• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence

[07/1957] But we have miles left to regret | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
Wczoraj, 19:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 19:09 przez Benjy Fenwick.)  
Łupnięcie, zgrzyt, przeciągły jęk metalu, po którym nastąpiło kilka podejrzanie głośnych stuknięć dobiegających spod podłogi, niemal wypuściłem z ust przekleństwo, którego zdecydowanie nie wypadało używać przy damach, nawet jeśli wspomniane od dłuższego czasu doprowadzały mnie do stanu, w którym przestawałem przejmować się podobnymi drobiazgami - magiczny autokar pędził przez noc, nie bacząc na nic, ani na nikogo…
„Co za jebany złom, rzygać się chce”.
Zacisnąłem zęby, kiedy siedzenie ponownie gwałtownie podskoczyło mi pod dupą, po czym rozparłem się na nim jeszcze bardziej, wyciągając nogi na zewnątrz, w stronę przejścia między rzędami, bo może na własne życzenie musiałem znosić tę nocną przejażdżkę, ale jednocześnie nie zamierzałem skupiać się na zachowaniu dobrych manier, podczas gdy ledwo mieściłem kolana między siedzeniami. Nie miałem zresztą szczególnej ochoty ułatwiać nikomu życia własnym kosztem, bo już mi tego wystarczyło, jak na jeden paskudny wieczór, toteż skrzyżowałem ręce na piersi i uznałem, że skoro już przyszło mi uczestniczyć w tej żałosnej wyprawie, przynajmniej nie będę udawał, że mogłem czerpać z niej jakąkolwiek przyjemność - to nie była wycieczka krajoznawcza - usiadłem od strony alejki, z nogami wyciągniętymi przed siebie tak daleko, że każdy, kto chciałby się przecisnąć, musiałby albo poprosić mnie o pozwolenie, albo wykazać się umiejętnościami godnymi zawodnika quidditcha lub Prudence Bletchley w tej dzisiejszej, skocznej odsłonie, która znajdowała się na siedzeniu tuż obok, co odnotowywałem kątem oka z częstotliwością, której z pewnością bym się wyparł, gdyby ktokolwiek postanowił mnie z tego rozliczać. Nie oznaczało to, oczywiście, że zwracałem na nią szczególną uwagę, miałem po prostu dobry wzrok, czego zresztą należało oczekiwać po Rookwoodzie, nie zamierzałem się do niej odwracać, nie zamierzałem też sprawdzać, czy patrzyła w moją stronę, ponieważ miałem swoje zasady, a jedną z nich było nieokazywanie zainteresowania osobom, które w danej chwili zasługiwały najwyżej na moją demonstracyjną obojętność. Oczywiście, gdyby zechciała coś powiedzieć, byłbym zmuszony odpowiedzieć, bo całkowite ignorowanie jej obecności wymagałoby wysiłku niewspółmiernego do korzyści, szczególnie w tak ciasnym pojeździe, póki co jednak mogłem pozwolić sobie na milczenie, przyglądając się przelotnie odbiciu własnej twarzy w szybie i zastanawiając się, czy wyglądałem dostatecznie nieprzystępnie. Wolałem wierzyć, że tak.
Kolejne szarpnięcie sprawiło, że ciężkie podeszwy moich butów zsunęły się z krawędzi siedzenia naprzeciwko, po czym z hukiem wylądowały na podłodze, autokar znowu szarpnął, więc odruchowo zaparłem pięty o podłogę, przy okazji niemal zahaczając butem o przechodzącego czarodzieja, który sekundę później prawie wylądował na kimś trzy rzędy dalej. Zakląłem cicho, poprawiłem nogi i oparłem głowę o zagłówek, wzdychając z teatralną przesadą godną kogoś, komu właśnie odmówiono dziedziczenia rodzinnej fortuny i zamiast tego wysłano go
- Fantastyczny środek transportu. - Mruknąłem, nie wiedząc, czy robiłem to bardziej do siebie, czy może już do Prue, chociaż nie zamierzałem się tym szczególnie przejmować. - Naprawdę, gdybym wiedział, że czeka nas coś takiego, wolałbym iść pieszo. - Sarknąłem, nie dodałem, że wówczas musiałbym iść razem z nią, bo ta myśl, choć przy końcu wieczoru była jeszcze całkiem przyjemna, nie pasowała do mojego aktualnego stanowiska w sprawie całego świata.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
Wczoraj, 19:33  ✶  

Prue oparła głowę na szybie, przez co czuła każdą dziurę, w którą wjeżdżało koło magicznego autobusu jeszcze mocniej. Głowa uderzała o okno, ale to ignorowała, obraz za nim wydawał jej się bowiem bardzo interesujący - to nic, że było ciemno, przynajmniej nie musiała spoglądać na towarzysza swojej podróży. Niestety słyszała wszystkie dźwięki, które wydawał, albo jej się wydawało, raczej nie, chyba sapał coś pod nosem. Cóż - na pewno był przyzwyczajony do wygodniejszych środków transportu, kto to widział, żeby szlachcic woził się w czymś takim. Uśmiechnęła się do siebie na samą myśl, jak bardzo rozwijającym mogło to być dla niego doświadczeniem.

Starała się na niego nie patrzeć, nie potrafiła jednak oprzeć się temu, aby chociaż rzucić okiem na to, jak wyglądał w takiej sytuacji. Gabarytowo mógł mieć problem ze zmieszczeniem się między siedzeniami, w sumie pewnie dlatego tak wyciągnął te swoje długie nogi, nie patrzył na to, że mógł powodować dyskomfort u innych ludzi. Widać było, że uważa siebie za ważniejszego, wrócił do nich prawdziwy Aloysius. Na tym weselu zapomniała na chwilę o tym, kogo miała przed sobą, bardzo szybko jednak jej o tym przypomniał.

Nie przeszkadzało jej to, że się nie odzywał, w sumie nie miała pojęcia po co wpakował się z nią do tego pojazdu, w jakim celu, skoro teraz pokazywał swoje niezadowolenie. Mieszkał przecież w Little Hangleton, mógł już dawno być w domu, a jednak jechał z nią tym cholernym autobusem - pewnie dlatego, żeby jeszcze chociaż przez chwilę się nad nią poznęcać. To był idealny argument, przynajmniej w głowie Bletchley.

- Tak naprawdę to wcale nie musiałeś nigdzie iść, to znaczy mogłeś pójść do domu, nikt Ci nie kazał wsiadać do tego autobusu. - Na pewno zaraz odpowiednio skomentuje jej słowa, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, ale nie mogła powstrzymać się przed komentarzem. - Nie wiem po co zgrywasz męczennika. - Dodała jeszcze, bo skoro już się odezwał, to zamierzała zrobić to samo. Nie odwróciła się, kiedy się odzywała. Mruczała słowa pod nosem, tak, żeby nikt ich przypadkiem nie podsłuchał, bo nie chciała urządzać tutaj przedstawienia, ale nie mogła po prostu tego zostawić. Zachowywał się tak, jakby ktoś kazał mu wsiąść do autokaru.

- Normalni ludzie tak się przemieszczają, ale co Ty możesz wiedzieć o normalności. - Nie wątpiła w to, że jego rodzina posiadała magiczną karocę, którą poruszała się po okolicznych drogach, na pewno nie korzystała z publicznego transportu, więc okropnie łatwo przychodziło mu narzekanie. To nie były jego standardy, co trochę ją bawiło. Nie spodziewała się bowiem, że kogoś może ruszyć coś takiego.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
Wczoraj, 20:52  ✶  
Cała ta podróż była absurdalna, w dodatku do czego, moja towarzyszka zdawała się uważać, że znalazła się na pozycji pozwalającej jej wygłaszać sądy o moim zachowaniu, co doprowadzało mnie do szału w stopniu nieproporcjonalnym do wypowiedzianych przez nią słów, bo najwyraźniej zapomniała, że nie potrzebowałem jej pozwolenia, by zrobić cokolwiek. Z początku uznałem, że powinienem pozwolić jej mówić, bo przecież nic tak nie kompromitowało cudzych argumentów jak pozostawienie ich bez odpowiedzi, szczególnie kiedy ktoś z uporem godnym lepszej sprawy próbował wmówić mi, że sam byłem odpowiedzialny za sytuację, w której się znalazłem, słuchałem więc, opierając głowę o zagłówek, z nogami wciąż bezczelnie wyciągniętymi na środek przejścia, chociaż na ostatnie zdanie poruszyłem stopą, jakbym właśnie rozważał, czy warto było poświęcić choćby odrobinę wysiłku na odwrócenie się w jej stronę. Właściwie nie musiałem tego robić, żeby wiedzieć, jak wyglądała, ponieważ znałem Prue wystarczająco długo, by rozpoznawać te drobne oznaki zadowolenia, które pojawiały się u niej zawsze wtedy, gdy wydawało jej się, że udało jej się mnie sprowokować. Miała zresztą powody do samozadowolenia, skoro rzeczywiście jako pierwszy przerwałem milczenie, lecz nie zamierzałem ułatwiać jej zadania przez przyznanie, że osiągnęła cokolwiek poza zmuszeniem mnie do wysłuchania kilku wyjątkowo niemądrych uwag, ponieważ cisza w jej wykonaniu miała szczególną właściwość - nigdy nie trwała wystarczająco długo, bym zdążył uznać ją za przyjemną - poruszała ustami, prócz tego jednak wciąż patrzyła w szybę, co zaczynało mnie irytować z powodów, których nie zamierzałem szczegółowo roztrząsać. „Doprawdy, fascynujące”, w samym środku nocy, kiedy zamiast pól, kóz i pagórków można było zobaczyć głównie własne odbicie i sporadyczne rozbłyski świateł, znalazła sobie zajęcie godne największych odkrywców magicznego świata. Miałem ochotę zapytać, czy dostrzegła już coś interesującego, lecz powstrzymałem się, bo nie zamierzałem zmieniać tematu, gdy już go zaczęła.
Oczywiście, że mogłem wrócić do domu, mogłem też odmówić udziału w weselu, nie pić tego, co mi podawano, nie wdawać się w rozmowy, które okazały się katastrofalne w skutkach i prawdopodobnie tym samym oszczędzić sobie kilku godzin wyjątkowo nieprzyjemnych rozważań, gdybym tylko dysponował wówczas odrobiną rozsądku, którego najwyraźniej zabrakło mi w kluczowym momencie, bo chciałem być miły. Problem polegał na tym, że nie miałem ochoty tłumaczyć żadnej z rzeczy, które mną wtedy kierowały, ponieważ samo wyjaśnianie własnych pobudek komuś takiemu jak Prudence Bletchley wydawało mi się upokorzeniem, na które nie zasługiwałem, nawet jeśli okoliczności zdawały się mieć w tej kwestii odmienne zdanie. Nie zamierzałem jej wyjaśniać, dlaczego wsiadłem do autobusu, tym bardziej, skoro najwyraźniej zdążyła już wymyślić własną wersję wydarzeń, w której występowałem w roli wyjątkowo podłego prześladowcy, ale musiałem przyznać, że miała pewien talent do przypisywania mi jak najgorszych intencji, nawet jeśli sam nie zdążyłem ich dobrze określić, byłem pewien, że gdyby ktoś zapytał ją o przyczynę mojego obecnego położenia, przedstawiłaby sprawę w taki sposób, jakbym osobiście błagał o możliwość uczestniczenia w tej wyprawie, po czym przez całą drogę urządzał przedstawienie, domagając się współczucia i jednocześnie czyniąc jej życie koszmarem na kółkach.
Zmrużyłem oczy, znowu patrząc przed siebie, po czym przesunąłem jedną nogę nieco dalej w alejkę, drugą natomiast przenosząc bliżej niej, bo skoro już poprowadziła ze mną rozmowę, mogła przynajmniej pogodzić się z faktem, że nie zamierzałem ustępować jej miejsca, przestrzeni ani ostatniego słowa Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, wpatrując się w światła rozlewające się za szybą kierowcy, po czym wydałem z siebie ciche, pełne niedowierzania parsknięcie, bo naprawdę trzeba było mieć tupet, żeby najpierw doprowadzić mnie do stanu, w którym wspólne zakończenie wieczoru pod drzwiami szeregówki jej rodziców wydawało mi się jedyną słuszną opcją, następnie zaś wywołać dramę i na koniec prosto w twarz mówić mi, że odgrywałem rolę męczennika.
- Pardon, szanowna pani, rzeczywiście nikt nie przyłożył mi różdżki do gardła i nie kazał wsiadać do tego wspaniałego środka transportu. - Odparłem z przesadną uprzejmością, obracając głowę w jej stronę na tyle, żeby mogła dostrzec mój uśmiech, gdyby akurat zdecydowała się oderwać wzrok od niezwykle fascynującej ciemności za oknem. Nie umknęło mi przy tym, że sama wcale nie wyglądała na szczególnie zachwyconą podróżą, ale z jakiegoś powodu najwyraźniej uznała, że narzekanie na autokar stanowiło przywilej zarezerwowany wyłącznie dla niej, zapewne we własnej głowie, bo przecież nie na głos.
- Niestety, najwyraźniej popełniłem błąd w ocenie sytuacji. Następnym razem zostawię cię na pastwę losu. Będziesz mogła opowiedzieć wszystkim, jak dzielnie przemierzałaś nocne trakty, podczas gdy ja, pozbawiony twojego towarzystwa, pławiłem się w luksusach rodowej posiadłości. - Opuściłem wzrok na własne buty, po czym przesunąłem jedną nogę jeszcze dalej, opierając piętę o podstawę siedzenia naprzeciwko, bo skoro już zostałem oskarżony o brak normalności, nie widziałem powodu, by nagle udowadniać, że potrafiłem zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami otoczenia, zresztą, skoro już uważała mnie za nieznośnego, nie widziałem powodu, żeby odbierać jej tę przyjemność.
- Nie zgrywam męczennika. Poza tym nie przypominam sobie, żebym prosił o wykład. Jeśli już koniecznie chcesz rozmawiać o normalności, przypominam, że to ty siedzisz z głową przyklejoną do szyby i obijasz sobie czaszkę na każdej dziurze. Nie wiem, czy w twoim domu nazywają to „normalnym zachowaniem”, ale u nas zwykle próbuje się unikać uszkodzeń mózgu, szczególnie jeśli n– - urwałem, bo kierowca skręcił tak gwałtownie, że musiałem złapać się siedzenia, żeby nie zsunąć się na podłogę, spojrzałem na własną dłoń, potem na Prue i skrzywiłem się z niesmakiem - nie ma się zapasowego.
Autokar w tym czasie zareagował na kolejną nierówność drogi, odzywając się przeciągłym zgrzytem, po którym coś z łoskotem przesunęło się w głębi pojazdu, przyprawiając mnie o podejrzenie, że za chwilę jedno z kół postanowi odłączyć się od reszty i rozpocząć samodzielną podróż gdzieś po poboczu. Silnik zakaszlał, po czym pojazd szarpnął na zakręcie, zmuszając mnie do gwałtownego przyciśnięcia pleców do oparcia, przynajmniej zdołałem uratować własne kolana przed spotkaniem z siedzeniem naprzeciwko, co uznałem za jedyny sukces podczas tej podróży.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
Wczoraj, 21:49  ✶  

Skoro już się do niej odezwał, to postanowiła to wykorzystać. Nie mogła przecież udać, że tego nie słyszała, to znaczy mogła, ale nie chciała. Przerwał ciszę, a to było wystarczającym powodem na to, by skomentować jego zachowanie. Zresztą trudno było ignorować nastawienie Aloysiusa do tej podróży, ślepy by zauważył jak bardzo był niezadowolony.

Nie miała pojęcia jak właściwie skończyli w tym punkcie. To znaczy oczywiście, że pojawił się znikąd, znalazł u jej boku i jak zawsze musiało się to skończyć czymś nieprzyjemnym. Nie mogło być inaczej. Psuł jej nawet wakacje, które powinny być spokojne. Musiał się pojawić przed tamtą salą i ją sprowokować. Oczywiście nie miała do siebie żadnych pretensji, chociaż przecież mogła powiedzieć, że zwariował, odwrócić się na pięcie i nie udawać jego narzeczonej. Tyle, że właśnie, nie potrafiła odmawiać gry. Za bardzo lubiła się z nim mierzyć, aby tak po prostu odejść. No i w sumie przecież na tym weselu nie bawiła się też tak najgorzej, właściwie to było całkiem fajnie, tyle, że szybciej niż później wszystko musiało wrócić do normy. Znowu strzelali w siebie piorunami i chcieli jak najmocniej w siebie uderzyć, to było dla nich przecież normą. Zakładała, że tak się stanie, spodziewała się tego, chociaż w sumie nie było wcale tak źle podczas tego chwilowego sojuszu.

Wpatrywała się w szybę, jakby po drugiej stronie okna znajdowało się coś bardzo interesującego, mimo, że było ciemno jak wiadomo gdzie. Co jakiś czas widziała tylko rozmazane światło. Była zmęczona, nie miała siły na słowne przepychanki, a i tak je zaczęła. Zauważyła ruch, to znaczy może nawet bardziej usłyszała to, że jego noga zmieniła swoje położenie i znalazła się bliżej niej. Oczywiście, musiał przejmować całe terytorium tym swoim wielkim cielskiem. Przesunęła się więc jeszcze bardziej w stronę szyby, chociaż już była do niej przylepiona. Nie była to wygodna pozycja, ale nie miała gdzie uciec, ku swojemu nieszczęściu. Byli zamknięci w tej puszcze na kółkach, miało to trwać jeszcze trochę, fantastycznie, naprawdę fantastycznie. Idealne zakończenie wieczoru.

Zaczął mówić, ton jego głosu był bardzo oficjalny i uprzejmy, to znaczyło, że coś właśnie dla niej szykował. Odwróciła się w jego stronę jednak dopiero wtedy, kiedy wspomniał o następnym razie. - Nie będzie następnego razu. To się nigdy więcej nie powtórzy, nie ma w ogóle takiej możliwości. NIGDY. - Powiedziała może nieco głośniej, niż zakładała, ale chciała to podkreślić. Nie miała pojęcia, jak to widział w swojej głowie, ale ona nie wyobrażała sobie, żeby miała się jeszcze kiedyś w swoim wolnym czasie znaleźć z nim w jednym miejscu. Nie było takiej opcji.

Odetchnęła głęboko, że też zarzucał jej to, że miałaby o tym komukolwiek opowiadać. - Nie chwalę się nikomu tym, co mi się przytrafia, w przeciwieństwie do Ciebie, nie potrzebuję, aby mnie podziwiano. - Naprawdę wydawało mu się, że potrzebowała poklasku? - Zresztą nikomu bym nie wspomniała o tym, że spędzałam swój wolny czas z Tobą. - Nie było się przecież czym chwalić, prawda? Mogłaby opowiadać o innych zajęciach, ale na pewno nie o tym, że spędzała akurat z nim swój wolny czas. - Nie musisz się więc przejmować tym, że ktokolwiek z Twojej luksusowej posiadłości by się o tym dowiedział. - Jej zdaniem też o to mu chodziło. Oczywiście, że należała do niższej klasy społecznej, w jej żyłach płynęła brudna krew, nie była taka bogata… doskonale wiedziała do czego zmierzał.

- Nie potrzebuje prośby, żeby się odezwać. Mam głos, więc go używam. - Jeszcze tego brakowało, aby odzywała się na jego życzenie, na pewno byłoby to dla niego dużo wygodniejsze, na szczęście Prue mówiła wtedy, gdy miała na to ochotę.

- Nie musisz się martwić o mój mózg, sama potrafię o niego zadbać. - Nie było jej szczególnie wygodnie, ale teraz pewnie do końca tej podróży nie oderwie głowy od szyby, bo to byłoby potwierdzeniem tego, że miał rację.

Wtedy kierowca skręcił bardzo gwałtownie, przez co, czy tego chciała, czy nie oderwała się od szyby i zatrzymała na siedzeniu, które znajdowało się tuż przed nią. - Szlag. - Mruknęła pod nosem, po czym poprawiła swoje włosy, które wleciały jej do oczu. Najwyraźniej nie była jedyną, która ruszyła się z miejsca, kątem oka widziała, że nawet ktoś tak ciężki jak Rookwood odczuł ten gwałtowny skręt.


Czy Aloysius wypadnie z siedzenia?

Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
9 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 9 godzin(y) temu przez Benjy Fenwick.)  
Autokar zarechotał silnikiem, byłem tego pewien, naprawdę sobie ze mnie zadrwił, ale nie miałem już zamiaru mówić niczego szczerego na temat własnego komfortu fizycznego w tej podróży, „bo nie jestem męczennikiem, okej, kurwa”, zamiast tego odgiąłem na sekundę głowę w tył, patrząc na przybrudzoną podsufitkę pojazdu z niewypowiedzianą pretensją, którą w innych okolicznościach zachowałbym dla kogoś, kto dopuścił się wobec mnie śmiertelnej zniewagi, i poprawiłem się na tyle, na ile pozwalało mi siedzenie zaprojektowane chyba dla kogoś o połowę mniejszego. Westchnąłem głośno, ponownie wyciągając nogi w przejście, po czym powoli przeniosłem wzrok na ciemne okno, w którym odbijało się wnętrze pojazdu wraz z siedzącą obok mnie Prue. Przez moment miałem szczerą nadzieję, że hałas silnika zagłuszy jej mamrotanie, bo naprawdę nie byłem w nastroju na kolejną porcję uwag ze strony kogoś, kto najwyraźniej uznał, że moje dobrowolne towarzystwo stanowiło wystarczająco dobry powód, by móc strzelać na mnie fochy. Niestety, usłyszałem każde jedno słowo, nie musiałem nawet w pełni odwracać ku niej głowy, żeby wiedzieć, że nie zamierzała sobie darować komentarza - przy pierwszym „nigdy” uniosłem brwi, choć nie mogła tego zobaczyć, dopóki nie zdecydowała się oderwać wzroku od tej fascynującej czerni za oknem, która najwyraźniej miała do zaoferowania więcej niż moje towarzystwo - „NIGDY”, podkreśliła, wypowiadając zgłoski tak starannie, że przez sekundę miałem ochotę jej pogratulować, ponieważ nawet profesorowie w Hogwarcie nie potrafili przemawiać do mnie z równie wyraźną dykcją. „NIGDY, doprawdy”, zabawne, że potrafiła wypowiedzieć to słowo z taką siłą, jakby właśnie składała przysięgę przed Wizengamotem, podczas gdy jeszcze kilka godzin wcześniej los kolejny raz uznał, że powinien umieścić nas w jednym miejscu, by sprawdzić, ile wytrzymamy, zanim jedno z nas postanowi zamordować drugie.
- „NIGDY”? - Powtórzyłem, starannie naśladując jej ton, po czym pokiwałem głową - cóż, przynajmniej miała o mnie wyrobione zdanie, nawet jeśli opierało się na tak fantastycznych założeniach - osobiście uważałem, że radziłem sobie całkiem nieźle, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie miałem niczego, co mogłoby mnie uratować przed jej towarzystwem w jadącej puszce na konserwy, poza własną cierpliwością, której zapasy niebezpiecznie się kurczyły i wspomnieniem dobrej woli. - Doprawdy, Bletchley, nie wiedziałem, że posiadasz zdolności profetyczne. Może powinnaś zatrudnić się w Departamencie Tajemnic, skoro już teraz wiesz, co zadzieje się przez resztę twojego życia. - Odparłem, kątem oka przyglądając się jej odbiciu w szybie, zanim wróciłem do wpatrywania się w plecy kierowcy daleko przed nami. Zresztą nie miałem pojęcia, skąd wzięła pomysł, że cokolwiek w moim zachowaniu miało świadczyć o szczególnym pragnieniu ponownego spędzenia z nią nocy, po prostu tak mi się powiedziało, „następnym razem” jeszcze o niczym nie świadczyło, przynajmniej w moim mniemaniu, bo dla Prudence najwyraźniej czepianie się słówek stanowiło życiowy cel.
Silnik zawył pod podłogą, autokar zakołysał się na boki, po czym przejechał przez coś, co z pewnością nie powinno znajdować się na drodze przeznaczonej do użytku publicznego - przesunąłem się trochę, próbując znaleźć pozycję, w której moje kolano nie wbijałoby się w siedzenie naprzeciwko, a stopa nie wisiałaby daleko nad przejściem, ale pojazd najwyraźniej zaprojektowano dla plebsu osób o wzroście, który nie wymagał zgłębiania tajników ergonomii. Moja noga, wcześniej oparta o krawędź siedzenia naprzeciwko, ponownie przesunęła się nieco w stronę Prue, choć przysiągłbym, że nie robiłem tego z rozmysłem, właściwie mogłem przysiąc znacznie więcej, ale akurat nie sądziłem, by cokolwiek to dało.
„Ja, naprawdę, miałbym zabiegać o poklask”? Wprawdzie nie widziałem niczego złego w tym, że ludzie doceniali moje zalety, szczególnie te, których najwyraźniej nie potrafili dostrzec bez odpowiedniej zachęty, ale istniała zasadnicza różnica między oczekiwaniem uznania a desperackim żebraniem o cudzą uwagę.
- Och, wybacz, zapomniałem, że twoim największym marzeniem jest pozostać tajemniczą zagadką, o której nikt nigdy nie rozmawia i której nie interesują takie przyziemne sprawy jak „rozluźnienie”, „znajomi” i „dobra zabawa”. Wystarczy ci, że wszyscy dookoła będą wiedzieli, jak bardzo jesteś ponad tym wszystkim, prawda? Szkoda, serio, bo właśnie zaczynałem przyzwyczajać się do twojego towarzystwa. - Zrobiłem krótką pauzę, pozwalając, by moje słowa wybrzmiały z odpowiednią dozą fałszywego rozczarowania, po czym oparłem głowę o siedzenie i spojrzałem w sufit, mając zamiar przymknąć powieki i zbyć całą resztę naszej rozmowy, lecz kiedy odniosła się do moich słów o luksusowej posiadłości, uśmiech na ułamek sekundy zniknął mi z ust, nim wrócił na nie w innej formie - ostrzejszy, bardziej wyniosły i krzywy, nie pozbawiony mroźności - ludzie mojego pokoju słyszeli znacznie gorsze rzeczy i mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by nie przejmować się każdą opinią wypowiedzianą przez kogoś, kto nie miał pojęcia o naszym życiu, ale jednocześnie za każdym razem, gdy tak ujmowała fakty dotyczące świata, z którego pochodziłem, zastanawiałem się, jakim cudem tak łatwo było jej to wszystko kupić, skoro zazwyczaj nie przestawała drążyć i szukać dziury w całym, aż do znurzenia. Najwyraźniej w niektórych przypadkach wybierała pójście na łatwiznę, bo miała ważniejsze sprawy na głowie. To było doprawdy interesujące, zważywszy, że nie przypominałem sobie, żebym kiedykolwiek prosił ją o wystawienie mi oceny moralnej, szczególnie takiej, która najwyraźniej miała obejmować całe moje dotychczasowe życie, pochodzenie, majątek i sposób spędzania wolnego czasu. Nie zamierzałem tłumaczyć jej, że ostatnią rzeczą, na jakiej mi zależało, było opowiadanie rodzinie o naszych spotkaniach, przypadkowych bądź nie.
- Oczywiście. Zauważyłem. Słyszę go zresztą nawet wtedy, kiedy próbuję cieszyć się błogosławioną ciszą, więc zapewniam cię, że nie musisz mi tego dodatkowo udowadniać. - Jasne, że mogła używać ust, nikt jej tego nie zabraniał, nawet jeśli osobiście uważałem, że niektóre wypowiedzi zyskiwały na wartości, kiedy pozostawały niewypowiedziane, dlatego zresztą sam nie dodałem, że gdybym chciał rozmawiać z kimś, kto odzywał się wyłącznie na moje życzenie, kupiłbym sobie papugę, przynajmniej nauczyłbym ją czegoś pożytecznego. Prychnąłem pod nosem i wróciłem wzrokiem do świateł za przednią szybą, chociaż miałem jeszcze kilka uwag, które z pewnością uznałaby za obraźliwe. W kwestii jej mózgu postanowiłem zachować wymowne milczenie, bo skoro sama potrafiła o niego zadbać, nie zamierzałem odbierać jej tej przyjemności, nawet jeśli wybrana przez nią metoda polegała najwyraźniej na uderzaniu czaszką o okno i udawaniu, że świat po drugiej stronie był fascynujący. Zdążyłem jeszcze wyciągnąć nogi, zanim kierowca postanowił udowodnić, że wszystkie dotychczasowe zakręty stanowiły zaledwie niewinną rozgrzewkę, właśnie nabierałem powietrza, żeby dodać coś jeszcze, gdy pojazd wykonał skręt tak gwałtowny, że materiał na siedzeniu dosłownie przeszorował tył mojej koszuli - zatrzeszczało pod podłogą, coś z hukiem uderzyło w bok autokaru, a może tylko tak mi się wydawało, po czym nasz środek transportu przechylił się na tyle gwałtownie, że przez jedną setną sekundy poważnie rozważałem, czy nie powinienem zawezwać Matki, chociaż na co dzień nie byłem przekonany, czy ktokolwiek na górze miałby ochotę wysłuchiwać próśb kogoś, kto przez większość życia wykorzystywał otrzymane przywileje do robienia dokładnie tego, na co miał ochotę.
Spróbowałem złapać się podłokietnika, lecz dłoń ześlizgnęła mi się po gładkiej powierzchni, więc zamiast odzyskać równowagę, tylko jeszcze bardziej przechyliłem się w stronę alejki, o ironio, tym razem tylko ledwo zahaczając kolanem o siedzenie. Moja druga ręka trafiła natomiast w pustkę i zanim zdążyłem przekonać własne ciało, że upadanie w obecności Prudence Bletchley było absolutnie niedopuszczalne, runąłem z siedzenia z takim impetem, że najpierw uderzyłem biodrem o twardą krawędź, potem kolanem o podłogę, a na końcu przywaliłem bokiem w metalowy wspornik przy przejściu. Usłyszałem własne przekleństwo, potem dźwięk, którego nie potrafiłem od razu przypisać żadnemu konkretnemu źródłu, lecz przez ułamek sekundy nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego nie mogłem natychmiast się podnieść. Spróbowałem jednak, bo - oczywiście - pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było to, że jeśli ktokolwiek zobaczy mnie leżącego na podłodze magicznego autokaru, będę musiał spędzić resztę życia, słuchając o tym przy każdej nadarzającej się okazji. Oparłem dłoń o podłogę, chcąc podciągnąć się do siadu, ale gdy tylko przeniosłem ciężar na uszkodzoną kończynę, przeszył mnie ból, od którego pociemniało mi przed oczami - nagła fala sprawiła, że wszystkie przygotowane wcześniej riposty zniknęły mi z głowy, opadłem z powrotem na bok, nie zamierzając robić tego jak worek ziemniaków, ale wtedy kierowca znowu zahamował, pierdolnąłem więc jeszcze ramieniem o podstawę siedzenia, potem łokciem o podłogę, próbując odruchowo osłonić głowę, lecz to tylko pogorszyło sprawę.
- Kurwa… Mać… - Wycedziłem, „co za przeklęty, pierdolony, rozpadający się złom”.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2765), Prudence Fenwick (1121)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa