• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[30.10.1972] somethin seethes

[30.10.1972] somethin seethes
dragonborn
Ruthlessness
is mercy upon ourselves.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
właściciel rezerwatu, smokolog, magizoolog
Mający 187cm, o atletycznej budowie ciała i ciemnych włosach. Porusza się ze specyficzną dla niego manierą, która zdaje się przypominać gady; zastygnięty w bezruchu, jakby wyczekiwał potknięcia, obserwując z uwagą otoczenie, tylko po to by nagle zareagować i wprawić ciało w ruch. Posiada parę blizn na ciele, pozostawionych przez spotkania ze zwierzętami. Plecy, lewą stronę obojczyka i ramię pokrywa drobna, szarawa łuska, a jego oczy posiadają pionowe źrenice i trzecią powiekę. Zawsze towarzyszy mu któryś z jego smoczogników.

Leviathan Rowle
#1
Wczoraj, 21:26  ✶  
zadanie czarnego pana

[Obrazek: 19fc4e0f6d0be0f50b88bfdfb2ea4f70.jpg]  [Obrazek: 8cb47be81e62c873e27193e6dff8645a.jpg]  [Obrazek: d085468b3259eb17bd23a9b753abc326.jpg]

Dwudziestego trzeciego października, mroczny znak na jego przedramieniu, zapłonął bólem. W ten przeszywający, przyzywający do siebie sposób, którym Czarny Pan dawał swoim poplecznikom znać, że potrzebował ich przy sobie. A mimo tego, Rowle czuł w tym spokój. Nie spodziewał się więc od swego mistrza niczego złego.

Teleportacja powiodła go do Little Hangleton, pod posiadłość Riddleów. Stary, rozpadający się budynek, gdzie chyba nikt się nie zbliżał. Ale mimo swojego stanu wydawał mu się idealnie wręcz wpisywać w krajobrazy miejscowości. Może nawet oddając je nieco zanadto. Jak zwykle, zignorował jego obecność niemal całkowicie, ruszając dalej, w stronę mauzoleum, w okolicy którego czekał na niego Czarny Pan. Pojawił się nagle, poprzedzał go właściwy czarnoksiężnikom swąd zepsucia.

Leviathan przywitał się z nim, z należytym szacunkiem, następnie wsłuchując się w jego słowa. Otrzymał stary zwój, który cuchnął w charakterystyczny sposób i jeśli Rowle chociaż przez moment mógł mieć wątpliwości, czemu nie otrzymał go sową, w tym momencie przestał je mieć. Przyjął wytłumaczenia i wskazówki swojego Mistrza, pokiwał głową i zabrał się do pracy.
Pierwsze co zrobił, to przestudiował zawartość tego, co zostało mu wręczone. Zawarty w nim rytuał dotyczył swarthów, które gromadziły się w okolicach Samhain w Little Hangleton. Specyficzne stworzenia, w których inni gotowi byli dostrzegać zły omen, bardzo słusznie z resztą, biorąc pod uwagę do czego mogły być zdolne. Miały w tym roku stanowić idealną rozrywkę dla wszystkich, którzy pojawią się na obchodach sabatu. Kiedy zajrzał potem do jednej z salek, które mieściły się w kompleksie, znalazł niezbędne do przeprowadzenia rytuału składniki – wszystko, co mogło być ciężkie do zdobycia, czekało przygotowane, ale mimo tego lista wciąż była niepewna. Brakowało czegoś, co należało do wyznaczonych przez niego osób i… no właśnie, sam musiał swoje obiekty testowe wytypować.

Z tego co rozumiał, przygotowania do obchodów szły pełną parą, w czym brało udział zarówno Ministerstwo Magii, jak i kowen Whitecroft. Nie było to nic dziwnego, ale wydawało się samoistnie podsuwać pomysł na to, kto powinien stać się ofiarą swarthów. Łaskawie odsunął od siebie własne chęci i pobudki, bo gdyby to zależało tylko i wyłącznie od niego, arcykapłan poszedłby na pierwszy strzał. Nie chodziło nawet o samego Percivala, a sam jego symbol i to, jak drażniło Rowle jego zgromadzenie. Litha niezmiennie pozostawała w jego pamięci żywa, ale nie był pewien, czy był to najsensowniejszy pomysł. Dlatego przemieścił siły dalej, celując w drugi oczywisty wybór – osoby, które miały cały sabat ochraniać.

Skontaktował się więc ze swoim ojcem. Lazarus był szefem Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, ale nie znaczyło że siedział przywiązany do biurka każdego dnia. Z resztą, sama jego pozycja szefa, pozwalała mu na o wiele większą swobodę działania niż jego synowi, który pewnie niezwykle szybko zostałby wyproszony z biura aurorów i brygadzistów, gdyby się tam pojawił bez większego powodu. Wskazał Lazarusowi nazwisko – Moody. Cholerni Moody, którzy byli przecież tak nierozerwalnie związani ze ściganiem czarnoksiężników, ze można było nie znać ich imion, nie wiedzieć ilu ich właściwie jest, ale jeśli cokolwiek było o nich wiadomo to właśnie czym najchętniej się zajmowali. Aaron wydawał się też przy tym dobrym wyborem; jako zwykły auror na pewno zostanie rozdysponowany na któryś z patroli, do tego posiadał pewną reputację, a to czyniło go dobrym przykładem. Kolejną osobą, o której Leviathan pomyślał, był Bletchley. Też auror, też z dużym stażem i też o szlamolubnych sympatiach. Do tego już raz został wzięty na bezpośredni celownik śmierciożerców, bo podczas Spalonej Nocy. Lazarus Rowle dostał więc zadanie – dostarczenie potwierdzenia, czy obydwoje mieli mieć dyżury podczas Samhain w Little Hangleton, a następnie dostarczenie przedmiotów, które miały do nich należeć. Machina więc ruszyła.

Trzecia osoba, którą miał wytypować, dość długo chodziła mu po głowie i równie długo nie mógł się określić na temat tego, kto to powinien być. Jego własne urazy pchały go w różne strony, aż wreszcie odezwała się do niego Septima, słodko informując że miała zamiar pojawić się na Samhain w towarzystwie Praw Czasu – tych samych, których właściciel stawiał swój własny uniwersytet czy inną uczelnię. Może nie spodobało mu się, że mówiła to dopiero teraz, a może że w ogóle nie wspomniała wcześniej o tak dużym zaangażowaniu w przedsięwzięcie. Wreszcie, może zwyczajnie stwierdził, że narobienie szumu w tym otoczeniu mogło być ciekawe – w końcu Vakel Dolohov było mocnym nazwiskiem, które przyciągnie tłumy. Obecność wieszcza natomiast gwarantowała, że z nim pojawią się jego asystenci. Leviathan bowiem nie zamierzał celować w samego wieszcza, uważając chyba za nadto uciążliwe, by próbować się do niego dobić. Spotkanie z asystentem, chociażby w sprawie szybkiego ustalenia terminu, było już bardziej prawdopodobne, dlatego umówił się na szybką wizytę.

Pojawił się w Prawach czasu dwudziestego ósmego października i spotkał z Peregrinusem Trelawneyem; przeprowadził z nim krótką rozmowę przedstawiając swój problem (chciał skonsultować z wielkim wieszczem kwestie uczuciowe, gdyż doszedł do wniosku że oto jego pora by na nowo zacząć szukać dla siebie dobrej partii), zboczył nieco nawet na to, że do decyzji przekonała do Scylla (stwierdzając że może wspomnienie jej nieco osłabi uwagę rozmówcy, w końcu porozmawianie o wspólnym znajomym nigdy nie mogło być aż takim złym pomysłem), a na końcu umówił się na dogodny termin.

Rowle wyszedł stamtąd z piórem, którym Peregrinus dokonywał notatek. Mała rzecz, której nikomu pewnie nie będzie szkoda, szczególnie gdy na biurku miało się ustawiony wazonik (czy jak to nazwać) z wieloma innymi, gotowymi zastąpić się wzajemnie, gdyby końcówka postanowiła szwankować.

Lazarus natomiast, spisał się koncertowo – potwierdził, że Moody i Bletchley mieli znaleźć się podczas sabatu akurat w Little Hangleton. Dodatkowo, dostarczył synowi dwa przedmioty, które wcześniej należały do obu aurorów. To, co należało do Aarona, okazało się zwyczajnym, kołowym notatnikiem – coś, czym chyba posługiwało się bardzo wiele osób, które musiały w terenie przeprowadzać śledztwa i spisywać rzeczy, które mogły potem okazać się przydatne. Co zaś tyczyło się Juliana, to jego przedmiotem okazał się krawat. Fragment ubrania, który w domu pełnym córek nie mógł chyba należeć do kogokolwiek innego. Leviathan miał więc komplet i mógł się zabrać za właściwą część całego zadania, którym obarczył go Czarny Pan.
Zabrał ze sobą pióro, notatnik i krawat, wracając do Little Hangleton i Kromlechu. Pierwsze co, to odwiedził komnatę, w której znajdowały się wszystkie niezbędne do odprawienia rytuału składniki – nie był specjalistą od tego typu magii, ale posiadał wystarczającą wiedzę by móc stwierdzić, że nie było to nic, co łatwo było znaleźć z dnia na dzień w pierwszym lepszym sklepie. W aktualnych czasach chyba szczególnie, biorąc pod uwagę, ze Spalona Noc przetrzepała asortyment większości sklepów, a większość rzemieślników narzekało na braku w składnikach.

Niemniej jednak, zebrał wszystko, starając się by było odpowiednio zabezpieczone, a następnie ruszył w drogę do otaczającego Little Hangleton lasu. Tam miał zamiar rozłożyć i odprawić rytuał. Nigdy przesadnie nie przepadał za okolicami miasteczka, a może i nie miał powodów, by kręcić się dookoła niego. Ponura miejscowość zdawała się w pełni wypaczona przez czarnoksiężkie praktyki i tak jak samo w sobie to mu nie przeszkadzało, tak wypłowiała natura wzbudzała mieszane uczucia. Coś sprawiało, że to miejsce nie mogło w pełni się odrodzić – powyginane gałęzie drzew, obdarte z liści i pąków straszyły, a podobno też w niektórych częściach lasu były zwyczajnie niebezpieczne. Coś czyhało między nimi, jakieś echo czarów, których dopuszczano się między nimi. I były tam też swarthy, czarnomagiczne stworzenia, do których musiał dzisiejszego dnia przemówić.

Znalazł niewielki prześwit między drzewami, który posiadał wystarczająco dużo miejsca, by rozłożyć rytuał, ale też znajdował się na tyle głęboko, by nikt nieproszony nie przeszkadzał Leviathanowi. Kolejne składniki trafiały na właściwe miejsca, według zawartego w zwoju rytuału – pergamin Rowle zabrał przezornie ze sobą, nie chcąc popełnić ani jednego błędu, a tym samym sprawić ze zawiedzie Mistrza. Księżyc świecił na niebie jasno, wciąż jeszcze w miarę pełny po pełni, która miała miejsce parę dni temu, ale czarodziej i tak był pewny, że Matka na niego nie patrzyła. Nigdy tego nie robiła, wzgardzając swoimi dziećmi nieustannie i niezdolna do zareagowania w cokolwiek, co działo się pod jej nosem.

Kiedy wszystko znalazło się na swoim miejscu, Leviathan przeszedł do dalszej części rytuału, działając według załączonej instrukcji. Magia zadziałała, zwracając uwagę istot, które kryły się w tych okolicach, powoli wybudzając się z jakiegoś cyklicznego snu. Chyba wcześniej nie zdarzyło mu się o nich słyszeć, ale z drugiej strony nawet się temu nie dziwił. Nie, kiedy nie bywał w tych rejonach tak rzadko, ale też dlatego że z opisu nie wydawały się czymś przesadnie obcym. Przypominały nieco widma, jakby były ich marną namiastką – może tym właśnie były istoty z Doliny Godryka. Swarthami, które opiły się energii z Limbo, stając czymś o wiele straszniejszym.

Pierwsze szelesty zwróciły jego uwagę, kiedy cieniste istoty zainteresowały się tym, co miało miejsce pod ich nosem. Magia wzywała je, zachęcała do pokazania się interakcji, a jednocześnie Leviathan był pewien, że akurat on był przy nich bezpieczny. Czarny Pan zapewnił go przecież, że tak miało być. Że istoty atakowały tych, którzy okazywali się słabi, a potem spijały z nich energię. Jeśli miały przynieść komuś śmierć w najbliższych dniach, an pewno nie mógł to być on.

Trzy przedmioty, trzech ludzi, podczas Sabatu, który miał się niedługo rozegrać. Wskazał swarthom ich ofiary i miał szczerą nadzieję, że eksperyment który przeprowadzał, powiedzie się sukcesem.


Koniec sesji


We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Leviathan Rowle (1513)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa