Z duchami najlepiej było rozmawiać w nocy, a przynajmniej o tym przekonana była Dora. Szczególnie, kiedy duch posiadał kiedyś kota, o którego aktualnie tak okropnie się martwił, że straszył każdego, kto zawitał w okolice jego domu. Domu, który aktualnie był jednym wielkim pogorzeliskiem. Spalona Noc nie oszczędziła wielu miejsc, a jednym z nich było mieszkanie Otylii Vance. Kolejna ofiara bezsensownej nienawiści, której fala pochłonęła Londyn, a wraz z nim połowę kraju, a którą spuścił z nieba Lord Voldemort. W Dorze znajdowało się cały czas dokładnie tyle samo niezrozumienia, co w momencie kiedy pierwszy raz roztarła na dłoni szary płatek w Dolinie Godryka. Wiedziała co się stało, widziała to na własne oczy i wciąż czasem łapała się za serce, przypominając sobie ból jaki czuła, kiedy śmierciożerca rozrywał je zaklęciem, ale jej doświadczenia nie zmieniały tego, że jej głowa nie potrafiła objąć rozumiem tego jak można było dopuścić się do czegoś takiego.
Dzisiaj były tutaj, żeby ratować. Żeby na zgliszczach starego świata zbudować może coś zupełnie nowego i dającego nadzieję. Musiały tylko zlokalizować kota i chroniącego go ducha. Potem natomiast należało podjąć pertraktacje i Crawley miała szczerą nadzieję, że Nora poradzi sobie z nimi fenomenalnie, głównie dlatego że samą siebie uważała za nie do końca przekonującą i zdolną do przejawiania powalającej charyzmy. Czasem plątał się jej język, czasem zasypywała drugą osobę monologami, a do tego zielona skóra nie zawsze pomagała. Gdyby była w szkole, pewnie zaraz ktoś nazwałby ją dziwadłem, nawet jeśli zielona zaraza nie była czymś, co zostawało z człowiekiem na zawsze.
— Mam nadzieję, że nie będzie na nas bardzo zła… — mruknęła do Nory, stojąc na chodniku przed osmolonym budynkiem. W większości wydawał się trzymać dobrze, ale części okien brakowało, a cała fasada była zwyczajnie czarna od płomieni, które swego czasu pożerały mieszkanie.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.