Koniec października niósł za sobą siarczysty deszcz, zimne podmuchy wiatru, pierwsze przymrozki oraz ogólne niezadowolenie całego narodu. Edith nie spotkała jeszcze czarodzieja, co by cały przemoczony, walcząc z żywiołem mierzwiącym włosy i niszczący idealnie wykonany makijaż, cieszył się jesienią. Wszystko było szare, ponure i ogólnie do dupy, i Rookwood nie mogła się doczekać świąt. Najgorsze, że bardzo dużo pracowała — zdecydowanie zbyt często na zewnątrz, więc zazwyczaj wyglądała, jak rumieniąca się panienka, bo nawet ona i jej zazwyczaj blada cera, nie potrafiły zwyciężyć w nierównej walce z obecnie panująca na angielskim niebie pogodą.
Sytuacja w Great Hangleton okazała się wyjątkowo ciężka, a Edith ostatnie kilka dni spędziła właśnie w tej mugolskiej mieścinie. Nie powinna narzekać, bo ministerstwo całkiem dobrze płaciło za nadgodziny, ale stawiano przed nią niesamowicie ciężkie przypadki — nie chodziło oczywiście o samą prace, bo machała tym swoim wahadełkiem naprawdę umiejętnie, a raczej aurorów, w których towarzystwie była zmuszona przebywać oraz przeklętych mugoli, co to trzęśli się na widok magicznych anomalii, które zdaniem Rookwood, nie były niczym więcej niż małymi niedogodnościami.
Na miejscu zjawiła się ostatnia i bez znajomości jakichkolwiek szczegółów. Miała kogoś wymazać, ewentualnie pomóc aurorom, jeśli jej pomocy potrzebowali i po wykonaniu zadania wrócić do ministerstwa. W głębi duszy liczyła, że już więcej nigdzie jej nie wyślą, bo latała, jak kura bez głowy od początku swej zmiany, a zimno było i nieprzyjemnie na dworze — z drugiej strony, do czasu Spalonej Nocy to i w własnym mieszkaniu nie czuła się zbyt bezpiecznie, więc może to lepiej, że nie siedziała tam tylko ciągle pracowała?
Rozejrzała się na boki, szukając kogoś, kto wyglądał na roztropnego. W oczy rzucała się dziwna maszyna, ni to karoca, ni miotła oraz dwójka aurorów, odwróconych do niej tyłem. Podeszła do pary i zanim się do niej odwrócili, rzekła, głosem spokojnym oraz zupełnie neutralnym — w stu procentach profesjonalnym, bo w pracy to całkiem dobrze się potrafiła zachować.
— Dzień dobry, amnezjatorka Rookwood. — wylegitymowała się przed nimi, nie zwracając uwagi kim są. W tej przeklętej pogodzie to widoczność była wyjątkowo beznadziejna, więc ich tam tak od razu nie poznała. Chociaż ta blondwłosa głowa mężczyzny, naprowadzała ją w jednym, wyjątkowo nieprzyjemnym kierunku. W głowie Edith do razu pojawiły się jakieś negatywne myśli, na język zaczęły nasuwać same przekleństwa i jej dłoń sama powędrowała w stronę różdżki, która siedziała sobie bezpiecznie w kieszeni jej ministralnego ubrania, bo na samą myśl, że będzie musiała przebywać w towarzystwie tego mężczyzny, robiło się jej wewnątrz źle. — Niestety, ale będziecie musieli mnie wprowadzić w szczegóły całej sprawy, bo ostatnio brakuje mi czasu nawet na to by się podrapać po… po głowie, a co dopiero zapoznawanie się z ministerialnymi notatkami.
torment me. IN DETAIL.