• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[06/08/1972] Wesele Afterparty - Desmond & Oleander

[06/08/1972] Wesele Afterparty - Desmond & Oleander
Cień Prokrusta
the stronger becomes
master of the weaker
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
187 cm wzrostu, blond włosy i niebieskie oczy. Ubrany elegancko, od linijki, głównie w beże, brązy i błękity. Pachnie subtelnymi, cytrusowymi perfumami. Rzadko pokazuje emocje, mówi szybkim, oschłym monotonem. Porusza się spokojnie, dumnie i sztywno.

Desmond Malfoy
#1
06.10.2024, 02:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.10.2024, 02:36 przez Desmond Malfoy.)  
Mieszkanie Oleandra, Aleja Horyzontalna
Desmond Malfoy & Oleander Crouch

Skomplikowany rytuał opuszczenia cichnącego wesela Blacków zmęczył go do szczętu; nie potrafił przywołać żadnej z kilkunastu przeprowadzonych przez niego pogawędek, ale w pamięć zapadł mu ledwo widoczny cień rozczarowania matki, która spodziewała się, że wróci do rodzinnego domu razem ze swoim synem. W ostatnich miesiącach odwiedzał ich coraz rzadziej, zawsze niespokojny, że zauważą w jego mowie ciała jakikolwiek przebłysk niechęci, która powoli dominowała jego życie.

Teleportacja do przestronnego mieszkania Oleandra wiązała się z ulgą, której głębokość go zaskoczyła. Odetchnął ciężko, gdy obaj stanęli w holu srebrzonym bladym światłem księżyca, który już po chwili przysłoniła kolejna z rozmazanych, brudnych chmur londyńskiego nieba. Nikt już na niego nie patrzył, nikt już go nie obserwował - wreszcie mógł odwiesić ciężką marynarkę i rozpiąć kołnierz sztywnej, bawełnianej koszuli. Wiedział, że nie pójdzie jutro do pracy.

Przekroczywszy próg salonu, skrzywił się lekko. Zapamiętał go zupełnie inaczej. Czuł się zagubiony. Od jego ostatniej wizyty wszystkie meble znowu zmieniły swoje miejsce, podłoga wydawała się ciemniejsza. Nowe drewno. Przy kanapie - nowy dywan. Przesunął zmrużonymi oczami po ścianach, dostrzegając nieznane obrazy.

Jego całkiem przeciętna reprodukcja "Pani z Shalott" J. W. Waterhouse'a, którą podarował przyjacielowi jeszcze w czasach szkolnych, wciąż jednak wisiała nad pikowanym fotelem i małym stoliczkiem z mahoniu, które nadal czekały na niego w tym samym zacienionym kąciku. To było jego miejsce. Pomimo tych wszystkich zmian, Oleander wciąż dbał o to, żeby jego skrawek przestrzeni czekał na niego w stanie nienaruszonym, jeśli kiedyś chciałby tu wrócić. Jedyny stały element tego domu. Zacisnął zęby, czując w piersi nagłe ukłucie wstydu. Smutku. Radości. Ciężar wdzięczności.
– Dlaczego robisz. To za każdym. Razem – wymamrotał, przejeżdżając opuszkami palców po haftowanym abażurze zapalonej przez niego lampy. Ruch jego dłoni był na tyle niewprawny, że zatrząsł całym przedmiotem. Przed ulotnieniem się z przyjęcia zdążył jeszcze wypić prawie butelkę czerwonego wina, którego smaku nawet nie pamiętał. – Mogła. Stać pod tamtą ścianą. Wyglądała. Dobrze.

Odwrócił głowę w kierunku Oleandra, stopniowo podnosząc zamglone spojrzenie z różowej koszuli do jego oczu. Milczał parę sekund; jego spuchnięte od alkoholu policzki wydawały się jeszcze czerwieńsze. Chciał coś powiedzieć, ale nie wyglądało, jakby miało mu to przejść przez gardło. Musiał się skupić, musiał odciąć się od tego. Przecież nie może teraz stać jak słup soli; jeszcze brakowało, żeby się porzygał.

To była tylko transakcja. Biznes. Oleander był dla niego miły, teraz on musiał być miły dla Oleandra.
– Ty też. – Dalej, dalej, z obowiązku. Nie było w tym nic osobistego. To była tylko uprzejmość. – Wyglądałeś dobrze. Bardzo dobrze. A nawet. Nawet nie stałeś pod. Żadną. Ścianą.
To mogło brzmieć jak żart, ale nim nie było. Nie w połączeniu z takim grymasem na twarzy.

Będąc już w stanie przedagonalnym, oderwał wzrok od Oleandra i oparł się o niewielką, ozdobną komodę, której nogi zatrzeszczały pod jego ciężarem. Zbyt trudno było mu jednak stać bez wsparcia, żeby się od niej oderwać.
– "A teraz mówisz coś. Implikującego. Że nawet patrzeć na mnie nie możesz." – w niezmienionej formie wyrecytował wypowiedź Oleandra sprzed ponad czterech miesięcy.
Wpatrzony w podłogę starał się dobrać słowa tak, żeby wyładować swoje emocje w możliwie najmniej niebezpieczny dla siebie samego sposób:
– Bo nie mogę. Nie mogę też. Nie mogę też nie patrzeć.
Umiarkowanie zadowolony ze swojej kompleksowej nieklarowności, nie znalazł jednak w tym absurdalnym wyznaniu jakiegokolwiek wytchnienia. Sam się w tej klatce zamknął.
Diva
I felt my heart crack -
slowly like a pomegranate,
spilling its seeds.
wiek
19
sława
IV
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
Muzyk; kompozytor, pianista
Burza czarno-srebrnych loków, blade lico, gwiazdozbiory piegów. Oleander jest młodym mężczyzną o 183 centymetrach wzrostu i nienagannej posturze. Jego oczy zmieniają kolor w zależności od nastroju, dnia, pogody, miesiąca - lawiruje pomiędzy odcieniami z pomocą metamorfomagii. Dłonie ma smukłe, palce długie. Nosi biżuterię i kolczyki, ale zazwyczaj tylko wieczorami bądź na występy. Gustuje w perłach, złocie i szafirach. Na pierwszy rzut oka uśmiechnięty, pełny życia i pasji młody człowiek, który nie stroni od tłumów i rozgłosu.

Oleander Crouch
#2
19.10.2024, 16:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.10.2024, 17:01 przez Oleander Crouch.)  
Przyjęcia weselne były nużące. Ludzie pławili się w szczęściu nadchodzącej relacji, którą powinni byli celebrować dużo wcześniej i bez przydługawych rytuałów społecznych czy rejestracji w urzędzie spraw cywilnych; głębokie westchnienie wydostało się spomiędzy warg Oleandra, gry ich stopy dotknęły drewna posadzki.

Mieszkanie było odcięte od brudu i gwaru Londynu. Ozdobione obrazami ściany oraz, teraz zamknięte na cztery spusty, wysokie okna, nadawały mu muzealnego wdzięku. Salon spowity był w całkowitej ciemności, rozjaśniany raz po raz podrygami księżycowych fal wysmykujących się spomiędzy ciężkich chmur.

Pomimo wypicia ponad butelki szampana, jego oczy bacznie śledziły wykwitające, jedna po drugiej emocje na twarzy Desmonda; późnym latem, pąki przemarzniętych kwiatów postanowiły rozwinąć swe korony i nieśmiało przyciągały delikatnością.

'Don't mind being as miserable as you like with me - I have a great turn that way myself', zechciał powiedzieć, aczkolwiek żadna ze strun głosowych nie wydawała się chętna do współpracy. Moze to i lepiej, dodał po chwili w myślach, już wystarczająco dokładnie omówiliśmy wszystkie najsmutniejsze wydarzenia ostatnich czterech miesięcy. Chociaż było to nieprawdą, Oleander chciał okłamać każdy swój zmysł i wyciągnąć z obecnej chwili jak najslodszy nektar, najprzyjemniejszy, aksamitny dotyk bliskości, gładzący utęsknienie.

Słowa Malfoya wyciągnęły go z odmętów własnych myśli, skontrowały wewnętrzny głos chropowatością odrzuconej wraz z ciężką marynarką wełny. Wzruszył ramionami, nie potrafiąc oddzielić od tego gestu charakterystycznej dla siebie filuterności, jaka wykwitła na twarzy błogim, omamionym szampańskimi bąbelkami, uśmiechem.

- Moja osoba opiera się na zmianach, w swojej irracjonalności to one są moim fundamentem - odparł bardziej poważnie, niż zamierzał, orientując się, że niewielki, wręcz błachy żal przyjaciela, poskutkował jego własnymi emocjami wydzierającymi się spod pudrowanej scenicznym różem kotary. Znajome ukłucie dyssatysfakcji własną osobą, wyglądem, podejmowanymi decyzjami zaczęło kiełkować w piersi, ale wyrwał je następnym ruchem, pozwalając marynarce spocząć na oparciu kanapy.

Chłód niebieskich oczu wydawał się topnieć w półmroku pomieszczenia, gdy ciemne deski posadzki rozjaśniła zapalona lampka. Nie był pewien czy fakt, że dogłębnie skupił się na ich odcieniu, czy kolejna wypowiedź tak bardzo nie pasowała do słów zazwyczaj słyszanych od Desmonda, ale w zaskoczeniu, zorientował się, że spiął ramiona; różowy materiał poruszył się mozolnie łaskocząc obojczyki.

- A chciałbyś żebym stał pod ścianą? - przekrzywił odrobinę głowę, pozwalając przyjemnym uczuciom wywołanymi komplementem przykryć podgniłe ciała poprzednich nadziei; wszystkich wcieleń, w których szukał prawdziwości, a uzyskiwał tylko wilgotny przeciąg - Podszedłbyś wtedy do mnie? Zapytał czy chcę zatańczyć? Chociaż nie - gwałtownie i jakby w zatroskaniu urwał swój zakrapiany alkoholem wywód - Spoglądałbyś na mnie z drugiego końca sali. Pławiłbym się w twoim spojrzeniu, chociaż byłoby dookoła dużo ludzi, ta chwila należałaby tylko do nas; nikt inny nie zdawałby sobie sprawy ... - nie dokończył, bo Desmond kontynuował wypowiedź, cytując słowa, które Oleander wolałby wyrzucić z głowy, zatrzasnąć za nimi drzwi i pozwolić sczeznąć w brudach ciemnych uliczek Londynu.

- Nie przestawaj, potrzebuje twojego spojrzenia, chcę widzieć twoje grymasy, nie zależy mi na grzecznościowym uśmiechu, nie chcę tego wszystkiego, co właśnie widzieliśmy dzisiaj na weselu, robi mi się niedobrze od sztuczności i pompatyczności - urwał, widząc, że Desmond podpiera się w upojonej chwiejności o drewno ozdobnego mebla.

- Tak samo jak obrazów, chciałbym doświadczyć twoich pragnień - przysunął się do niego, czując, że dłużej nie będzie w stanie się powstrzymywać. Mocno bijące serce sprawiło, że zazwyczaj idealnie alabastrowe policzki, doświadczyły naturalności czerwieni. Położył mu dłoń na piersi, delikatnie, wręcz drżącym gestem, jakby wcale nie przesuwał palcami po skórze zbyt dużej ilości osób w poszukiwaniu bliskości.

- Pokaż mi, Desmond - w dyskretności nocy, szept wydał się krzykiem. Półmrok pomieszczenia spowijał postacie z obrazów w nokturalną wstęgę kształtów; Lady Godiva Johna Colliera, odważniejszego kolegi Waterhouse'a spuszczała głowę, pozwalając włosom okalać nagie ramiona, a spojrzenie Clytemnestry zawieszone w holu, docierało do najgłębszych zakątków duszy.


“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦
Cień Prokrusta
the stronger becomes
master of the weaker
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
187 cm wzrostu, blond włosy i niebieskie oczy. Ubrany elegancko, od linijki, głównie w beże, brązy i błękity. Pachnie subtelnymi, cytrusowymi perfumami. Rzadko pokazuje emocje, mówi szybkim, oschłym monotonem. Porusza się spokojnie, dumnie i sztywno.

Desmond Malfoy
#3
11.02.2025, 04:09  ✶  
Zesztywniał, niemrawym wzrokiem obrzucając miękką dłoń opartą o jego pierś. Potrzebował kilku sekund wyważonego bezczynu, by wreszcie spojrzeć na Oleandra; w wilgotnych oczach miał już nie stres, lecz lęk. To wcale nie wyglądało już jak transakcja biznesowa. I nikt inny, nikt inny nie był temu bardziej winien, niż on sam. Nie mógł dłużej się okłamywać.

"Chciałbym doświadczyć twoich pragnień" – pragnął uciec. Zagryzł zęby, wiedząc doskonale, że przed deportacją powstrzymywał go jedynie fakt, że musiałby się przed nią zdobyć na otwarte odtrącenie jego ręki. Wyciągnął dłoń ku jego licu, ledwo unikając przy tym wetknięcia mu palca do ucha, i niewprawnie pogłaskał jego policzek, wzrokiem błądząc w okolicy jego ust, niepokojąco długo zatrzymując się na ich lewym kąciku. W jego umyśle kiełkowała myśl, której myśleć nie chciał, ta bolesna świadomość, że istnieje inna droga. Że mógłby czuć się inaczej.

Ale czyż nie wolał znanego bólu? Przywykł do jednego rodzaju tortur, obawiał się tylko tych nieznanych. W każdej rutynie istniał pewien komfort, pewna poniżająca przyjemność. Jego palce spełzły na kark przyjaciela, wpijając się głęboko w posrebrzane loki. Chciał za nie szarpnąć, chciał zmusić go, żeby osunął się na kolana, ale był na to zbyt pijany, osunąłby się na nie wraz z nim. To mijałoby się z celem.

Wszystko byłoby o tyle prostsze, gdyby Oleander nie patrzył teraz na niego. Wolałby go widzieć z opuszczonymi powiekami, z błogą sennością na twarzy, z bezwładnymi rękoma, które każdym obcym, nieoczekiwanym gestem nie wyrywałyby go z samotnej, solipsystycznej nie-rzeczywistości. Wtedy już nie Oleander, ale zwykłe, anonimowe ciało, poddawałoby się jego dotykowi w absolutnym milczeniu, pozwalając niezachwianemu spokoju trwać aż do rana. Aż do końca. Perfekcyjna separacja emocjonalna. To byłoby jak zwykła fantazja, jak bezpieczny wojeryzm. Jak patrzenie na zdjęcia w gazetkach, których nie widział od czasu misji z Lorraine i których zobaczyć nigdy nie chciał, których sam nie posiadał i których miesiące temu nie nabył, paranoicznie ukrywając się pod eliksirem wielosokowym.

Raz jeszcze spojrzał w jego oczy. Ich ciepła, soczysta zieleń trwała w swojej naiwności rozpromieniona niby letnim słońcem, symbol niegasnącej nadziei.
– Przykro mi. – Wypuścił jego włosy z ręki. Jego dłoń niepewnie przesunęła się w dół, ostatecznie spoczywając na kibici Oleandra. Czuł pałające od niego ciepło nawet przez materiał koszuli, brzeg skórzanego paska spinającego jego spodnie uginał się pod jego palcami. – Tak bardzo mi przykro.

Kawałek po kawałku niszczył siebie samego. Jeszcze kilka lat i nie zostanie z niego nic.

Desperacko balansując na krawędzi komody, wsunął rękę pod koszulę przyjaciela i przyciągnął go do siebie, z gorzkim brakiem zaskoczenia zauważając, że pomimo obiektywnej świadomości tego, jak odrażające było to wszystko, wewnętrznie czuł wszystko poza obrzydzeniem.
Przytulił go. Spod smrodu trawionego alkoholu w swoim oddechu wyczuwał jego perfumy. Cynamon, sandałowiec, agar, róża... i blady, przyćmiony jaśmin. Dopiero teraz zorientował się, jak bardzo nienawidzi jaśminu. Nie odsunął się; wdychał go dalej.
– Czy. Będę. Uh. Będziemy – mamrotał z trudem. – Kłaść s-się. Siadać.
Diva
I felt my heart crack -
slowly like a pomegranate,
spilling its seeds.
wiek
19
sława
IV
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
Muzyk; kompozytor, pianista
Burza czarno-srebrnych loków, blade lico, gwiazdozbiory piegów. Oleander jest młodym mężczyzną o 183 centymetrach wzrostu i nienagannej posturze. Jego oczy zmieniają kolor w zależności od nastroju, dnia, pogody, miesiąca - lawiruje pomiędzy odcieniami z pomocą metamorfomagii. Dłonie ma smukłe, palce długie. Nosi biżuterię i kolczyki, ale zazwyczaj tylko wieczorami bądź na występy. Gustuje w perłach, złocie i szafirach. Na pierwszy rzut oka uśmiechnięty, pełny życia i pasji młody człowiek, który nie stroni od tłumów i rozgłosu.

Oleander Crouch
#4
25.02.2025, 02:44  ✶  
Lepka świadomość spływała po nim ciepłem narastającego pożądania. Pod naciskiem dotyku czuł jak rzeczywistość odchodzi na drugi plan, że zastępuje ją mgła sennego marzenia, nierealistycznych mrzonek pielęgnowanych w głowie od lat. Czuł zdenerwowanie - zrozumienie elektrycznie niepokojącego uczucia przesmykiwało się pomiędzy palcami, razem z jasnymi kosmykami idealnie przyciętych włosów Desmonda, gdy z delikatnością zbyt bliską zjawisku sakralnemu, prawie że wstrzymując oddech, jak lunatyk, szaleniec w burzową noc pomiędzy drzewami, przesunął rękę z jego torsu, przez spięte, trzymane resztką upojonej samoświadomości ramie, aż do obojczyka, rozchylonego kołnierza...  Mimo to, może przez szpary w parkiecie, albo niedomknięte okno w sypialni? Wydawało mu się, że do pomieszczenia wpada chłodny wiatr; istnienie przeciągu w gorącą, sierpniową noc wydawało się tak samo irracjonalne jak odgrywająca się w półmroku wyczekiwana scena.

Wypuścił powietrze z płuc, dopiero teraz orientując się, że zapomniał oddychać; rozmazująca się przed oczyma rzeczywistość była mieszanką alkoholu, gorąca i omamienia bliskością. Ciemne barwy wydawały się igrać z jasną linią wykrochmalonej koszuli Malfoya, był jak latarnia w zatoce podczas sztormu; błędny ogień majaczący na grzbiecie fal morskich. Zmęczony długim rejsem, oddał się chwilowemu odprężeniu, cóż za różnica czy kolejny ruch miał zabrać go do bezpiecznego przylądka, czy też wciągnąć na wieki w głębiny wzburzonych wód? Należała mu się chwila przyjemności, dla niej żył, co byłoby sensem, gdyby nie dążyło się do spełnienia pragnień?

Coś było nie tak - wybudzany skradającymi się niepokojami ze znanego, choć wzmożonego emocjonalnością, transu, tracił wątki zbyt szybko, gubił się, nie wiedział co ma zrobić z rękoma. Czy powinien przesunąć palcami po plecach, wsunąć pod materiał koszuli, poradzić sobie zwinnie z guzikami? Poczuł jak żołądek wykręca mu się w blokującej niechęci, miał ochotę się rozpłakać. Teraz, gdy stali przed sobą, prawie że szczerze, prawie że bez niepotrzebnych warstw ubrań ograniczających zacieśnienie więzi, teraz, gdy nie było już agresji, gdy salon wypełniał zapach alkoholu ulatujący z ich oddechów - miał ochotę się wycofać, powstrzymać. Nie chciał, bał się. Czego? Robił to tyle razy...

Świadomość uderzyła go mocniej niż pięść Desmonda w innym pokoju, mieszkaniu i, wydawać by się mogło, życiu.

Nie wykonał żadnego ruchu, choć powstrzymanie się od opadnięcia na podłogę i dramatycznego szlochania, kosztowało go ostatki energii, jakie w sobie nosił. Nie chciał, aby każdy ruch był rutynowy, aby stało się to ich codziennością, wyćwiczonym teatrem ról. Uciechy fizyczne były dla Croucha ucieczką od rozrywającego bólu, jaki dźwigał od lat. Świadomość, że ma wnieść najcenniejsze ze swoich uczuć w świat wyrobionych schematów radzenia sobie z rozrośniętą do gargantuicznych rozmiarów dziurą w sercu, poraziła go nagłą paniką.

Nie mógł się wycofać. To byłoby jeszcze gorsze, odrzuciłby go wtedy na zawsze, nie byłoby odwrotu. Sprawiłby, że ledwo odbudowany, chwiejny balans, jaki udało im się przedyskutować runąłby i zniknął w Tartarze, zupełnie jak w przeraźliwie realistycznym śnie, który śnili, rozdzieleni, choć wciąż nierozłącznie splątani nićmi zażyłości.

Przyciągnięty, objął przyjaciela w desperackiej chęci zanurzenia się w momencie, odepchnięcia rozrywającej skórę, ostrymi argumentami błędów przeszłości, świadomości swojej własnej fizyczności oderwanej od gotujących się weń hektolitrów miłości i przywiązania. Przylgnął do słaniającej się w odurzeniu sylwetki Desmonda, a wypowiedziane przez blondyna słowa powoli docierały do rozkojarzonego umysłu.

Mi też jest przykro, tak bardzo chciałbym, aby moja miłość starczała dla nas obydwu, chciał powiedzieć, ale zabrakło mu odwagi. Mógł zsunąć z siebie wszystkie ubrania, choć i tak nie stanąłby przed nikim nagi; pragnął, aby rubieże jego duszy były odkryte, zapisane na prywatnych mapach.

Nie było niczego, co mógłby powiedzieć z pewną świadomością, że nie usłyszy kolejnego 'przykro mi'. Mimo silnego zapachu alkoholu połączonego z nagrzaną letnim słońcem bawełną mieszającą się z potem, czuł w bliskości znajomą terpentynę - a może to tylko złudzenie? Wywołana chęcią dotarcia do oazy spełnienia fatamorgana.

Przesunął dłońmi po miękkich kosmykach włosów, unosząc odrobinę głowę i ustami dotykając skroni Desmonda. Zawędrował aż do policzka i dopiero wtedy stanął pewniej, opuszczając dłonie i łapiąc drugiego chłopaka za rękę splótł ich palce ze sobą.

- Chodź - tonem delikatnym jak aksamit pościeli, w której mieli odnajdywać swoje kolejne ruchy, przeprowadził go przez próg swojej sypialni. Uchylone drzwi wpuszczały do pomieszczenia z zasłoniętymi oknami łunę ulicznych świateł Londynu.

- Usiądź - nakazał, choć nie mógł powstrzymać się od delikatnego gestu popchnięcia przyjaciela w objęcia miękkiego materaca usłanego pościelą. Wykorzystanie jego upojenia mogło się wydać okrutne, ale sytuacyjnie było jedynie bardziej ekscytujące. Oleander starał się nie myśleć o tym głębiej, nie chciał wracać myślami do meandrów nieprzyjemnych, niemożliwych do wyartykułowania słów.

Usadziwszy gościa, jak na dobrego gospodarza przystało, zaczął rozpinać guziki różowej koszuli, aby po chwili przerwać.

- Chcesz rozpinać je sam? - zapytał, odrobinę filuternie, bo najlepszą obroną przed ckliwymi myślami była u niego buńczuczność. Miał nadzieję, że nawet w tak upojonym i pożądliwym stanie Desmond będzie w stanie połączyć kropki.

Niestety chęć bycia pożądanym, a jednocześnie podziwianym była u niego wyżej niż dobre maniery, więc przyjaciel musiał poczekać na swoją kolej, jeżeli chodzi o ściąganie ubrań. Jeżeli w ogóle miał zamiar się ich pozbywać.

Spoglądał nań w dół, wciąż nie potrafiąc odejść dalej niż na pare minimetrów, potrzebując bliskości, a jednocześnie przeciągając ten moment w nieskończoność, czując jak chwilowe wątpliwości i wybuch paniki odchodzą, przynajmniej na razie, na drugi plan, pozostawiając miejsce narastającemu pożądaniu.


“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦
Cień Prokrusta
the stronger becomes
master of the weaker
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
187 cm wzrostu, blond włosy i niebieskie oczy. Ubrany elegancko, od linijki, głównie w beże, brązy i błękity. Pachnie subtelnymi, cytrusowymi perfumami. Rzadko pokazuje emocje, mówi szybkim, oschłym monotonem. Porusza się spokojnie, dumnie i sztywno.

Desmond Malfoy
#5
27.02.2025, 04:08  ✶  
W delikatności, z jaką Oleander przeczesywał jego włosy, było coś niepokojąco pięknego; wzruszenie mieszało się z dyskomfortem. Nie był w stanie zmusić się do trwania w swoim ciele, ledwo mógł poczuć, jak ciepła dłoń muzyka przesuwa się po jego ciele. Dotyk miękkich, wilgotnych warg na swojej własnej twarzy wydawał mu się tak obcy i odległy, jakby to on kogoś całował, nie ktoś jego. Ktoś...

Czuł pulsowanie juchy tłoczonej tuż-li pod powierzchnią bladej skóry przyjaciela. Pośród ciężkiego szumu porażonych etanolem neuronów spróbował wsłuchać się w wyimaginowany rytm tętna jedynej osoby, która w obecnej sytuacji wydawała się prawdziwa.  "Pomóż mi" – Oleander nie słyszał jego myśli, ale w nadrealny sposób zareagował na to wołanie o pomoc. Wzdrygnął się zdezorientowany, jakby dźwięk samotnego w ciszy szeptu przywrócił go do świata fizycznego. Rozbieganym spojrzeniem przeciągnął po twarzy niepewnego przyjaciela, który próbował – oh, z nieznaną mu dotąd klarownością widział, że tak bardzo próbował – bezpiecznie przeprowadzić go przez to doświadczenie.

Z zaskoczeniem stwierdził, że inna droga nie tylko istniała, ale również stawała się coraz bardziej namacalna. Ściskał mocno jego dłoń, kiedy prowadził go do sypialni. Musiał to robić, bo palce ślizgały mu się od potu, a nie mógł pozwolić sobie na zerwanie jedynej kotwicy, która jeszcze trzymała go tego świata. Uśmiechnął się niemrawo, boleśnie – jakkolwiek dziwnie było mu to stwierdzić, wierzył teraz, że będzie... dobrze. Będzie dobrze.

Siedział w ciszy na skraju łóżka, niepewnym wzrokiem śledząc zarys ginącej w półmroku sylwetki rozbierającego się przyjaciela. O czysto fizycznej logistyce obcowania nie miał najbledszego pojęcia; posiadał bardzo ograniczoną bibliotekę wizualną podobnych aktów i aby z niej skorzystać, znów musiał wrócić myślą do przesiąkniętych dewiacją kwartalników dla mężczyzn... zainteresowanych mężczyznami. Czy tak właśnie się czuli, kiedy patrzyli na te zdjęcia? Czy przeżywał właśnie sytuację, których miały być symulakrą? Kiedy nie doświadczało się tego przez papier, wydawało się to znacznie mniej... pornograficzne. Mniej brudne.

Nieoczekiwane pytanie Oleandra wyrwało go z kontemplacji tego, jak błędnie rozumiał erotykę, nim jeszcze doszedł do jakiegokolwiek spójnego wniosku. Zlęknione oczy wzniósł ku twarzy przyjaciela, z początku nie mogąc pojąć, co w ogóle do niego powiedział.
– G-guziki – zapytał sucho, ale nie oczekiwał odpowiedzi.
Chwiejnie wyciągnął ręce ku koszuli Oleandra. Wydawało się, że minęły wieki, nim udało mu się zacisnąć palce śliskiej masie perłowej; uparcie nie patrzył na to, co robi, unikając spoglądania w kierunku nagiej klatki piersiowej przyjaciela.

Pociągnął nosem, teraz dopiero czując wilgoć zbierającą się w oczach.
– Przepraszam. – Walczył w ciemno ze sprzączką jego paska. – Przepraszam naprawdę.
Rozpinał mu spodnie. Nie miał pojęcia, co zrobi później. Zakładał, że wszystko potoczy się samo. Bez jego udziału. W jakiś sposób. Coś wewnątrz mówiło mu, że nie powinien teraz próbować myśleć. To chyba był instynkt samozachowawczy.
Diva
I felt my heart crack -
slowly like a pomegranate,
spilling its seeds.
wiek
19
sława
IV
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
Muzyk; kompozytor, pianista
Burza czarno-srebrnych loków, blade lico, gwiazdozbiory piegów. Oleander jest młodym mężczyzną o 183 centymetrach wzrostu i nienagannej posturze. Jego oczy zmieniają kolor w zależności od nastroju, dnia, pogody, miesiąca - lawiruje pomiędzy odcieniami z pomocą metamorfomagii. Dłonie ma smukłe, palce długie. Nosi biżuterię i kolczyki, ale zazwyczaj tylko wieczorami bądź na występy. Gustuje w perłach, złocie i szafirach. Na pierwszy rzut oka uśmiechnięty, pełny życia i pasji młody człowiek, który nie stroni od tłumów i rozgłosu.

Oleander Crouch
#6
04.03.2025, 03:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2025, 03:53 przez Oleander Crouch.)  
Materiał spodni przesunął się po udach i opadł na dywan z tępym stukotem sprzączki paska. Gęsia skórka pokryła nagość wypukłościami; ciężkie od szampańskich bąbelków namiętności powietrze, przetykane nieistniejącym chłodem trzeźwej potrzeby przymusu kontrolowania sytuacji napierało na złączone w skrępowanym uścisku sylwetki.

Mamrotane, kolejne przeprosiny, majaczące na granicy smutku, dezorientacji i kontradyktujacych się przekonań, puścił mim uszu. Wiedział, że w upojeniu alkoholowym takie słowa mienią się w głowie neonem oazy wśród suchej pustyni win; rozumiał, że Desmondowi będzie o wiele prościej jeżeli nie dostanie werbalnej odpowiedzi.

Mógł być to pierwszy raz, gdy naprawdę nie był pewien kolejnego ruchu. Zazwyczaj pewny swoich pragnień, przedkładający potrzebę bycia podziwianym ponad komfort drugiej strony, który dotychczas był dlań konceptem czysto abstrakcyjnym, zawahał się na parę sekund, pozwalając rozkwitającej wątpliwości ukazać się w pełnej okazałości. Na parę sekund znów siedział w pokoju muzycznym rodzinnej posiadłości, za jego plecami nie przyćmiona ciężkimi zasłonami łuna londyńskich latarni, a krajobraz zielonego ogrodu rozświetlanego letnim słońcem. Lepkość przywierającej do klatki piersiowej koszuli i aksamitność, a zarazem chłód kości słoniowej fortepianu; mroźna tafla spojrzenia niebieskich oczu należała w tym wspomnieniu do Lorraine, delikatności jej dłoni, a zarazem pełnego zdecydowania ruchów na zawsze zaklętych w czasie przeszłym, choć przelewających się do teraźniejszości absolutyzmem miłości.

Tracąc ostatki zahamowań, podążając dawno wyznaczoną trasą, w bolesnej ekscytacji możliwości przelania zabutelkowanych uczuć na faktyczny obiekt każdego ze swych westchnień, pozwolił materacowi ugiąć się pod ciężarem własnych kolan. Bliskość stała się nieuniknionym ciężarem, gdy przypieczętował Malfoya swoją wagą, wiedząc, że jedyny upadek, jaki może go spotkać, będzie amortyzowany miękką pościelą.

Szorstkość napiętego materiału wełnianych spodni obcierała wnętrze ud. Własne ubrania miał praktycznie całkowicie ściągnięte, gdy te Desmonda pozostawały wręcz w nienaruszonym stanie - sama ta myśl przyprawiała go o kolejne dreszcze, przyjemne impulsy gorąca. Nie był pewien jak zdecydowany mógł być, choć dłonie miał już umiejscowione na ramionach przyjaciela, wyczuwając każde spięcie czy ruch mięśni. Wydawało mu się, że zgubił rozwagę wraz ze spodniami, ale ta wracała, choć coraz słabiej, aby przypomnieć, że musi pozostać chociaż odrobinę trzeźwy, że uciecha z tego aktu nie płynie z tonięcia w fantazjach, wyobrażaniu sobie, że jest z kimś innym. Namacalność momentu była dla niego porażająca, ostatkami sił wstrzymywał wzburzony nurt pożądania, z każdą kolejną sekundą uświadamiając sobie mocniej, jak bardzo pragnął znaleźć się w tej sytuacji, że każdy, przeżyty w ostatnich miesiącach akt był tylko cieniem intensywności dzisiejszego wieczora.

Przesuwając dłoń za ucho blondyna, opuszkami palców błądząc po karku, skierował jego twarz na swoją, chciał widzieć jak topniejący lód niebieskich oczu zmienia się w błękit tropikalnego oceanu, bądź na powrót zamarza.

- Powiedz mi czy potrzebujesz zostać w ubraniach - jeżeli rozmawiałby z kimś zdającym sobie sprawę odrobinę lepiej z przebiegu takich scen, zapewne zapytałby czy rozpinać mu koszulę, czy też spodnie, ale wolał nie generować niepotrzebnego stresu, który mógłby uderzyć go bardzo bolesnym rykoszetem. Wyczuwał w skrępowanych ruchach, wpierw rozpinających perłowe guziki, a potem walczących ze sprzączką paska, starania oraz chęć zatracenia się w chwili, przełożenia dopiero co odkrywanych pragnień w równanie rzeczywistości poprzez potrzebę drogowskazu. Korzystając z odchylonego kołnierza, wsunął dłoń pod bawełniany materiał koszuli i chłodnymi palcami objął rozpaloną skórę ramienia; chciał aby odzew na ten gest pokazało mu, tak samo jak Desmondowi, co powinno być kolejnym ruchem, musieli nauczyć się własnych odruchów, spleść je w chwilowej harmonii przyspieszonego kursu.

- Chcesz mnie pocałować? Wtedy przestanę mówić - zaproponował, dodając do wypowiedzi odrobinę filuterności, choć nie był pewien na ile zostanie wyłapana. Nie był to jedyny sposób, aby zamknąć mu usta, ale drugi z nich wydawał się, na ten moment zbyt pochopny i poniekąd ubliżający. Nie był pewien źródła tego uczucia, ale postanowił go teraz nie drążyć.


“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦
Cień Prokrusta
the stronger becomes
master of the weaker
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
187 cm wzrostu, blond włosy i niebieskie oczy. Ubrany elegancko, od linijki, głównie w beże, brązy i błękity. Pachnie subtelnymi, cytrusowymi perfumami. Rzadko pokazuje emocje, mówi szybkim, oschłym monotonem. Porusza się spokojnie, dumnie i sztywno.

Desmond Malfoy
#7
22.08.2025, 01:13  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.08.2025, 01:24 przez Desmond Malfoy.)  
Mimo wszechogarniającego chaosu, wyczuł niespodziewaną pauzę w melodii prowadzonej przez przyjaciela. Rosnąca niepewność zmusiła go do wzniesienia nań spojrzenia - pierwszy raz od dawna, od wieków. Wilgoć zebrana w kącikach jego spuchniętych oczu lśniła w zduszonym świetle londyńskich latarni. Patrzył na niego ze strachem graniczącym z desperacją... Wszakże jeśli Oleander nie wiedział co dalej, to nie wiedział tego nikt.

Oderwał od niego wzrok natychmiast, gdy poczuł ciężar jego ciała na swoich własnych kolanach. Był zbyt pijany, żeby zareagować szybko, żeby wzdrygnąć się, żeby się odsunąć. Z odrealnionym spokojem oparł lewą rękę na łóżku za sobą, aby utrzymać równowagę. Powolnie spojrzał ku wyjściu z sypialni, starając się zorientować w napierającym na niego zewsząd dotyku.

Wolną dłoń wsunął pod koszulę Oleandra, by ułożyć ją na jego nagich plecach. Powoli zsuwał palce w dół, ku jego lędźwiom. Pod lepkim, chłodnym potem czuł uderzające ciepło jego rozgrzanej skóry, jego entuzjazm, jego gotowość. Ściągnął brwi, gdy przyjaciel siłą odwracał jego twarz, siłą zmuszał do spojrzenia mu w oczy.
- Tak - szepnął ciszej, niż się spodziewał.

Sapnął, nerwowo próbując zdusić narastający stres. I zdusił go, lecz za cenę zamknięcia powiek. Wystarczyła sekunda, aby zakręciło mu się w głowie, aby wszystko raz jeszcze stało się tak odległe, jakby to był sen i to nawet nie jego własny. Wszystko, z wyjątkiem nabrzmiałego kutasa, który napierał na jego brzuch, od kiedy Oleander przysunął się jeszcze bliżej.
- Czy. - Przerwał, orientując się nagle, że odczuwał całkiem znaczący dyskomfort. - Czy możesz ze mnie zejść.
Najpierw przeszedł go dreszcz obrzydzenia, a później? Później wreszcie pojął, jak oderwana od cielesności była jego idea zauroczenia. Nigdy nie myślał o ciele Mayi w taki sposób i spodziewał się, że Oleander również nie będzie tego doświadczał w stosunku do niego. Czuł się obmierźle... zauważony. Nie był na to gotowy. Miłość w formie wyzwania czysto intelektualnego jawiła mu się jako coś znacznie bardziej bezpiecznego.

W ciągu kilku uderzeń serca wstyd zaczął górować nad obrzydzeniem.
- Przepraszam - wymamrotał pośpiesznie. - Przepraszam nie o to mi chodzi po prostu usiądź obok.
Pomógł mu w tym lub zmusił go do tego; w doszczętnym upojeniu nie był pewien ile w tym było sprawczości przyjaciela. Później bez słowa, z zaciśniętymi wargami, zajął się walką z guzikami własnego rozporka. Nie śmiał spojrzeć na Oleandra - zbyt bardzo obawiał się jego reakcji.
Diva
I felt my heart crack -
slowly like a pomegranate,
spilling its seeds.
wiek
19
sława
IV
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
Muzyk; kompozytor, pianista
Burza czarno-srebrnych loków, blade lico, gwiazdozbiory piegów. Oleander jest młodym mężczyzną o 183 centymetrach wzrostu i nienagannej posturze. Jego oczy zmieniają kolor w zależności od nastroju, dnia, pogody, miesiąca - lawiruje pomiędzy odcieniami z pomocą metamorfomagii. Dłonie ma smukłe, palce długie. Nosi biżuterię i kolczyki, ale zazwyczaj tylko wieczorami bądź na występy. Gustuje w perłach, złocie i szafirach. Na pierwszy rzut oka uśmiechnięty, pełny życia i pasji młody człowiek, który nie stroni od tłumów i rozgłosu.

Oleander Crouch
#8
26.08.2025, 02:00  ✶  
Trigger warning: opisy czynności seksualnych (niezbyt dużo i niezbyt dobitne)

W półcieniu niedopowiedzeń przesuwał się między doznaniem, a myślą; błędne ognie czające się w witrażach spojrzenia strzegły rosnącego płomienia. Rozpalone zmysły zdawały się zmiękczać skórę, elastyczny wosk, kruchy w swej wytrwałości oblepiał i podtrzymywał ogień, okalał knot i zdobiący go płomień.

Był marzeniem sennym, skrywającym się pod poduszką koszmarem, lękiem i gęsią skórką; włosy stawały dęba w ekstazie i lęku, gdy skradał się powoli lub ostentacyjnie korzystał z głównego wejścia. Mógł być każdym, palce Desmonda mogłyby teraz błądzić po wątłych kształtach ciała Mayi lub każdej innej kobiety, mimo to, czując powolny ruch roztrzęsionych dłoni, ciepło opuszków palców we wgłębieniu pleców, opierał się o nabrzmiałość jego spodni; nawet jeżeli strach paraliżował Malfoya przed kolejnym ruchem, Oleander powoli dostrzegał, że był wszystkim, czego ten pragnął. Nie potrzebował być nikim innym, w swojej złudnej rozpaczy pozwalał latami niepewności wkradać się do myśli, gdy odpowiedź leżała przed nim, tak blisko, pod zapaloną oślepiająco jasnym światłem latarni.

Patrz na mnie, potrzebuję, żebyś na mnie patrzył. Podziwiał każdy ruch, grymas i dźwięk, wzdrygnięcie i spięcie mięśni, wydawały się krzyczeć rozpalone chwilą oczy, choć Malfoy nie mógł tego dostrzec. Zaciśnięte powieki zamknęły dostęp do duszy, do zwierciadła lęków i pragnień, ich bezlitosnego tańca, odwiecznego konfliktu.

Słowa oblały go chłodnym, paraliżującym strachem. Uczucie wydawało się naciskać na klatkę piersiową, odbierać oddech. Poczuł rozczarowanie, nieznana dotąd paleta negatywnych doznań uświadomiła go, że wiosenna kłótnia, letni wyjazd i zakrapiane alkoholem wesele były łatwizną w porównaniu do paraliżującej możliwości odrzucenia, gdy jest nago nie tylko faktycznie, ale też całkowicie, bez masek upiększeń, dociągnięć metamorfomagii. Kruchość pewności siebie dosięgnęła i jego, więc z wdzięcznością przyjął kolejne, chyba setne już, przeprosiny.

Poddał się zaskakująco zdecydowanemu ruchowi, oparł w jego sile i sprawczości, akceptując sytuacje zaskakująco szybko. Uciął negatywność emocji, ale nie zamiótł ich pod dywan, ot zrozumiał następujące swoje czynności, kończące się na walczącym z własnym rozporkiem blondynem. Nawet w jakiś sposób go to rozczuliło, choć pilnował, aby w żaden sposób tego nie wyrazić, chciał zmiękczenia emocji, a nie części ciała.

Gdyby tylko część z tego zdecydowania Malfoy przełożył na inne ruchy - cóż, mieli czas, pierwsze kroki zawsze były najtrudniejsze. Poznawanie preferencji umysłu, zakamarków skrywanego w brzasku dnia warstwami ubrań ciała. Dotykanie twarzy nie było dla Desmonda przyjemne, to zauważył. Nie był pewien czy zamknięcie oczu wiązało się ze stresem i wstydem, czy po prostu miało zostać z nimi na dłużej. Jeżeli tak, to mogli mieć problem; znali się od lat, mógł próbować wydedukować zachowania, kolejne ruchy, ale nie uważał, że miałoby to sens. Seks zdawał się odkrywać część umysłu, jakiego nie pokazywało się w innych sferach życia, nawet jeżeli był ich następstwem czy konsekwencją.

Pozwolił materiałowi koszuli zsunąć się z ramion, gdy usiadł obok, odkładając myśli pełne energii, przemocy i jęczenia na bok. Prawie zapomniał, że pierwsze podrygi spełniania erotycznych marzeń bywają krępujące, choć nie aż tak jak miłostki na jedną noc z pysznymi facetami, których umiejętności kończyły się w trzy sekundy.

Nachylił się w jego stronę, opierając rękę na łóżku za sobą. Przesunął palcami po odsłoniętej przez rozchylony materiał rozporka skórze Desmonda. Rozgrzany, twardy kutas w dłoni był znajomą sensacją, wręcz idyllicznie komfortową. Nie wykonywał ruchu za szybko, nie robił tego też irytująco wolno, nie miał zamiaru niczego przeciągać, nie w momencie, gdy grunt wciąż wydawał się niepewny.

- Wiesz jak się to robi, dotknij mnie - lakoniczna i jasna instrukcja. Wiedział, że jakakolwiek inna wypowiedź mogłaby zakończyć wszystko przedwcześnie, bynajmniej nie z satysfakcjonującym finiszem.

Ułatwił mu sprawę i przesunął materiał własnej bielizny, tak, aby nie zasłaniał członka.


“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Desmond Malfoy (1865), Oleander Crouch (2646)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa