• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue

[15.09.1972] I shall not hear the nightingale sing | Benjy, Prue
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
04.06.2026, 16:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2026, 20:18 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Dom wydawał się jeszcze większy niż zwykle, cichszy, jakby wszyscy jego tymczasowi mieszkańcy rozpłynęli się gdzieś pomiędzy salonami, biblioteką, szklarniami i ogrodami, zostawiając mnie sam na sam z własnymi myślami. Oparłem biodro o kuchenny blat i bezrefleksyjnie zapatrzyłem się przez okno na krajobraz rozciągający się tuż za lewym skrzydłem budynku, zapominając o tym, po co tu właściwie przyszedłem, ale nic sobie z tego nie robiąc - nie potrzebowałem się spieszyć, nie miałem nic na głowie. Wróciłem do posiadłości niedługo po wybiciu godziny trzynastej, akurat tuż przed nadciągającą zawieruchą, która zbliżała się teraz od strony klifów - ciężkie chmury wisiały nisko nad wrzosowiskami, a drzewa otaczające posiadłość coraz mocniej poruszały gałęziami, lecz powietrze było jednocześnie dziwnie nieruchome i duszne, pełne tego charakterystycznego napięcia przyprawiającego mnie o gęsią skórkę, kojarzącą mi się z tym elektrycznym wrażeniem rozchodzącym się po ciele tuż przed uderzeniem pioruna gdzieś w pobliżu miejsca, w którym się znajdowałem - ten specyficzny, brytyjski chłód czaił się gdzieś tuż pod powierzchnią, gotowy przypomnieć o sobie, kiedy tylko słońce zacznie chylić się ku zachodowi, ja jednak czułem się zadziwiająco… Ciepło, nie była to wyłączna zasługa rozpalonych kominków oraz miodowego światła wypełniającego kuchnię - oczywiście, że nie - i nie zamierzałem wmawiać sobie inaczej.
Czekało mnie jeszcze tak wiele… Wciąż czułem zmęczenie po ostatnich dniach, nie było to jednak już tylko to wcześniejsze, złe wyczerpanie - nie takie, które wciskało się pod skórę po nieprzespanych nocach, walkach, pożarach albo wyprawach kończących się czyimś pobytem w polowym punkcie uzdrowicielskim, to było inne, przyjemniejsze, jak po bardzo długiej wędrówce w konkretnym celu albo po czymś, czego nie chciało się kończyć… Cóż, człowiek może spędzić lata, próbując coś zrozumieć, a później jedna noc wywraca całą teorię do góry nogami, poruszając ciąg wydarzeń prowadzących w najbardziej nieoczekiwane strony życia. Do tej pory, gdy tylko jakaś sytuacja zaczynała przypominać coś chociaż trochę poważniejszego, mogącego niepotrzebne pokomplikować mi moje własne sprawy, mój mózg uruchamiał wszystkie alarmy przeciwpożarowe jednocześnie i podpowiadał natychmiastową ewakuację. Tym razem nie, tym razem było… Inaczej, czułem to całym sobą, ten dzień był czymś innym, kolejnym krokiem w głąb czegoś, czego nigdy nie przewidywałem.
Gdzieś w głębi domu skrzypnęła podłoga.
Daleko za oknem przemknął jakiś ptak.
Nic więcej.
Tylko spokój.
Spokój…
Powolne kapanie deszczu…
Stukot kropli…
I…
Właśnie wtedy usłyszałem charakterystyczne stuknięcie o szybę…
Puk.
Puk.
Skrob.
Szur.
Spokój…
Spokój przed gniewem żywiołu…

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
04.06.2026, 16:56  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
04.06.2026, 21:26  ✶  

Nie było jej łatwo przywyknąć do przebywania w tej rezydencji. Była ogromna, można się było w niej zgubić. Podobało jej się jednak to chwilowe oderwanie od rzeczywistości. Nie pamiętała, kiedy ostatnio spędziła tyle czasu poza stolicą, i nigdy chyba nie podobało jej się to tak bardzo. Czuła się trochę jak na wakacjach, dobrze było odetchnąć, odsunąć się na moment od tego, co działo się w Londynie. Niby bywała tam codziennie, ale służyła jej ucieczka od miasta w czasie wolnym. Nie musiała patrzeć na te wszystkie szkody wyrządzone przez ogień, do tego zupełnie przypadkowo jej życie nabrało bardzo żywych kolorów. Dawno nie czuła takiej ekscytacji, nie wiedziała, że jeszcze w ogóle tak potrafi, zaczęła żyć i naprawdę jej się to podobało.

Nie czuła się tu jednak jak u siebie. Była gościem, dostała swoją tymczasową sypialnię, która w sumie okazała się być jej wcale niepotrzebna, nie spędzała już nocy sama, co było całkiem wyjątkowe, Prudence nie należała do osób, które spontanicznie pozwalały sobie na nawiązywanie bardzo bliskich relacji. Wszystko się jednak zmieniło, kiedy znowu pojawił się na jej drodze, nie zastanawiała się nad tym, czy powinna to robić, wyłączyła myślenie, robiła to na co miała ochotę, nie licząc się z konsekwencjami, które miały nadejść. Wiedziała, że to zaboli, może nawet bardziej niż kiedyś, ale to jak się czuła w tej chwili było tego warte.

Czytała właśnie książkę, kiedy zerwał się silniejszy wiatr. Nadchodziła burza, zresztą dało się ją wyczuć już po tym poranku, kiedy powietrze było wyjątkowo gęste i duszne. Lubiła burze, uwielbiała oglądać spektakle, które urządzały na niebie, wpatrywać się w nieokiełznaną siłę żywiołu. Zastanawiała się, czy Benjy zdążył już wrócić, czy deszcz miał go złapać w czasie drogi do rezydencji. Nie słyszała na korytarzu żadnych kroków od jakiegoś czasu, w sumie dom był tak wielki, że wcale nie było to zaskakujące. Złożyła książkę i położyła ją na niewielkim stoliku, sama zaś postanowiła udać się po herbatę, by móc za chwilę obserwować z kubkiem w dłoni to przedstawienie na niebie.

Znała drogę do kuchni, co nie było takie oczywiste, gubiła się w tej rezydencji kilka razy w ciągu dnia, mimo swojej doskonałej pamięci, była pełna zawiłych korytarzy, zbyt krótko tutaj przebywała, aby zaznajomić się ze wszystkimi. Poruszała się cicho, nie chcąc nikomu przeszkadzać. W końcu dotarła do kuchni, gdzie dojrzała znajomą sylwetkę. Benjy wpatrywał się w okno opierając się o blat. Przyglądała się mu przez krótką chwilę, jej serce zaczęło bić szybciej, reagowała na jego obecność bardzo intensywnie, na jej twarzy pojawił się uśmiech kiedy tylko go zobaczyła.

- Zdążyłeś przed deszczem. - Powiedziała w końcu, robiąc kolejny krok. Przeszkodziła mu, ale nie sądziła, że będzie miał jej to za złe. Całkiem szybko znalazła się tuż obok niego, zawahała się przez moment, ale w końcu się do niego przytuliła, w końcu nazwali się już parą, mogła tak robić, nawet jeśli była to relacja z określonym terminem ważności.

Przeniosła wzrok na szybę, bo usłyszała stuknięcie, najwyraźniej coś chciało przypomnieć o swojej obecności.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
07.06.2026, 18:19  ✶  
Przez krótką chwilę patrzyłem na ciemniejące niebo za oknem, burzowe chmury zbierały się coraz gęściej nad posiadłością, ciężkie i granatowe, przecinane sporadycznymi błyskami światła gdzieś daleko na horyzoncie. Nie wiedziałem, co dokładnie się zmieniło, ale coś zdecydowanie się zmieniło, we mnie i w otaczającym mnie świecie, jeszcze kilka miesięcy wcześniej ktoś musiałby mnie zakląć albo porządnie uderzyć w głowę, żebym dobrowolnie siedział na dupie, nie myśląc o szukaniu szczęścia gdzieś za siedmioma górami, za siedmioma lasami, i zastanawiał się nad tym, jak bardzo cieszyła mnie obecność drugiego człowieka, a jednak właśnie tym się teraz zajmowałem. Co gorsza, nie miałem nawet ochoty z tym walczyć, bo za każdym razem, gdy przypominałem sobie jej uśmiech albo sposób, w jaki wtulała się we mnie nad ranem, w mojej klatce piersiowej rozlewało się coś ciepłego i spokojnego, czego nie potrafiłem ani nazwać, ani skutecznie zignorować.
Za oknami zbierały się ciężkie chmury, powietrze było duszne, pełne tej charakterystycznej ciszy poprzedzającej burzę, gdy cały świat wydawał się czekać na pierwszy głośny grzmot, wrzosowiska w oddali ciemniały z każdą minutą, a korony drzew poruszały się coraz niespokojniej pod naporem wzmagającego się wiatru. Lubiłem taką pogodę, było w niej coś idealnie pasującego do chaosu, jaki zazwyczaj odczuwałem…
Usłyszałem kroki, lecz zareagowałem na nie dopiero wtedy, gdy były już całkiem blisko, nie odwróciłem się od razu, ale uśmiechnąłem się pod nosem, bo rozpoznawałem je coraz łatwiej, zdecydowanie bardziej intuicyjnie, niż powinienem. To było absurdalne, bo rezydencja pełna była ludzi, a jednak moje ciało nauczyło się już wychwytywać jej obecność szybciej, niż chciałbym przyznać. Jeszcze niedawno uznałbym podobną umiejętność za niepokojący objaw, teraz natomiast przyjmowałem ją z zaskakującym spokojem. Biorąc pod uwagę ostatnie miesiące, można było uznać, że całkiem spora część moich decyzji należała do kategorii wątpliwych, tylko że akurat tej jednej, stojącej już praktycznie obok mnie, nie zamierzałem wrzucać do tego samego worka, choć zdrowy rozsądek prawdopodobnie próbowałby protestować. Dopiero gdy odezwała się zza moich pleców, odwróciłem lekko głowę przez ramię.
Nadal nie byłem do tego przyzwyczajony, do tego, że czyjaś obecność potrafiła poprawić mi humor bardziej niż dobra whisky, pełna sakiewka galeonów albo tydzień bez żadnej klątwy próbującej urwać mi rękę.
- Zdążyłem. - Odpowiedziałem z lekkim uśmiechem, obserwując Pruey, gdy podchodziła bliżej. - Chociasz pszy tempie, w jakim zbielają się chmuly, pewnie zablakło niewiele. Jeszcze godzina i wlaaałbym tu wpław. - Moje spojrzenie zatrzymało się na niej odrobinę dłużej, niż wymagała tego zwykła rozmowa, nie miałem nawet najmniejszego zamiaru udawać, że tego nie robiłem, po wydarzeniach ostatnich dni wydawało się to pozbawione sensu, szczególnie że sam coraz częściej łapałem się na tym, że po prostu lubiłem na nią patrzeć.
Kiedy znalazła się tuż obok mnie i po krótkim zawahaniu wtuliła się w moje ramię, nie zastanawiałem się ani chwili - objąłem Prue odruchowo wolnym ramieniem, przyciągając ją nieco bliżej, jakby był to najbardziej naturalny gest na świecie, choć jeszcze kilka tygodni wcześniej prawdopodobnie wywołałby u mnie przynajmniej krótkie zwarcie w układzie nerwowym, teraz nie musiałem się nad tym zastanawiać. Nie analizowałem, nie szukałem drugiego dna, po prostu oparłem policzek na czubku jej głowy na krótką chwilę i spojrzałem za okno, gdzie ciężkie chmury zwiastowały nadciągające apogeum gniewu żywiołu, zbierając się coraz gęściej nad dachami rezydencji. Przez krótką chwilę nie powiedziałem nic, słuchałem jedynie odległego pomruku grzmotu, który przetoczył się gdzieś nad wzgórzami, i czułem jej ciepło przy swoim boku. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej podobna scena wydałaby mi się czymś kompletnie nieprawdopodobnym, a teraz stała się częścią mojego dnia tak naturalnie, że dopiero po czasie docierało do mnie, jak bardzo wszystko się zmieniło.
Właśnie wtedy ponownie rozległo się charakterystyczne stuknięcie o szybę, zmarszczyłem lekko brwi i przeniosłem wzrok na okno, tym razem wreszcie dostrzegając, iż na przeciwległym parapecie rzeczywiście siedziała sowa, mokra od wilgoci unoszącej się w powietrzu i wyraźnie niezadowolona z faktu, że musi czekać. Przez chwilę patrzyła na nas z tak oskarżycielskim wyrazem ślepi, jakbyśmy osobiście odpowiadali za zbliżającą się wichurę.
Nie puściłem Prudence od razu, jeszcze przez moment stałem z ramieniem przewieszonym przez jej barki, ciesząc się tą krótką, spokojną chwilą, zanim rzeczywistość znowu postanowi się o coś upomnieć. Dopiero kiedy ptak stuknął dziobem w szybę po raz kolejny, wyraźnie tracąc cierpliwość, niechętnie odsunąłem się od niej i ruszyłem w stronę ptaka.
- Dobsze, dobsze, jusz idę. - Pokręciłem głową, podchodząc bliżej, otworzyłem okno dokładnie w chwili, gdy rozległ się kolejny mocny huk, pierwszy silniejszy podmuch wiatru wdarł się do środka wraz z zapachem deszczu i mokrej ziemi. Sowa natychmiast sfrunęła do kuchni, dopiero wtedy zauważyłem przywiązaną do jej nogi kopertę, odwiązując ją w akompaniamencie niezadowolonych pohukiwań, brzmiących przy okazji dostatecznie pospieszająco, bym zaledwie minutę później wypuścił posłańca z powrotem na zewnątrz. Nie rozpoznałem ani ptaka, ani charakteru przesyłki, ale na razie nie poświęciłem temu większej uwagi, najpierw zamknąłem okno przed coraz silniejszym wiatrem, a potem obróciłem się w kierunku mojej dziewczyny, lekko wzruszywszy ramionami, gdy napotkałem jej spojrzenie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
07.06.2026, 21:11  ✶  

Zaskakująco łatwo było jej się przyzwyczaić do tej nowej rzeczywistości. Jeszcze kilka dni temu tkwiłaby w swoim mieszkaniu, w towarzystwie swojego szczura i była całkiem zadowolona z tego, jak wygląda jej życie. Teraz wiedziała, że ma prawo chcieć czegoś więcej, że jej również należy się odrobina szczęścia. Niby ruszyła się z pokoju tylko po to, aby zrobić sobie herbatę, w głębi duszy liczyła jednak na to, że znajdzie towarzystwo, że będzie dane jej go spotkać. Rezydencja była pełna ludzi, a ona miała nadzieję, że przyjdzie jej natknąć się właśnie na niego. Na pewno by ją znalazł, o ile już by wrócił, jednak nie mogła się doczekać spotkania, dlatego właśnie postanowiła wybrać się na ten drobny spacer.

Nie przywykła do tego, że jej serce biło szybciej na samą myśl o danej osobie, to było czymś nowym, tak samo jak ta ekscytacja związana z tym, że nie miał nic przeciwko temu, aby spędzać z nią czas, również tego chciał. Udało im się nawet dojść do konsensusu, wyjaśnili sobie wszystko. Okazało się, że mijający czas pozwolił im zostawić za sobą wszystkie niesnaski. Dobrze było wiedzieć, że jednak ma serce, nie jest taka obojętna, jakby się jej mogło wydawać, zawsze zresztą miała sentyment do jego osoby, pewnie to nigdy nie miało się zmienić.

Kiedy więc dostrzegła znajomą sylwetkę, która opierała się o blat uśmiechnęła się sama do siebie. Była szczęśliwa, że już wrócił do domu. Nie okazywała jednak jakoś wylewnie swojego entuzjazmu, jeszcze nie do końca wiedziała na ile może sobie pozwolić. Nie chciała zachowywać się jak jakaś otumaniona nastolatka, nie była jednak w stanie oszukiwać samej siebie, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że uczucie, którym kiedyś go darzyła do niej wróciło, a być może tylko czekało zakopane bardzo głęboko, by się obudzić. Wtedy mogła próbować to wypierać, teraz wiedziała, że nie miało to najmniejszego sensu, pogodziła się z tym, że tak na niego reagowała. Zawsze miał być dla niej kimś wyjątkowym. W tym miejscu i czasie mogła pozwolić sobie na to, aby znajdować się blisko. Miała świadomość, że nie potrwa to długo, ale ten jeden raz chciała czegoś więcej, nawet jeśli było to tylko chwilowe. Nie sądziła bowiem, aby kiedykolwiek miała możliwość poczuć coś takiego do kogoś innego, chciała się tym nacieszyć, zbyt wiele lat nie miała takiej możliwości, aby teraz trzymać się od niego z daleka.

- Na szczęście nie musiałeś sprawdzać, czy udałoby Ci się tutaj dopłynąć. - Na pewno by mu się udało, znając go i jego upór, jednak naprawdę cieszyło ją to, że zdążył przed burzą. Przynajmniej nie musiała się martwić o to, czy dojdzie bez przeszkód do rezydencji. Odruchem bowiem było dla niej zastanawianie się nad tym, czy aby na pewno był bezpieczny, przyszło jej to całkiem szybko. Wsunęła się pod jego ramie, objął ją niemalże od razu, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, codzienność. Bardzo łatwo było jej się przyzwyczaić do tych gestów. Korzystała z tego momentu, napawała się tą bliskością, ciepłem jego ciała, nigdy nie miała wyprzeć tego wspomnienia z pamięci, była przekonana, że będzie wracać do tych momentów podczas swoich najciemniejszych dni, będą jej je nieco rozjaśniały.

Stuknięcie o szybę spowodowało, że przestała skupiać się na swoich myślach. Przeniosła wzrok w stronę okna, zmrużyła oczy, najwyraźniej sowa nalegała na to, aby wpuścić ją do środka. Nie powinno ich to dziwić, pogoda zdecydowanie nie sprzyjała fruwaniu po niebie. Miała wrażenie, że spogląda na nich oceniająco, jakby w ten sposób mogła spowodować, że wpuszczą ją szybciej. Benjy po chwili postanowił to zrobić, odsunął się od niej, zbliżył do okna, wpuścił zwierzę do środka, a wraz z nim wiatr i ten charakterystyczny zapach burzowego powietrza. Włosy jej drgnęły poruszone nagłym podmuchem wiatru, na zewnątrz panowała naprawdę spektakularna zawierucha. Sowa wleciała do środka, zostawiła kopertę, a później znowu znalazła się na zewnątrz. Ktoś miał coś pilnego do załatwienia, skoro postanowił ją tu wysłać podczas takich warunków atmosferycznych.

- Nie otworzysz tego? - Zapytała jeszcze, kiedy Benjy się do niej odwrócił. - Pewnie to jakieś pilne zlecenie, wydawała się być strasznie przejęta. - Sowa bardzo intensywnie stukała w szybę, jakby sprawa, którą miała przekazać była niecierpiąca zwłoki. - Wolałabym jednak, abyś teraz nie musiał stąd wychodzić. - W końcu ledwie wrócił, liczyła na to, że spędzą razem trochę czasu, póki miała go obok chciała nacieszyć się jego obecnością, co być może było odrobinę egoistyczne, ale wcale nie miała sobie nic do zarzucenia.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
07.06.2026, 21:49  ✶  
Za oknem rozległ się kolejny grzmot, tym razem bliższy, deszcz zaczął już na dobre bębnić o szyby, gęstymi smugami spływając po szkle i rozmazując krajobraz za oknem w szaro-zieloną plamę. Kuchnia wydawała się przez to jeszcze bardziej odcięta od reszty świata, ciepła i bezpieczna w kontraście do szalejącego na zewnątrz żywiołu.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jej uwagę o pływaniu, nie było w tym nawet przesady, znała mnie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że gdybym naprawdę musiał wrócić do rezydencji podczas ulewy, prawdopodobnie próbowałbym dotrzeć tutaj za wszelką cenę, a dopiero później zastanawiał się, czy był to rozsądny pomysł. Rozsądek i ja od dawna utrzymywaliśmy raczej luźną znajomość, nie należał on do najbardziej wyrazistych cech mojego charakteru i nic się pod tym względem nie zmieniło przez ostatnie lata.
W świetle nadciągających chmur ogród wydawał się ciemniejszy niż jeszcze pół godziny wcześniej, a wiatr szarpał gałęziami drzew coraz mocniej, zmuszając je do uginania się pod kolejnymi podmuchami, Exmoor miało w sobie coś szczególnego podczas takich chwil, coś dzikiego i surowego, jakby cała okolica przypominała człowiekowi, że natura potrafi być piękna dokładnie dlatego, że nie przejmuje się ludzkimi planami. Sowa, która chwilę wcześniej przyniosła grubą, podejrzanie ciężką kopertę, odleciała tak samo niespodziewanie, jak się zjawiła, zostaliśmy sami. Normalnie pewnie od razu zainteresowałbym się listem, szczególnie takim, który przyleciał bez adresu zwrotnego i najwyraźniej wymagał dostarczenia mimo coraz gorszej pogody, ale tego dnia wyjątkowo trudno było mi skupić się na czymkolwiek innym niż kobieta stojąca kilka kroków ode mnie.
- Obstawiasz glośby śmielsi, plóbę wyłudzenia pieniędzy czy mosze wleszcie ktoś postanowił napisaś oficjalny list s glatulacjami za całokształt moich katastlofalnych decyzji szyciowych? - Mruknąłem pod nosem, cicho, lecz bez wątpienia kierując te słowa w stronę mojej dziewczyny, nawet jeśli zwróciłem wzrok w kierunku przesyłki. - Mosliwe, sze to zlecenie. - Przyznałem po chwili. - Mosliwe tesz, sze ktoś chce spszedaś mi cudowny eliksil na polost włosów albo pszekonaś mnie, sze jestem dawno zaginionym księciem jakiegoś egzotycznego państwa. Nigdy nie naleszy wykluczaś najbalsiej plawdopodobnych opcji. - Mrugnąłem do niej, unosząc wzrok. Przeszedłem kilka kroków z powrotem w jej stronę, nie otwierając jeszcze listu, coś we mnie opierało się temu przez tych kilka dodatkowych sekund, jakbym podświadomie nie chciał wpuszczać do tego domu niczego z zewnątrz, chociaż przecież już to zrobiłem, pozwalając sowie wlecieć do środka. Ten dzień był jednak dziwnie dobry, nie idealny, bo takich nie było, ale wystarczająco spokojny, żebym miał ochotę zatrzymać go jeszcze na chwilę dokładnie takim, jaki był.
- Poza tym jesteś świadoma, sze właśnie oblaziłaś moją leputasję lekkoducha? - Zapytałem, zatrzymując się obok niej. - Sugelujesz, sze jeśli dostanę wezwanie, natychmiast szusę wszystko, wyskoczę pszes okno i pobiegnę latowaś świat pszed kolejną katastlofą? - Pochyliłem głowę nieco niżej, przyglądając jej się z rozbawieniem. - Myślałem, sze pamiętasz, jakim jestem egoistą, kochanie. Jeśli to nie zapowiedź apokalipsy, nie popsuje nam leszty dnia. Słowo halcesza. - Słynne „ostatnie słowa”… Anonimowy list nadal ciążył mi w dłoni, jeszcze go nie otworzyłem, jeszcze przez kilka sekund mogłem udawać, że świat pozostaje dokładnie taki jak przed chwilą, że nie kryje się w nim żadna przykra niespodzianka, żadna tragedia ani żaden problem czekający tuż za rogiem i… Może właśnie dlatego zwlekałem… Bo po raz pierwszy od bardzo dawna miałem coś, czego naprawdę nie chciałem wypuszczać z rąk, nie tylko metaforycznie, nawet na moment.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
07.06.2026, 22:42  ✶  

Prudence wolała nie zastanawiać się nad tym, jak zwierzak zamierza poradzić sobie z lotem podczas tego panującego na zewnątrz Armagedonu. Obawiała się, iż jeśli zacznie to robić, to otworzy okno i zacznie zachęcać ją do powrotu, bo pogoda zdecydowanie nie sprzyjała podniebnym wojażom, a nie wiadomo przecież do kogo należało to stworzenie. Nie mogła zatrzymać go tutaj siłą, mimo, że obawiała się o jego bezpieczeństwo. Wolała więc założyć, że sowa wiedziała co robi, dzięki temu nie musiała się nią już przejmować.

Zawierucha dopiero się zaczynała, Prue miała pewność, że będą mogli dzisiaj doświadczyć naprawdę niesamowitego spektaklu, który właśnie rozpoczynał się na nieboskłonie. Natura lubiła od czasu do czasu przypominać o swojej sile, ten wieczór miał być jednym z takich przypomnień. Ciężkie chmury nie miały szybko zniknąć, otulały okolicę. Mieli szczęście, że znajdowali się w tej kuchni, z takiej perspektywy lubiła podobne sytuacje, gorzej byłoby gdyby właśnie znajdowali się w środku lasu, wtedy zapewne zaczęłaby panikować, a tak czuła się bezpiecznie, zwłaszcza, kiedy Benjy stał obok niej.

- Często Ci się to zdarza? - Zmrużyła oczy i przyglądała mu się uważnie. Groźby śmierci nie brzmiały szczególnie optymistycznie, przez to, co powiedział zastanawiała się, jak wiele ich dostaje i jak często musi czytać podobne treści listów. W sumie mogła się tego spodziewać, przynajmniej odrobinę, bo przecież miała świadomość, że mógł narazić się wielu osobom, nie oznaczało to jednak, że mogli tak po prostu do niego wypisywać.

- Z wszystkiego co wymieniłeś, ten książę egzotycznego państwa brzmi najciekawiej, myślisz, że obiecaliby Ci własny pałac? - Widać możliwości było naprawdę wiele, nie wydawało jej się, aby ktoś wysyłał sowę w taką pogodę z takiego powodu. W sumie to mogła się oczywiście mylić, oszuści lubili korzystać z okazji, jednak nie trafili na łatwy okaz do podjęcia podobnej próby. Jej chłopak miał przecież głowę na karku, nie należał do osób, które dałyby się oszukać.

Była ciekawa, co znajduje się w środku, Benjy jednak nie spieszył się z otwarciem koperty. Może to i lepiej, naprawdę nie chciała, żeby przeczytał coś, co spowoduje, że będzie musiał opuścić rezydencję.

Uśmiechnęła się, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. Najwyraźniej nic nie miało im popsuć tego wieczoru. Całkiem niedawno przeżyli jedną apokalipsę, nie spodziewała się szybko kolejnej, mimo tego, że raczej nie należała do optymistów.

- Zrobiłam to zupełnie nieświadomie. - Nie miała niczego na swoje usprawiedliwienie. Faktycznie Benjy należał do osób, które miały specyficzne nastawienie do życia, najwyraźniej nie zamierzał jej tutaj tak po prostu porzucić z racji na to, że mogło mu się trafić kolejne zlecenie, to było całkiem miłe. Znalazł się bliżej niej, przez co musiała nieco zadrzeć głowę do góry, by na niego spoglądać. - Niczego nie sugeruję. - Dodała jeszcze, chociaż faktycznie jeszcze kilka sekund wcześniej miała pewne obawy, które okazały się być zupełnie bezpodstawne. - Zlecenie nie ucieknie, czy coś. - Nie miała co do tego pewności, nie do końca wiedziała, jak działało to w jego świecie, najwyraźniej jednak wcale nie musiał być na każde zawołanie. Doskonale. - Nie sądziłam, że ten Twój egoizm będę kiedykolwiek uznawała za coś pozytywnego. - Widać było, że wiele mogło się zmienić w zależności od punktu widzenia.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
08.06.2026, 00:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.06.2026, 00:25 przez Benjy Fenwick.)  
Burza była już praktycznie nad nami, dokładnie taka, jakie zawsze lubiłem najbardziej, gwałtowna, nieprzewidywalna i pozbawiona jakiejkolwiek subtelności. Spojrzałem przez okno, za którym niebo przecięła jasna błyskawica, rozcinając granat chmur i rozświetlając wrzosowiska ostrym, srebrzystym światłem. Jeszcze niedawno prawdopodobnie szukałbym wymówki, żeby zająć czymś ręce, głowę albo całego siebie, teraz perspektywa spędzenia kilku spokojnych godzin w rezydencji wydawała mi się podejrzanie kusząca. Nie próbowałem się nawet łudzić, co było przyczyną tego stanu - zaledwie kilka tygodni temu podobna bliskość wydawałaby mi się czymś nierealnym, należącym do alternatywnej rzeczywistości, w której ludzie nie komplikowali wszystkiego do granic możliwości, teraz zaś obejmowałem Prue bez zastanowienia, a kiedy wtuliła się pod moje ramię, nie pojawił się we mnie nawet cień dystansu, wręcz przeciwnie, miałem nieodparte wrażenie, że właśnie tam było jej miejsce. Ta myśl była równie przyjemna, co niebezpieczna - niebezpieczna dlatego, że zaczynałem się do niej przywiązywać szybciej, niż powinienem. Nie mówiłem tego na głos, nie chciałem psuć tej chwili analizowaniem rzeczy, które i tak siedziały mi gdzieś z tyłu głowy, wystarczająco dużo czasu zmarnowaliśmy już na niedopowiedzenia, ostrożność i udawanie, że pewne sprawy nie istniały, kiedy w rzeczywistości były obecne przez cały czas, tylko żadne z nas nie chciało spojrzeć im prosto w twarz.
Kiedy sowa odleciała po dostarczeniu przesyłki, odprowadziłem ją wzrokiem przez moment, obserwując, jak znika pomiędzy coraz cięższymi kroplami deszczu, chwilę później zamknąłem okno, odcinając od kuchni wyjący wiatr, który jeszcze przed sekundą próbował wedrzeć się do środka razem z burzą. Deszcz zaczął już bębnić o szyby z taką siłą, że niemal zagłuszał wszystko inne, lecz nie te konkretne słowa… To, że Prudence wolałaby, żebym nigdzie teraz nie wychodził, było absurdalnie miłe do usłyszenia, może szczególnie dlatego, że nie pamiętałem, kiedy ostatni raz ktoś mówił to w taki sposób, nie z obowiązku, nie dlatego, że wymagała tego przyzwoitość, ale dlatego, że zwyczajnie chciał mojej obecności. Coraz częściej łapałem się na tym, że zwyczajnie lubiłem słyszeć podobne rzeczy z jej ust, nawet jeśli rozsądniejsza część mojego umysłu sugerowała, że przywiązywanie się do nich mogło - a nawet wręcz musiało - być bardzo głupim pomysłem.
Parsknąłem cichym śmiechem, kiedy zapytała, czy często dostawałem groźby śmierci, ale odpowiedź przyszła mi odrobinę wolniej niż zwykle - spojrzałem na nią i od razu zauważyłem tę troskę, której chyba nawet specjalnie nie próbowała ukrywać, to było coś, do czego nadal nie potrafiłem się przyzwyczaić. Przez większość życia radziłem sobie sam, a jeśli ktoś martwił się o mnie, zwykle kończyło się to wykładem o moim braku rozsądku, w jej wykonaniu wyglądało to inaczej, dopiero kiedy zadała to pytanie, zdałem sobie sprawę, jak absurdalnie normalna stała się dla mnie pewna część rzeczywistości, która dla większości ludzi powinna brzmieć co najmniej niepokojąco.
Opuściłem wzrok na kopertę obracaną między palcami, a potem wzruszyłem lekko ramionami.
- Częściej, nisz powinno. Szadziej, nisz mogłoby. - Przyznałem bez większego dramatyzmu. -Większość ludzi, któszy naplawdę chcą mnie zabić, zwykle nie upszedza o tym listownie. - Uniosłem lekko brew, bo sposób, w jaki zmrużyła oczy, przypominał mi uzdrowiciela próbującego ocenić, czy pacjent właśnie całkowicie świadomie powiedział coś niepokojącego, czy po prostu nieświadomie nie był do końca stabilny i mógł tym zrobić sobie głębszą krzywdę. W moim przypadku obie możliwości zwykle pozostawały równie prawdopodobne, dlatego nie mogłem mieć jej za złe tej ostrożności, byłem jej też winien uściślenie, z którym pospieszyłem. - Znaczy, zaleszy od oklesu. Bywały epizody, kiedy ludzie chcieli mnie zabiś znacznie balsiej nisz zwykle, ale na szczęście większość miała na tyle pszyzwoitości, szeby plóbować zlobiś to osobiście. Ci najbalsiej…Swojscy na pewno pszyszliby osobiście, jeśli o to pytasz, nie pisaliby mi listów miłosnych. Jest w tym pewna stalomodna elegancja, wiesz, któlą najwylaśniej nadal cenią. Ja zlesztą tesz, znasz mnie, nie wieszę w puste słowa. - Mówiłem to tonem tak swobodnym, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie albo cenach dyni na targu, co samo w sobie było prawdopodobnie niepokojącym świadectwem tego, do jakich rzeczy zdążyłem się przyzwyczaić przez ostatnie lata, ale gdzieś pod tym żartem kryła się prawda. Przez lata rzeczywiście zdążyłem nadepnąć na wystarczająco wiele odcisków, żeby przestać liczyć ludzi, którzy życzyli mi wszystkiego najgorszego, nigdy jednak nie przywiązywałem do tego większej wagi. Listownie częściej dostawałem skargi, pretensje albo wyjątkowo kreatywne opinie na temat mojego charakteru, raz pewien człowiek zapisał nawet trzy strony pergaminu wyłącznie po to, żeby wyjaśnić mi, dlaczego jestem największym kretynem, jakiego spotkał w życiu. Nadal uważałem, że włożył w to więcej wysiłku niż ja w większość szkolnych wypracowań. Po tylu doświadczeniach człowiek albo uczył się śmiać z podobnych rzeczy, albo kończył jako kłębek nerwów zamknięty w przerażająco jasnym pomieszczeniu, a ja wolałem być pojebany tylko w tym zdrowym sensie.
- Oczywiście, sze obiecaliby mi pałac. - Pokiwałem głową z całkowitą powagą. - Plawdopodobnie taksze siedem skszyń złota, tszy wielbłądy i lękę jakiejś niezwykle pięknej księszniczki, któla od pielwszego wejszenia zakochałaby się w moich niekwestionowanych walolach osobistych. - Zawiesiłem głos na moment. - Chociaż telas, kiedy się nad tym zastanawiam, mosemy mieś dosyś nieslęczny konflikt intelesów. Mam wlaszenie, sze moja obecna dziewczyna miałaby pewne uwagi do tej części umowy. - Spojrzałem na nią znacząco, chyba ta wersja z księciuniem też nie była aż tak dobra? 
Jej następne słowa wywołały kolejny uśmiech, odkąd wróciliśmy znad jeziora, towarzyszyło mi dziwne poczucie lekkości, którego nie potrafiłem ani wyjaśnić, ani całkowicie od siebie odsunąć. Było irracjonalne, może nawet trochę niebezpieczne, ale nie miałem najmniejszej ochoty się go pozbywać. Zawartość koperty nadal pozostawała tajemnicą, ale coraz bardziej miałem wrażenie, że jej autor wybrał wyjątkowo kiepski moment na próbę zwrócenia na siebie mojej uwagi.
W tym świetle widziałem wyraźniej każdy szczegół twarzy kobiety przede mną, każdy cień układający się pod jej rzęsami i ten znajomy uśmiech, który ostatnio coraz częściej stawał się przyczyną mojego własnego.
- Oczywiście. - Odparłem z tak wyraźną ugodowością, że sama w sobie była już kpiną. - Nie sugelujesz absolutnie niczego. - Sarkazm nadal był obecny, żarty również, ale pod nimi znajdowało się coś znacznie bardziej miękkiego i znacznie trudniejszego do ukrycia. Nie potrafiłem przestać się uśmiechać, to było chyba najgorsze, przy niej coraz częściej łapałem się na tym, że wszystkie moje starannie pielęgnowane mechanizmy obronne zwyczajnie przestawały działać tak dobrze, jak mogłoby sobie tego życzyć moje rozsądne, zdystansowane i niezależne ja. Zatrzymałem się dopiero wtedy, gdy dzieliła nas już naprawdę niewielka odległość - przynajmniej teoretycznie, gdyż nadal musiała lekko unieść głowę, żeby na mnie patrzeć - przez chwilę po prostu odwzajemniałem spojrzenie. Im dłużej to trwało, tym trudniej było mi przypomnieć sobie, dlaczego jeszcze kilka miesięcy temu uważałem utrzymywanie dystansu za tak świetny pomysł…
- Dla mnie to tesz szokujące. - Odparłem gładko, kręcąc głową. - Wyoblaś sobie, co czuję… Tyle lat cięszko placowałem na leputację człowieka nieodpowiedzialnego, samolubnego i sklajnie ilytującego, a telas okazuje się, sze moje wady zaczynają działaś na moją koszyść. - Uniosłem kącik ust, przez krótką chwilę milczałem, słysząc jedynie deszcz uderzający o szyby i niski pomruk grzmotu gdzieś nad wrzosowiskami. Obracałem kopertę pomiędzy palcami, przyglądając się jej uważniej, nadal nie widziałem żadnego adresu zwrotnego ani niczego, co pozwalałoby od razu rozpoznać nadawcę - to samo w sobie było wystarczająco dziwne, żeby wzbudzić moją ciekawość, ale nie na tyle, by przyćmić dobry nastrój, który towarzyszył mi od rana.
Powinienem był od razu otworzyć ten list.
Powinienem był sprawdzić, czego dotyczyła wiadomość.
Powinienem był zainteresować się czymkolwiek innym…
Tyle że w tej chwili wszystko wydawało się znacznie mniej interesujące od kobiety stojącej przede mną, a to było teoretycznie dużo bardziej niebezpieczne od jakiejkolwiek groźby - coraz częściej odkrywałem, że nie przeszkadzał mi ten fakt tak bardzo, jak powinien…
- Jeszeli okasze się, sze to coś s Ministelstwa, przeczytasz to za mnie. - Oświadczyłem wreszcie całkowicie poważnym tonem, nie pytałem, ponieważ nie widziałem takiej potrzeby, wystarczył sposób, w jaki wymownie zmrużyłem oczy - oboje byliśmy zaciekawieni, nie miałem przed nią żadnych tajemnic, przynajmniej nie takich, których bym jej już nie wyjawił. - Mam silną alelgię na dokumenty państwowe, zwłaszcza podatki i kwestie zezwoleń, i jako odpowiedzialna osoba powinnaś mnie pszed nimi chloniś. Wiesz o tym? - Dopiero po chwili uniosłem list nieco wyżej i spojrzałem na niego z teatralnym westchnieniem, potem opuściłem wzrok na kopertę i wsunąłem palec pod częściowo rozklejony pasek papieru, gotów wreszcie sprawdzić, co tak uparcie próbowało odnaleźć mnie tego burzowego popołudnia.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#9
08.06.2026, 07:10  ✶  

Miała wrażenie, że całkiem naturalnie zaczęli układać swój rytm. Niby uznawali to za wakacyjny romans, ale przecież wcale nie byli na wakacjach. To nie tak, że zostali zamknięci, gdzieś daleko od swojej normalności po drugiej stronie świata, wtedy można byłoby sobie pozwolić na coś podobnego. Znajdowali się ciągle w Wielkiej Brytanii, ona chodziła do pracy, on również zajmował się swoimi sprawami, później spotykali się w Exmoor, opowiadali o tym, jak im minął dzień, co ich spotkało, jakie mieli plany na kolejny. Nie do końca to wszystko było podobne do typowego, wakacyjnego romansu między dwójką nieznajomych. Nie uważała jednak, że sensowne w tej chwili jest rozgrzebywanie tego wszystkiego, zastanawianie się nad tym jak to właściwie wyglądało, dopatrywanie się tych wszystkich różnic między próbą ułożenia sobie nowej rzeczywistości, a drobnym szaleństwem związanym z krótkim, nic nieznaczącym wakacyjnym romansem.

Bardzo łatwo odnajdywała się w tej nowej wersji życia, w której ktoś na nią czekał, w której to ona na kogoś czekała, zbyt łatwo niż chciałaby przyznać. Trudno jednak było być wobec niego obojętnym, traktować to lekko, gdy zachowywał się w ten sposób. Pokazała mu siebie, z tymi wszystkimi niedoskonałościami, a on tak po prostu je zaakceptował, nie uznał za coś dziwnego, tolerował jej wszystkie mankamenty, nie patrzył na nią jak na coś dziwnego, chociaż wspomniała mu praktycznie o wszystkim. Nadal chciał być blisko niej, to nie było dla niej typowe, nie otwierała się tak przed ludźmi, nie pokazywała siebie, tym razem jednak postanowiła zrobić wyjątek i wcale tego nie żałowała. Gdzieś podskórnie czuła, że ją to zaboli, ale ten jeden raz chciała wejść w ogień i sprawdzić, czy faktycznie bardzo ją poparzy.

- Potrafisz bardzo zgrabnie omijać temat. - W sumie odpowiedź, którą jej dał nie była szczególnie konkretna, pozwalała jednak odrobinę pochylić się nad tematem, właściwie to mogła sobie dalej tylko gdybać, jak często zdarzały się podobne sytuacje.

- To całkiem pocieszające? - Nie spodziewała się, aby ktoś miał tutaj wpaść i próbować go zabić, a skoro wspominał o tym, że Ci którzy robili to poprzez listy rzadko kiedy sięgali po czyny… starała się szukać w tym jakiegoś pozytywu. Nie, żeby była od tego specjalistką, bo raczej widziała wszystko w ciemnych kolorach.

- Jak wygląda ten okres czasu na tle reszty Twojego życia? - Skoro sam wspomniał o tym, że bywały epizody, gdy zdarzało się to częściej, to właściwie może teraz wcale nie wyglądało to tak źle. Z drugiej strony doskonale wiedziała, jak niebezpieczny był dla niego powrót na Wyspy, nie uciekł stąd bez powodu, na pewno zirytował tym czynem sporo osób. Pochodził przecież z dobrze sytuowanej, tradycyjnej rodziny i po prostu się na nią wypiął, był wzorem do naśladowania dla tych wszystkich, którzy chcieli czegoś więcej, którym nie podobał się ustalony porządek świata, zachęcał do buntu, wiedziała, że tacy ludzie nie byli tutaj mile widziani.

- Tak, wiem, że dla Ciebie liczą się czyny, a nie słowa. - Zresztą łatwo było napisać list, pojawienie się przed nim osobiście wymagało nieco fatygi, co samo w sobie eliminowało już te osoby, którym nie chciało się wyjść z domu i zająć sprawą osobiście.

Nie umknęło jej to jak lekko o tym mówił. Musiał być przyzwyczajony do tego, żeby patrzeć za siebie, traktował to jako coś normalnego, najwyraźniej wypadało, aby pogodziła się z tym, że polowanie na jej chłopaka nie było niczym nadzwyczajnym, zresztą kto jak kto, ale on na pewno był sobie poradzić ze wszystkim. Przetrwał przecież już tak wiele.

- Wiesz, że zrozumiałabym ten wybór, co nie? Pałac, złoto, wielbłądy, tylko głupiec by z tego zrezygnował na rzecz dziewczyny. - Na pewno byłoby jej przykro gdyby jednak wybrał księżniczkę, ale starała się do tego podejść ze zdrowym rozsądkiem, takie cuda zdarzały się raz w życiu. - Byłbyś ustawiony do końca, nie mogłabym stanąć na drodze do Twojego szczęścia. - Na rzecz zasady jak kocha to pozwoli odejść dla jego dobra. Złapała się na tej myśli, przez co na moment zamilkła. Zbyt szybko pozwalała sobie na takie określenie uczuć, nie powinna się w nim zakochiwać, ale to chyba już się wydarzyło.

- Cieszę się, że się co do tego zgadzamy. - Oczywiście, że nie umknął jej ton jego głosu, wiedziała, że byli dalecy od zgodności, pozwoliła sobie faktycznie zasugerować mu, że tak po prostu rzuci wszystko i zajmie się sprawą, chociaż zupełnie nie pasowało to do jego reputacji. Zresztą wiedziała, że nie była do końca prawdziwa, potrafił angażować się w sprawę, potrafił wykazywać zaangażowanie, kiedy coś wzbudzało jego zainteresowanie.

- Nigdy nie znasz dnia, ani godziny, kiedy wszystko się może odwrócić. - Dobrze było być dla niego kimś dla kogo zamierzał być odrobinę egoistyczny, wcale nie ukrywała tego, że podobało jej się takie podejście. Tak właściwie, czy był to do końca egoizm, trudno jej było się z tym zgodzić, bo nie myślał do końca o sobie.

Spoglądała na kopertę, którą obracał między palcami, była ciekawa, czy faktycznie udało mu się odgadnąć treść tego, co mogło się w niej znajdować, czy byli chociaż odrobinę blisko odpowiedzi w swoich rozważaniach. W sumie nie powinno jej to interesować, bo sowa szukała jego, ale wzbudziło to jej ciekawość. Pogoda na zewnątrz nie zachęcała do opuszczenia rezydencji, naprawdę liczyła na to, że zostanie z nią tutaj, że nie będzie musiał już nigdzie wychodzić, nie takie miała plany na ten wieczór.

- Jeżeli będzie to coś z Ministerstwa, to przeczytam to za Ciebie, a nawet odpowiem w Twoim imieniu. - Mogła to zrobić, nie było to dla niej zupełnie problematyczne, bo przecież doskonale radziła sobie z podobnymi zagadnieniami, nie było w tym nic dziwnego, bo była jedną z nich, przynajmniej częściowo. - Powinnam Cię przed nimi chronić? - Powtórzyła jeszcze za nim, kto by się spodziewał, że ktoś taki może się obawiać korespondencji z Ministerstwa. Niesamowite. - Myślę, że mogę to dla Ciebie zrobić, ochronię Cię przed całą papierologią. - Przynajmniej mogła się na coś przydać. Uniósł kopertę nieco wyżej, jej wzrok nie przestawał jej obserwować, już za chwilę dowiedzą się, co było tak naglącą sprawą, że ta biedna sowa musiała przylecieć tu w takich warunkach atmosferycznych.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
10.06.2026, 16:57  ✶  
Miałem coraz silniejsze wrażenie, że od samego listu znacznie bardziej interesowała mnie rozmowa, którą prowadziliśmy, choć to było o tyle niepokojące, że zwykle należałem do ludzi, których ciekawość potrafiła doprowadzić do bardzo nierozsądnych decyzji, tym razem jednak nie spieszyłem się z odkrywaniem tajemnicy, jakby podświadomie próbując przeciągnąć ten moment jeszcze odrobinę dłużej. Jeszcze kilka tygodni temu uznałbym za absurdalne, że będę stał w kuchni podczas burzy i poświęcał więcej uwagi kobiecie niż tajemniczej kopercie, która właśnie dotarła do mnie bez adresu zwrotnego, a jednak dokładnie to robiłem. Było coś niebezpiecznie wciągającego w sposobie, w jaki Prudence marszczyła lekko brwi, kiedy nad czymś się zastanawiała, albo w tym, jak próbowała znaleźć logikę nawet tam, gdzie ja od dawna przestałem jej szukać. Nawet kiedy się ze mną droczyła, nawet kiedy próbowała wyciągnąć ze mnie informacje, których nie miałem najmniejszego zamiaru oddawać bez walki, odnajdywałem w tym jakąś dziwną przyjemność - być może dlatego, że przez większość życia ludzie albo oczekiwali ode mnie konkretnych odpowiedzi, albo zakładali, że i tak zrobię po swojemu, Pruey natomiast zdawała się po prostu interesować tym, co miałem do powiedzenia, a to było niebezpiecznie miłe uczucie.
Uniosłem dłonie w geście kapitulacji, nie wypuszczając jednak koperty z palców. Oczywiście mogłem odpowiedzieć konkretniej, prawda była jednak taka, że trudno było podać liczbę podobnych listów, bo przez lata zdarzały się okresy, kiedy otrzymywałem ich tyle, że przestawałem zwracać uwagę na kolejne, przynajmniej, dopóki pozostawały w sferze kiepskiej fikcji literackiej i nie miały odzwierciedlenia w prawdziwym świecie, zdarzały mi się też miesiące względnego spokoju, podczas których niemal zapominałem, że istnieli ludzie gotowi życzyć mi śmierci tylko dlatego, że nie podobały im się moje poglądy, wybory albo sam fakt istnienia.
- Potlafię balso zglabnie omijaś temat. - Przyznałem bez cienia skruchy, powtarzając po niej te słowa. - Gdybym nie potlafił, plawdopodobnie jusz dawno zostałbym zamoldowany pszes własną losinę, kilku byłych placodawców i pszynajmniej połowę ludzi, s któlymi działałem. - Nie chciałem jednak całkowicie zbywać jej pytania, bo widziałem, że naprawdę była ciekawa odpowiedzi, a ostatnio coraz trudniej było mi odmawiać jej czegokolwiek - jeszcze niedawno uznałbym to za problem, kolejny objaw utraty zdrowego rozsądku, teraz jednak miałem wrażenie, że walczyłem z tym coraz mniej, było mi zwyczajnie dobrze, a to samo w sobie stanowiło wystarczająco rzadkie zjawisko, żebym nie miał ochoty go kwestionować.
- Bywało zdecydowanie goszej. - Odparłem, nie musząc się nad tym specjalnie zastanawiać, ani dodawać, że lepiej też bywało - w końcu jeszcze nie tak dawno oboje musieliśmy uciekać przed morderczym żywiołem wywołanym z rąk tych samych ludzi, którzy mogli grozić mi personalnie. Nie mogłem uznać, że było to szczęściem, lecz mieli oni obecnie z pewnością dużo ciekawsze zajęcia od ścigania jednego człowieka, który lata wstecz zrobił coś, co mijało się z założonym wobec niego planem, więc nie przejmowałem się tym wszystkim aż tak bardzo, nadal byłem ostrożny - zwłaszcza teraz, przy mojej obecności w życiu innych ludzi, w tym Prue - ale bez przesady. Życie miało całkiem interesujący mechanicznie zwyczaj zmieniania kierunku dokładnie wtedy, kiedy człowiekowi wydawało się, że wszystko rozumiał, czasami robiło to brutalnie, a czasami niemal niezauważalnie, pozwalając zorientować się dopiero po czasie, że stoi się już w zupełnie innym miejscu niż wcześniej, i tak właśnie było ze mną.
Na wzmiankę o księżniczce i pałacu pokręciłem głową niemal natychmiast, zanim zdążyłem się nad tym zastanowić, odruch był tak szybki i naturalny, że sam odrobinę mnie zdziwił, bo najwyraźniej mój mózg nie potrzebował nawet chwili na rozważenie podobnej propozycji.
- Po plostu „ploszę balso, Benjy, idź byś szczęśliwy”, hy? - Spojrzałem na nią z niedowierzaniem, jakbym właśnie usłyszał coś kompletnie absurdalnego, im dłużej rozwijaliśmy teorię na temat mojego potencjalnego szczęścia u boku egzotycznej księżniczki, tym bardziej byłem przekonany, że właśnie powiedziała coś, co powinno mnie rozbawić, a zamiast tego zaczynało mnie w wyjątkowo nieracjonalny sposób drażnić. Nie dlatego, że naprawdę brałem ten temat na poważnie, bo przecież był kompletnie niedorzeczny, ale dlatego, że mówiła o oddawaniu mnie komuś innemu z taką łatwością, jakby chodziło o pożyczenie książki albo starego płaszcza.
- A co, jeśli jusz jestem szczęśliwy? - Pytanie padło tak po prostu, bez teatralności i bez żartu, które zwykle wrzucałem pomiędzy podobne słowa, nie planowałem go wypowiedzieć, pojawiło się samo, zanim zdążyłem je zatrzymać. - Bieszesz pod uwagę, sze nie potszebuję ani złota, ani księszniczek? - Spytałem, tym razem bardziej prowokacyjnie, i kolejny raz pokręciłem głową, jakbym sam nie dowierzał temu, do czego właśnie się przyznałem i temu, do czego piła ona. Patrzyłem na nią przez chwilę, wpierw rozszerzając, później mrużąc powieki, próbując ustalić, czy mówiła to wyłącznie dla żartu, czy rzeczywiście uważała, że wystarczyłoby kilka worków złota, jakaś laska i pałac z widokiem na pustynię, żebym nagle zapomniał, jak mam na imię.
- S całym szacunkiem dla egzotycznych monalchii, klólewskich lodów i ludzi posiadających więcej złota nisz zdlowego losądku, ale to kompletnie nie działa w ten sposób. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, po czym uniosłem lekko brew. - Naplawdę masz o mnie asz tak niskie mniemanie? Myślisz, sze mosna mnie kupiś pałacem? Albo tytułem? Albo gólą złota? Mam sympatię dla wielbłądów, fakt, bo wykonują kawał solidnej loboty, ale jednak tlochę mnie to boli. - Parsknąłem cicho, nie potrzebując nawet się zastanawiać, gdyż przez większą część życia uciekałem właśnie od ludzi, którzy oceniali innych przez pryzmat nazwisk, majątków, tytułów i pozycji, nie wywróciłem własnego życia do góry nogami po to, żeby nagle zacząć podejmować decyzje dokładnie według tych samych zasad. - Nie. - Ponownie pokręciłem głową. - Absolutnie nie. Dziękuję balso. Nie jestem spszedajną kulwą. - Uniosłem kącik ust, krzywo się uśmiechnąwszy. - Pluey, ja uciekłem od pieniędzy. Dosłownie. To nie jest nawet metafola. Gdybym chciał spędziś szycie, siedząc na wolkach galeonów i lobiąs wszystko „tak, jak wypada” , wystalszyłoby, szebym nie lobił absolutnie nic. Pannę tesz bym miał. Dokładnie na tej samej zasadzie. To był najplostszy plan świata. - Wzruszyłem ramionami i uniosłem lekko brew. - W ogóle balso nie podoba mi się załoszenie, sze bez wahania oddałabyś mnie jakiejś bajkowej księszniczce. - Rzuciłem z udawaną dezaprobatą. - Nie mogę uwieszyś, sze tak nisko mnie cenisz. - Przyłożyłem wolną dłoń do piersi, jakbym właśnie doznał głębokiej osobistej zniewagi. - Myślałem, sze jesteśmy oficjalni. - Nie był to prawdziwy zarzut, po prostu podchwyciłem temat i pociągnąłem go dalej, lecz fakty mówiły same za siebie - przez połowę życia spałem w miejscach, które ledwie kwalifikowały się jako dach nad głową, gdyby pieniądze miały być moją największą miłością, dawno już podjąłbym szereg znacznie lepiej płatnych decyzji - chodziło o to, jaki przekaz krył się pod jej słowami. „Problem” polegał na tym, że lubiłem z nią rozmawiać, lubiłem słuchać jej opinii, lubiłem wracać do posiadłości ze świadomością, że gdzieś tutaj była i pewnie za chwilę ją zobaczę, lubiłem to wszystko i nie potrzebowałem tak naprawdę niczego więcej…
- Powiem więcej, Bletchley. Gdybym nie wiedział lepiej, zacząłbym podejszewaś, sze nie doceniasz własnej konkulencyjności. - Przesunąłem kciukiem po krawędzi koperty, ale nie otworzyłem jeszcze listu, gdyż mieliśmy inne, nieoczekiwanie głębokie tematy. To było dziwne, przez lata przyzwyczaiłem się myśleć o niej jako o części swojej historii, kimś, kto był ważny, ale należał do innego rozdziału życia, dopiero teraz docierało do mnie, jak bardzo się myliłem. Nie wróciła do mojego życia jak dawna znajoma, nie wróciła nawet jak kompanka z dzieciństwa - nie byliśmy przyjaciółmi - wdarła się do niego z siłą burzy rozgrywającej się teraz za oknami i w ciągu kilku dni wywróciła do góry nogami rzeczy, które wydawały mi się od dawna poukładane.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jej uwagę o tym, że nigdy nie wiadomo, kiedy wszystko może się odwrócić, bo akurat w tej kwestii trudno było mi się z nią nie zgodzić - gdyby ktoś jeszcze kilka miesięcy wcześniej powiedział mi, że będę stał w kuchni Exmoor podczas burzy, trzymał tajemniczy list w dłoni i zastanawiał się bardziej nad tym, czy kobieta stojąca naprzeciwko mnie była zadowolona z mojego towarzystwa niż nad zawartością tej koperty, prawdopodobnie uznałbym go za niespełna rozumu, tymczasem życie po raz kolejny udowadniało, że ma wyjątkowo dziwne poczucie humoru i nie zamierza konsultować ze mną swoich planów.
- No, popacz… - Uniosłem kącik ust, uśmiechając się wymownie, gdyż ta zmiana nie była wcale aż tak bardzo nieoczekiwana - nie chodziło nawet tylko o to, jak wyglądała moja tymczasowa dziewczyna, ani że nigdy mi się nie podobała, chociaż byłbym idiotą, gdybym uparcie twierdził, że nie miało to znaczenia. Nie chodziło wyłącznie o przyciąganie, które od pierwszego dnia pojawiło się między nami, trwając z siłą godną jakiegoś wyjątkowo uporczywego uroku, nawet gdy nie byliśmy sobie przychylni. Nie pamiętałem momentu, w którym przestała być dla mnie ważna, pamiętałem za to dziesiątki sytuacji, kiedy próbowałem udawać, że tak właśnie się stało. Mieliśmy za sobą całe lata wspólnej historii, szkolnych sprzeczek, rywalizacji, wzajemnego doprowadzania się do szału i udawania przed całym światem, że druga strona nie zajmuje w naszych głowach ani odrobiny więcej miejsca, niż powinna. Teraz, kiedy większość tych murów wreszcie runęła, coraz częściej miałem wrażenie, że nie odkrywałem czegoś nowego, tylko odnajdywałem coś, co od bardzo dawna było ukryte pod warstwami uporu i źle ulokowanej dumy.
Burza za oknami przybierała na sile, kolejna błyskawica przecięła niebo gdzieś nad wrzosowiskami, a kilka sekund później przez rezydencję przetoczył się niski pomruk grzmotu - dźwięk odbił się od ścian i zanikł równie szybko, jak się pojawił, pozostawiając po sobie tylko szum deszczu i przyjemne poczucie odcięcia od reszty świata. Pochyliłem się odrobinę bliżej nad Prue, unosząc brwi. Ze wszystkich możliwych zagrożeń, które mogły czaić się w tej kopercie, urzędnicy rzeczywiście znajdowali się zaskakująco wysoko na liście, nie dlatego, że byli szczególnie groźni sami w sobie, ale dlatego, że przez lata nauczyłem się jednego - klątwy przynajmniej zazwyczaj próbowały zabić człowieka od razu, ministerialna papierologia miała znacznie bardziej wyrafinowane metody zadawania cierpienia.
- Wiesz, sze właśnie powiedziałaś najbalsiej lomantyszną szesz, jaką usłyszałem od balso dawna? - Zapytałem z całkowitą powagą. Przez chwilę obracałem przesyłkę między palcami, przyglądając się jej z miną człowieka, który właśnie rozważał, czy łatwiej byłoby zmierzyć się z przeklętym grobowcem, czy z formularzem mającym więcej niż trzy strony. Zrobiłem krótką pauzę, po czym westchnąłem teatralnie. - Tak, plawda jeszt taka, sze tak, plawdopodobnie powinnaś mnie chloniś pszed papielologią. Jestem przekonany, sze istnieją uszędnicy, któszy na sam dźwięk mojego nazwiska dostają lekkiego dlszenia powieki i sam zdecydowanie odwzajemniam te odczucia. - Oparłem się mocniej o blat i przez chwilę przyglądałem się jej twarzy, zastanawiając się, czy powinienem być szczery - korespondencja nadal pozostawała zamknięta, bo najwyraźniej łatwiej było mi rozmawiać o własnych życiowych zaniedbaniach niż wreszcie sprawdzić, co znajdowało się w środku - doszedłem do wniosku, że skoro i tak znała już większość moich wad, kolejna nie zrobi większej różnicy.
- Wyoblaś sobie, sze dostaję list s Ministelstwa. - Wskazałem na kopertę. - Otwielam go, a tam ktoś pyta, kim jestem, gdzie byłem pszes ostatnie lata, dlaczego nie zgłosiłem pobytu, gdzie znajdują się moje dokumenty, jaki jest mój status podatkowy i czy mogę dostalszyś odpowiednie zaświadczenia, najlepiej na tydzień temu. - Spojrzałem na nią z autentycznym przerażeniem. - Plue, ja wolę klątwy. - Nie było w tym nawet wielkiej przesady, klątwy przynajmniej miały tę zaletę, że zazwyczaj próbowały zabić człowieka od razu, formularze potrafiły męczyć go miesiącami. Niektóre listy twierdziły, że muszę coś zgłosić. Inne, że muszę coś zarejestrować. Jeszcze inne sugerowały, że powinienem dostarczyć dokumenty potwierdzające rzeczy, których sam nie byłem do końca pewien. W pewnym momencie przestałem nadążać. A to było jeszcze w Stanach, gdzie mój status był zdecydowanie bardziej legalny.
Nie mogłem jednak dłużej zwlekać, nawet dla teatralności, wreszcie sięgnąłem palcami, by otworzyć kopertę, wytrząsając zawartość na blat po mojej lewej…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7155), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (5468)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa