. - Skąd wy się bierzecie o tej porze? - To było pytanie retoryczne, wcale nie musiała otwierać swoich drobniutkich ustek, aby odpowiedzieć coś, co pewnie nawet nie miało dotrzeć do moich uszu. - Wiesz, że Hogwart ma krużganki? - Powiedziałem, przesuwając miotłę z jednego ramienia na drugie. - To takie długie korytarze na zewnątrz zamku. Zazwyczaj służą do tego, żeby mali ludzie nie zostali stratowani przez zawodników drużyny Quidditcha o siódmej rano. - Oparłem koniec miotły o ziemię i spojrzałem jeszcze raz w dół. Stanąłem nad nią jak cholerny dąb nad grzybem, prawie dwa metry wzrostu robiły swoje, była tak drobna, że przez ułamek sekundy naprawdę pomyślałem, że to jakaś zagubiona torba albo sterta szalików zostawiona na ścieżce przez jednego z wiecznie zaspanych puchonów, dopóki się nie poruszyła… Bo się poruszyła, prawda? Może to ja miałem halucynacje z niedosypiania i zmęczenia?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#2
16.03.2026, 10:09  ✶  

To nie był miły poranek. Słońce świeciło całkiem jasno, dzień zapowiadał się jako całkiem przyjemny, tylko, że, tylko, że nie znalazła w swoim łóżku Salema. Przywiozła go ze sobą do Hogwartu, żeby towarzyszył jej w tym czasie, który miała spędzić poza domem. To było całkiem normalne dla Figgów, każdy dostawał swojego kota, który miał być jego najlepszym przyjacielem. A ONA GO ZGUBIŁA. Znaczy, nie do końca zgubiła, bo przecież kiedy kładła się spać w swoim dormitorium to jeszcze z nim rozmawiała, tylko gdy się obudziła nie znalazła go przy sobie. Jak niby miała się z tego wytłumaczyć rodzicom? Nie minął nawet miesiąc jej edukacji, a jej koci przyjaciel gdzieś przepadł. To było okropne. Naprawdę okropne. Spanikowała. Co jeśli coś go zjadło? W tym zamku na pewno mieszkały jakieś stworzenia, które mogły potraktować jej kociego przyjaciela jako swój obiad. Zrobiło jej się smutno, bardzo smutno, jednak wiedziała, że nie może tego tak po prostu zostawić. Musiała wyruszyć na poszukiwania Salema.

Nie było to łatwą misją, bo Hogwart był ogromny, ledwie trafiała do dormitorium, podejrzewała, że nigdy nie będzie znała jego całej topografii, ale trudno, co złego mogło się stać? Najwyżej się zgubi, ktoś prędzej, czy później to zauważy, na pewno ktoś musiałby zauważyć jej nieobecność, a przynajmniej tak sobie powtarzała, żeby nabrać pewności, iż jej plan nie należał do takich znowu najgorszych.

Spodziewała się, że na korytarzach zamku nie będzie tłoczno, większość normalnych ludzi jeszcze spała, ona nigdy nie lubiła marnować czasu na sen, kiedy mieszkała z rodzicami budziła się wcześnie rano i podglądała mamę i babcię, kiedy te gotowały najróżniejsze przysmaki. Strasznie jej tego brakowało, tak samo jak brakowało jej rodzinnego domu i rodzeństwa i kotów, miała swojego kota, który miał jej zawsze towarzyszyć, a go zgubiła. To było straszne.

Nogi zaprowadziły ją na zewnątrz. Być może Salem postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza? Może chciał sobie złapać jakiegoś wróbelka, czy innego ptaka na śniadanie? Nie wiedziała. Przestraszył ją okropnie, miała nadzieję, że uda jej się go zlokalizować. Na szczęście narzuciła na siebie szatę, przez co aż tak nie odczuwała chłodu. Szła przed siebie, jakby wiedziała co robi, chociaż tak naprawdę w duchu nie sądziła, że oddalanie się od zamku jest dobrym pomysłem. Musiała jednak uwierzyć w to, że jest zupełnie przeciwnie.

Rozglądała się uważnie wokół siebie, rzucała okiem raz w lewo, raz w prawo szukając w okolicy charakterystycznego, rudego futerka. Nie poruszała się szczególnie szybko, bo miała krótkie nogi, nie zmieniało to jednak faktu, że była bardzo zdeterminowana, aby odnaleźć kocura. Nie mogła odpuścić.

Nie spoglądała przed siebie, więc naturalnie nie zauważyła zagrożenia, które się przed nią pojawiło, była za bardzo skupiona na poszukiwaniach. Nie spodziewała się zresztą, że ktoś może wybrał się na spacer? Czy coś jeszcze innego.

Hogwart był pełen różnych dzieciaków, jeszcze nie do końca się w nim odnalazła. Wiedziała, że nie był w pełni bezpiecznym miejscem, bo nie wszyscy byli tutaj mili, co nieco ją rozczarowało. Ona była miła, zawsze była miła dla wszystkich, bo tak już miała. Rodzice mówili, ż warto jest być miłym i nawiązywać przyjaźnie.

Nieco przerażona podniosła głowę, chłopak, który się przed nią znalazł był wysoki, bardzo wysoki i wyglądał na wkurzonego. Nie znała go, oczywiście, że go nie znała, skąd niby miała go znać. Ci starsi omijali ich szerokim łukiem. Starała się być jednak dzielna, to tylko chłopak, dużo starszy, do tego wielki, ale to nie było nic takiego, prawda? Nie wydawał się być zadowolony z ich spotkania, ale może po prostu się nie wyspał, czy coś. Musiała podejść do tego pozytywnie. Wpatrywała się w niego swoimi zielonymi oczami, dolna warga nieco jej drżała, kiedy się odezwała.

- Przepraszam, nie chciałam wpaść Ci pod nogi. - Głos jej drżał, mimo tego, że się bała, to naprawdę próbowała być dzielna. W końcu chodziło o Salema, musiała być odważna, aby znaleźć swojego kocura.

- Jak to skąd? Z dormitorium? - Wydawało jej się to dość oczywiste. Nie przestawała mu się przyglądać, nie kojarzyła tego chłopaka, zresztą póki co mało kogo kojarzyła poza osobami, które mieszkały w jej dormitorium, no i Erikiem i Brenną, gdzie był Erik, może to do niego powinna pójść najpierw, a nie zaczynać poszukiwania na własną rękę. Jak zawsze nie do końca wszystko przemyślała.

- Nie sądzę, żeby Salem wybrał się tam na spacer. Pewnie poszedł coś zjeść. Łatwiej mu znaleźć jedzenie na błoniach, niż na tych całych krużgankach. - Żeby znaleźć kota, musiała myśleć jak kot, czyż nie?

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
16.03.2026, 15:50  ✶  
Wrześniowy poranek, mokra trawa, ja po treningu z miotłą przewieszoną przez ramię, dzień jak co dzień, dzień po dniu… A przede mną coś tak małego, że naprawdę mogłem to przed chwilą rozdeptać, jak ślimaka na ścieżce, co najwyraźniej postanowiło zorganizować szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą, chociaż samo było dosyć trudne do znalezienia w średniowysokiej trawie, zwłaszcza kiedy ktoś miał prawie dwa metry wzrostu i istniała dla niego pewna strefa przy ziemi, w której rzeczy po prostu umykały uwadze. Cały ten obrazek był… Absurdalny, nawet jak na standardy Hogwartu.
Przesunąłem ciężar ciała, opierając miotłę o ziemię, by nie trzymać jej na ramieniu, jak idiota, i zerknąłem w stronę błoni, gdzie mgła nadal leniwie snuła się nad trawą. Słońce dopiero zaczynało wyłazić ponad taflę jeziora, odbijając się od wody niczym cholerny reflektor i złocąc okolicę, wciąż miałem w płucach zimne, lekko smakujące rdzą powietrze z lotu nad boiskiem, moje serce biło szybciej niż powinno, jakby organizm jeszcze nie zauważył, że trening się skończył, więc byłem nabuzowany energią - tyle tylko, że naprawdę nie chciałem jej spożytkować na nieumyślne zadeptanie najmniejszego pierwszoroczniaka, jakiego kiedykolwiek widziałem. Przeczesałem dłonią mokre od potu włosy i jeszcze raz rzuciłem okiem w stronę stadionu, słysząc, że gdzieś w oddali ktoś z drużyny Krukonów najwyraźniej zaczynał własny trening.
Kiedy znów spojrzałem w dół, uniosłem lekko brew, mrużąc oczy, trochę od pierwszych promieni docierających do nas przez prześwit między jesionami, trochę z niedowierzania. Przez chwilę, tak krótką jak kilka oddechów, miałem wrażenie, że któryś z kumpli zrobił mi kiepski żart i transmutował skrzata domowego, nadając mu bardziej ludzką formę i nabijając się gdzieś ze mnie do żywego - Romulus zdecydowanie byłby w stanie to zrobić, potrafił być gorszy niż odcisk na dupie - to wyjaśniałoby, dlaczego stało przede mną coś tak małego, że człowiek naprawdę mógłby to pomylić z porzuconą torbą z ciuchami treningowymi.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, przyglądając się jej chwilę dłużej - wielkie oczy, jak u skrzata, intensywnie zielone tęczówki, piaskowe włosy, puchoński mundurek, całe sto i pół centymetra wzrostu… Dolna warga jej drżała - świetnie - westchnąłem ciężko, ponownie przeciągając dłonią po wilgotnych włosach i zostawiając je jeszcze bardziej w nieładzie. Większość pierwszorocznych na mój widok robiła jedną z dwóch rzeczy - albo uciekała, albo zaczynała coś bełkotać, czasem nawet zanim jeszcze zdążyłem otworzyć usta - ta tutaj robiła jedno i drugie jednocześnie, a przy tym najwyraźniej prowadziła ze mną całkiem poważną rozmowę o czymś, co nazywało się „Salem”.
- Spokojnie. - Mruknąłem, bardziej z przyzwyczajenia niż z jakiejś szczególnej potrzeby uspokajania kogokolwiek. - Jeszcze nigdy nikogo nie zabiłem przed śniadaniem. - Przechyliłem głowę, jakbym naprawdę rozważał temat, kącik moich ust uniósł się w górę. Przez moment milczałem, przyglądając się jej z tą półprzytomną ciekawością człowieka, który wstał przed świtem, latał przez godzinę na zimnym powietrzu i dopiero teraz zaczynał naprawdę kontaktować z rzeczywistością.
- Następnym razem po prostu nie stawaj na środku ścieżki. - Dodałem, ponieważ przez drżenie tej jej dolnej wargi miałem wrażenie, że istniała stanowczo za duża szansa, iż mała zaraz się rozpłacze, a ja naprawdę nie miałem najmniejszej ochoty zaczynać września od traumatyzowania pierwszorocznych na ścieżce między boiskiem a zamkiem. - To bardzo pomaga w unikaniu śmierci przez rozdeptanie.
Oparłem miotłę o biodro i skrzyżowałem ręce na piersi, słuchając jej wyjaśnień z tą pobłażliwą miną, którą zwykle rezerwowałem dla pierwszorocznych i ludzi, którzy wierzyli, że Hufflepuff kiedyś wygra ligę Quidditcha. W końcu odchrząknąłem pod nosem, ignorując odpowiedź o dormitorium i tylko wzruszając ramionami, bo to było dziecięco trzeźwe, faktoza, nie sądziłem, aby wdawanie się z nią w wyjaśnienia, czym było „pytanie retoryczne” albo „sarkazm” i dlaczego nie warto było na nie odpowiadać leżało w mojej kwestii. Tak, domyśliłem się, że nie zmaterializowała się z jeziora, jej odpowiedź była tak oczywista, że aż rozbrajająca. Dormitorium, naturalnie, skąd niby jeszcze.
- Szukanie czegoś, co właśnie poluje albo żre, to strata czasu. - Odpowiedziałem w pierwszej chwili, niby nie miałem pojęcia, czym był Salem, ale logika była dość prosta - jeśli coś „poszło” na błonia, to raczej nie była sowa, ptak odpadał, bo ptaki nie „szły”. Szczury raczej nie włóczyły się po błoniach, chyba że bardzo zależało im na skróceniu żywota, wolały kuchnie, a nie otwartą przestrzeń, zostawała więc jedna opcja. To było prawie oczywiste, ludzie często nazywali koty Salemem, Nyx, Balthazarem i innymi teatralnymi bzdurami. - Kot wróci. - Stwierdziłem spokojnie, z tą samą bezczelną obojętnością, z którą zwykle komentowałem połowę rzeczy w tej szkole, jakby to była oczywistość dla każdego, kto spędził w tutaj więcej niż tydzień. Hogwart miał dokładnie tyle jedzenia, ile potrzeba, żeby każde stworzenie w końcu trafiło do kuchni, poza tym koty nie giną, koty wychodzą, jedzą coś obrzydliwego, co same uznają za przysmak, a potem wracają, jakby nigdy nic, zazwyczaj dokładnie wtedy, kiedy człowiek przestaje ich szukać. Przechyliłem głowę lekko na bok, a w kąciku ust pojawił mi się ten półuśmiech, który zwykle oznaczał, że za chwilę powiem coś, czego absolutnie nie powinienem mówić pierwszorocznym. - Prawdopodobnie siedzi teraz gdzieś w krzaczorach i rozpracowuje coś absolutnie przepysznego. Półżywa mysz. Jaszczurka bez ogona. Może jakiś żuk wielkości knuta. Albo trzy czwarte żaby. Albo fragment kreta. Słyszałem, że mają tu całkiem dobry wybór śniadaniowy. - Wymieniłem, patrząc na nią jeszcze moment, a potem wzruszyłem ramionami z tą beztroską pewnością człowieka, który nie wychował się w domu pełnym zwierząt, więc nigdy nie traktował ich z taką dramatyczną powagą. Przesunąłem stopą po wilgotnym żwirze ścieżki, przyglądając się przez chwilę śladom błota na własnym bucie. Gdzieniegdzie coś się poruszało w zaroślach, ale jeśli jakiś kot rzeczywiście tam łaził, to raczej nie potrzebował pomocy ratunkowej od pierwszorocznej dziewczynki o siódmej rano.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#4
16.03.2026, 22:13  ✶  

Nie miała w zwyczaju błąkać się po zamku, czy jego okolicach. Było to dla niej zupełnie nowe otoczenie, nie czuła się tu jeszcze zbyt pewnie. Zamierzała raczej powoli poznawać nowe miejsce. Nie zakładała jednak, że zostanie zmuszona do tego, aby nieco to wszystko przyspieszyć. Nie mogła jednak zignorować nieobecności swojego kota. Jej rodzina wierzyła w to, że btak jak wszyscy inni z nich poradzi sobie z opieką nad zwierzęciem. Czuła, że zawiodła. Mimo, że raczej nie należała do szczególnie odważnych osób, to podjęła decyzję niemalże od razu - musiała wyruszyć na poszukiwania Salema. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Jej strach nie mógł jej przeszkodzić w tym przedsięwzięciu.

Życie dosyć szybko ją zweryfikowało. Było bardzo blisko tego, aby została zdeptana. Wtedy na pewno wszyscy zapomnieliby o istnieniu jej kota i musiałby sobie radzić sam na zewnątrz, nie sądziła, że przeżyłby długo. Był przyzwyczajony do wygód, spał z nią w jednym łóżku, wolała nawet nie myśleć o tym, jakby się poczuł, gdyby musiał zamieszkać w lesie, a co dopiero w Zakazanym Lesie! Na pewno nie byłby zadowolony ze swojego kociego żywota, zresztą naprawdę nie sądziła, że dożyłby kociej starości.

Obcy chłopak stał tuż przed nią, przeniosła wzrok na jego miotłę. Musiał być jednym z graczy quidditcha, nie, żeby ją to specjalnie interesowało, chociaż Erik chyba też latał na miotle o w to grał. Nie miała jednak jeszcze szansy zobaczyć żadnego meczu. Dopiero po chwili spojrzała na barwę jego szat, nieco jej ulżyło, gdy dostrzegła, że nie miały na sobie zielonych elementów. Miała szansę już się dowiedzieć, że Ci z Slytherinu byli najbardziej wredni ze wszystkich. Nie, żeby to jakoś bardzo zmieniało jej nastawienie do tego wyrośniętego chłopaka, nadal się go bała, jak wszystkich starszych uczniów, bo przecież praktycznie byli dorośli - no wyglądali jak dorośli, tyle, że się jeszcze uczyli, co powodowało, że chyba nie byli do końca rozsądni. Nie wiedziała, czego się można po nich spodziewać. Zdawała sobie sprawę, że jej starsze rodzeństwo uważało jej towarzystwo za niezbyt ciekawe, pewnie tak samo było z innymi. Była przecież tylko dzieckiem.

- Ciekawe, czy Ty byś był taki spokojny, jakby uciekł Ci kot. - Naburmuszyła się nieco, uświadomiła sobie też właśnie w tej chwili, że kot wcale nie musiał uciec, co jeśli ktoś pozwolił sobie go przywłaszczyć? Salem nie był zwykłym kotem, rozmawiał, zagadywał ludzi, jeśli ktoś postanowił go ukraść... to nie było dobrze.

Zacisnęła swoje małe piąstki, starała się trzymać, ale czuła, że jest coraz gorzej. Do tego ten chłopak był taki okrutny. Jej usta wywinęły się w podkówkę, była naprawdę bardzo smutna.

- To znaczy, że po śniadaniu kogoś zabiłeś? Już? - Wpatrywała się w niego coraz bardziej przerażona. Dotarło do niej, co przed chwilą powiedział. Tyle, że jakby rozrywkowo zabijał innych uczniów, to chyba pan dyrektor nie trzymałby go w tej szkole? Na pewno nie umknęłoby mu jakiekolwiek zaginięcie ucznia.

- Byłam trochę zajęta, nie wiedziałam, że jestem na środku ścieżki, szukałam mojego przyjaciela. - Starała się, aby jej ton głosu brzmiał pewnie, tyle, że nie dało się okryć tego, że zaczynał jej drżeć coraz bardziej. To był naprawdę fatalny dzień, mógłby się już skończyć. Szkoda, że nie mogła znaleźć się w domu.

- Nie da się umrzeć przez rozdeptanie. To znaczy, może gdyby pojawił się tu jakiś olbrzym... jesteś olbrzymem? Półolbrzymem? Dlaczego jesteś taki duży? - Zmierzyła go wzrokiem, faktycznie był wielki, może naprawdę dałby radę ją rozdeptać, dobrze, że nie musieli tego sprawdzać.

- Szukanie przyjaciela nigdy nie jest stratą czasu! Nie rozumiesz, to nie jest taki zwykły kot, jakiś pierwszy lepszy, to MÓJ KOT. - Mógł jej grozić, że ją rozdepcze, mógł ją straszyć, ale od Salema niech się odczepi.

- Jadł wieczorem, dbam o jego dietę, nie sądzę, że wolałby jaszczurkę, czy ptaka, jeśli tak by było to by mi o tym powiedział i byśmy coś razem wymyślili. Co jeśli ktoś go ukradł? Boję się, że ktoś go zabrał. - To był najgorszy z możliwych scenariuszy, ale musiała go brać pod uwagę. Jeśli ktoś go ukradł... to nigdy nie dostanie żadnego kota ze swojej rodzinnej hodowli pod opiekę, rodzina się jej wyrzeknie, to będzie naprawdę tragiczne. - Zabiją mnie, zabiją mnie za to, że go zgubiłam, miałam o niego dbać, a wystarczył miesiąc tutaj i przepadł. - Mówiła coraz szybciej, coraz mniej było składu w tym, co padało z jej ust. Dziewczynka zaczęła się naprawdę stresować, to był jej mały koniec świata.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
17.03.2026, 14:11  ✶  
Wrześniowy poranek był chłodny, ale wciąż pachniał końcem lata, mokrą ziemią, trawą i tym ciężkim, lekko metalicznym zapachem jeziora, który zawsze unosił się nad błoniami o tej porze dnia. Mgła powoli rozrzedzała się nad ścieżką, słońce wspinało się wyżej nad krawędzie wież zamku, a ja wciąż stałem z miotłą opartą o ramię i patrzyłem na tę małą postać, która najwyraźniej była przekonana, że świat właśnie postanowił się przeciwko niej sprzysiąc. Dopiero teraz naprawdę zacząłem ogarniać skalę sytuacji, która była… Absurdalnie mała.
Nie w sensie metaforycznym, dosłownie, ponieważ moja niedoszła ofiara przy moim wzroście wyglądała jak ktoś, kogo należałoby oznaczyć na ścieżkach ostrzegawczą flagą. Im dłużej mówiła, tym bardziej miałem wrażenie, że wpakowałem się w coś, czego absolutnie nie planowałem na pięć minut po treningu quidditcha. Wrzesień dopiero się zaczynał, a ja już prawie miałem na koncie zgniecenie pierwszorocznej na szkolnej ścieżce - świetny start sezonu - była tak mała, że gdyby usiadła na trawie, pewnie zgubiłbym ją z pola widzenia między kępami koniczyny, w dodatku wydawała się naprawdę poruszona zaistniałą sytuacją… Zacząłem odruchowo kręcić końcówką miotły w wilgotnej trawie i ziemi, rozgarniając źdźbła jak ktoś coraz bardziej poirytowany lub znudzony, nie ktoś, kto próbował zyskać kilka sekund na przemyślenie odpowiedzi, chociaż - w rzeczywistości - chodziło właśnie o to drugie. To było… Kłopotliwe. Nie w tym sensie, że zamierzałem nagle zmienić się w patrona pierwszorocznych i zacząć rozdawać pocieszające poklepywania po głowie, ale jednak trudniej było utrzymać bojowy nastrój, kiedy ktoś patrzył na ciebie jak królik, który właśnie zorientował się, że przed nim stoi coś bardzo dużego i bardzo potencjalnie niebezpiecznego.
Przez pierwsze kilka sekund po prostu na nią patrzyłem, z tą samą bezczelną obojętnością, z którą zwykle przyjmowałem wszystko, co nie było ani treningiem, ani meczem, ani czymś, co mogłoby realnie wpłynąć na mój ostatni rok w tej szkole, tyle że ona mówiła dalej. I dalej. I dalej. A im więcej mówiła, tym mniej to przypominało zwykłe marudzenie pierwszorocznej, a bardziej coś, co zaczynało się rozjeżdżać we wszystkich kierunkach naraz, jak źle rzucony kafel, który zamiast wpaść do obręczy, odbijał się od wszystkiego po kolei, robiąc przy tym więcej hałasu, niż powinien.
Najpierw to naburmuszenie, jeszcze do zniesienia, potem pytanie o zabijanie przy śniadaniu, które sprawiło, że uniosłem brew i przez ułamek sekundy zastanowiłem się, czy właśnie przypadkiem nie stworzyłem jakiejś nowej szkolnej legendy o seryjnym mordercy z drużyny Gryffindoru. Później jej wyjaśnienia, że była zajęta, że szukała przyjaciela, że to nie jest zwykły kot, i wreszcie ten moment, w którym wszystko zaczęło się sypać - szybciej, głośniej, z tą charakterystyczną nutą paniki, której nie dało się już pomylić z niczym innym.
- Gdybym faktycznie zabijał uczniów przed pierwszym posiłkiem, ktoś by to jednak zauważył. Nawet przy obecnym poziomie organizacji tej budy. Hogwart ma dość restrykcyjne podejście do seryjnych morderców w drużynie Quidditcha. - Ostatnie zdanie wymsknęło mi się prawie mimochodem, a kiedy dotarło do mnie, jak to mogło zabrzmieć, wypuściłem cicho powietrze przez nos i potrząsnąłem głową - niektóre rzeczy po prostu wychodziły ze mnie same, zwłaszcza o tej porze dnia. Westchnąłem przeciągle, przymykając na moment oczy, jakbym próbował odsunąć od siebie ciężar tej sytuacji, zanim jeszcze naprawdę zdążył na mnie spaść. Nie byłem prefektem, nie byłem od tego, nie byłem od uspokajania pierwszorocznych, od ich dramatów, od kotów, które znikały gdzieś między kolacją a świtem. Miałem swoje sprawy, swoje tempo, swoje sprawdzone ścieżki, którymi poruszałem się bez zastanowienia, a to wszystko… To było jak nagłe wejście w coś, co wymagało zatrzymania się, pochylenia, zmiany perspektywy. Nienawidziłem zmieniać perspektywy, kiedy nie było to konieczne, a jednak nie ruszyłem się z miejsca.
Patrzyłem na nią przez chwilę dłużej, niż planowałem, i to chyba był pierwszy błąd, bo im więcej mówiła, tym bardziej sytuacja wymykała się spod tej prostej, porannej kategorii „prawie kogoś zdeptałem, trudno, idziemy dalej”.
- Nie, nie jestem olbrzymem. Ani półolbrzymem. Ani ukrytym projektem magigenetycznym Ministerstwa, jeśli to kolejna teoria. - Dodałem, zerkając na nią krótko. - Po prostu urosłem. Zdarza się. Spróbuj kiedyś. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, powstrzymując krzywy uśmiech, który cisnął mi się na usta, bo naprawdę - naprawdę - nie dało się tego słuchać z całkowitą powagą, chociaż gdzieś pod tym wszystkim zaczynało się we mnie przebijać coś na kształt niechcianej odpowiedzialności za to, żeby za chwilę się tu nie rozpłakała.
Uniosłem lekko brew, kiedy odbiła piłeczkę, pytając, czy byłbym taki spokojny, gdyby to mój kot zniknął, i przez ułamek sekundy przemknęło mi przez głowę, że odpowiedź wcale nie jest taka oczywista, jak powinna być. Nie miałem kota, nie miałem też w zwyczaju przywiązywać się do czegokolwiek, co mogło odejść bez uprzedzenia, ale rozumiałem sam mechanizm - irytację, potrzebę kontroli, tę niechęć do tego, że coś wymyka się spod ręki - zamiast jednak to przyznać, prychnąłem cicho, bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby.
- Spokojny to może nie. - Przyznałem w końcu, zerkając gdzieś ponad jej głową, jakbym sprawdzał, czy Salem przypadkiem nie siedzi na murku i nie obserwuje nas z wyższością typową dla kotów. - Ale na pewno nie zakładałbym od razu, że ktoś go porwał, sprzedał na czarnym rynku i jeszcze na nim zarobił. - Poprawiłem chwyt na miotle i spojrzałem jeszcze raz w stronę rozległych błoni, które zaczynały się budzić do życia wraz z kolejnymi uczniami wychodzącymi z zamku. Widziałem to dokładnie - jak jedna myśl pociągnęła za sobą kolejną, jak z prostego „nie ma go” robiło się „ktoś go zabrał”, a z tego już tylko krok do…
No, właśnie.
- Dobra, stop. - Powiedziałem w końcu, unosząc rękę w geście, który miał przeciąć ten potok słów, zanim całkiem wymknie się spod kontroli. - Nikt nikogo nie zabije. Ani dziś, ani jutro, ani za kota. To się po prostu nie spina. - Zrobiłem krótką pauzę, dając jej moment na złapanie oddechu, chociaż nie byłem pewien, czy w ogóle z niej skorzysta, przesunąłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą, miotła stuknęła lekko o ziemię, kiedy poprawiłem chwyt. Zrobiłem krok obok niej, tym razem celowo, uważnie omijając tę przestrzeń, którą wcześniej prawie zignorowałem. - To nie jest dramat na poziomie egzekucji, tylko zgubione zwierzę. Różnica jest zasadnicza. - Spojrzałem w stronę błoni, przeciągając wzrokiem po wilgotnej trawie, po niskich krzakach, po miejscach, gdzie rzeczywiście coś mogło się czaić, poruszać, żyć własnym rytmem, niezależnie od tego, czy ktoś za tym tęsknił, czy nie. - Najgorsze, co można zrobić, to biegać za nim w panice. Spłoszysz go albo przepędzisz z miejsca, w którym pewnie siedzi i je coś, czego nie chcesz oglądać, niezależnie od tego, co uważasz o jego diecie. Jeśli coś się rusza i mieści w pysku, to jest potencjalnym śniadaniem. Niezależnie od tego, co ustaliliście sobie… Razem. - Zawiesiłem na niej spojrzenie jeszcze na chwilę, po czym westchnąłem cicho, z rezygnacją, która była bardziej udawana niż prawdziwa. Słowa o tym, że to „nie jest zwykły kot”, odbiły się w mojej głowie z lekkim opóźnieniem. Rozmawiał. Zagadywał ludzi. Oczywiście. Dzieci i ich pomysły na zwierzęta, które muszą być bardziej wyjątkowe niż wszystkie inne, bo zwykły kot najwyraźniej nie spełniał standardów.
- A jeśli naprawdę „rozmawia”, jak twierdzisz, to tym bardziej sobie poradzi. Taki kot szybciej zmanipuluje kuchenne skrzaty niż zgubi drogę do dormitorium albo da się komuś zabrać. - Przez chwilę milczałem, po czym wzruszyłem ramionami w sposób, który miał sugerować całkowitą obojętność. Wyprostowałem się z powrotem, ale nie odsunąłem się, nadal stojąc wystarczająco blisko, żeby było jasne, że jeszcze nie kończę tej rozmowy.
- Jeśli chcesz go znaleźć, trzeba myśleć jak drapieżnik, nie jak… - Urwałem na ułamek sekundy, zerkając na nią, uniosłem rękę i wskazałem gdzieś za siebie, w stronę rozciągających się błoni. - Właściciel. - Chociaż zdecydowanie co innego cisnęło mi się na usta. - Tylko - dodałem jeszcze, zerkając na nią z ukosa - patrz, gdzie łazisz, bo Salem może mieć dziewięć żyć, ale ty raczej nie. - Przeniosłem spojrzenie gdzieś na obrzeża Zakazanego Lasu, gdzie mgła wciąż unosiła się nisko nad trawą, a poranne światło zaczynało ją powoli rozpraszać, wewnątrz wciąż wahając się pomiędzy chęcią wyśmiania całej sytuacji a jakimś irytująco upartym impulsem, żeby jednak nie być kompletnym draniem wobec kogoś, kto wyglądał, jakby za chwilę miał się rozpaść na kawałki. Jeszcze przed chwilą myślałem o trajektorii ostatniego podania i o tym, że muszę poprawić skręt przy bocznym wietrze, a teraz stałem na środku ścieżki i słuchałem o kocie, który najwyraźniej prowadził bogate życie towarzyskie poza kontrolą przerażonej właścicielki. Wszystko wyglądało tak zupełnie zwyczajnie, aż trudno było uwierzyć, że dla niej świat właśnie się kończył, i to z powodu pupila, który - jeśli miał choć odrobinę kociego rozumu - najpewniej siedział w tej chwili gdzieś pod krzakiem i robił rzeczy, o których ona wolałaby nie wiedzieć.
Zawahałem się na ułamek sekundy, po czym skrzywiłem się lekko, jakbym sam nie był do końca zadowolony z tego, co zaraz zrobię.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#6
17.03.2026, 15:05  ✶  

Norka wiedziała, że nie powinno jej tu być. Wolałaby teraz siedzieć w ciepłym dormitorium, zdecydowanie też nie chciała tu być, wolałaby znaleźć się gdzieś indziej, ale musiała odnaleźć swojego kociego przyjaciela. Było to dla niej sprawą życia i śmierci. Nie przejmowała się tym, że sama mogła nie wrócić z tej wyprawy, trzeba było mieć priorytety. Miała świadomość, że Hogwart był pełen niebezpieczeństw, zdecydowanie lepiej by było gdyby sama nie zapuszczała się w takie dalekie wędrówki, ale jaki miała wybór? Każda minuta była ważna, a przynajmniej tak sobie to tłumaczyła.

Dość szybko trafiła na pierwsze niebezpieczeństwo. Ten wielki typ z miotłą w ręku wyglądał, jakby mógł jej zrobić krzywdę. Zresztą sam wspomniał coś o zabijaniu przed śniadaniem. Miała prawo się wystraszyć, no - na pewno na początku. Później próbowała to sobie jakoś logicznie wytłumaczyć. Nie, na pewno dyrektor nie pozwoliłby, aby ktoś mordował pierwszorocznych, obiecał rodzicom, że dzieci będą tu bezpieczne. Nie mógł sobie pozwolić na nadużycie ich zaufania, bo nikt nie chciałby się tutaj uczyć. To wydawało jej się całkiem rozsądne, chociaż przez chwilę się wahała.

Nie powinna ufać nieznajomym, nie powinna z nimi rozmawiać. Rodzice ją przed tym ostrzegali, wiedziała też, że nie może brać cukierków, czy słodyczy od obcych, ani zgadzać się na oglądanie małych kotków. Tylko w tym wypadku to ona szukała swojego kota, mogła być spokojna o ten scenariusz.

- To dlaczego kłamiesz, co? Po co tak robisz? - Zapytała się jeszcze, bo najpierw sam sugerował, że może kogoś mordować, a teraz próbował odwrócić kota ogonem. - To niemiłe, zachowujesz się jak te wszystkie wredne dzieciaki w zielonych szalikach. - Skrzyżowała sobie ręce w okolicach klatki piersiowej, żeby poczuć się pewniej. Miała starsze rodzeństwo, zdawała sobie sprawę z tego, że często czerpali radość z tego, że wierzyła w ich kłamstwa. Najwyraźniej w szkole działało to podobnie, starsze dzieciaki chciały ponaśmiewać się z tych młodszych, tylko ona naprawdę miała poważny problem, nie mogła tracić czasu.

- Mój brat też jest duży i mój przyjaciel, ale oni nie są jeszcze tak duzi, jak Ty. Nie wiedziałam, że się da być tak dużym, jak drzewo. To nie wygląda normalnie, może wpadłeś do jakiegoś kociołka z eliksirami jak byłeś mały? Czy jak byłeś mały to byłeś mały, czy od razu byłeś duży? Jest szansa na to, że jeszcze urosnę? Czy zawsze będę taka mała? Nie no, chyba urosnę, muszę urosnąć. - Dała się ponieść swojej dziecięcej wyobraźni, nie powinna przestawać skupiać się na problemie, który ją tutaj sprowadził, ale jednak trudno jej było zignorować temat rośnięcia, to było naprawdę interesujące. Nie, żeby ten tutaj wyglądał na jakiegoś specjaliste od wzrostu, ale mógł mieć swoje własne doświadczenie, musiał mieć, skoro przypominał kawał drzewa.

Pokręciła głową, jakby w ogóle nie miał pojęcia o czym mówi. - Nie rozumiesz tego. Nie wiesz nic o moim kocie, to kot inny od wszystkich, fajniejszy, dużo fajniejszy, każdy chciałby mieć takiego kota jak mój i to właśnie jest problem. - Nora zdawała sobie sprawę z tego, że ich koty były wyjątkowe, to znaczy dla niej nie było niczym nowym przebywanie w towarzystwie gadających kotów, jednak dla wszystkich innych... Salem wzbudzał zainteresowanie, i prosiła go, żeby zbyt często się nie odzywał, aby udawał normalnego kota, jednak trochę osób już zauważyło, że mówi, a to mogło być ich zgubą. Takie koty posiadała tylko ich rodzina, może ktoś postanowił go złapać i sobie przywłaszczyć, aby stworzyć własną hodowlę. Rodzice naprawdę ją za to zamordują. Miała się nim opiekować jak najlepiej potrafiła, a ona co? Zgubiła Salema.

- Nie wiesz o jakim kocie mówimy. Jasne, może mnie nie zabiją, ale na pewno będą wkurzeni, będę miała P-R-Z-E-S-R-A-N-E. - Powiedziała jeszcze do niego dużymi literami. - Nie dostanę takiego drugiego kota, a nasze koty to nasi przyjaciele na lata. Nie chcę być jedyną w rodzinie bez kota, wiesz jak to będzie wyglądało? Jakbym była jakaś inna, nienormalna, a ja chcę być normalna! - Nie powinna tyle mówić, zdecydowanie nie wypadało, żeby dzieliła się swoimi obawami, z jakimś wyrośniętym chłopakiem, który miał to gdzieś, ale naprawdę znalazła się w bardzo złym momencie swojego życia. Chciała do mamy, w sumie to nie chciała, bo musiałaby jej powiedzieć, że zgubiła kota. AAA. To był naprawdę fatalny dzień i chociaż pogoda raczej sugerowała, że będzie piękny i słoneczny, przypominający wakacje, to dla niej był to najgorszy dzień w jej całym, jakże długim życiu.

- To nie jest jakiś niewychowany kot, on nie je co popadnie, widać, że nie masz kota i się na nich nie znasz, inaczej byś nie gadał takich głupot. - Przewróciła jeszcze oczami. Serio? Serio myślał, że Salem jak jakiś dziki kocur polowałby na to, co popadnie? Nie miał zielonego pojęcia o tym, jakie ich koty były kulturalne, ale nie powinna się dziwić, mało kto doceniał te stworzenia, widziała to po ludziach, którzy odwiedzali koci azyl w jej rodzinnym domu.

- Ty pewnie wiesz jak myśleć w ten sposób, bo jesteś drapieżnikiem, co nie? - Patrzyła na niego uważnie, był duży i wydawał się być silny, na pewno było mu bliżej do drapieżnika niż jej. - Myślisz, że potrafiłbyś go rozgryźć? Znaczy nie chcę, żebyś go gryzł, ale może wiesz co chciałby w wolnym czasie robić młody, pełen energii kocur? Być może głodny? - Salem też był chłopakiem, mieli coś wspólnego, skoro jej to szło tak fatalnie, to może był to jakiś pomysł. Mimo, że nie sądziła, że znał się na kotach lepiej od niej, to jednak jako młodzi chłopcy mogli mieć podobne zainteresowania... Na szczęście koty nie latały na miotłach, wtedy dopiero martwiłaby się o swojego pupila.

- Staram się patrzeć, ale widzę mniej, bo jestem mała, łatwo Ci mówić takie rzeczy bo wyglądasz jak drzewo, to jasne, że widzisz więcej. - Czego właściwie z tego nie rozumiał? Naprawdę starała się nie wchodzić nikomu w drogę, ale czasem nie było to możliwe.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
17.03.2026, 17:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2026, 17:38 przez Benjy Fenwick.)  
Słońce zdążyło podnieść się wyżej, rozlewając się po błoniach jasnym, wrześniowym światłem, a ja stałem tam nadal, z miotłą opartą o ramię, słuchając wywodu o kłamstwach, wzroście, rodzinnych kotach i nadciągającej katastrofie społecznej na skalę co najmniej trzech pokoleń, wszystko naraz, bez żadnej selekcji. Przez moment miałem wrażenie, że do moich uszu zaczęły docierać strzępki kilku rozmów naraz, wszystkich prowadzonych jednym, zbyt cienkim głosem, który ledwo nadążał za własnymi myślami. Oparłem ciężar ciała bardziej na jednej nodze, miotłę przesunąłem pod ramię i pozwoliłem jej mówić, bo z każdą kolejną sekundą robiło się coraz ciekawiej, nie w sensie dramatycznym, tylko… Absurdalnym, w ten bardzo specyficzny sposób, który Hogwart produkował regularnie na początku września - w miniaturze, zamknięty w kimś, kogo niemal rozdeptałem, bo był za mały, żeby w ogóle kwalifikować się jako przeszkoda na ścieżce.
Prychnąłem cicho, bardziej nosem niż śmiechem, bo to „kłamiesz” zabrzmiało tak poważnie, jakby właśnie odkryła we mnie zawodowego oszusta, a nie chłopaka, który miał po prostu za dużo energii po treningu i za mało cierpliwości do tłumaczenia wszystkiego wprost.
- Nie kłamię. - Poprawiłem ją od razu, spokojnie, z wyraźnym naciskiem na każde słowo. Właściwie to jej udało się spektakularnie minąć sens tego, co powiedziałem, przelecieć tuż nad obręczą i nawet nie zauważyć zajebiście mocnego błysku metalu, co - swoją drogą - było dość imponujące. - Ironizuję. Wyolbrzymiam. Kłamanie polega na tym, że ktoś chce, żebyś uwierzyła w coś, co nie jest prawdą. - Dodałem, unosząc obie brwi. - A ja mówię rzeczy tak absurdalne, że tylko ktoś bardzo zdeterminowany mógłby je wziąć na serio. Naucz się różnicy, przyda się w tej budzie częściej, niż myślisz. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się uważniej, próbując ocenić, czy to w ogóle to do niej trafiło. Nie kłamałem, gdybym kłamał, robiłbym to znacznie lepiej, nie zostawiłem tu miejsca na dyskusję, bo ona i tak miała w głowie za dużo wątków, w których ewidentnie się gubiła. Ta rozmowa była ekwiwalentem porannego wykładu „co się stanie, jeśli pozwoli się pierwszorocznej mówić bez przerwy przez kilka minut”, odpowiedź była prosta - stanie się dokładnie to. Widziałem to u swoich sióstr, kiedy były młodsze, różnica polegała na tym, że one wiedziały już, kiedy przestać, a ona najwyraźniej jeszcze nie.
Westchnąłem cicho, przesuwając językiem po zębach, gdy nazwała mnie kłamcą, a potem, co gorsza, porównała do uczniów w zielonych szalikach. To mnie rozbawiło, ale tylko przez ułamek sekundy, moment później pojawiło się coś znacznie bliższego urażonej dumie, chociaż nadal trzymanej w ryzach, odchyliłem lekko głowę, zastanawiając się, czy żachanie się na pierwszoroczną to poziom, do którego zamierzałem schodzić. To, że w ogóle musiałem to prostować, było absurdalne. Zielone szaliki. Serio.
- Uważaj - powiedziałem spokojnie, ale wyraźnie, pochylając się odrobinę, żeby skrócić ten absurdalny dystans między nami - to akurat jedyna rzecz, za którą mógłbym się obrazić. - Uniosłem brew, nadal patrząc na nią z góry, tylko trochę bardziej bezpośrednio nad nią, a cień rozbawienia zniknął na moment, ustępując czemuś chłodniejszemu, bardziej wyraźnemu, to było cięższe oskarżenie niż te wszystkie morderstwa razem wzięte. - Nie jestem Ślizgonem. I gdybym był wredny, naprawdę byś to zauważyła. - Kącik moich ust drgnął leciutko. - Mogę być arogancki, mogę być bezczelny, mogę nawet, od czasu do czasu, mówić rzeczy, które brzmią jak groźby karalne - dodałem powoli - ale nie porównuj mnie do bandy zielonych oportunistów, okej? - Nie czekałem na odpowiedź, to było wszystko, co zamierzałem na ten temat powiedzieć. Nie dlatego, że nie miałem więcej do dodania, tylko dlatego, że nie widziałem potrzeby tłumaczenia jej całej tej szkolnej hierarchii, w której i tak by się pogubiła po trzech zdaniach. - No, to zajebiście. - Nie podniosłem głosu, nie musiałem, wystarczyło to lekkie przeciągnięcie słów i spojrzenie z góry, które mówiło więcej niż jakiekolwiek tłumaczenia - tak, zdecydowanie wystarczyło, że stałem nad nią tak, jak stałem, wysoki, wciąż jeszcze rozgrzany i spocony po treningu, z cieniem irytacji, który pojawił się tylko na moment, ale był wyraźny, jak pęknięcie na gładkiej powierzchni - trwało to jednak krótko, za krótko, żeby miało jakiekolwiek konsekwencje, po czym parsknąłem cicho pod nosem, wyprostowałem się i potrząsnąłem głową, jakbym sam uznał, że to wszystko jest zbyt absurdalne, żeby brać to na serio. Miała jedenaście lat, najwyżej dwanaście, i była Puchonką, to nie była kategoria przeciwnika, z którym się walczyło. Westchnąłem cicho, bardziej dla siebie niż dla niej.
- Jeśli już koniecznie chcesz się oburzać, to wybierz lepszy powód. Ten jest zwyczajnie słaby. - Odchrząknąłem i przyjąłem bardziej neutralny ton.
Uniósłbym kącik ust, ale powstrzymałem się w pół gestu, zostawiając tylko cień rozbawienia w spojrzeniu.
- Tak, dokładnie. - Przytaknąłem. - Wpadłem do kociołka z eliksirem na wzrost, kiedy miałem pięć lat. Od tamtej pory tylko rosnę, aż w końcu osiągnę formę wieży zegarowej i zacznę wybijać godziny. - Przesunąłem dłonią po karku, rozciągając lekko spięte mięśnie. - Byłem mały. Krótko. Potem uznałem, że to nie ma sensu. - Westchnąłem teatralnie, zerknąłem na nią z góry, mierząc ją przez moment spojrzeniem, które było bardziej oceniające niż wcześniej, ale już bez tej początkowej irytacji. - A ty urośniesz. Prawdopodobnie. Chociaż jeśli dalej będziesz stawać na środku ścieżek, to nie gwarantuję. - Wzruszyłem lekko ramionami, jakby temat był dla mnie zupełnie drugorzędny, bo był, to nie była moja młodsza siostra, nie byłem też prefektem naczelnym ani opiekunem Hufflepuffu. - O ile nie zostaniesz ofiarą selekcji naturalnej, pewnie dojdzie ci jeszcze parę centymetrów. Pewnie nie do tego poziomu - dodałem bezlitośnie rzeczowo - bo do tego musiałabyś być moim krewnym - a ona może miała blond włosy, za to żaden był z niej Yaxley, tym bardziej już nie Rookwood, rozmiarowo wyglądała raczej jak Flitwick lub ktoś taki - ale wystarczająco, żeby przestać wyglądać jak coś, co można przypadkiem zgubić w trawie.
„Każdy chciałby mieć takiego kota”. „Ktoś mógł go ukraść”. „Będę jedyna bez kota”.
Merlinie.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, powstrzymując komentarz, który pierwszy przyszedł mi do głowy.
- Wiesz, co jest fascynujące? - Zacząłem leniwie. - Każdy właściciel kota na tej planecie jest absolutnie przekonany, że jego kot jest wyjątkiem od wszystkich zasad, które rządzą kotami. - Przekrzywiłem lekko głowę. - „Mój nie robi tego”, „mój nie je tamtego”, „mój jest kulturalny”. - Krótka pauza. - A potem ten sam kot siedzi gdzieś za krzakiem z czymś w zębach i to radośnie wpierdala. - Przechyliłem głowę, spoglądając w stronę, gdzie trawa była wyższa, a teren mniej uporządkowany. Przesunąłem miotłę lekko po ziemi, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby, i spojrzałem na nią spod lekko zmrużonych powiek, kiedy zaczęła literować to swoje dramatyczne „przesrane”, nie przerwałem jej jednak, kiedy mówiła dalej, o rodzinie, o tym, jak to będzie wyglądało, jak nie chce być „inna”. To było coś, co znałem, może nie w tej samej formie, ale wystarczająco blisko, żeby rozpoznać mechanizm - wystarczająco blisko, żeby nie skomentować tego tak, jak zrobiłbym to jeszcze chwilę wcześniej.
- Imponujące. - Skwitowałem krótko. - Z taką dykcją spokojnie możesz kiedyś straszyć młodsze roczniki. Jeśli nie urośniesz, zawsze możesz nadrabiać głośnością. Na razie idzie ci całkiem dobrze. - To nie było szczególnie pocieszające, bo nikt nie lubił głośnych krasnali, ale nie miałem w zwyczaju podawać rzeczy w ładnym opakowaniu. - Uwierz mi - dodałem miękcej, chociaż nadal z tym charakterystycznym, lekko ironicznym zabarwieniem - w każdej rodzinie ktoś jest „ten inny”. I świat się od tego nie kończy. - Przeniosłem wzrok gdzieś na błonia, mrużąc lekko oczy w porannym świetle, po czym odchrząknąłem cicho, jakby nic się nie stało.
Komentarz o tym, że nie znam się na kotach, skwitowałem tylko krótkim spojrzeniem z góry, takim, które mówiło więcej niż słowa.
- Oczywiście. - Odparłem. - Całe życie czekałem, aż ktoś wreszcie wyjaśni mi podstawy funkcjonowania sierściuchów.
Coś w jej tonie było… Znajome. Nie w sensie sytuacji, tylko samego uporu. Miałem siostry, wystarczająco dużo sióstr i kuzynek, żeby wiedzieć, jak to wygląda, kiedy coś dla nich „jest najważniejsze na świecie” i nie istnieje żadna siła zdolna je od tego odciągnąć.
- Dobrze, załóżmy, że twój kot jest wyjątkowy. - Powiedziałem, unosząc dłoń w geście, który miał zamknąć ten wątek bez dalszych protestów. Poprawiłem chwyt na miotle i spojrzałem jeszcze raz w stronę błoni, oceniając, ile czasu zajmie mi obejście tej sytuacji, zanim wrócę do własnych spraw. - Najbardziej wyjątkowy kot w historii kotów. Ekskluzywna linia, limitowana edycja, tylko dla wybranych. - Parsknąłem krótkim, stłumionym śmiechem, którego nawet nie próbowałem do końca ukryć. - I oczywiście wszyscy tylko czekają, żeby go ukraść, rozmnożyć i zdominować rynek gadających kotów. - Krótką pauzę, po której kącik ust uniósł mi się znowu w tym znajomym, zbyt pewnym siebie półuśmiechu. - Zwróć tylko uwagę na jeden, drobny szczegół. Taki tyci szczególik. Jak ty. - Zerknąłem na nią z ukosa. - Im dłużej o nim mówisz, tym bardziej brzmi jak coś, co ktoś rzeczywiście chciałby ukraść. - Zauważyłem sucho. - Gratuluję strategii. Jeśli ktoś jeszcze nie wpadł na ten pomysł, właśnie zwiększyłaś jego wartość rynkową. - Zawiesiłem na moment głos, pozwalając, żeby to wybrzmiało bez rozwijania szczegółów, które i tak były oczywiste dla każdego, kto miał choć odrobinę wyobraźni.
„Ty pewnie wiesz jak myśleć w ten sposób, bo jesteś drapieżnikiem, co nie?” 
Uniosłem lekko podbródek, jakby to była oczywista sprawa, różnica polegała na tym, że ja celowałem w kafla, nie w coś, co piszczało i próbowało uciec w trawę.
- Ścigający musi nim być. Widzę ruch, reaguję szybciej niż powinienem i zwykle kończy się to dla kogoś źle. Jak jaszczomb albo orł. Inaczej spada się z miotły albo przegrywa mecze, a żadna z tych opcji nie jest szczególnie atrakcyjna. - Zawiesiłem głos na ułamek sekundy, bo jej pytanie o „młodego, energicznego kocura” uderzyło mnie z zupełnie innej strony, niż ona najwyraźniej zakładała - obraz, który pojawił się w mojej głowie, był tak oczywisty, że aż banalny - musiałem bardzo świadomie utrzymać twarz w ryzach, by nie ryknąć śmiechem. Uśmiech zatrzymał się gdzieś na granicy, rozbawienie przyszło szybko i równie szybko zostało zduszone, zanim zdążyło przybrać formę, która byłaby dla niej czytelna. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko odległym szumem jeziora i cichym szelestem trawy.
- Młody, pełen energii kocur - powtórzyłem powoli, dobierając słowa z większą ostrożnością niż dotychczas - jeśli nie śpi i nie je, to zwykle… Eksploruje teren. - Lekko uniosłem brew. - Sprawdza granice. Szuka wrażeń. Reaguje na wszystko, co się rusza, mruga światłem albo ucieka. - Przesunąłem spojrzeniem po błoniach, jakbym naprawdę próbował coś wypatrzeć, a nie tylko zyskać sekundę na zebranie myśli, ponieważ wniosek, który nasunął mi się jako pierwszy, był absolutnie nie do wypowiedzenia w tej konfiguracji rozmówców. - Krótko mówiąc - pakuje się tam, gdzie nie powinien, tego typu rzeczy. - Nie rozwinąłem tego dalej, nie dlatego, że nie mogłem, tylko dlatego, że nie zamierzałem tłumaczyć pierwszorocznej pełnego katalogu zachowań dorosłego kota.
- Chociaż już przecież ustaliliśmy - twój kot jest jedynym cywilizowanym przedstawicielem gatunku. Reszta to barbarzyńcy. - Ledwo powstrzymałem parsknięcie i zachowałem pokerową twarz. - Więc przestań zachowywać się, jakby świat się kończył, i zacznij myśleć jak on. - Zawahałem się na moment, potem westchnąłem cicho, jak ktoś, kto właśnie podjął decyzję, której nie planował podejmować. - Chodź. - Rzuciłem krótko, ruszając powoli wzdłuż ścieżki, ale już nie w stronę zamku. - Zobaczymy te twoje „wyjątkowe standardy żywieniowe” w praktyce. - Nie spojrzałem na nią od razu, tylko zrobiłem kilka kroków, dając jej czas, żeby się zdecydowała, czy idzie, czy zostaje. - Tylko bez włażenia pod nogi. Wiem, że koty tak robią, ale to akurat możesz sobie darować. - Dodałem jeszcze przez ramię.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#8
18.03.2026, 01:04  ✶  

Brakowało jej filtrów, ale czego można się było spodziewać po jedenastolatce, w której głowie w tej chwili działo się naprawdę wiele, a że nie umiała tego dusić w sobie, to wszystko zaczęło z niej wychodzić, w tym samym momencie, nie hamowała się zupełnie, bo przecież była bardzo roztrzęsiona tym, co się wydarzyło.

- Tak, czy siak próbujesz mnie oszukać, naginasz rzeczywistość. Tak się nie robi. - Łatwo było jej uwierzyć w to co mówił, bo robił to na poważnie. Wiedziała, że starsi tak mają, rzadko kiedy traktują kogoś młodszego poważnie, nie znosiła tego. Miała prawdziwy problem, a on dokładał jej kolejnych. Nie skupiała się przez to na swoim celu, wkurzało ją to, bo marnowała cenny czas, cenne minuty i sekundy na niego, zamiast skupić się na poszukiwaniach swojego kociego przyjaciela. - Jakbyś nie zauważył, to mam w tej chwili większy problem od zastanawiania się nad tym, czy wyolbrzymiasz, ironizujesz, czy co tam właściwie robisz. - Nie była w stanie skupić się na niczym innym, nie miała czasu na to, by ktoś z nią w tej chwili pogrywał, jakby miała się zastanawiać, czy każdy z kim rozmawia nie rzuca w nią wyłącznie absurdami... to by jej zabrakło czasu. - Ta szkoła jest okropna! - Dodała jeszcze. Dzisiaj wydawała się naprawdę najbardziej paskudnym miejscem na ziemi, co zabawne, bo wczoraj uważała coś zupełnie innego. Jak to jednak dziecko miała prawo do zmiany zdania, bardzo szybkiej. Wystarczyło, że ktoś porwał jej kota i postanowił postawić na jej drodze tego wyrośniętego chłopaka.

- Mówisz? Bo jak dla mnie jesteś wredny, nie jesteś miły. - Skrzywiła się nieco. Być może miał trochę racji, tamci byli jeszcze gorsi, ale to nie zmieniało faktu, że nie był szczególnie przyjemną w obyciu osobą. Dobra, może był obcy, czego powinna się spodziewać? Że jakiś starszy chłopak będzie traktował ją niczym tutejsza maskotkę, no nie, nie była w domu, szkoda, bardzo chciałaby być w domu, tam nie miałaby takich problemów jak tutaj.

- Dobra, niech Ci będzie, skoro Cię to tak zabolało, to nie będę Cię do nich porównywać, ale za to Ty masz więcej nie będziesz do mnie ironizował. - Próbowała negocjować, jakby faktycznie miała taką opcję. Była może dzieciakiem, ale miała rodzeństwo, wiedziała, że można było oczekiwać czegoś za spełnienie jego prośby, całkiem prosta to była dla niej kalkulacja, musiała tego spróbować, przynajmniej nie będzie się musiała za chwilę zastanawiać, czy znowu czegoś jej nie wmawia, to było całkiem niezłym układem, tylko musiał się na niego jeszcze zgodzić.

Widziała, że coś się zmieniło w jego twarzy, na chwilę, ledwie zauważalnie. Naprawdę, aż tak wkurzył się na to, że porównała go do Ślizognów? W sumie nie powinno jej to dziwić. Ledwie miesiąc uczyła się w tej szkole, a wiedziała, że ci, którzy należeli do tego domu byli najbardziej parszywi, naprawdę za nimi nie przepadała, co zdarzało się rzadko, bo Nora raczej lubiła wszystkich, naprawdę wszystkich, tutaj życie zaczęło ją nieco weryfikować, a był to dopiero początek jej drogi w tej szkole.

- To sorka, nie wiedziałam, że jest to, aż tak nie na miejscu, nie jesteś aż taki zły, jak tamci. - Dodała jeszcze, aby nieco rozluźnić atmosferę. Nie chciała się pakować w kłopoty, a miała wrażenie, że brnięcie w to dalej mogłoby faktycznie je na nią sprowadzić.

- Dobra, w to Ci nie uwierzę, nie da się być tak dużym jak wieża zegarowa... - Za to mogła uwierzyć w to, że faktycznie wpadł do kociołka z jakimś eliksirem, nieumyślne wylądowanie w nim musiało nieść za sobą jakieś skutki, przynajmniej tak się wydawało tej jakże roztropnej dziewczynce.

- Myślę, że do tego poziomu to mało kto może sięgnąć. Jesteś większy od wszystkich. Zresztą nie chciałabym być taka duża, musisz zahaczać głową o framugi, to pewnie boli. Fajnie by było jednak być trochę wyższym, obyś miał rację. - Nora była drobnym dzieckiem, łatwo gubiła się w tłumie, liczyła na to, że kiedyś trochę się to zmieni, biedna, gdyby tylko wiedziała, że miała na stałe zostać skrzatem pewnie by się zasmuciła.

Westchnęła ciężko. Naprawdę do niego to nie docierało. Nie miał pojęcia o czym mówiła. Był ignorantem, możliwe, że nie słyszał o ich kotach, w sumie to przecież nie wszyscy musieli wiedzieć, jakie były wyjątkowe. Nie każdy miał przyjemność trafić do ich azylu, a jeszcze mniej osób odwiedzało ich w domu, a to w domu głównie kręciły się gadające koty.

- Pokaże Ci Salema, jak go znajdziemy, zobaczysz, że to nie jest zwykły kot, wtedy mi uwierzysz, zrozumiesz o czym mówię, tylko najpierw muszę go znaleźć. Mam nadzieję, że przyznasz mi rację. - O tak, liczyła na to, że dostrzeże wyjątkowość jej kociego towarzysza, szczególnie, że Salem był naprawdę elokwentnym kocurem i wyśmienitym rozmówcą, był czymś więcej niż zwykłym kotem, które posiadała większość ludzi. Trudno było to jednak wytłumaczyć bez prezentacji tego niesamowitego egzemplarza.

- Tyle, że ja nie chcę być tą inną, ja lubię moją rodzinę, oni lubią mnie. NIE CHCE BYĆ INNA. - Ton jej głosu przeszedł w nieco wyższy rejestr. Dla niej to byłby koniec świata. Nie mogła do tego dopuścić, musiała znaleźć kocura, aby nie dać członkom swojej rodziny powodu do wykreślenia siebie z niej. Nie poradziłaby sobie z tym.

- Jak to możliwe, że jesteś taki duży i nie wiesz, jak funkcjonują koty, pod kamieniem mieszkałeś, czy o co chodzi? - Nie mogła się powstrzymać od zadania kolejnego pytania. Nie były to przecież unikatowe stworzenia, przynajmniej większość, jak już ustalili ten jej był wyjątkowy, co nie zmieniało faktu, że powinien mieć o tym jakieś pojęcie, w tym wieku chyba wypadałoby znać chociaż podstawy.

- Przecież nie mówię o tym wszystkim, powiedziałam to Tobie, bo zacząłeś do mnie gadać, inaczej bym nikomu tego nie mówiła, tu trochę nie miałam wyjścia. - Nie była przecież, aż taka nierozsądna, aby rozpowiadać wszystkim naokoło o tym, jaki jej kot jest niesamowity. Nie była problemem, naprawdę nie była, jednak przez to co mówił skłonna była uwierzyć, że może to nie do końca prawda. Co jeśli sama to na siebie sprowadziła? Jeśli zaufała komuś, komu nie powinna. Nie byłaby w stanie się z tym pogodzić.

- Kim jest ścigający? - Spojrzała na niego mrużąc oczy, nie do końca wiedziała o czym mówi. Co miał na myśli? Jaki ścigający, co ścigał, kogo ścigał? Quidditch raczej jej nie interesował, nie była przecież chłopakiem. - Mecze są nudne, latanie na miotle też jest nudne, ale faktycznie to może być powód do uznania Cię za drapieżnika, nikt normalny nie miałby frajdy z tego o czym mówisz. - Pokiwała jeszcze twierdząco głową przyznając rację samej sobie. - Nie lubię ptaków, wolę kotki, koty są fajniejsze. - Dodała jeszcze na jego porównanie do jastrzębia i orła. - Lwy i tygrysy to prawdziwe drapieżniki, nie jakieś ptaszory. - Przynajmniej w jej opinii.

- Myślisz, że się ze mną nudził? Dlatego szukał wrażeń? - Skoro o tym wspomniał może faktycznie tak było. W końcu należał do drapieżników, nie wyssał tej wiedzy z palca. Trochę się zasmuciła, bo poczuła się winna za tę ucieczkę Salema, może była słabym kompanem dla tego kocura, chciał od życia czegoś więcej, miał inne marzenia. Nie mogła się rozpłakać, naprawdę starała się być dzielna.

- Nie mogę teraz myśleć, martwię się o niego, nie da się i myśleć i martwić jednocześnie. - Przynajmniej tak się wydawało Norze, mózg był w stanie zająć się jedną czynnością jednocześnie, chyba? Czuła, że to nie jest jej dzień, sprawy zaczynały się komplikować, zamiast upraszczać, nie przewidywała szybkiego sukcesu jeśli miało pójść tak dalej.

- Pójdziesz ze mną? - Zapytała, chociaż przecież sam jej to zaproponował, ale nie do końca mogła uwierzyć w to, że ten chłopak drapieżnik postanowił pomóc jej szukać Salema, ruszyła się niemalże od razu, żeby przypadkiem się nie rozmyślił. Nie mogła czekać. Szła za nim, nawet gdyby chciała nie dałaby rady plątać mu się pod nogami, bo ledwie za nim nadążała, miał nogi pewnie z dwa razy, albo i więcej dłuższe od tych jej. - Spoko, jasna sprawa, bez włażenia pod nogi. - Potwierdziła jeszcze to, co powiedział.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
19.03.2026, 23:56  ✶  
Potok słów opuszczających słowa tej małej był imponujący - gdyby gadanie było dyscypliną sportową, miałaby miejsce w reprezentacji bez żadnych eliminacji, i to od razu w składzie podstawowym. Miała w sobie ten rodzaj chaosu, który nie wynikał z głupoty, tylko z nadmiaru wszystkiego naraz - emocji, myśli, wyobrażeń, wniosków wyciąganych za szybko i cofanych jeszcze szybciej - i gdzieś w tym wszystkim próbowała mnie ustawić w jednej kategorii. Przymknąłem na moment oczy, kiedy wyrzuciła z siebie kolejną lawinę słów o kłamaniu, naginaniu rzeczywistości i całej reszcie, i przez krótką, bardzo krótką chwilę rozważałem, czy po prostu nie zostawić jej z tym wszystkim i pójść w swoją stronę - byłoby prościej, ciszej i zdecydowanie mniej intensywnie. Nie była moją siostrą, żebym musiał jej rozpisywać definicje na przykładach i jeszcze sprawdzać, czy nadąża, a jednak, wbrew temu, co bym o sobie powiedział, nie zignorowałem tego całkowicie. Miała rację tylko w jednym - naginałem rzeczywistość, tyle że to nie było kłamstwo, to była kontrola narracji - robiłem to świadomie, z premedytacją, dla efektu, dla reakcji, dla tego drobnego błysku zaniepokojenia i utraty przewagi, który zwykle pojawiał się w oczach rozmówcy, kiedy orientował się, że nie nadąża.
„Kłamca, morderca, wredny, duży problem na drodze do kota”, jej logika miała jednak bardzo poważną lukę, bo chociaż te wszystkie słowa dałoby się nazwać jednym określeniem, byłem Gryfonem, nie Ślizgonem. Nie zamierzałem się z tego tłumaczyć bardziej niż to konieczne, ona i tak była zbyt zajęta własnym dramatem, żeby analizować definicje - to, że ją to drażniło, było aż nadto widoczne.
- Kłamstwo polega na tym, że ktoś chce, żebyś uwierzyła w coś nieprawdziwego. Ja chcę zobaczyć, jak bardzo się oburzysz, zanim zrozumiesz, że to absurd. - Wzruszyłem lekko ramionami, jakby to była najprostsza rzecz na świecie - to była różnica, której nie zamierzałem jej tłumaczyć trzy razy, albo ją złapie, albo nie, nie miałem zamiaru rozkładać własnego sposobu mówienia na części pierwsze tylko dlatego, że ktoś nie nadążał. Nie byłem prefektem, nie byłem jej starszym bratem, nie byłem nikim, kto miał obowiązek ją wychowywać, byłem po treningu, zmęczony, wciąż z adrenaliną pod skórą i z dużo lepszymi rzeczami do roboty niż rozbieranie jej emocji na części pierwsze.
Wybuch o szkole przyjąłem krótkim, cichym parsknięciem, które bardziej poczułem w klatce piersiowej, niż faktycznie wypuściłem na zewnątrz.
- Wczoraj pewnie była najlepsza na świecie. - Mruknąłem, zerkając gdzieś w bok, w stronę zamku, który w porannym świetle wyglądał dokładnie tak, jak zawsze. - Daj jej dwa dni, znowu zmienisz zdanie. - Nie było w tym złośliwości, moje słowa wynikały z doświadczenia, które zdążyło się już utrwalić przez lata patrzenia na takich jak ona, więc kiedy zarzuciła mi bycie niemiłym, tym bardziej tylko wzruszyłem ramionami, dopóki nie porównywała mnie do zielonych szalików, mogłem sobie być dla niej nawet największym gburem, jakiego widziała ta szkoła - nie dość, że opinie pierwszaków niewiele mnie obchodziły, to zdążyłem już usłyszeć znacznie gorszej obelgi, ubodło mnie wyłącznie porównanie do Ślizgona.
- Nie jestem od bycia miłym. - Odparłem beznamiętnie - to była odpowiedź równie szczera, co pozbawiona skrupułów - nie widziałem powodu, żeby udawać coś, czym nie byłem, zwłaszcza dla kogoś, kto i tak za chwilę zapomni o moim istnieniu, bo dopiero zaczynał szkołę, podczas gdy ja ją już kończyłem. - To nie jest wymaganie w regulaminie szkoły ani zawarte w statusie Gryffindoru. - Nie było w tym złośliwości dla samej złośliwości, raczej coś w rodzaju stwierdzenia faktu, który mnie samego ani nie obchodził, ani nie poruszał. Gryffindor nie polegał na byciu przyjemnym w obyciu, polegał na tym, żeby robić swoje, nawet jeśli ktoś przy okazji się krzywił - to była jedna z tych rzeczy, które ludzie zdawali się mylić najczęściej - odwaga, lojalność śmiałość czy determinacja nie miały nic wspólnego z byciem przyjemnym. - Od tego masz koleżanki z dormitorium. Ja mam inne zastosowania. - Nie zamierzałem jej pocieszać w sposób, jakiego pewnie by oczekiwała, to by nic nie dało. - Innymi słowy, robię coś konkretnego, zamiast stać i analizować, co by było, gdybym udawał kogoś, kim nie jestem. - To było bliższe prawdy niż cokolwiek innego, co mogłem jej zaoferować, nie zamierzałem nagle zmieniać sposobu bycia tylko dlatego, że trafiłem na kogoś, kto jeszcze wierzył, że świat powinien być łagodny
- Już. - Rzuciłem. - Było, minęło.
Przez chwilę stałem w miejscu i patrzyłem na nią tak, jak patrzyło się na coś, co jednocześnie męczyło i bawiło, i wcale nie było oczywiste, którą z tych rzeczy bardziej czułem w tym momencie.
- Hogwart ma wysokie drzwi. Ktoś tu myślał perspektywicznie. - Odparłem na temat uderzania głową o futryny, nie mając zamiaru przyznać, że w normalnych okolicznościach zdarzało mi się to żenująco często - właściwie, uznałem temat za zamknięty, zanim wdaliśmy się w zbyt długą i za szczegółową dyskusję na temat wzrostu.
Temat kota wrócił jak bumerang i tym razem nie próbowałem go odbijać żartem, słuchałem, kiedy mówiła o tym, że mi go pokaże, że zrozumiem, że to nie jest zwykłe zwierzę. Nie zaprzeczyłem, nie dlatego, że wierzyłem, tylko dlatego, że to nie miało teraz znaczenia.
- W porządku. - Powiedziałem krótko. - Pokażesz.
„Nie chcę być inna” zatrzymało mnie jednak na moment dłużej, ponieważ nawet według standardów skorych do przesady małolatów, to było coś więcej niż kaprys - coś, co znałem, chociaż w zupełnie innej formie - ten wybuch był momentem, w którym coś we mnie drgnęło, ale nie w sposób, który zamierzałem okazać, zamiast tego tylko przyjrzałem się jej uważniej, próbując ocenić, ile z tego to był rzeczywisty strach, a ile dramatyzowanie.
- Każdy jest inny. - Rzuciłem w końcu, krótko. - Różnica polega na tym, czy robi się z tego problem. - Westchnąłem cicho, przeciągając dłonią po karku, jakbym próbował zetrzeć z siebie resztki porannego zmęczenia treningiem razem z jej paniką, która zaczynała być dla mnie odczuwalna w sposób, którego nie lubiłem - to nie był mój problem, nie moja sprawa, a jednak… Brzmiało znajomo w sposób, którego nie miałem ochoty analizować. - Słuchaj… - Mruknąłem, trochę bardziej wyrozumiale niż wcześniej. - Zgubienie kota nie zmienia tego, kim jesteś. - Spojrzałem na nią uważnie. - A jeśli ktoś w twojej rodzinie uważa inaczej, to problem znowu nie leży po twojej stronie. - Nie powiedziałem tego łagodnie, stwierdziłem to jak fakt.
Jej komentarz o „mieszkaniu pod kamieniem” skwitowałem krótkim, niemal automatycznym:
- Pod trybunami. To znacznie ciekawsze miejsce niż kamień. - Uniosłem lekko miotłę. - Treningi zaczynają się o świcie. Kamienie są mało wygodne. - Lekki uśmiech wrócił na moje usta, nie zamierzałem wdawać się w dyskusję o „kulturalnych kotach”, bo to była walka, której i tak nie mogłem wygrać - nie z kimś, kto traktował swojego pupila jak nieszkodliwego członka rodziny, a nie jak drapieżnika z miękkim futrem.
-Mogłem być kimś, kto faktycznie robi z takich rzeczy użytek. - To było chyba najbliżej czegoś, co można by uznać za sensowną odpowiedź w tej części rozmowy, nie zamierzałem jej moralizować, po prostu warto było, by wiedziała, że nie każdemu trzeba koniecznie mówić wszystko, zwłaszcza obcej osobie.
Zrobiłem krótką pauzę, po czym dodałem już bardziej rzeczowo:
- Ale nie jestem. Mam wystarczająco kasy. - To było równie ironiczne, co prawdziwe, ale nie rozwijałem tematu, nie miałem powodu, żeby jej tłumaczyć, ile pieniędzy mają moi rodzice ani jak bardzo nie potrzebuję kraść cudzych zwierząt.
Kiedy zapytała o ścigającego, pokręciłem lekko głową, naprawdę nie wiedziała czegoś tak podstawowego, co definiowało życie połowy tej budy, i przez moment miałem ochotę ją zignorować, ale jednak coś we mnie uznało, że warto to powiedzieć, choćby po to, żeby mieć święty spokój przez następne kilka minut.
- Ścigający to ktoś, kto łapie kafla i próbuje go wrzucić przez obręcz, zanim ktoś go zrzuci z miotły. - Wyjaśniłem krótko. - Lata szybciej niż reszta, przewiduje ruchy przeciwnika i musi widzieć więcej niż inni. Czyli dokładnie to, czego tobie teraz brakuje.
Opinia o lataniu i meczach nie zrobiła na mnie większego wrażenia, chociaż porównanie kotowatych do „ptaszorów” sprawiło, że kącik ust drgnął mi ponownie, uniosłem lekko brew, kiedy nazwała to nudnym, a potem wzruszyłem ramionami. Teorię o ptakach i prawdziwych drapieżnikach skwitowałem tylko lekkim uniesieniem brwi.
- Lwy i tygrysy są świetne. - Zgodziłem się. - Tylko nie widziałem jeszcze żadnego, które potrafi spaść z nieba i złapać coś w locie, ale jasne. Nuda. - Skinąłem głową. - Dlatego trybuny są pełne, a połowa szkoły próbuje się dostać do drużyny. - Nie każdy musiał rozumieć dobre rzeczy, nie zamierzałem pełnić też roli kapitana Puchonów, który zachęcałby młode talenty do zainteresowania się tym sportem, zwłaszcza że - z całym szacunkiem - ta oto tutaj mała osoba nie wyglądała, jakby miała zostać przyszłą gwiazdą reprezentacji Wielkiej Brytanii.
Gdy zapytała, czy kot się z nią nudził, odwróciłem głowę w bok, patrząc przez moment na błonia, to było pytanie, które zasługiwało na inną odpowiedź niż reszta.
- Nie. - Powiedziałem w końcu. - Po prostu jest kotem. - Wzruszyłem lekko ramionami. - A koty nie potrzebują powodu, żeby gdzieś pójść.
Nie powiedziałem nic o tym, co przyszło mi do głowy wcześniej. To nie była rozmowa na ten temat.
Jej stwierdzenie o myśleniu i martwieniu się przyjąłem bez sprzeciwu, chociaż było - oczywiście - błędne.
- Da się. - Mruknąłem tylko. - Tylko trzeba przestać panikować.
Miałem swoje rzeczy do zrobienia, swój rytm dnia, swoje sprawy, które były znacznie prostsze niż cudze koty i cudze dramaty, a jednak… Westchnąłem cicho i ruszyłem, nie czekając na dalsze ustalenia - odrobinę spóźnione pytanie, czy pójdę z nią, przyjąłem bez większej reakcji, nie skomentowałem tego od razu ani właściwie wcale, mimo że zdecydowanie mógłbym to zrobić, zamiast tego ruszyłem, skręcając w stronę, którą wcześniej wskazałem, zostawiając jej decyzję za sobą, jakby była oczywista. Słyszałem jej kroki, szybkie, nierówne, próbujące nadążyć, i dostosowałem tempo minimalnie - nie na tyle, żeby było jej wygodnie, ale wystarczająco, żeby nie została w tyle po trzech metrach.
- Jeśli jest młody i ma energię - dodałem, bardziej do siebie niż do niej - to nie siedzi w miejscu. - Przesunąłem się kawałek dalej, wzdłuż muru. - Więc musimy myśleć szybciej niż on. Szukaj ruchu, nie kota. Kot sam się znajdzie, jeśli znajdziesz to, co go interesuje.
Zatrzymałem się na chwilę, unosząc głowę i omiatając spojrzeniem teren, już nie jak ktoś, kto rozmawiał o dupie maryni, tylko jak ktoś, kto szukał - miotłą odgarnąłem gałęzie jednego z niższych krzewów, przyglądając się ziemi pod nim, chociaż nie spodziewałem się znaleźć tam samego Salema.
- I słuchaj. - Dodałem, już ciszej. - Nie wołaj go co pięć sekund. - Zerknąłem na nią kątem oka. - Jeśli jest w trakcie polowania albo… Innych czynności… Uzna to za wyjątkowo irytujące. - Wyprostowałem się i przesunąłem wzrokiem po terenie, tym razem już w pełni skupiony. - A jeśli naprawdę jest tak mądry, jak mówisz - mruknąłem - to prędzej czy później sam uzna, że wracanie do ciepłego łóżka jest lepszym pomysłem niż siedzenie w mokrej trawie. - Zrobiłem kilka kroków dalej, przeczesując wzrokiem kolejne fragmenty terenu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Landrynka
She could make hell feel just like home.
wiek
26
sława
V
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Cukierniczka/Twórczyni eliksirów i kadzideł
Można ją przeoczyć. Mierzy 152 centymetry wzrostu, waży niecałe pięćdziesiąt kilo. Spoglądając na nią z tyłu... można myśleć, że ma się do czynienia z dzieckiem. Buzię ma okrągłą, wiecznie uśmiechnięte usta często muśnięte błyszczykiem, bystre zielone oczy. Nos obsypany piegami, które latem zwracają na siebie uwagę. Włosy w kolorze słomy, opadają jej na ramiona, kiedy słońce intensywniej świeci pojawiają się na nich jasne pasemka. Ubiera się w kolorowe rzeczy, nie znosi nudy i szarości. Głos ma przyjemny dla ucha, melodyjny. Pachnie pączkami i domem.

Nora Figg
#10
23.03.2026, 22:45  ✶  

Nora nie miała pojęcia, czym jest kontrola narracji. W ogóle nie wiedziała po co ktoś miałby to robić, w jakim celu? Była przecież tylko dzieckiem, któremu łatwo było uwierzyć we wszystko co starsi, bardziej dorośli mieli jej do powiedzenia. Nie doszukiwała się w tym absurdu, szczególnie, że była bardzo mocno zaabsorbowana swoim osobistym dramatem, właściwie to nawet małym końcem świata, który aktualnie się toczył. Do tego przyszło jej stanąć w oko w oko z kimś wyrośniętym, który najwyraźniej doskonale się bawił próbując ją wkręcać. Nie podobało jej się to, nic jej się już dzisiaj nie podobało, szkoda, że nie była w domu, tam wszystko wydawało się prostsze, no i dokładnie wiedziała, gdzie szlajał się Salem. Tutaj niestety jeszcze nie miała szansy zauważyć, które miejsca stały się jego ulubionymi, zresztą pewnie sam dopiero ich szukał, co mogło skomplikować nieco ich relację w najbliższym czasie. Jeśli będzie jej tak ciągle znikał dopóki tego nie ustali... to mogli się przy tym naprawdę mocno pokłócić, bo ileż będzie mogła się martwić o to gdzie przebywa. Wolała się teraz na tym nie skupiać, nie miała jednak wątpliwości co do tego, że nie ominie ich poważna rozmowa na temat tego, że pozwalał sobie na wędrówki bez informowania jej o tym.

- To głupie i zupełnie niepotrzebne, co z tego masz? W sensie wiesz, nie wiem, bawi Cię to, czy o co chodzi? Coś musisz z tego mieć, oszukanie pierwszaka jest takie fajne? - Patrzyła na niego bardzo intensywnie, jakby miało jej to pomóc znaleźć odpowiedź na zadane przed chwilą pytanie. Lubiła wiedzieć, czym były spowodowane zachowania innych, z czego wynikały, może nie powinna go o to pytać, ale jednak jeszcze nie do końca wiedziała na co sobie może pozwolić, a na co nie, zresztą ustalili już, że nie zamierza jej zabić, przez co poczuła się nieco pewniej, chociaż pewnie wcale nie powinna.

- Tak często się to zmienia? Przecież w ten sposób można zwariować, w domu zawsze było super i najlepiej na świecie. - Dodała jeszcze. Nie do końca podobał jej się taki scenariusz, niby miała przywyknąć do tego, że raz jest fajnie, a raz najgorzej? Jak miała sobie poradzić z taką huśtawką nastrojów, nie podobało jej się to wcale, dobrze jednak, że ją uprzedził, przynajmniej wiedziała na co wypadało się szykować.

- Bycie miłym powinno być zawarte w statusie o byciu człowiekiem. - Ludzie powinni być dla siebie mili, to było oczywiste. Rodzice przecież uczyli ją, że powinna być miła dla wszystkich, inni rodzice nie robili tego samego? Jak to tak? Jej światopogląd właśnie zaczynał się rozsypywać, szybko poszło. Oczywiście nie zamierzała powielać tego zachowania, nadal uważała, że warto podchodzić do innych z sympatią, pewnie jeszcze kiedyś nauczy się, że nie zawsze miało to sens... nie w jej przypadku to nigdy nie miało się zmienić.

- No jasne, a te zastosowania gryzą się z byciem miłym, prosta sprawa. - Pokiwała jeszcze twierdząco głową, jakby faktycznie docierało do niej jego wytłumaczenie. Był stworzony do większych rzeczy, niż bycie miłym, logiczne, co nie? Bardzo logiczne. - Przynajmniej jesteś szczery? To zawsze jakiś pozytyw. - Norka była optymistką, szukała w ludziach jakichkolwiek dobrych cech, najwyraźniej znalazła dość szybko jedną i u niego, chociaż wcześniej naginał prawdę, więc czy faktycznie był szczery? Zmarszczyła nos, bo zaczęła się nad tym zastanawiać, dość szybko jednak odpuściła, czasem nie było sensu myśleć zbyt wiele i to był chyba jeden z tych momentów.

- Poza Hogwartem drzwi nie są takie wysokie, co wtedy? Będziesz pamiętał o tym, żeby się schylać, czy raczej przypadkiem będziesz walił głową o futryny? Czy zamierzasz unikać zbyt niskich pomieszczeń? Wiesz, poza Hogwartem też istnieje świat i on się chyba nie dostosowuje... - Rzuciła jeszcze, bo była naprawdę ciekawa, jak to wygląda. - Pewnie w Twoim domu jest tak samo, ale nie wszyscy mają takich dużych ludzi w swojej rodzinie, może w ministerstwie mają wysokie drzwi i sufity, ale pewnie w innych miejscach nie. - Czy istniały jakieś standardy? Na pewno. Nigdy jednak nie musiała się nad tym zastanawiać, bo problem jej nie dotyczył, miała naprawdę dużo pytań, które zaczęły pojawiać się w jej głowie, ale aktualnie nie powinna ich zadawać, bo przecież miała misję, musiała znaleźć kota, na pewno kiedyś wróci do tematu wysokich ludzi i futryn.

- Mam nadzieję, że jak pokażę, to zrozumiesz, wtedy będzie łatwiej. - No, wydawało jej się to całkiem proste. Często trudno było uwierzyć w coś na słowo, jednak kiedy pojawiał się istniejący przykład mózg łatwiej to przyswajał, ona tak miała z wieloma rzeczami, nie potrafiła czegoś zrozumieć, to rodzice pokazywali jej to w praktyce, to musiało zadziałać.

- Niby każdy jest inny, ale są takie rzeczy, w których jest się takim samym, u nas są to nasze kocie przyjaźnie, wiesz, każdy ma swojego kotka, którego dostaje, żeby się nim opiekować, od lat to tak działa, nie chcę być jedyną u której to nie będzie działało. - Nie do końca zdawała sobie sprawę, czy to co mówiła miało większy sens, ale dla niej w tej chwili odnalezienie kota było naprawdę sprawą życia lub śmierci.

- Co jest fajnego pod trybunami? Przecież tam jest ciemno i brudno. - Skrzywiła się na samą myśl, że ktoś mógł wybrać to miejsce jako swoją kryjówkę, ona zdecydowanie wolała takie, które znajdowały się w słońcu i były kolorowe.

- To dobrze, że trafiło na Ciebie, ktoś inny mógłby się nim zainteresować. - Skoro miał dużo kasy, to nie potrzebował jej magicznego kotka, żeby się wzbogacić, mogła się czuć przy nim bezpiecznie, prawda? Nie chciał wykorzystać jej zwierzaka do tego, aby osiągnąć jakieś korzyści materialne.

- To dobrze, że nikt nie postanowił, żebym została ścigającą, to musi być stresujące, a ja nie lubię się denerwować. - Dodała jeszcze, jakby ktoś faktycznie mógł tak sobie losowo stwierdzić, a bierzemy tę dziewczynkę i wsadzimy ją na miotłę.

- Połowa szkoły? To ciekawe, nie sądziłam, że każdy chciałby latać za piłkami, nie obraź się, ale naprawdę jest wiele ciekawszych zajęć, ale chłopcy chyba tak mają, że lubią takie rzeczy. - Niby wiedziała, że grały również dziewczyny, jednak większą część graczy stanowili chłopcy, a oni zawsze lubili zajmować się głupimi rzeczami - miała braci, doskonale zdawała sobie więc z tego sprawę.

- Ponoć są lwy ze skrzydłami, ma - man- tikory? - Nie miała pewności, że czegoś nie pomyliła, ale chyba widziała kiedyś takie zwierzę w książce.

- Każdy potrzebuje powodu, żeby gdzieś pójść, nawet kot. Musiał po coś wyjść, może miał chęć przeżyć jakąś przygodę, ale to też jest powód, albo wygrzać się na słoneczku, to zawsze jest powód, mniejszy, większy, ale jest. - Najwyraźniej miała co do tego nieco inne zdanie niż jej nowy kolega.

- Przestanę panikować, jak go znajdę, tak teraz nie umiem, nawet jak próbuję to się martwię, że go nie znajdę, to takie koło, z którego nie da się wyjść. - Próbowała mu pokazać swój punkt widzenia, chociaż nie wydawało jej się, aby miało to coś zmienić. Zdecydowanie wyglądał na kogoś kto miał swoje zdanie na każdy temat. To jednak nie było ważne, bo chyba postanowił jej towarzyszyć, a we dwójkę na pewno łatwiej było odnaleźć kota, niż samemu. To był jakiś cud, że ten wielki chłopak zgodził się jej pomóc, nie powiedziała tego w głos, bo jeszcze zmieniłby zdanie, a tego zdecydowanie nie chciała. Czuła się bezpieczniej kiedy był przy niej, bo wtedy żaden, kolejny wielki chłopak nie powinien jej zagadywać i sugerować, że powinna być w dormitorium.

- Tym gorzej dla nas, jak nie siedzi w miejscu, jak będzie się ruszał to trudniej będzie go znaleźć. - Miał rację, ale to wcale nie było dobre, mina jej zrzedła, obawiała się, że są skazani na niepowodzenie, a naprawdę będzie jej przykro jeśli nie uda im się zlokalizować Salema, nie minął nawet miesiąc szkoły, a zdążyła go zgubić, co z niej była za kocia opiekunka? Chyba nikt z jej rodziny nie zrobił czegoś takiego... fatalnie.

- Czyli co dziesięć? Czy jeszcze rzadziej? - Będzie musiała zacząć odliczać te przerwy, w sumie już zaczęła sobie mruczeć liczby pod nosem, doliczyła do dziesięciu... - SAAAAAAALEM. - Nieco piskliwy głos rozległ się po okolicy, miała nadzieję, że w końcu usłyszy jej nawoływanie. Rozpoczęła kolejną serię liczenia pod nosem.

- Jest mądry, to najmądrzejszy kot jakiego znam, a znam ich naprawdę wiele. - Być może nieco przesadzała, ale Salem należał do niej, miała więc prawo to robić, dla niej był najlepszym i najwspanialszym kotem na świecie.

Szła przed siebie, starając się nie plątać chłopakowi pod nogami, do tego obserwując okolicę, licząc... dawno nie robiła tylu rzeczy jednocześnie, coś czuła, że ten poranek będzie naprawdę wyczerpujący.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8808), Nora Figg (5158)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa