10 kwietnia 1972, sklep Ollivanderów
Theon & Fergus
Brak różdżki potrafi być równie dotkliwy, co brak dłoni. Zwłaszcza dla czarodzieja. Będąc przyzwyczajonym do stosunkowo częstego posługiwania się magią, wykorzystywania jej nawet przy tych bardziej podstawowych czynnościach, Theon po prostu nie był w stanie zbyt długo odkładać w czasie wizyty w sklepie Ollivanderów. Była to dla niego jedna z tych spraw, którymi powinien był zająć się jeszcze wczoraj. Bez zbędnej zwłoki. I gdyby nie pewne przeszkody, które napotkał po drodze, najpewniej tak by to wyglądało. Tarah Travers źle przyjmowała odmowę, a Theon - jako jej syn - nie zawsze potrafił postawić na swoim, często decydując się rozegrać wszystko w taki sposób, w jaki od niego oczekiwali rodzice. Obydwoje. Dotyczyło to nie tylko matki.
Po randce niespodziance, którą przyszło mu odbyć z syreną, a następnie spotkaniu oraz rozmowie z siostrą, nie miał zbyt wielkiego wyboru. Pozbawiony różdżki, pozostawiony nad jeziorem, które znajdywało się stosunkowo blisko rodzinnej posiadłości Traversów, zmuszony był do złożenia wizyty matce, ojcu i babce. Ci zaś, zaskoczenie praktycznie żadne, zamiast ograniczyć się do krótkiej rozmowy, postanowili zatrzymać go na dłużej. Narzekali przy tym, iż zdecydowanie zbyt rzadko ich odwiedza. Bo przecież to wcale nie tak, że ledwie kilkanaście dni temu spędził w Szkocji kilka dni, biorąc udział w rodzinnym przyjęciu.
A także pozwalając im ogłosić swoje własne zaręczyny.
Dokładnie te zaręczyny, które przeszłością stały się w ledwie kilka dni później.
Do Londynu ostatecznie zdołał wrócić dopiero następnego dnia. Miało to miejsce późnym popołudniem. Wyczerpany po nieplanowanym, rodzinnym spotkaniu, nie bardzo miał ochotę na to, żeby opuścić cztery ściany własnego mieszkania. Nie pomagało nawet to, że te znajdywało się na Pokątnej, a cała wyprawa do sklepu nie mogła zająć więcej niż kilkunastu minut do godziny. Tyle co nic.
Tyle tylko, że to nic wolał w tamtym momencie przeznaczyć na odpoczynek.
Niedziela minęła, zaczął się poniedziałek. Całe szczęście był w stanie zaplanować wszystko tak, żeby nie musieć się nigdzie śpieszyć. Ogarnął się, przygotował sobie śniadanie, wypił kawę, wypalił też papierosa. A nawet papierosy. Tych było kilka. Po drugiego sięgnął, kiedy już dane było mu opuścić kamienicę, w której znajdywało się jego niewielkie mieszkanie. Dopalił go stojąc przed budynkiem, który usytuowany był prawie w samym centrum ulicy Pokątnej. Bardzo blisko nowo otwartej klubokawiarni Nora Nory, na którą pozwolił sobie nawet rzucić okiem. Kolejka nie była duża, ale... po kolejną kawę, zdecydowanie lepszą od tej, którą sobie przygotował w mieszkaniu, uda się w drodze powrotnej. Kiedy zdobędzie już nową różdżkę.
Pozostałości po wypalonym papierosie rzucił na chodnik. Przydepnął butem. Zgasił. Krzywiąc się nieznacznie z powodu pogody, zdecydował się zapiąć płaszcz. I ruszył w drogę. Godzina była stosunkowo wczesna, więc i ludzi na Pokątnej niewiele. Nieludzi również. Żadnych dzikich tłumów. Dawało to nadzieje, że również w sklepie Ollivanderów nie będzie trzeba się martwić o zbyt duży ruch; da się wszystko załatwić od ręki.
Tym też zainteresował się, kiedy wreszcie dotarł do celu. Nie zajęło mu to wiele czasu. Zanim otworzył drzwi, zajrzał do środka przez okno wystawowe, starając się ocenić jak wyglądała sytuacja. Nie umknęło mu, że przydałoby się je umyć. Widać zabrakło komuś czasu na kilka prostych zaklęć wykorzystywanych przy domowych porządkach. Nie oceniał. Sam również nieszczególnie się do takowych wyrwał. Wreszcie sięgnął w kierunku drzwi, naciskając klamkę, otwierając je.
- Dzień dobry. - odezwał się w kierunku pracownika, którego bez większych trudności był w stanie dostrzec z ulicy. To właśnie do niego skierował swoje kroki. Nie chciał tracić czasu na zbędne przeglądanie półek. Sam by się w tym wszystkim najpewniej zbyt szybko nie połapał. O ile w ogóle.