• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12.10.1972, rano, West Yorkshire] If hell is empty, it's because we are here

[12.10.1972, rano, West Yorkshire] If hell is empty, it's because we are here
pocket size elderich horror
I don't sleep.
I just dream.
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#1
30.06.2026, 13:42  ✶  

Donald umarł od obrażeń ósmego października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku. Umarł samotnie w świeżo zmienionej pościeli, wciąż jeszcze podpięty do magicznej armatury, która z początku nie wykryła błędów. No może poza faktem, że pacjent już nie żył.
I choć literacki poetyzm wymagałby dodania, że umarł z jej imieniem na ustach, to tak naprawdę umarł w milczeniu, do końca pogrążony w swojej magifarmakologicznej śpiączce. A szkoda.
Umarł, bo każdy w końcu umrzeć musi i taka jest rzeczywistość. Przyjdzie jeszcze czas, gdy pogrążona w żałobie Lorien dopowie swoją własną historię i kto wie - może prawda przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie?

Na razie jednak pani Mulciber nie wiedziała, że Donald umarł. Serce jej nie pękło, dusza nie rozerwała się naraz na dwie części. Jej świat wypełniały proste sprawy - nowa huśtawka w nowym ogrodzie nowego domu; wizyta ukochanego ojca, który chciał na własne oczy zobaczyć nabytek i akurat musiał coś załatwić przy okazji w Anglii; schłodzony aperol z sokiem pomarańczowym, który popijała przez słomkę z ulubionej szklanki raz po raz zerkając na Aarona i Philipa.
Czytała książkę (próbowała czytać), gdy panowie dyskutowali o czymś zawzięcie pochyleni nad rysunkami czegoś co miało być (ale sądząc po poziomie niezgody raczej nieprędko) jej nowym salonem.
To było miłe popołudnie. Wyjątkowo przyjemne jak na październik.
Skąd mogła wiedzieć, że właśnie w tej chwili na obrzeżach Doliny Godryka, rzut beretem od jej nowego domu, jedna kobieta zdołała uczynić to czego nie udało się zastępcom śmierciożerców ze swoim Panem na czele.
Świat pani Mulciber runął w posadach, bo ćpunka nie potrafiła kazać niedołężnemu staruchowi rezydującemu w jej ślicznej główce… się zwyczajnie w świecie zamknąć.

Lorien dowiedziała się pod wieczór. Pożegnała ojca, obiecała, że nazajutrz go odwiedzi i pomoże uprzątnąć stary księgozbiór na strychu. Paul przyleciał z listem opieczętowanym przez Lovegooda. Ostatnią rzeczą jaką pamięta z tego dnia było to jak wspólnie z Aaronem orzekli, że to “całkiem dziwna pora na przesłanie korespondencji medycznej” i fakt, że wiadomość była wyjątkowo krótka. Przywykła do otrzymywania całkiem potężnej dokumentacji z ośrodka.
Przeczytała list raz. I jeszcze jeden. A potem stwierdziła, że powinni już wracać do Londynu.
Pękła dopiero parę godzin później w połowie mugolskiego filmu, którego fabuły nie rozumiała od samego początku. Łkała w objęciach Aarona tak długo aż się sama swoim łkaniem ukołysała do snu. Nie pytał. Może to i lepiej, bo rozedrgana czarownica nie była w stanie wydobyć z siebie nic ponad żałosny zduszony płacz.

Donald miał zostać pochowany dwunastego października października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku. Niewiele się działo przez kilka poprzedzających pogrzeb dni. Pracowała jak zwykle. Dobierała kolory do nowego domu. Odpowiadała na korespondencję. Załatwiała wszystkie niezbędne sprawy związane z pogrzebem na jakąkolwiek próbę pomocy reagując równie ostro co niegrzecznie. Płakała tylko i wyłącznie nocami. Milczała przez większość czasu.
Wybór własnej szaty zostawiła na sam koniec.
Obudziła się przed świtem, choć nie pamiętała, żeby w ogóle zasnęła. Aaron spał obok. Musiał być zmęczony. Nią zmęczony. Nią i tym całym bólem, którego nie potrafiła mu wytłumaczyć. Wyślizgnęła się z łóżka. Nie chciała zrobić nic złego, chciała tylko wypić szklankę wody.
Powstrzymało ją własne odbicie w lustrze zawieszonym na przedpokoju.
Żałosna. Jakaż ty jesteś żałosna Lorien.- Szepnęło. Miało rację. Przecież wszyscy wiedzieli, że ma rację. Wszyscy to widzieli. Aaron znalazł ją chwilę zapłakaną później pośród kawałków strzaskanego szkła. A potem znów się obudziła, słońce wpadało przez uchylone zasłony i tylko opatrunek na dłoniach, które musiała pokaleczyć był dowodem, że nie śniła.
Nie czuła nic, gdy ucałował poranione palce. Niepocieszone były koty, które liczyły na trochę czułości - nieważne jak mocno się jej dopominały, pozostała kompletnie obojętna.
- Wróć do mnie wieczorem.- Poprosiła tylko nim wyszedł do pracy. Nie była pewna czy wróci. Chyba potrafiłaby zrozumieć, gdyby nie zechciał. Jaka jest przyjemność w patrzeniu jak twoja partnerka szlocha nocami po niespełnionej miłości?


Przygotowane i zabezpieczone ciało Donalda Mulcibera spoczęło poprzedniej nocy w rodzinnej kaplicy Mulciberów. Znała dalszy plan. Będzie w niej spoczywał do wieczora, a wieczorem nastąpi oficjalne złożenie do trumny i przeniesienie na miejsce wiecznego spoczynku. Tak nakazywała tradycja. Należało dać czas bliskim i przyjaciołom na pożegnanie zmarłego. Prawdę powiedziawszy, najchętniej zatrzasnęłaby im drzwi przed nosem. Nie zasługiwali żeby go widzieć. Nie, gdy przez tyle lat ich ostrzegała. Ale milczała. Tradycję należało uszanować.
Teraz jednak, zaledwie parę minut po świcie, kaplica była pusta. Teleportowała się wprost do środka. Nie potrzebowała odprawiać żałobnego pochodu przez cały cmentarz. Nie chciała płakać. Chciała po prostu przy nim jeszcze chwilę pobyć.

- Dobrze wyglądasz, anima mia.- Szepnęła praktycznie do siebie, obchodząc katafalk. Tylko tyle mogła przecież zrobić.- Wiesz, że nie pozwoliłabym im cię pochować w tej okropnej szpitalnej koszuli. I trumnę. Trumnę też ci wybrałam lepszą niż to paskudztwo, w którym pochowali Roberta.
Nie pamiętała już nawet w czym spoczął jej nieświętej pamięci mąż. To tak naprawdę nie miało żadnego znaczenia. Na pewno wybrała lepiej niż Richard, bo oczywiście problemem nie był sam zasób Necronomiconu, a okropny gust szwagra. Uśmiechnęła się z trudem. Tak. Wyglądał odpowiednio. Babka na pewno będzie zadowolona.

Uniosła dłoń co by poprawić jeden niesforny kosmyk włosów, ale zamarła słysząc szczęk starych drzwi do kaplicy. Cofnęła się o krok.
Nie musiała podnosić głowy, żeby wiedzieć kto stanął na progu. Znała jego krok, znała oddech. Zacisnęła tylko mocniej usta. Był czas, gdy bez zastanowienia rzuciłaby się w jego objęcia. Był czas, gdy Alexander Mulciber miał jeszcze prawo całować jej dłonie i nazywać ją panią na Mulciber Manor. Nie przestała go kochać. Jak mogłaby go przestać kochać? Bogowie jedni wiedzieli, że nie było takiej mocy na świecie.
A jednak cisza jaka zapadła między nimi daleka była od tej, która towarzyszyła im we wrześniowe wieczory.
- Po co tu przyszedłeś Alexandrze? - Zapytała bez większego cienia zainteresowania.
Czemu w ogóle pokazujesz mi się na oczy?
Obwiniała go. Obwiniała go tak bardzo, że nie potrafiła już rozdzielić bólu między jego zdradą, a stratą jakiej doznała. Ostrzegała go. Ostrzegała ich wszystkich.
Nie czekała na odpowiedź. Po prostu mówiła dalej.
- Pamiętasz jak przed Mabon stwierdziłeś, że powinnam była przynieść Amortencję nie eliksir wielosokowy? Zrobiłam to. - Powiedziała. Nawet nie podniosła wzroku na to jawne wyznanie swoich win. Nie dbała o to co się stanie; nie dbała nawet o to, że ktoś może ich podsłuchiwać.- Ale nie dałam jej Tobie. Chcę wierzyć, że umarł, do samego końca czując do mnie to co ja czułam przez całe życie.
Chciała go dotknąć. Chciała go pogłaskać po chłodnym policzku, błagać bogów, żeby się obudził. Przecież wiedziała, że to niemożliwe. Nie było siły na ziemi, która by go przywróciła.
- A potem ofiarowałeś mi portret. Ofiarowałeś mi miejsce przy rodzinnym stole i ochronę przed tymi, którzy mnie nienawidzą. Obiecałam Ci, że nigdy więcej nie wspomnę o błędach, które popełniłeś, o dziwkach które stawiałeś całe życie nade mną. Powiedziałeś mi wtedy “czyż nie kochałem cię bez tego?” Oto twoja miłość Alexandrze.
Wskazała drżącą dłonią na Donalda. Drugą zacisnęła niemal rozpaczliwie na szalu, którym okryła ramiona przed porannym chłodem.
- Był mój. MÓJ. Tylko tyle miałam na własność, gdy przestał być wartościowym dla was. Czym ja zawiniłam, że mi to odebrano? - Wciągnęła ostro powietrze do płuc, ze wszelkich sił próbując zachować spokój. Jeśli się posypie, nie będzie czego zbierać.- Myślisz, że nie wiem o co mnie myślą? Ta żałosna dziewucha. Naiwna dziewucha. Gdzie popełniłam błąd? W tym, że go kochałam? A może w tym, że uczyłam się kochać Ciebie?
Nie było w niej złości. Była tylko rozpacz, której nie potrafiła nawet ubrać w odpowiednie słowa.
Przez cały ten czas stała pochylona nad katafalkiem. Nieruchoma jak sęp, który czeka aż jego kolacja wyzionie ducha. Ale nie było w Lorien już nic ptasie. Zdawać by się mogło, że nie ma też nic ludzkiego. Oto wynędzniała kapłanka, a przed nią niczym na groteskowym ołtarzu ku czci nienazwanych bogów spoczęło ciało.
Nie dbała o to, że głos jej się łamie. Nie miała już siły płakać. Nie miała siły się złościć.
- Nie tego chciałaś stając się jedną z nas? Pamiętasz? Pamiętasz jak mnie o to spytałeś?
Wieczór u Agnes Delacour był tylko kolejnym gwoździem do trumny. Nie widziała tego wtedy. Nie widziała, że z każdym kolejnym dniem dobija wieko. Ocknęła się dopiero, gdy znalazła się na sześć stóp pod ziemią.

- Jedyne czego chciałam to być jedną z was. Mogłam mieć wszystko. Mogłam mieć każdego. Ale kochałam Twojego ojca i kochałam Twoją matkę. Nie miało znaczenia, że nie kochają mnie. Rozumiałam, że nie oddaje się takim jak ja pierwszemu synowi. Ale wzgarda drugiego - to zdrada, której nie potrafiłam pojąć.
W pewnym momencie przestała nawet mrugać. Przypominała w tej chwili wykute w kamieniu posągi starożytnych bogiń i rusałek, które tak sobie umiłowali mugole, oświetlana przez miękkie światło zachodzącego słońca. Przebijało się przez witraże otulając jej martwą twarz ciepłem czerwieni, złota i pomarańczu.
- Powiedziałam ci, że nic do ciebie nie należy. Twój ród nie jest twój. Sygnet, który nosisz po ojcu nie jest twój. Nie masz dziedzictwa. Ale przez ten cały czas miałeś mnie. Wróciłam z tobą do domu, który był mi tak bliski. Siadałam z tobą do stołu, po twojej prawicy.  Byłam przy twojej matce. Nie dbałam czy mają mnie za twoją kolejną przygodę. “Pani na Mulciber Manor”. Co za farsa. Wiesz do kogo należał ten tytuł. Pozwoliłeś by w to wierzyli. Znosiłam to. Ale to nie wystarczyło, prawda? Przecież zawsze byłbyś drugim synem. Tylko drugim synem. No dalej, każ mi baczyć na słowa. Już raz to usłyszałam od twojej babki. - Po raz pierwszy wykonała jakikolwiek ruch od samego początku swojej tyrady. Drżącymi dłońmi uniosła bezwładną rękę Donalda, składając krótki pocałunek na grzbiecie jego dłoni i dociskając do niej czoło. Odłożyła ją z powrotem. Poprawiła wymięty materiał szaty, którą sama dla niego przecież wybrała dzień wcześniej. Nie żył. Przecież wiedziała, że nie żył.
- Nie obroniłeś go. Nie dopełniłeś swojego obowiązku. Jesteś równie winny co ona.- Zacisnęła powieki. Za parę godzin wszystko się skończy. Złożą go w grobie, a jej ból… jej ból w końcu przeminie. Będzie musiał.
Niewypowiedziane oskarżenie zawisło między nimi. Bratobójca. Nie powiedziała tego. Tej jednej granicy Lorien zdawała się nie być w stanie przekroczyć, choć bogowie jedni wiedzą jak bardzo chciała.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorien Mulciber (1663)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa