Każdy przecież chciałby być kotem, co nie? Bo bycie kotem, to była cudowna sprawa, a kiedy jeszcze ten kot czuł się w pełni kotem, to już w ogóle cały świat stał przed tobą otworem, nawet jeśli szlajałem się właśnie po nokturnianych ulicach, ale nawet żałowałem, że tu gdzieś w okolicy nie mieszkam, bo byłoby jeszcze bardziej pikantnie, ale też niebezpieczniej dla Delliana, więc postawiłem jego komfort na piedestale, choć nie ukrywałem, że chętnie ratowałbym go z opałów, ale... Lepiej było w nie nie wpadać, no nie? Rzecz jasna, jakże oczywista, więc mieszkaliśmy na Alei Horyzontalnej, a na ulicę Śmiertelnego Nokturnu błądziłem, kiedy mi się nudziło albo kiedy prowadził mnie tam instynkt.
Tak też było teraz, kiedy skradałem się po ulicy z zapartym tchem. Dostrzegłem cień na ziemi, przelotny, ale niezwykle interesujący. Spojrzałem nawet w niebo, ale niczego pozornie nie dostrzegłem, ale wziąłem głęboki wdech w swoje ludzkie płuca i czułem... nokturniane, przesuszone powietrze, tchnące ścierwem, więc wszystko było w jak najlepszym porządku. Chwila, LEO! Nie mogłeś się przecież tak rozpraszać, jeśli się skradałeś, jeśli miałeś coś, kogoś albo coś-kogoś na oku, czyż nie? Na oku, na oku. Na nosie. Na zębie... Na zębie ślinka. Ach.
Zamiauczałem pod nosem zdecydowanie niezdrowo. Bardzo niezdrowo.
- Leo to zły kotek - powiedziałem do siebie, taki przyklejony do ściany, patrząc przed siebie nieruchomo. Na chwilę wszystko zamarło, cały świat zamarł, a ja na wstrzymanym wdechu obserwowałem. Dopiero kiedy mój obiekt się odwrócił, to ja powoli ruszyłem do przodu. Powoli, niemalże eterycznie, niemalże bez ruchu, a jednak parłem na przód i powoli wyciągałem też różdżkę. Kolejne odruchy, kolejne instynkty i szaleństwa. Miałem ochotę przeć dalej do przodu, a jednocześnie - przez tę adrenalinę we krwi, co mi tak śmiało skoczyła - miałem ochotę tańczyć tu bez muzyki niczym świr i pewnie bym to zrobił, gdybym znowu nie zamarł w pół kroku.
Dobra, wszystko pod kontrolą. Udało mi się nawet skryć w delikatnym cieniu, poza oczami mojego obiektu by przemienić się w kocią postać, a wtedy już nie próżnowałem. Bezszelestnie wskoczyłem na niski daszek najbliższego budynku i przyczaiłem się do ataku. Nic nie mogło mnie teraz powstrzymać. Nic nie mogło mnie wytrącić z równowagi. Moje kocie instynkty podały mi wszystkie współrzędne, wszystkie zmienne. Czułem to w kościach, w mięśniach i w całej swojej płynnej postaci kota. Zrobię skok i będzie po skurwielu.
I właśnie to robiłem, czując wiatr w swojej sierści. Drobną tylko chwilę, bo już miałem wróbla w swojej garści. Mały skurwiel. Uwielbiałem tych małych gnoi. Łapać, bo zjeść nie zamierzałem surowego mięsa. Ale złapać, trochę jego przerazić, trochę się pobawić i wypuścić. Sajonara. Następnym razem bądź bystrzejszy, zią - pomyślałem, kiedy nieco wstrząśnięty odlatywał z nastroszonymi piórkami. Ja, cóż, miałem zdecydowanie dumną, kocią mordkę, ale nie na długo się tym radowałem, bo zaraz moją uwagę przykuło światełko na ziemi, pewnie odbicie promieni słońca w którymś z tych cudem czystszych okien.