Co może pójść nie tak? Mianowicie wiele rzeczy.
Po pierwsze, wciąż byli na siebie nieco obrażeni po ostatnich wydarzeniach z księgarni. Co prawda rozmowa o grupie zadaniowej i czekoladki nieco załagodziły całą sytuację (nie mówiąc już o napiętym kalendarzu), ale pewne napięcie dało wyczuć się w powietrzu. Po drugie, to miała być poważna sprawa, a wyszło jak zawsze; zostali wezwani do morderstwa ze szczególnym okrucieństwem, jak zostało to określone. Podejrzewano użycie czarnej magii, ale po dokonaniu dokładnych oględzin okazało się, że oczywiście, mogła brać w tym udział, o ile w ten sposób można było nazwać rany zadane nożem, który to z kolei znalazł się pod łóżkiem. No magia. Zmarnowali więc pełno czasu. Po trzecie, to zanim jeszcze opuścili Ministerstwo, zdążył się pokłócić z jakimś brygadzistą, który stwierdził że dzisiaj jest dzień pomsty i przysra się do niego o coś związanego z Borginem. Plotka krążąca po Wydarzeniu Randkowym zdążyła co prawda przycichnąć czy pójść w niepamięć, ale kolesiowi definitywnie leżała wciąż na sercu. Stanley więc był dzisiaj trochę na tapecie, Atreus był nie w sosie i trzymało go to wyraźnie, kiedy fukał na detektywów, kiedy bezsensowność sytuacji powoli rozwijała się przed nimi w Brighton.
Nie chciał myśleć o Stanleyu Borginie, bo ostatnie co od niego dostał, to list po śmierci Florence. Na tę myśl natomiast skręcało go żalem niemiłosiernie, więc zanim zabrali się do powrotu, skończyli z Lestrange z daleka od reszty ekipy, paląc papierosa na uspokojenie. Znaczy Atreus go palił.— Popierdoli mnie dzisiaj, przysięgam — żachnął się wreszcie, próbując rozpalić różdżką peta. — Człowiek by mógł sobie pomyśleć, że minęło tyle czasu, że wszyscy już zdążyli zapomnieć co odpierdolił, ale nie. Stanley Borgin króluje na salonach. Byłby kurwa zachwycony — marudził, ale głos nie był głośny, bo wciąż nie był w stanie zapomnieć się na tyle. Syczał raczej niezadowolony, machając przy tym rękoma z emocji.