• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[22.10.1972] Another day, another potential disaster | Prue & Benjy

[22.10.1972] Another day, another potential disaster | Prue & Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
14.05.2026, 11:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.06.2026, 11:49 przez Prudence Fenwick.)  

Kolejny powrót z pracy zakończył się dla Prudence całkiem spektakularnie. Ledwie wyszła z Ministerstwa Magii, a stała się celem wkurzonego poltergeista, który rzucał w nią losowymi przedmiotami. Oberwała w głowę czymś metalowym, bo przez moment wpatrywała się w niego zamiast się ruszyć. Złośliwy duch zniknął jej z oczu równie szybko jak się pojawił, więc mogła skupić się na powrocie do domu.

Światy chyba chciał jej udowodnić, że potrzebuje dodatkowych bodźców w swoim życiu, nie miała pojęcia dlaczego nagle się tak działo, bo przecież jeszcze kilka tygodni wcześniej było zupełnie inaczej. Nie miała jednak zamiaru tego roztrząsać. Potarła dłonią policzek, który nieco ją bolał od tego, że zatrzymał się na nim nóż, widelec? Być może wcale nie były to sztućce, nie zarejestrowała bowiem dokładnie, czym rzucał w nią poltergeist. Nie miała też pojęcia, czy dokonał jakichś większych szkód, poza pozostawieniem drobnego zaczerwienienia na jej policzku.

Udało jej się dotrzeć do domu bez żadnych kolejnych komplikacji, w sumie spotkanie z duchem było zdecydowanie lepsze od tego wczorajszego spotkania z byłą żoną Benjy'ego, więc humor nawet jej dopisywał. Zdjęła płaszcz jeszcze w progu i zaczęła nasłuchiwać, próbując zlokalizować swojego męża. Nie miała pewności, czy wrócił do domu przed nią, zazwyczaj to ona pojawiała się pierwsza, a, że dzisiaj miała poranną zmianę, to zapewne miało go tu jeszcze nie być.

W domu panowała cisza, musiała mieć rację co do tego, że to ona zjawiła się tu wcześniej. Do jej nóg zbliżył się kot, który prosił się o to, aby go pogłaskała. Oczywiście, że mu tego nie odmówiła. Przez chwilę obserwowała zwierzę, miała wrażenie, że ostatnio dość mocno urosło, nie była specjalistką od kotów, ale wydawało jej się, że jest nieco większy od zwyczajnego kota, a może po prostu za dobrze go karmili. Wzruszyła więc jedynie ramionami, po czym ruszyła dalej, w głąb domu.

Zamierzała zmyć z siebie zapach kostnicy, sama do niego przywykła i przestała zauważać, jednak wiedziała, że dla wszystkich innych był bardzo wyraźny i intensywny. Znalazła się więc w łazience, przystanęła przed lustrem i przez chwilę wpatrywała się w swoje odbicie. Drobny ślad robił się coraz bardziej widoczny, że też ten nieszczęsny duch musiał tak celnie trafić. Miała zamiar posmarować to jakąś maścią, która spowoduje, że zaczerwienienie będzie mniej widoczne.

Wzięła gorący prysznic, lubiła rozgrzać się po powrocie do domu, zwłaszcza jesienią, czy zimą, kiedy na zewnątrz było chłodno. Pomieszczenie było zaparowane, można było w nim wyczuć bardzo intensywny zapach truskawek, miała sentyment do kosmetyków, które nimi pachniały. Tknęło ją, że chyba powinna to zmienić, bo Benjy podczas swojego umierania wspomniał coś o uczuleniu na truskawki, ale nie dopytała go o to później. Będzie musiała to zweryfikować.

Przebrała się dość szybko w odrobinę mniej oficjalne ubrania, chociaż w jej przypadku raczej trudno było znaleźć jakąś różnicę, bo Prudence bez względu na to, czy znajdowała się w pracy, czy w domu wyjątkowo dbała o swój ubiór, tak już miała. Zeszła w końcu na dół, gdzie zamierzała znaleźć sobie jakieś zajęcie do czasu, aż jej mąż nie znajdzie się w domu.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
14.05.2026, 15:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.05.2026, 15:52 przez Benjy Fenwick.)  
To był długi, ale owocny dzień wypełniony nie tylko powtarzalną pracą przy pozbywaniu się konsekwencji tej jednej, pamiętnej nocy we wrześniu, lecz także kilkoma innymi ciekawostkami, które wprawiły mnie w całkiem niezły nastrój. Zajmowanie się kłopotliwymi, niecodziennymi anomaliami zawsze uważałem za jeden z najlepszych aspektów zajęcia, które wykonywałem, więc trudno byłoby mi narzekać, gdy już się pojawiały. Co prawda w głębi ducha nadal zastanawiałem się, co powinniśmy zrobić w sprawie wczorajszych wydarzeń, skoro jedynym, raczej tymczasowym, rozwiązaniem, jakie przyszło mi do głowy było rzucenie kilku prowizorycznych zaklęć na budynek i jego okolice, lecz nie zamierzałem popadać w całkowitą paranoję - to nie byłoby w moim stylu, nawet jeśli czasy stawały się coraz bardziej niepewne, a mrok z każdym tygodniem zdawał się gęstnieć bardziej, niż wskazywałaby na to zwykła zmiana pór roku, zaglądając ludziom w okna.
Gdy znalazłem się na naszej ulicy, słońce zdążyło już schować się za horyzontem, zostawiając po sobie jedynie brudny fiolet i smugę błękitu poprzetykaną ciemniejącymi, nisko wiszącymi chmurami. Jesienna aura nie była dziś najgorsza, kiedy wyszedłem na zewnątrz z jednej z łudząco do siebie podobnych, częściowo nadpalonych przez pożary rezydencji, które dziś odwiedzałem, na zewnątrz nie padało, było tylko chłodno i wilgotnawo, lecz jak na lokalne standardy - całkiem przyjemnie. Pozwoliłem sobie nawet na to, by przejść się kawałek wiejską, szutrową drogą w dół wzgórza, chłonąc spokój okolicy, zanim podjąłem decyzję o powrocie do domu. Potrzebowałem tego czasu, aby poukładać sobie w głowie te wszystkie wydarzenia mające miejsce przez ostatnie dni, byłbym jednak najgorszym rodzajem kłamcy, gdybym powiedział, iż cokolwiek mi to dało - pytania i wątpliwości nadal piętrzyły się bardziej, niż mógłbym tego chcieć, i nie miałem na nie prostej recepty, ponieważ nie były czymś, co dałoby się załatwić impulsywnym działaniem.
Aportowałem się tuż za linią moich własnych zaklęć ochronnych, rzuconych jeszcze zeszłej nocy, czując charakterystyczne szarpnięcie w okolicach pępka, a zaraz potem uderzenie lodowatego wiatru, który niósł ze sobą zapach butwiejących liści i dymu z kominów. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, nawet do siebie, lecz podmiejski szum miał w sobie coś uspokajającego, czego nie było w stanie zabić nawet poczucie, iż nasz spokój został wczoraj desperacko zakłócony. Gdybym mógł wybrać miejsce, w którym mieliśmy mieszkać, sam raczej nie postawiłbym ani na ten dom, ani na okolicę, pewnie wybrałbym coś w znacznie głębszym odosobnieniu, ale im dłużej przebywaliśmy w starym domu sprezentowanym nam przez babcię Prudence, tym wyraźniej dostrzegałem to, co Ellie musiała w nim widzieć. Oczywiście - zarówno ogród, jak i sam budynek wymagały jeszcze olbrzymich nakładów pracy, szczególnie, że dotąd nie udało mi się zbyt wiele przy nich podziałać, lecz nadal miały w sobie ten rodzaj godności, której brakowało nowoczesnym, pudełkowatym domom stawianym przez mugoli na potęgę.
W środku paliło się światło, złocisty blask sączył się przez witrażowe wstawki w ciężkich, dębowych drzwiach, obiecując ciepło, spokój i brak jakichkolwiek mrocznych artefaktów, które próbowałyby mnie ugryźć w kostkę. Pchnąłem furtkę, która skrzypnęła przeciągle, przypominając mi o konieczności naoliwienia zawiasów - kolejny punkt na liście „domowych spraw”, która zdawała się nie mieć końca - po czym szybkim krokiem pokonałem stopnie na werandę, otwierając kluczem drzwi i wchodząc do środka. W przedpokoju przywitał mnie zapach, który był unikalną mieszanką kadzidła, wosku do podłóg i czegoś, co kojarzyło mi się z pełnią lata - praktycznie od razu poczułem nutę truskawek, co stało w miłym kontraście do odoru spalenizny, który towarzyszył mi przez większość dnia, nawet jeśli same te owoce nie należały do moich ulubionych… Lekko mówiąc.
- Jusz jestem. - Rzuciłem w przestrzeń, zdejmując płaszcz i odstawiając buty przy szafce pod ścianą. - Jak ci minął dzień? - Z tym pytaniem ruszyłem w głąb korytarza, ignorując fakt, że brzmiało to dosyć banalnie - tutaj, przy Prue, chciałem być po prostu sobą, a nie człowiekiem na wiecznej warcie. Przynajmniej dopóki nie skończymy kolacji…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
14.05.2026, 22:15  ✶  

W domu zawsze łatwo było znaleźć sobie jakieś zajęcie. Jej mieszkanie przy Horyzontalnej wymagało zdecydowanie mniejszego nakładu zaangażowania, aby pozostać w idealnej czystości, a Prue naprawdę ceniła ład i porządek, przez co ostatnio czytała nieco mniej, bo większość część wolnego czasu poświęcała na doprowadzenie do doskonałości pewnych pomieszczeń, o których Ellie odrobinę zapomniała. Jej babcia nie miała, aż takiego hopla jak ona na punkcie sprzątania.

Czas płynął jej więc całkiem szybko, straciła właściwie zupełnie jego poczucie, kiedy po raz któryś z kolei próbowała się pozbyć wszystkich pajęczyn znajdujących się pod sufitami. Miała wrażenie, że codziennie znajdowała jakieś nowe, a przecież nie było to możliwe, bo dokładnie przyglądała się wysokim ścianom. Zrobiła obchód całego domu, nie mogło być inaczej, jak zawsze nie mogło obyć się bez przesadnej dokładności.

Zaczęło się ściemniać, dopiero to przypomniało jej o tym, że wypadałoby przygotować coś do jedzenia, ciepły posiłek zawsze kojarzył jej się z domem, nie murami, a tym, co było jego sercem, a więc rodziną. Właśnie dlatego znalazła się w kuchni, postanowiła przygotować zupę, jej zdaniem one najlepiej rozgrzewały jesienią i zimą, wrzuciła warzywa, które znalazła do gara i pozwoliła im samym się sobą zająć, dynia zdecydowanie miała zaznaczyć intensywnym smakiem swoją obecność w tym posiłku.

Prudence spojrzała na zegar wiszący na jednej ze ścian, tak właściwie nie wiedziała po co to robi, bo przecież w przypadku Benjy'ego nie istniało coś takiego jak określone godziny pracy, nigdy nie można było mieć pewności, kiedy wróci do domu, było to zupełnie przeciwne do jej stałych zmian w ministerstwie. Usłyszała jednak w końcu otwierające się drzwi, które sugerowały, że jej mąż przyszedł do domu. Nie miała pojęcia, czym dokładnie się dzisiaj zajmował, miała jednak nadzieję, iż było to coś interesującego. Wiedziała, że podczas ostatnich lat łapał się naprawdę różnych zleceń, a tutaj w pewnym momencie zapewne miała się wkraść rutyna, nie było sensu oszukiwać się, że tak nie będzie. To musiało zacząć nudzić kogoś, kto miał do czynienia z najróżniejszymi klątwami, które można było spotkać na całym świecie, a że Benjy jak nikt inny lubił wyzwania... wolałaby więc, aby dostawał każdego dnia odpowiednią, dzienną dawkę adrenaliny.

Humor miała tego wieczora zdecydowanie lepszy niż wczoraj, starała się nie myśleć o problemie, który w najmniej oczekiwanych momentach przypominał o swoim istnieniu, bo zdecydowanie nie chciała skupiać się na byłej żonie swojego męża, wiedziała, że myślenie o niej bardzo szybko mogło wprawić ją w podły nastrój. Odepchnęła się więc od kuchennego blatu i ruszyła w stronę drzwi, żeby wyjść mu na przeciw, bo czemu by nie. Wrócił cały i zdrowy, mieli kolejny, całkiem przyjemny wieczór przed sobą, nie mogłoby być lepiej.

Oparła się o framugę i czekała, aż znajdzie się w zasięgu jej wzroku, przywitała go ciepłym uśmiechem. - Nie najgorzej, nie działo się zbyt wiele, ale właściwie to dobrze. - Powoli wracali do dawnego rytmu pracy, udało się im ogarnąć już większość bałaganu, który przyniosła ze sobą Spalona Noc, na szczęście, bo Prue jak nikt inny ceniła sobie stabilność i spokój.

- a Tobie? Złamałeś dzisiaj jakąś klątwę? - Wiedziała, że klątwy były tak właściwie jedną z wielu rzeczy, którymi się zajmował, więc to wcale nie było takie oczywiste, jakby się mogło wydawać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
15.05.2026, 22:23  ✶  
Zobaczyłem ją jeszcze zanim zdążyłem zrobić kilka w głąb domu, opartą o framugę ze spokojem w postawie, który zawsze działał na mnie bardziej, niż powinien, bo kontrastował z tym, co niosłem w sobie po całym dniu - światło z kuchni układało się wokół niej miękko, ciepło, zupełnie niepasująco do tego, co jeszcze chwilę temu malowało mi się pod powiekami i w głowie - do nadpalonych ścian, zbyt ostrych krawędzi i zapachu, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Sam fakt, że na mnie czekała, miał w sobie coś niepokojąco kojącego, jakby świat na zewnątrz, wraz z jego problemami i trudami, rzeczywiście mógł tam pozostać. Nawet jeśli wiedziałem, że to była tylko połowa prawdy, to był ten moment przejścia, właściwy, nie ten w przedpokoju, nie ten przy zdejmowaniu płaszcza, tylko ten tutaj, kiedy wszystko z zewnątrz naprawdę zostawało za drzwiami - przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe…
Uśmiechnąłem się pod nosem, krótko, trochę krzywo, gdyż odpowiedź Prue była dokładnie taka, jakiej się spodziewałem, ale jednocześnie potrzebowałem podobnych słów bardziej, niż chciałem to przyznać - brzmiały lekko, niemal beztrosko, ale gdzieś pod spodem i tak siedziała ta świadomość, że to „nie najgorzej” było czymś, co zaczynało mieć swoją wartość, nawet jeśli jeszcze niedawno wcale bym tego tak nie nazwał. Brak wydarzeń w jej świecie oznaczał, że przynajmniej jedna część rzeczywistości zachowywała się tak, jak powinna, że coś wracało do normy, pozostawało na swoim miejscu, niewzruszone tym wszystkim, co próbowało się ostatnio rozsypać. Pokiwałem głową, podchodząc bliżej i gasząc za sobą światła, których nie potrzebowaliśmy, zostawiając wyłącznie te w kuchni za plecami mojej żony. W półmroku, który tylko zwiększył się po zgaszeniu światła w części korytarza za moimi plecami, sylwetka Prue stała się ciemnym konturem, odciętym od tła ciepłym blaskiem lampy oświetlającej jej głowę od tyłu.
- Jedną? - Prychnąłem cicho pod nosem, unosząc brew i kręcąc głową, zanim jeszcze odpowiedziałem wprost. - To by był wyjątkowo leniwy dzień, nawet jak na mnie. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, rozważając przez sekundę, czy powinienem opowiedzieć jej o tej bardziej upierdliwej skrzynce, która próbowała mnie dzisiaj ugryźć w kostkę, dając się rozbroić dopiero przy trzecim podejściu, czy może o tej drugiej magicznej pułapce, która była tak absurdalnie skonstruowana, że aż musiałem się zaśmiać, kiedy w końcu zrozumiałem jej logikę. Ostatecznie nie wybrałem żadnej, ponieważ coś do mnie dotarło, przesunąłem spojrzeniem na moment w stronę kuchni, dopiero teraz moje zmysły przetworzyły to, co tak naprawdę czułem od progu - ten zapach, który wcześniej gdzieś mi umknął, przytłumiony przez chłód z zewnątrz i resztki woni, które nadal siedziały mi w nosie, nie miał nic wspólnego z pracą, z dymem, z wilgocią ani z niczym, co próbowało się do mnie przykleić wcześniej.
- Dynia? - Rzuciłem, bardziej stwierdzając niż pytając, bo nuta była zbyt wyraźna, żeby się pomylić, nawet jeśli zwykle nie przykładałem większej wagi do takich detali. - Ale tak, coś się tlafiło. - Wzruszyłem ramionami, wróciwszy do meritum, jakby to było coś zupełnie zwyczajnego, chociaż w praktyce oznaczało kilka godzin dłubania w czymś, co mogło równie dobrze skończyć się znacznie gorzej, gdyby poszło nie tak. - Jedna klątwa, jeden pszeklęty pszedmiot, dwie anomalie i jeden właściciel domu, któly był święcie pszekonany, sze jego własna piwnica plóbuje go zjeść. - Kącik ust drgnął mi przy tym wspomnieniu, bo, na Merlina, nawet jak na standardy tego, czym się zajmowałem, to był przypadek z tych bardziej… Kreatywnych. W zestawieniu ze znacznie poważniejszymi zleceniami, to była kolejna historia do kolekcji absurdów, jedna z wielu, które można było opowiedzieć przy kolacji i zapomnieć zaraz po, ale przynajmniej brzmiała całkiem zabawnie.
Półmrok, który pogłębił się gwałtownie po kliknięciu przełącznika i zgaszeniu światła w głębi korytarza, sprawił, że świat wokół nas stał się ciasny, intymny i ograniczony właściwie tylko do tych kilku metrów kwadratowych dzielących mnie progu kuchni i od żony. Dopiero teraz, z bliska, zacząłem dopatrywać się w jej rysach zmęczenia, którego wcześniej nie dostrzegłem - subtelnych cieni pod oczami Sunny i napięcia, którego nie zdołał ukryć nawet jej spokój. Moje spojrzenie zatrzymało się na chwilę na ciemniejszej smudze na jej policzku, nie wzbudziła ona jednak we mnie niepokoju, w tym świetle wyglądała po prostu jak ślad kurzu, pamiątka po wielkim sprzątaniu, któremu Prue oddawała się ostatnio z taką zawziętością, jakby chciała wymieść z kątów każdy najmniejszy pyłek.
- Ile pajęczyn poległo dziś w słusznej splawie? Losumiem, sze nic się nie plóbowało zawaliś, wybuchnąś albo oszyś pod moją nieobecność? Mamy postęp? - Dodałem po chwili, zsuwając z ramion niewidzialny ciężar razem z resztkami tej zawodowej powagi, która przylepiała się do mnie, kiedy byłem poza tym domem. Zmęczenie nadal gdzieś tam było, nie zniknęło nagle tylko dlatego, że przekroczyłem próg, ale przestało być najważniejsze - zeszło na drugi plan, jak wszystko, co nie było nią i tym miejscem. Kącik ust drgnął mi lekko, bo to pytanie było tylko w połowie żartem, a w połowie czymś, co w ostatnich tygodniach naprawdę brałem pod uwagę przy każdej okazji.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
16.05.2026, 07:50  ✶  

Wolała nie zaczynać rozmowy od tego, że po raz kolejny jej powrót do domu nie należał do szczególnie przyjemnych. Na szczęście jutro miała mieć wolne, a więc nie musiała nigdzie wychodzić, co wiązało się z tym, że nic niepokojącego tym razem nie powinno jej się przytrafić. Nie, żeby uważała za idealne rozwiązanie spędzanie czasu w domu, ale jednak w tym przypadku było to doskonałe rozwiązanie problemu, który się pojawił. Komplikacje pojawiające się raz były przypadkiem, dwa zbiegiem okoliczności, póki co wolała nie sprawdzać, czy będzie trzeci raz, bo jeszcze musiałaby to uznać za jakiś spisek.

Dość szybko też udało jej się skupić na czymś innym. Dom skutecznie odwracał jej odwagę, zawsze było tu coś do zrobienia, więc właśnie tym postanowiła się zająć. Sprzątanie było taką czynnością, które powodowało, że myśli w jej głowie zaczynały milknąć, a więc mogła połączyć przyjemne z pożytecznym, wcale nie tak łatwo było żyć z tą jej nieszczęsną przypadłością, zwłaszcza, kiedy przytrafiało jej się coś nietypowego. Aktualnie nie musiała jednak się martwić nadmiernym myśleniem, bo było tu jeszcze wiele do zrobienia, no wiele jeśli chciałaby, aby to miejsce stało się bliskie jej idealnej wizji domu.

- Wiesz, jedną ale skomplikowaną? - Wzruszyła jedynie ramionami, nie do końca znała się na klątwach, nie był to nigdy jej konik, wiedziała, że niektóre z nich potrafią być naprawdę paskudne, różne przypadki spotykała w czasie swojej kariery w Mungu, chociaż się nimi nie zajmowała. - Czy jedna, a skomplikowana też brzmi leniwie? - Skoro nadarzyła się okazja, to zamierzała zweryfikować swoją wizję pracy z klątwami, bo czemu nie. Nie miała pojęcia tak właściwie ilu osobom dziennie pomagał jej mąż.

- Tak dynia, prosiła się o to, żeby coś z nią zrobić. - Skoro już się prosiła, to Prue nie mogła jej odmówić tej przyjemności, prosta sprawa. Zanotowała w swojej głowie, że powinna kupić kilka większych sztuk z racji na zbliżające się Samhain. Miał to być ich pierwszy, wspólny sabat jako małżeństwo i zamierzała spowodować, aby był warty zapamiętania.

- Faktycznie chciała go zjeść? Czy po prostu był nieco przewrażliwiony? - Miała świadomość, że praca z ludźmi mogła być ciekawa. Niektórzy potrafili zwalać na klątwy wszystkie swoje niepowodzenia, doszukiwać się ich tam, gdzie wcale nie było czego szukać. - Pięć przypadków? To chyba całkiem niezły wynik, nie nudzisz się? - Zapytała jeszcze, bo tego bała się najbardziej, że pojawi się stagnacja, do której na pewno Benjy nie przywykł. Miała świadomość, że praca na Wyspach wiązała się z mniejszą różnorodnością, co dla kogoś z jego doświadczeniem mogło być przytłaczające.

- Wiele, aczkolwiek na pewno nie wszystkie, mam wrażenie, że populacja pająków mieszkająca w tym domu prowadzi bardzo silną ofensywę pod naszą nieobecność. - Naprawdę nie miała pojęcia skąd brały się te wszystkie pajęczyny. Starała się bardzo precyzyjnie podchodzić do sprawy, a jednak nadal znajdowała kolejne miejsca, w których coś jej umykało.

- Postęp jest, ale mam wrażenie, że nigdy nie uda nam się doprowadzić tego miejsca do doskonałości i chyba zaczynam się z tym godzić. - Nie sądziła, żeby miała jakiś wybór. Dom miał swoje lata, żył własnym tempem i życiem, może taki właśnie był jego urok. - Naprawdę myślisz, że coś tutaj mogłoby chcieć ożyć? - Zmrużyła jeszcze oczy i wpatrywała się w niego przez krótką chwilę, bo tego nie było na jej liście ewentualnych zagrożeń.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
18.05.2026, 01:12  ✶  
Nie naciskałem na to, by Prue w szerszym zakresie opisywała mi przebieg swojego dnia w, chociaż spodziewałem się, iż mogło nie być kolorowo, nie było potrzeby, znałem ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy coś zostawić w spokoju, przynajmniej na razie. Znałem ten ton, tę mieszankę ciekawości i lekkiej przekory, pojawiał się u niej zawsze wtedy, kiedy wchodziła na teren, który formalnie nie był jej, ale i tak chciała go sobie oswoić, rozłożyć na czynniki pierwsze i sprawdzić, i właśnie na tym postanowiłem się teraz skupić.
- „Jedna, ale skomplikowana” bszmi jak coś, co powiedziałbym przełoszonemu, szeby wyglądało na to, sze się nalobiłem. - Uniosłem lekko brew, zerkając na nią z ukosa i krzywiąc się minimalnie, jakbym miał z tym jakiś problem natury ideologicznej, co mogło wyglądać całkiem śmiesznie, bo przecież mnie znała - prawda była taka, że przez większość czasu, gdy tylko miałem ku temu przesłanki, sam lubiłem robić tak, by się nie narobić, w przeszłości nie raz zdarzało mi się przesadzać z deklarowanym poziomem trudności zlecenia, mając taką potrzebę z bardzo różnych, często kwestionowalnych moralnie pobudek. Nie byłem święty, nie zamierzałem być. - To nie zdasza się asz tak często, wiesz, te cięszsze, balso losległe klątwy dotyczą głównie zleceń wyjazdowych. Lokalnie byłaby to całkiem niezła glatka, ale takie tlafiają głównie do „zaufanych ludzi”. - Wyjaśniłem, prawdopodobnie odbierając sobie tym możliwość teatralnego narzekania w przyszłości, skoro na pewno miała zapamiętać moją odpowiedź, lecz chciałem być z nią szczery, skoro faktycznie się tym interesowała. Prawda była taka, iż nie bez powodu rozpatrzyłem współpracę z klubem łowieckim i z moją kuzynką - w innym razie szanse na dojścia miałbym całkiem… Nikłe. Może nie do końca życia i dzień dłużej, lecz budowanie sobie bazy kontaktów, zwłaszcza w mojej sytuacji, nie było łatwą sprawą, szczególnie wtedy, gdy musiałem uważać, by nie ucierpiała na tym nie tylko moja skóra - budowaliśmy wspólne życie, nasza rzeczywistość i tak była skomplikowana, zwłaszcza teraz, nie chciałem tego jeszcze bardziej gmatwać.
- Czyli została wysłuchana. Szlachetny los. - Rzuciłem, przesuwając spojrzeniem w stronę kuchni i zatrzymując je na chwilę na fragmencie garnka dostrzeżonym przeze mnie za plecami żony, po czym pociągając nosem, jakbym próbował ocenić, czy rzeczywiście pachniało to tak dobrze, jak mi się wydawało, czy to tylko mój mózg desperacko łapał się czegoś przyjemnego po kilku godzinach pracy fizycznej - ten dzień nie należał do tych, w których pamiętałem o rzeczach tak podstawowych jak jedzenie, lecz aromaty zupy naprawdę wprawiały moje ślinianki w ruch.
- Gdyby chciało mnie zjeść, pewnie by splóbowało, ale to nie ten pszypadek. - Przeniosłem ciężar ciała na drugą nogę i odpowiedziałem, unosząc kącik ust. - Właściciel był pszekonany, sze wszystko wokół czyha na jego istnienie, łącznie s tym zasyfiałym lochem, więc większość czasu spędziłem na udowadnianiu, sze jego własne schody nie są w zmowie s siłami nieczystymi. - Zawiesiłem głos na moment, pozwalając tej wizji wybrzmieć. - Co nie znaczy, sze nic tam nie było, tylko… Powiedzmy, sze plopolsje zagloszenia do wyoblaśni były dość nielówne. - Kącik ust drgnął mi w czymś, co było już wyraźnym uśmiechem, nie tym półironicznym, którym zwykle maskowałem zmęczenie.
- Pięś to niezły wynik. Nie lekold, ale nie jest źle. - Przyznałem, bez przesadnego entuzjazmu i schlebiania sobie, bardziej rzeczowo, chociaż nie bez satysfakcji. - I nie, nie nudzę się. Jeszcze nie jest tak źle, jesień nie jest jak zima. - Dodałem zaraz potem, lekko marszcząc brwi, ale bez głębszego zawahania - to „jeszcze” zawisło gdzieś między nami na krótką chwilę, ale nie ciągnąłem tego dalej, bo nie było sensu psuć nim reszty. - Mosze nie jest to ten lodzaj wyzwań, do któlych się pszyzwyczaiłem, ale…- Zawiesiłem głos na ułamek sekundy, przesuwając spojrzeniem gdzieś obok niej, szukając odpowiedniego słowa. - To chyba dobsze? Mniej szeszy plóbuje mnie zabiś w spektakulalny sposób. Statystycznie to postęp. - Na sekundę zawiesiłem spojrzenie na jej twarzy, jakbym chciał dodać coś jeszcze, coś poważniejszego, co krążyło gdzieś pod powierzchnią od momentu, kiedy przekroczyłem próg, ale ostatecznie tylko wypuściłem powietrze powoli, pozwalając, żeby ten wieczór został tym, czym miał być - prosty, ciepły, pozbawiony rzeczy, które mogłyby go niepotrzebnie obciążyć - zasługiwaliśmy na to, zwłaszcza po wczorajszym.
Na wzmiankę o wielkości populacji pająków uśmiechnąłem się jeszcze wyraźniej, z tym rodzajem rozbawienia, który był nieuniknioną konsekwencją wyobrażenia sobie szeroko zakrojonych strategii okupacyjnych naszych nie do końca chcianych lokatorów - niby nie miałem nic przeciwko nim, nie przykładałem aż tak dużo uwagi do tego, czy kryły się po kątach nad nami i w zakamarkach dookoła nas, dopóki nie łaziły nam po twarzy, ale skoro to była kwestia honoru, a tak przedstawiała to moja ukochana…
- Ofensywa pająków bszmi powasznie. - Rzuciłem, przekrzywiając głowę nieznacznie i patrząc na ciemny sufit, jakbym rzeczywiście spodziewał się dostrzec w nim coś szczególnego - nie zobaczyłem niczego, co by mnie zaskoczyło, ale to wcale nie znaczyło, że ich tam nie było. - Powinniśmy loswaszyś negocjacje albo pszynajmniej wyznaczenie glanic telytolialnych, zanim ta wojna pochłonie zbyt wiele ofial.
Uniosłem spojrzenie, kiedy przymrużyła oczy, łapiąc ten moment zawieszenia między powagą a żartem, który zawsze wisiał gdzieś pomiędzy nami, gotowy przechylić się w jedną albo drugą stronę.
- Nie wiem. Cieszę się, sze go mamy, jest o niebo lepszy od mieszkania, ale szeszywiście - doskonałość chyba nie jest mu pisana. - Nie to, żebym się z tego powodu jakoś szczególnie przejmował, z tego drugiego też nie, jeśli miałbym być szczery. - Twoja babcia ma w sobie coś, co sugeluje, sze mogłaby zakopaś pod lószami coś więcej nisz tylko nawóz na wiosnę. - Skwitowałem, zerkając na nią z ukosa, mierząc Prue teatralnie wymownym spojrzeniem, jakby to był temat, który wymagał szczególnej ostrożności, chociaż w rzeczywistości po prostu dobrze się bawiłem. - Na lasie nie widziałem, szeby cokolwiek plóbowało się odkopaś, ale kto wie… - Westchnąłem teatralnie. - Myślę, sze jeśli jednak coś tutaj kiedykolwiek oszyje, najpielw bęsie plóbowało mnie zabiś, nie ciebie. A to, jak wiesz, niełatwa splawa. - Zawyrokowałem zaraz z cieniem rozbawienia w głosie, nie dodawszy oczywistości - że już nie dawno całkiem skutecznie próbowało - którą oboje z pewnością mieliśmy zapamiętać na zawsze, nawet jeśli zrobiliśmy z tego coś w rodzaju tematu tabu, do którego lepiej było nie wracać. - Mam w sobie coś, co pszyciąga takie szeszy, wiesz. Chociasz diabli wiedzą, czy to się nie losnosi, wiesz, jak oplyszczka. Nigdy nie mieszkałem s nikim na tyle długo, by to splawdziś. - Dodałem, jakby to była zupełnie normalna uwaga przed kolacją w miejscu, w którym zdecydowanie planowaliśmy mieszkać razem jeszcze przez, miałem nadzieję, długie lata.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
18.05.2026, 08:29  ✶  

- Na szczęście sam jesteś swoim przełożonym i nie musisz się nikomu tłumaczyć. - No, w tej chwili ona wymagała drobnego wprowadzenia w temat, ale to było bardzo dalekie od tłumaczenia się po prostu chciała zrozumieć, jak to właściwie wyglądało w jego przypadku. Nie miała szansy nigdy dotąd przecież wysłuchiwać wszystkich tajemnic o byciu profesjonalnym klątwołamaczem, a chciała wiedzieć jak najwięcej o jego życiu zawodowym, bo przecież był jej mężem, wypadałoby wiedzieć czym dokładnie zajmuje się, kiedy wychodzi rano z domu.

- Z czasem pewnie będziesz jednym z bardziej zaufanych ludzi, to wymaga jednak cierpliwości. - Z tą jak wiadomo miał lekki problem. Miała świadomość, że wcale nie tak łatwo było wbić się w niszę, zwłaszcza, że pewnie niektórzy z klątwołamaczy znajdowali się na rynku od lat, jednak Benjy był na tyle doświadczony i posiadał tak ogromną wiedzę, że pewnie szybko ludzie zauważą, że ktoś nowy pojawił się na miejscu. Naprawdę w to wierzyła, tyle, że wiedziała też, iż początki mogą być dość trudne, bo to wymagało zaufania, a je budowało się dość długo. Na pewno mieli się do niego przekonać.

- Masz też wokół siebie ludzi, którzy mogą szepnąć parę miłych słów na temat Twoich umiejętności, to też może pomóc. - Nie sądziła, aby sprawiło to jakikolwiek kłopot jego przyjaciołom, a nic nie działa równie dobrze, co poczta pantoflowa.

- Nie mogłam jej tego odmówić. - Dodała jeszcze z uśmiechem. Kiedy mieszkała sama nieszczególnie przejmowała się przygotowywaniem posiłków, bo zazwyczaj jadła coś w locie, w drodze do pracy, czy z pracy. To nie tak, że nie lubiła gotować, aczkolwiek nie widziała zbyt wielkiego sensu, aby robić to dla siebie samej. Teraz się to zmieniło, uważała, że w domu, zawsze powinien być przygotowany jakiś ciepły posiłek, między innymi z tym kojarzyło się jej posiadanie takiego miejsca, tworzenie go z kimś.

- Brzmi to trochę jak taki klątwowy hipochondryk. - Ludzie byli różni, często potrafili znaleźć u siebie objawy świadczące o chorobach, które wcale ich nie dotyczyły, najwyraźniej działało to też w przypadku bycia przeklętym. Jako, że był moment, w którym pracowała w Mungu to była świadoma, że to wcale nie są rzadkie przypadki.

- Bez względu na proporcje udało Ci się go ocalić przed krwiożerczą piwnicą, na pewno ma Cię za swojego bohatera. - Nie wątpiła w to, że klienci właśnie w ten sposób go odbierali, bo przecież pomagał im walczyć z tym, co uprzykrzało im życie.

- Jeszcze nie brzmi, jakbyś przewidywał, że będzie lepiej. Zima minie szybko i nadejdzie wiosna, więc znowu zacznie się czas, w którym jest sporo wyzwań. - Starała się brzmieć optymistycznie, chociaż nie do końca była przyzwyczajona do tego toku myślenia. - Zawsze też możesz poszukać czegoś dalej, zimą, chociaż na chwilę, żebyś się tutaj nie zanudził na śmierć? - Próbowała znaleźć jakieś opcje, bo wiedziała, że nie łatwo będzie mu siedzieć bezczynnie w Wielkiej Brytanii. Jakiś jeden, może dwa wyjazdy gdzieś daleko powinny chociaż na chwilę zaspokoić jego zew przygody. Nie chciała, aby tutaj usychał i się męczył.

- Powinno mnie to cieszyć, prawda? - To, że mniej stworzeń próbowało sobie zrobić z niego posiłek było raczej zaletą pracy na miejscu, nie do końca jednak widziała to w ten sposób. Nie chciała podcinać mu skrzydeł, szkoda było, aby taki talent się marnował, zwłaszcza, że miał już szansę sprawdzić się w najróżniejszych warunkach.

- To jest bardzo poważne. - Starała się nie dać po sobie znać, że i ją bawiła ta walka z pająkami, którą zaciekle prowadziła od kilku dni. - Mnie nie słuchają, więc może Tobie uda się przeprowadzić z nimi negocjacje, które przyniosą jakiś efekt, zresztą wyglądasz groźniej, to musisz być Ty. - Pająki pewnie przystaną na każdą jego prośbę, bo wyglądał jakby mógł je zniszczyć samym spojrzeniem.

- Muszę pogodzić się z tą myślą, chociaż pewnie to trochę potrwa. - Prudence miała swoje naleciałości, lubiła, kiedy wszystko szło dokładnie po jej myśli, zależało jej, aby doprowadzić dom do porządku, jednak wymagało to naprawdę sporo pracy i cierpliwości, zresztą miała wrażenie, że była to trochę syzyfowa praca, bo w takich miejscach zawsze znajdowało się coś jeszcze do zrobienia. Nie narzekała oczywiście, bo i tak mieli sporo szczęścia z tym, że Ellie postanowiła im tak po prostu oddać swój dom.

- Kto wie, co czai się na strychu, czy w piwnicy, póki co jednak jeszcze tam nie dotarłam. - Benjy miał rację z tym, co mówił. Po jej babci można było spodziewać się wszystkiego, nawet tego, że coś w ogródku postanowi ożyć.

- Tak, wiem, że nie łatwo Cię zabić, miałam szansę się o tym przekonać w praktyce, aczkolwiek wolałabym nie powtarzać tego doświadczenia. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo. Jedno uniknięcie śmierci na miesiąc naprawdę było wystarczającą demonstracją jego siły.

- W końcu nadarzyła się ku temu okazja, nie spodziewałam się, że będę częścią eksperymentu, ale nieszczególnie mi to przeszkadza. Wszystko dla dobra nauki. - W końcu była naukowcem, to, że teraz rola się odwróciła wcale jej nie przeszkadzało.

Zupa w garnku zaczęła głośno bulgotać, Prue odwróciła się więc w jego stronę, chyba powinna zmniejszyć ogień, bo za chwilę kuchnia pokryje się pomarańczową mazią, a tego jednak wolałaby uniknąć. Weszła w głąb kuchni, aby się tym zająć.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
19.05.2026, 14:15  ✶  
Słowa o byciu swoim własnym przełożonym przyjąłem z wymownym półuśmiechem, ponieważ oboje wiedzieliśmy, z czym się wiązała prywatna działalność - tak jak ja, Prue również miała okazję się o tym przekonać, nawet jeśli jej dodatkowe zajęcia raczej na ogół nie zazębiały się z pracą klątwołamacza na zlecenie. W praktyce wyglądało to przecież inaczej, bo nawet jeśli formalnie nikt nie stał nade mną z zegarkiem i listą obowiązków, to jednak byłem zależny od ludzi, od ich opinii, od tego, czy ktoś uzna mnie za wystarczająco dobrego, żeby powierzyć mi coś więcej niż piwnicę pełną urojonych zagrożeń i zakurzonych pajęczyn, a to była forma rozliczania, która potrafiła być znacznie bardziej wymagająca niż jakikolwiek przełożony z krwi i kości. Na wzmiankę o „miłych słowach” prychnąłem cicho, kręcąc głową, ponieważ obraz ludzi, których znałem, chodzących i opowiadających o mnie w sposób uporządkowany i na tyle elegancki, by polecić moje usługi w towarzystwie zlecającym najbardziej lukratywne prace, był na tyle oderwany od mojej dotychczasowej rzeczywistości, że aż zabawny. Nie negowałem sensu tego, co mówiła, per se, bo miała rację - znałem mechanizmy rynkowe, wiedziałem, jak działały takie rzeczy, tylko że coś we mnie uparcie opierało się temu, żeby budować swoją pozycję wyłącznie na cudzych podszeptach. Przez lata wolałem, żeby ludzie wyrabiali sobie o mnie zdanie po tym, co zobaczyli na własne oczy, nawet jeśli oznaczało to wolniejsze tempo, lecz teraz musiało to ulec zmianie, gdyż okoliczności też się zmieniły, i to szybciej niż mógłbym pomyśleć. Sieć kontaktów, polecenia, półoficjalne rekomendacje - wszystko to funkcjonowało w tle życia brytyjskiej socjety znacznie intensywniej, niż większość ludzi była skłonna przyznać, i choć nigdy nie byłem fanem polegania na cudzych opiniach, to nie byłem też na tyle naiwny, żeby udawać, że mnie to nie dotyczyło, jeśli chciałem zbudować nam przyszłość na Wyspach. Perspektywa bycia „tym nowym”, który musiał pokornie czekać na swoją kolej, drażniła jednak moją ambicję.
- Te „miłe słowa” w wykonaniu moich znajomych mogłyby bszmieś cokolwiek… Kontlowersyjnie. - Założyłem ręce na piersi, opierając się ramieniem o futrynę, a kącik moich ust uniósł się autoironicznie. - Wyoblaszasz sobie moją kuzynkę albo chłopaków opowiadających o tym, sze jestem „solidną filmą”?  „Och, wie pan, ten Fenwick to doplawdy plofesjonalny klątwołamacz, tak splawnie macha lószszką”. No błagam, Pluey. Jeśli ktoś tam o mnie szepnie, to laszej w stylu „weźcie tego idiotę, bo ma falta i jeszcze nie zginął”. Choś… Mosze to na dzisiejsze czasy całkiem kuszące dla klienta… - Zawahałem się na ułamek sekundy, jakbym rzeczywiście to rozważał, co nawet częściowo było bliskie prawdzie, ponieważ nie miałem w sobie zbyt wiele entuzjazmu do ponownego budowania marki gdzieś, gdzie dotychczas nie spodziewałem się jej budować - wracając „na chwilę” do Londynu, raczej nie skupiałem się na wyrabianiu sobie renomy pośród osób, u których pracowałem. Cierpliwość nigdy nie była moją najmocniejszą stroną, zwłaszcza kiedy na szali leżały realne pieniądze i poczucie, że czas uciekał mi przez palce. Może nie zachowywałem się nazbyt kontrowersyjnie - raczej w granicach mojej własnej normy - ale przedkładałem skuteczność nad bycie subtelnym i proklienckim, więc nie raz, nie dwa zdarzyło mi się skwitować czyjeś debilne zachowanie. „Klątwowy hipochondryk”, jak go nazwała moja żona, był jednym z takich ludzi.
- Zdecydowanie powinien się leczyś. - Zgodziłem się z nią, furkając nosem na wspomnienie reakcji paranoidalnego zleceniodawcy - gdyby nie to, że miał posturę karła, budowę ciała człowieka cierpiącego na suchoty i zero charyzmy, a przy tym nie wydawał się być zbyt sprytny, mógłbym żywić przypuszczenia, iż znalazłem się w nieudolnie skonstruowanej pułapce chorego psychicznie przyszłego mordercy. Na szczęście bądź nie, był on po prostu niezdrowo zafiksowany i szurnięty. - „Klątwowy hipochondlyk” to i tak bardzo kultulalne określenie na to, co tam zastałem. - Rzuciłem z krótkim, pozbawionym wesołości parsknięciem, wracając pamięcią do spoconego faceta, który niemal ze łzami w oczach błagał mnie o ocalenie przed „demonem”. - Zdziwiłabyś się, jak często ludzie mylą zwykły blak higieny i niesplawne instalacje z czalną magią. Gość patszył na mnie, jakbym co najmniej wyciągnął go s paszczy smoka, a ja po plostu spędziłem dwie godziny na szucaniu podstawowych zaklęś ujawniających i sklobaniu pleśni ze stalych desek. To było cokolwiek specyficzne uczucie. - Zawiesiłem głos, krzywiąc się lekko w udawanym niesmaku. Wyobrażenie siebie w roli czyjegoś bohatera zawsze przyjmowałem z wyraźnym, wewnętrznym dystansem, który tym razem też pojawił się niemal automatycznie, zanim zdążyłem to w ogóle przeanalizować, bo nigdy nie byłem szczególnie zainteresowany takimi etykietami, zwłaszcza jeśli były oparte na czyjejś panice i mojej chwilowej użyteczności - nie leżały mi one szczególnie dobrze, nawet jeśli bywały wygodne z perspektywy łechtania sobie ego, czego raczej nie potrzebowałem. - Co do bohatela... Plędzej nazwałbym to „dobsze opłaconym śmieciaszem”. Jeśli tak telas wyglądają bohatelowie, to ta plofesja stlasznie zeszła na psy. - Parsknąłem krótko, a cień uśmiechu znowu zagościł na mojej twarzy, gdy przypomniałem sobie minę mojego dzisiejszego pracodawcy, kiedy z namaszczeniem stukałem w stopnie jego nieszczęsnych schodów. Przesunąłem dłonią po karku, czując pod palcami napięcie po całym dniu spędzonym w nienaturalnych pozycjach pod przegniłymi belkami stropowymi, a potem na klęczkach przy podłodze.
Westchnąłem cicho, przestawiając ciężar ciała i zerkając w stronę kuchni, gdzie zupa zaczynała coraz wyraźniej dawać o sobie znać. Propozycja Prue, by zimą szukać zleceń gdzieś dalej, na chwilę zbiła mnie z pantałyku, wywołując znajomy, podskórny dreszcz - ten sam, który przez lata gnał mnie na drugi koniec globu, w miejsca, gdzie powietrze pachniało zupełnie inaczej. Uderzyła w czuły punkt. Z jednej strony pomysł był kuszący, cholernie kuszący, sprawił, że poczułem gwałtowny skok adrenaliny na samą myśl o powrocie do tamtego, dawnego rytmu - do pakowania torby w pięć minut, spania w podrzędnych motelach i użerania się z rzeczami, które nie bawiły się w podchody, tylko waliły prosto między oczy. Z drugiej... Spojrzałem na nią - na jej drobną sylwetkę, na to, jak naturalnie zaczynała wyglądać w tym wielkim, niedoskonałym domu, w tej przestrzeni, którą powoli próbowaliśmy okiełznać i… Coś we mnie zagrało zupełnie inną nutę.
- Co do zimy i tych… Wyjazdów. - Powiedziałem wolniej, ciszej, a mój głos stracił część tej lekkiej, obronnej kpiarskości. - Zima pszyjdzie i minie, to plawda… - Zawiesiłem głos, moje brwi zmarszczyły się lekko, tym razem w zupełnie poważnym namyśle. - Nie wiem, czy chcę szukaś czegoś daleko, nawet na chwilę. Nie myślałem o tym jeszcze. To znaczy… - Kolejny raz przesunąłem dłonią po karku, w dalszym ciągu odczuwając konsekwencje fizycznej pracy, jednak ten ból był teraz odległy, niemal nieistotny w zderzeniu z ciepłem, które biło z głębi naszego wspólnego domu. - To kusząca wizja, nie będę kłamał. Ale… - Zawahałem się, jakiekolwiek słowa rzadko przechodziły mi przez gardło z taką trudnością, jak to, co zamierzałem teraz powiedzieć. - Świat się zmienił, Pluey, ja się zmieniłem. Wizja spędzenia kilku tygodni w jakiejś zapomnianej przez bogów głuszy, podczas gdy ty będziesz tutaj… - Odruchowo pokręciłem głową - tu był pies pogrzebany, bo nawet jeśli podróże w bardziej aktywne regiony mogłyby stanowić odpowiedź na brytyjską szarówkę, przecież byliśmy tu we dwoje. - To powinno cię cieszyś. Mnie w sumie tesz powinno. - Przeniosłem wzrok na sufit, wracając do tematu naszych nieszczęsnych wielonożnych lokatorów, wdzięczny za zmianę tonu na lżejszy. - Poza tym, pomyśl o pająkach. Kto pszeplowadzi te kluczowe negocjacje, jeśli mnie nie bęsie? - Przekrzywiłem głowę, a uśmiech powrócił na moją twarz, gdy podchwyciłem jej argument o moim rzekomo „groźnym” wyglądzie. - Czyli oficjalnie zostałem mianowany Głównym Specjalistą od splaw Alachnidów. Pięknie. - Uniosłem dumnie podbródek, zerkając na nią z cieniem rozbawienia, bo skoro już zostałem wytypowany do tej roli, wypadało ją chociaż odegrać. - Wyznaczę im stlefę demalkasyjną. Wszystko powyszej gólnej linii futlyny jest nasze, zakamalki za szafą mogą zatszymaś, pod walunkiem legulalnego pozbywania się komalów. Co ty na to?
Wiedziałem, ile ukrytych wad miały te ściany, zdążyłem już poznać ten dom od strony technicznej i magicznej, nawet jeśli w dalszym ciągu na pewno czekały tu na nas jakieś sekrety, ale wiedziałem też, że miał duszę - coś, czego żadne nowoczesne mieszkanie w centrum Londynu nigdy by nie miało. Poprzednie mieszkanko Prudence było przytulne i zadbane, lecz ta zamiana okazała się naprawdę trafna, dzięki niej mogliśmy zacząć tu zupełnie nowy, wspólny rozdział. Rozpoczęliśmy pisanie go z niewątpliwym przytupem, to prawda, z pewnością mało kto mógł pochwalić się tym, iż w pierwszym tygodniu po zmianie miejsca zamieszkania prawie sfinalizował nienapisany jeszcze testament. Nawet poprzednia właścicielka, na pewno mająca w zanadrzu wiele opowieści dotyczących tego miejsca, raczej się z tym nie borykała, chociaż kto to wiedział…
Ellie była… Żywiołowa, oryginalna i niecodzienna. Nie do końca żartowałem z podejrzeniami, czy czegoś nam tu nie pozostawiła.
- Mosemy o to zaglaś w malynasza. - Zaproponowałem, chociaż w gruncie rzeczy nie miałem preferencji do tego, co wolałem sprawdzić - zarówno strych, jak i piwnica miały nisko zawieszone belki sufitowe, były pełne kartonów i pajęczyn, wymagały kilku godzin uwagi. Odrobina hazardu jednak jeszcze nam w niczym nie zaszkodziła - to była najzdrowsza forma adrenaliny.
„Wolałabym nie powtarzać tego doświadczenia”. Ja też, na wszystko, co święte, ja też…
- Jeden spektakulalny powrót s tamtego świata na dekadę to mój absolutny limit, obiecuję. - Odparłem, reagując półuśmiechem na mrugnięcie, które mi posłała. - Wszystko dla dobra nauki. - Tym razem to ja uśmiechnąłem się do niej porozumiewawczo, ani przez chwilę nie kryjąc tego, iż w tych słowach miałem na myśli coś więcej niż tylko eksperyment polegający na wspólnym radzeniu sobie z kolejami losu przez resztę życia - pewne momenty miały w sobie tak wiele, że trwale zapisywały się w mojej pamięci, niektóre wspomnienia znajdowały tam miejsce już na zawsze, i nie musiałem posiadać wybitnego potencjału mojej żony w tym zakresie, by być w stanie je teraz przywołać. „Robienie wszystkiego dla dobra nauki” wychodziło nam dotychczas nieoczekiwanie dobrze, wprost spektakularnie - kto by pomyślał, że przy Prudence Madison Bletchley… Prudence Madison Fenwick, bo przecież tak należało o niej teraz mówić, stanę się tak skory do zdobywania naukowych doświadczeń, poszerzając horyzonty i na nowo odkrywając to, co miało mnie już nigdy nie dotyczyć… Cena tego, jakakolwiek by nie była, z pewnością była warta każdego pojedynczego kroku, który doprowadził mnie do tego miejsca - każdego potknięcia, każdego momentu zwątpienia, każdej niewykorzystanej szansy i każdej nocy, którą kiedyś uważałem za straconą.
Kiedy moja żona obróciła się na pięcie, by ratować zawartość garnka, nie czekałem długo - praktycznie natychmiast zrobiłem kilka kroków za nią, wkraczając w ciepłą, pachnącą posiłkiem przestrzeń, która w tej jednej chwili była najlepszym miejscem na ziemi - wysłużona, naznaczona zębem czasu, doskonała w swojej niedoskonałości kuchnia wydawała się jedynym właściwym miejscem na świecie, w jakim mogliśmy się znaleźć. Stanąłem tuż za Prue, na tyle blisko, by poczuć ciepło bijące od jej ciała, ale na tyle uważnie, by nie wystraszyć jej nagłym ruchem.
- Wygląda na to, sze twój ekspelyment właśnie plóbuje opuściś ślodowisko badawcze. - Zażartowałem cicho, nachylając się nad jej ramieniem, by spojrzeć w głąb garnka. - Pachnie... Niesamowicie. - Uniosłem dłoń, wahając się przez ułamek sekundy, po czym delikatnie odsunąłem zbłąkany kosmyk ciemnych włosów z jej karku. Moje palce musnęły jej skórę -  była ciepła od kuchennego powietrza - a ciało rozluźniło się jeszcze odrobinę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
19.05.2026, 21:16  ✶  

Nie bez powodu Prudence pracowała ciągle w Ministerstwie. Swoje dodatkowe zajęcie traktowała raczej jako dodatkową rozrywkę, z której mogła wyciągnąć coś dla siebie. Potrzebowała źródła wiedzy, a jak wiadomo drobne przysługi całkiem nieźle pozwalały pogłębiać swoje zainteresowania, szczególnie te nie do końca legalne. Nie sądziła, aby była w stanie wyżyć z tego, co robiła w wolnym czasie, nigdy nawet nie brała pod uwagę takiej możliwości, potrzebowała raczej stałego źródła dochodu, a to gwarantowało jej Ministerstwo Magii.

- Kontrowersyjnie nie oznacza wcale, że mogłyby Ci zaszkodzić. - Cóż, faktycznie znała dość dobrze najbliższych Benjy'ego i wiedziała, że zapewne polecaliby jego usługi w bardzo specyficzny sposób, to było dość ekscentryczne grono. - Zawsze możesz też zmienić znajomych na bardziej cywilizowanych? - Wzruszyła jeszcze ramionami, starała się brzmieć poważnie, chociaż w tonie jej głosu dało się wyczuć charakterystyczną lekkość. Oczywiście, że nie było to poważnym pomysłem. - i myślę, że tak, takie słowa chyba w dzisiejszych czasach są najlepszą reklamą, nie wszyscy mogą się poszczycić tym, że ciągle żyją, to naprawdę spore osiągnięcie. - Te informacje mogły być naprawdę przekonywujące podczas nawiązywania nowych relacji biznesowych.

Tak właściwie to nie wydawało jej się, że Benjy potrzebował szeptania o jego osiągnięciach po kątach, jasne na początku mogło to nieco ułatwić mu wejście na lokalny rynek, jednak wystarczy odrobina cierpliwości i ludzie sami zaczną gadać o tym, że nowy, niesamowity klątwołamacz zagościł na Wyspach. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, chociaż wiedziała, że to wymaga czasu i cierpliwości, z tym mógł być drobny problem, bo o jej mężu można było powiedzieć naprawdę wiele, ale na pewno nie to, że należał do osób cierpliwych.

Skrzywiła się, kiedy usłyszała kolejne słowa padające z jego ust, chociaż raczej nie powinno jej to zaskoczyć. Mimo tego, że jej profesja była zupełnie różna od jego, to niestety również miała przyjemność zaznajomić się z tym, że niektórzy ludzie nie do końca przejmowali się higieną. W Mungu, cóż w Mungu miewała naprawdę różnych pacjentów, niestety w tej chwili przypomniała sobie bardzo okropny zapach, co spowodowało, że na jej twarzy pojawił się jeszcze większy grymas.

- Niestety, miałam szansę przekonać się, że niektórzy naprawdę mają gdzieś higienę, zdarzył mi się kiedyś facet, który mył się tylko w sabaty. - Wzdrygnęła się na samo wspomnienie o tym ewenemencie. - Zapewne to był ktoś jego pokroju, jeśli nie dbają o siebie, to co dopiero o swoje mieszkania. - Naprawdę ją to obrzydzało, chociaż w czasie pracy starała się zachować profesjonalizm, bywały jednak momenty, kiedy musiała wyjść za drzwi, żeby przypadkiem na kogoś nie zwymiotować.

- Nie umniejszaj sobie. - Spojrzała jeszcze na niego, tym razem całkiem poważnie, bo nie do końca podobało jej się w jaki sposób to powiedział. Nie każdy dzień musiał się przecież wiązać ze ściąganiem jakiejś spektakularnej klątwy, powtarzalność zdarzała się w większości profesji, niestety najczęstsze przypadki to były te najbardziej banalne, chyba w każdym zawodzie tak to wyglądało.

- Po prostu chciałam, żebyś wiedział, że są różne możliwości. - Nie chciała, żeby się nudził, czy męczył. Oczywiście nie chciała też, aby wyjeżdżał, jednak byłaby w stanie się trochę przemęczyć, aby był po prostu szczęśliwy. Miała świadomość, jak wyglądało jego życie do tej pory, spodziewała się, że może tęsknić za większymi wyzwaniami, dlatego właśnie starała się znaleźć jakieś jak najmniej, bolesne rozwiązanie. Nie chciała trzymać go przy sobie więdnącego, bo nie o to w tym wszystkim chodziło, doskonale zdawała sobie sprawę z tego z kim układała sobie życie.

- Obiecaj mi tylko, że jeśli zimowa szarówka zacznie Cię przygniatać, to mi o tym powiesz. - Doceniała jego słowa, naprawdę doceniała to, że nie chciał zniknąć nawet na kilka tygodni, wiele to dla niej znaczyło, tylko nie chciała, aby z jej powodu był nieszczęśliwy. Zależało jej na tym, aby wiedział, że są różne opcje, zawsze można znaleźć jakieś rozwiązanie. - Kiedy tak o tym mówisz, to faktycznie nie wiem, czy powinnam w ogóle coś takiego sugerować. - Negocjacje z pająkami były naprawdę dobrym argumentem do tego, aby jednak nie opuszczał jej nawet na chwilę. Ton jej głosu znowu stał się lekki, bardzo łatwo przychodziło im lawirowanie między tymi trudnymi tematami, a bardziej przyjemnymi.

- Tak, nie za bardzo możesz teraz odmówić, bo one zostały już poinformowane, że to Ty będziesz z nimi rozmawiał. - Nie miała sobie nic do zarzucenia, mimo, że trochę postawiła go przed faktem dokonanym. - To brzmi całkiem sprawiedliwie, nie będę zaglądać za szafę, jeśli one nie postanowią zasiedlać innych miejsc. - Idealny układ, pająki poza jej wzrokiem, a przy okazji brak komarów. Bardzo dobrze, że to jego mianowała na specjalistę od tej dziedziny.

Dom wymagał od nich sporo uwagi, to nie tak, że Ellie go zapuściła, jednak ciężko było ogarnąć wszystko w pojedynkę, nawet komuś z jej energią, zajmowała się przecież jeszcze ogrodem, a to też wymagało nakładu czasu i pracy. We dwójkę na pewno łatwiej będzie im utrzymać to wszystko we względnym porządku, chociaż nie wątpiła w to, że pewnie pojawią się jakieś niedociągnięcia. Wprowadzili się tu właściwie bez żadnego przygotowania, ale to akurat uważała za całkiem słuszne, dobrze było rozpocząć wspólne życie w zupełnie nowym miejscu.

- Niech będzie więc marynarz. - Tak naprawdę nie wiedziała co wolałaby mieć do ogarnięcia. Zarówno i piwnica i strych były dość mocno zapomniane, chociaż z dwojga złego, jak się nad tym zastanawiała to chyba wolałaby strych, tam spędziła więcej czasu, oczywiście nie powiedziała tego na głos, żeby nie wiedział iż miała jakieś preferencje.

- Jesteś pewien, że chcesz mi to obiecać? - Pokręciła jedynie głową, bo przecież nie miała do niego żalu o to, że praktycznie jedną nogą był już w grobie. Jasne, była wkurzona, tyle, że na tego wilkołaka, a nie na niego, nie miał wpływu na to, co spotka na swojej drodze podczas realizacji swoich zleceń. - Wiesz, że tego nie zapomnę, co nie? - Nie musiała mu przypominać o tym, że pamiętała wszystko, doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale jednak to zrobiła, dla jego dobra.

- Całkiem łatwo Ci to przyszło. - Uśmiechnęła się do niego, bo przecież wiedziała, że nie należał do osób, które chciałyby zostać obiektem eksperymentalnym, a jednak się na to zgodził. Zdecydowanie uważała, że to, co mu się przytrafiało było dziełem przypadku, a nie jakiegoś specjalnego przyciągania do jego osoby. Zamierzała mu to udowodnić, chociaż jeszcze nie wiedziała w jaki sposób, ale przecież właśnie na tym polegały eksperymenty. Grunt, że już udało im się postawić hipotezę, teraz tylko wystarczyło jej zaprzeczyć. Nie brzmiało to jak coś trudnego.

Zupa postanowiła przypomnieć o swoim istnieniu, co spowodowało dość szybką reakcję pani domu. Nie zamierzała pozwolić jej opuścić garnka, chociaż było bardzo blisko do tego nieszczęścia. Bardzo łatwo było w towarzystwie Benjy'ego zapomnieć o całym otaczającym ich świecie, oczywiście, że tak się stało i tym razem. Udało jej się jednak uratować kuchnię przed pomarańczową zagładą - na szczęście, mieli w tym domu i tak dostatecznie wiele do posprzątania.

Wyczuła go za sobą, miała wrażenie, że jej ciało zawsze potrafiło zauważyć, kiedy znajdował się tuż obok. - Wygląda trochę gorzej. - Zapach był całkiem przyjemny, to fakt, aczkolwiek wygląd nie zachęcał do jedzenia, przynajmniej jak na razie. - Zobaczymy, czy smakuje równie dobrze, co pachnie, czy równie fatalnie co wygląda. - Raczej nie zakładała tej drugiej wersji.

- Rozpraszasz szefa kuchni. - Mruknęła cicho, kiedy poczuła dotyk na swojej skórze. Odwróciła też powoli głowę, by na niego spojrzeć, na jej twarzy malował się uśmiech. Bardzo lubiła te ich wspólne wieczory, łatwo było zapomnieć o tym, że nie wszystko było takie proste, i gdzieś tam istniał ktoś, kto chciałby im to odebrać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
20.05.2026, 19:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2026, 19:21 przez Benjy Fenwick.)  
Moja żona miała rację, technicznie rzecz biorąc nie musiałem tłumaczyć się nikomu, ale prawda była trochę bardziej skomplikowana, bo w robocie, jaką wykonywałem, człowiek przez większość czasu tłumaczył się sam przed sobą, przed własnym rozsądkiem, przed bliskimi mu ludźmi, przed rachunkami, nie tylko materialnymi, przed świadomością, że jeśli źle oceni zlecenie albo odmówi nieodpowiedniej osobie, konsekwencje mogły wrócić do niego szybciej, niż by sobie tego życzył… Nie mogłem się z nią jednak nie zgodzić odnośnie zalet działania na własną rękę, co samo w sobie było doskonałym dowodem tego, jak bardzo zmieniła się nasza relacja - kiedyś pewnie zrobiłbym to z czystej przekory, nie potrzebując głębszego powodu ani nie kłopocząc się, by jakoś szczególnie mocno argumentować moje podejście, dziś byłem inny.
- Fakt, właściwie, całe moje szycie opiela się na kontlowelsji. - Nieznacznie poruszyłem brwiami, porozumiewawczo mrużąc do niej jedno oko, było coś wyjątkowo trafnego w tym podejściu do życia, przynajmniej dla mnie, Prue potrzebowała tej bezpiecznej, systemowej bazy, która dawała jej wolną rękę do karmienia swoich… Bardziej nieszablonowych zainteresowań, do krycia ich pod płaszczykiem ministerialnej codzienności, ja z kolei byłem zwierzęciem na wskroś wolnorynkowym, ze wszystkimi tego wadami i zaletami. Lokalny rynek, ze wszystkimi swoimi salonowymi konwenansami, dyskretnymi podszeptami i powolnym, niemal skostniałym rytmem, drażnił mnie jednak bardziej, niż byłem skłonny przyznać przed samym sobą - tu nie wystarczało być dobrym, trzeba było jeszcze sprawić, żeby odpowiedni ludzie chcieli zaryzykować dopuszczenie cię do własnych sekretów, rodzinnych katastrof i przeklętych piwnic, a to trwało. Moja własna niecierpliwość była zaś czymś, z czym na ogół nawet nie próbowałem walczyć, odkąd lata temu zorientowałem się, iż nigdy tego nie zmienię. Chciałem wszystkiego już, teraz, na własnych warunkach - tak, jak to działało w dziczy w terenie, gdzie o sukcesie decydowała następna sekunda, a nie to, czy zjadłeś obiad z odpowiednim urzędnikiem z Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
- Zmieniś? Na cywilizowanych? No wiesz co, Pluey… Niektószy s nich balso by się oblasili. - Fuknąłem pod nosem, ale rozbawienie wybrzmiewające w moim głosie natychmiast zdradziło, że ja sam ani trochę nie zamierzałem się obrażać. Kącik ust drgnął mi wyżej, lecz spojrzenie zatrzymało się na niej odrobinę dłużej, bo naprawdę słuchała - nie pytała tylko po to, żeby podtrzymać rozmowę, chciała wiedzieć, jak wyglądało moje życie, nawet te jego fragmenty, które dla większości ludzi były albo nudne, albo niezrozumiałe. Nadal nie do końca przywykłem do tego rodzaju zainteresowania - do tego, że ktoś rzeczywiście chciał wiedzieć, co robiłem, kiedy wychodziłem rano z domu, zamiast po prostu przyjąć, że „gdzieś pracuję” i tyle wystarczy.
Słowa o facecie, który z czystością kojarzył wyłącznie sabaty, wywołały u mnie nagłe, szczere parsknięcie - wyobraźnia, niestety, zadziałała natychmiast, podsuwając mi obraz kogoś, kto traktował mydło i wodę jako elementy skomplikowanego rytuału magicznego, odprawianego zaledwie kilka razy w roku.
- W sabaty? Na chuja Melina, to daje… Co? Jakieś osiem lasy w loku, wliczając pszesilenia? - Autentycznie się przy tym wzdrygnąłem, bo nawet z moim podejściem i historią zleceń robionych w różnych dziwnych, zapomnianych przez bogów i architektów węzłów sanitarnych miejscach, to było… Dużo.
Zamilkłem na chwilę, gdy upomniała mnie, bym sobie nie umniejszał, jej poważne spojrzenie sprawiło, że uśmiech na moment zniknął z moich ust, ustępując miejsca czemuś znacznie głębszemu, bardziej surowemu.
- Dobsze, szefie. Nie umniejszam. - Odchrząknąłem, kiwając głową w sposób podejrzanie ugodowy, doceniałem troskę, która mi oferowała, cholernie ją doceniałem, wiedziałem, że ta propozycja wyjazdu nie była próbą pozbycia się mnie zaledwie kilka tygodni po ślubie, ale sposobem na upewnienie się, że nie utonę w brytyjskim marazmie. Wiedziałem też dokładnie, co miała na myśli - monotonne, banalne zlecenia były częścią każdej pracy, nawet tej teoretycznie najbardziej ekscytującej, która w opowieściach dla dzieciaków wydawała się pasmem niekończących się przygód, tyle tylko że moje ego, podrażnione nagłą zmianą życiowego statusu na „właściciela ziemskiego całkiem przyzwoitej połaci terenu pod Londynem” i pana stojącego na niej domu, uparcie domagało się czegoś, co pozwoliłoby mi udowodnić - głównie samemu sobie - że powrót do Anglii nie oznacza wejścia w fazę powolnego, bezpiecznego uwiądu. Oczywiście, myśl o zestarzeniu się razem z kimś, kogo się kochało, była naprawdę przyjemna, lecz chciałem to robić na moich własnych zasadach.
- Obiecuję. - Odpowiedziałem, tym razem całkowicie rezygnując z ironii, głos miałem nieco chropowaty, co zrzuciłem na karb całodziennej pracy w niekorzystnych warunkach. - Jeśli poczuję, sze londyńska mgła zaczyna mi pszeszelaś mózg - mimowolnie wróciłem do typowego tonu - powiem ci o tym. Tymczasem nie tlaktuj mnie jak dzikiego zwieszęcia w klatce, Pluey. Sam wyblałem to miejsce. - I nie zamieniłbym go na żadne inne, ponieważ byliśmy tu razem - tylko we dwoje… Nie licząc pająków, rzecz jasna.
- Ach, czyli to była jednostlonna decyzja administlasyjna? Typowe dla Ministelstwa. - Prychnąłem, unosząc wzrok w kierunku zaciemnionego sufitu. - Cieszę się, sze doszliśmy do polosumienia. - Cóż, sprawa była załatwiona, osobiście zamierzałem dopilnować porządku w tej kwestii, więc jeśli jakikolwiek ośmionogi agresor zamierzał złamać te postanowienia i nieoczekiwanie pojawić się w zasięgu wzroku Prudence, miał zostać natychmiast deportowany za pomocą lewitacji poza nasz dom, bez prawa powrotu.
Kwestia gry w marynarza w sprawie strychu i piwnicy wisiała w powietrzu, była zbyt uświęconą tradycją, by z niej rezygnować, ale moje myśli na moment uciekły ku jej pytaniu o moją obietnicę dotyczącą „spektakularnych powrotów”.
- Jestem pewien. - Stwierdziłem zdecydowanym tonem, krzyżując z nią spojrzenie, gdyż wiedziałem, że nie żartowała w sprawach swojej wybitnej - albo wybitnie mnie czasem pogrążającej - pamięci. Teraz, kiedy już wiedziałem, z czego wynikała jej znajomość wszystkich szczegółów i detali, jakie miały się szansę kiedykolwiek pojawić, nie zamierzałem już tak łatwo dawać się zrobić na szaro.
Uwaga o tym, jak łatwo przyszło mi wejście w rolę „obiektu badawczego”, wywołała u mnie ciche fuknięcie.
- Dla dobla nauki, Pluey, tylko dla dobla nauki. - Przypomniałem, mrugając do niej, zanim zupa w kuchni postanowiła o sobie przypomnieć nagłą groźbą wykipienia na wszystko dookoła, która - całe szczęście - nie miała odzwierciedlenia w faktycznym przebiegu sytuacji. Ta była cokolwiek milsza… Uwaga o tym, że rozpraszam szefa kuchni, spotkała się wręcz z moim cichym, gardłowym śmiechem, całkowicie przywracając mi znacznie lepszy humor.
- Szef kuchni jest więc zbyt łatwy do wytląsenia w lównowagi. Powinien mieś większą odpolność na zewnętszne bodźce. Nie sądzisz? - Szepnąłem, niemal dotykając swoimi ustami szyi żony, a mój uśmieszek stał się nieco bardziej zuchwały. Nieznacznie cofnąłem podbródek dopiero wtedy, kiedy Prue odwróciła się w moją stronę, ale nie zwiększyłem dystansu ani o centymetr, wciąż czując ciepło jej skóry pod palcami. Przeniosłem wzrok z powrotem na garnek, wpatrując się w wątpliwe walory wizualne kulinarnego dzieła - rzeczywiście, zupa miała barwę, która w świecie eliksirów mogłaby zwiastować albo natychmiastowy zgon albo gwałtowne halucynacje, ale unoszący się zapach skutecznie przeczył tym obawom, więc przecząco pokręciłem głową, wracając do wzrokiem do znacznie bardziej interesującego mnie widoku. Już miałem rzucić odpowiedź, kiedy…
- Co masz na policzku? - Spytałem, przymrużając powieki i muskając opuszką palca kość jarzmową żony.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5476), Prudence Fenwick (4748)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa