04.04.2026, 14:28 ✶
9.09.1972, Spalona Noc
Niemagiczny Londyn
Niemagiczny Londyn
To była ostatnia przeprawa. Henry wracał do domu.
Powoli człapał w kierunku dzielnicy Hackney, doszczętnie wycieńczony. Wszystko, co działo się tej nocy wydawało się złym snem, z którego niestety nie dało się wybudzić. Już zdążył przyzwyczaić się do smrodu dymu i pieczenia w oczach. Komunikacja miejska nie funkcjonowała, a w takim czasie nie był w stanie się teleportować. Rower zostawił wcześniej w Dziurawym Kotle. Miał nadzieję, że z knajpą nic złego się nie działo.
Nie spodziewał się, że koszmar tej nocy jeszcze się nie skończył.
Skręcił z bocznej alejki w szeroką ulicę, jedną z głównych dróg Hackney. Miało minąć około piętnaście minut, może dwadzieścia, zanim znajdzie się już w domu. Miał nadzieję, że mieszkanie było całe. Już za dużo się złego naoglądał. Może przynajmniej tym razem los nie będzie dla niego okrutny? Nadzieja jednak szybko wygasła. Na ulicy zgromadziło się strasznie dużo ludzi. Henry poczuł, że zrobiło się mu słabo. Nigdy nie lubił tłoku, a w tym momencie takie miejsca były po prostu niebezpieczne. Przejść musiał jak najszybciej, by nie narazić się na żadne niebezpieczeństwo.
Przepchał się między ludzi, wywołując kilka oburzonych okrzyków. Nie obchodziło go to, był zbyt zmęczony. Marzył tylko, by położyć się we własnym łóżku, zmyć z siebie ten obrzydliwy popiół. Czuł się brudny, podejrzewał też, że pachniał nie za przyjemnie. Mięśnie nóg i pleców bolały już go po dzisiejszym treningu, a teraz... nie nadawały się chyba do niczego przez najbliższe kilka dni.
Najwidoczniej ludzie starali się przejść do tuneli metra, schronić się w nich. Tam podobno kryli się przed atakami bombowymi, więc teraz chcieli postąpić podobnie. Henry szedł w przeciwną stronę niż oni. I być może to go zgubiło.
Nagle z rozmyślań wyrwał go rozbrzmiewający z oddali huk. Reakcja tłumu była natychmiastowa. Ludzie zaczęli szarżować w kierunku przeciwnym, w którym szedł Henry. Przerażony chłopak, spróbował rzucić się w bok, jednak to niewiele dało. Oni byli wszędzie, biegli w panice, chcieli ratować swoje życie nawet kosztem czyjegoś. Chłopak jednak się nie poddawał. Przepychał się, byle przylgnąć do pobliskiego budynku i tam przeczekać zawieruchę. Już prawie tam trafił, gdy nagle ktoś nieznajomy podłożył mu nogę. Henry wywrócił się do przodu, podparł się dłońmi o kostkę brukową. Zdarł sobie dłonie do krwi. Adrenalina jednak znów krążyła w jego żyłach. Spróbował szybko podnieść się i iść dalej. Kiedy wyprostował lewą rękę, na której niechybnie oparł ciężar ciała, poczuł ból, jakiego chyba jeszcze nigdy w życiu nie czuł. Towarzyszyło mu nieprzyjemne, ostre chrupnięcie. Jego przedramię zaczęło płonąć. Mimo to, Henry wykorzystał resztki sił, by odciągnąć się poza zasięg biegnącego tłumu. Ten zresztą po niedługiej chwili się rozrzedził.
Chłopak doczołgał się do pobliskiego budynku, podniósł się do siadu i oparł plecy o ścianę. Zostawił po sobie ślad krwi, dłonie miał rozharatane, a przedramię... Nie kryła go już koszulka, wcześniej przecież podwinął rękawy. Doskonale więc widział wystającą z zakrwawionego ciała kość. Nie mógł ruszać ręką, przekrzywiła się bowiem pod nieludzkim kątem. Henry nie miał już nawet siły, by krzyczeć o pomoc.