• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine

[08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#21
16.10.2024, 14:36  ✶  
Greengrass zdecydowanie wolałby, żeby to kiedyś było niedługo. Tak właściwie to najlepiej jeszcze tego samego wieczoru. Jeszcze lepiej teraz, ale to nie grało. Nie działało już tak jak mógłby tego chcieć. Ona też nie. Pocałunki nie wymazywały goryczy na języku. Nie chciał jej rozczarować tym, co powie, ale nie mógł jej dłużej czarować ładnymi słówkami. Była jego partnerką. Nie kimś na jeden wieczór, kto nie musiał nic wiedzieć. Tu leżało sedno.
- Więcej niż co nieco, ale moje tajemnice przebijają twoje - uśmiechnął się ponuro i właśnie tak zabrzmiał - jakby w jego głosie wizualizował się dokładnie ten przykry, niewesoły, bardzo ponury uśmiech.
Ambroise lubił rywalizację i wyzwania, ale wtedy, kiedy nie oznaczały, że był w czymś gorszy. A tak się składało, że nawet jemu byłoby trudno uznać ilość swoich mrocznych sprawek za coś mogącego komukolwiek imponować. No. Może dzieciakowi ze Slytherinu, ale nikomu więcej. Na pewno nie kobiecie, z którą chciał ułożyć życie.
- Postaram się, żebyś tego nie żałowała - nie mogła tego kwestionować - nie dawał jej takiej możliwości brzmiąc jak człowiek, który naprawdę nie rzucał słów na wiatr.
Nie mógł zrezygnować z podążania obraną ścieżką. Tak jak mówił, nie mógł i nie planował się wycofać. Szczególnie, że wcale nie chciał rezygnować z tego do samego końca. Nie czułby się pełny, nawet jeśli dzięki temu utwierdziłby ją w przekonaniu, że jego intencje były szczere i długofalowe. Nie mógł oddać wszystkiego, co miał. Nie próbował jej okłamywać - nie był doskonałym człowiekiem gotowym całkowicie zmienić się w imię miłości.
Ale czy zresztą chciałaby kogoś takiego? Nie z taką osobą się wiązała. Miał nadzieję, że była całkowicie świadoma wszystkich aspektów jego osobowości. Nie był takim lwem salonowym za jakiego pozował. Nie był typowym czystokrwistych kawalerem. Nie chciał być dziedzicem. Nie miał planów zostawać głową rodu. Konwenanse traktował jak coś, czego się trzymał, ale nie jak coś, co lubił. To nie miało się zmienić. Tego był pewien.
- Czy ja wiem? O niektórych tematach lepiej nie mówić - odrzekł świadomy tego, że mowa a czyny były dwoma zupełnie czymś innym.
To, że teraz nie chciała milczenia nie gwarantowało, że mogła nie chcieć słyszeć o czymś, co byłoby znacznie mniej przyjemne od nieświadomości. Czasami sercu było lżej nie wiedzieć i nie czuć. Coś o tym wiedział. Szczególnie teraz, kiedy poznał smak zaangażowania i tym samym zaczął obawiać się, że wkrótce pozna również gorycz odtrącenia.
Za własne decyzje. Zgodnie ze swoją odpowiedzialnością - oczywiście. Trochę próbował zasłaniać się tym, że był wtedy dużo młodszym człowiekiem. Stuknęła mu niemal dekada w tym, co robił. Niektóre małżeństwa trwały krócej. Natomiast wiedział, że gdyby miał możliwość zacząć od nowa i zmienić coś w tej historii, nie zrobiłby tego. Nadal zostałby tym samym człowiekiem na tej drodze. Nie nadawał się do salonowego życia.
- Potrafię sprawiać wrażenie - nieznacznie wzruszył ramionami - chyba już to zauważyła, nieprawdaż? - Ale daleko mi od kogoś, kto szukałby swojej ozdoby, żeby móc się pokazać. Dziedzica też ze mnie nie będzie. Miejmy tu jasność - zaznaczył.
Raczej warto było to podkreślić, nawet jeśli nie sądził, żeby Geraldine zależało na czymś takim. Była samodzielną, niezależną osobą. Potrafiła sobie radzić. Naprawdę nie sądził, aby mogła chcieć bardziej statycznego życia w wielkim majątku, wystawnych przyjęć, bycia wiecznym gospodarzem i jego błyskotką. To ostatnie było jednocześnie najmniej i najbardziej prawdopodobne - z jednej strony nie wyobrażał sobie, że chciałaby przyjąć tę rolę, z drugiej strony miały być pewne sytuacje, które będą tego wymagać. Żadne z nich nie wypisywało się z elity. Jedynie informował ją, że nie ma żadnych szerszych planów wchodzenia na poważnie w rolę Dziedzica.
Na ten moment robił to w ograniczonym zakresie, bo tak było wygodnie, czasy były specyficzne a jego siostra za młoda. Kiedyś chciał się od tego odsunąć. Być może ta ich wspólna decyzja o kupnie chatki na uboczu (swoją drogą - przejaw optymistycznej nieodpowiedzialności, bo już to zrobili a dopiero poruszali ważniejsze tematy) była pierwszą z szeregu następujących decyzji prowadzących do wycofania się.
Jeszcze nie patrzył na to w tym kontekście. Chwilowo miał dużo twardszy orzech do zgryzienia i dławił się łupinami. Ostre chrupały mu w zębach i drażniły delikatną śluzówkę. Krwawił od środka. Jedynie nie chciał wykrwawiać się swoimi obawami na Geraldine, dlatego przez większość czasu zagryzał zęby. Musiał być konkretnym człowiekiem. To było pokłosie jego decyzji. Musiał je zebrać, spróbować przyjąć jej decyzję, nawet jeśli w razie czego zamierzał próbować z tym walczyć - pokazać się od innej strony niż ta, o której teraz niechętnie mówił.
- Wiem. Na pewno znajdziesz jakiś sposób - uśmiechnął się krzywo pod nosem; nie kwestionował tego nieśmiesznego żartu a wręcz mówił serio - znał ją, na pewno zrobiłaby wszystko, żeby zakłócić mu spokój w zaświatach.
Szczególnie, że była też przecież ta teoria o drzewach w Kniei, duszach połączonych z naturą i tak dalej. W takim wypadku mogła go wykarczować lub spalić. Albo po prostu tam stać i wrzeszczeć na każdy dąb po kolei, kopać w pień. Spodziewałby się czegoś takiego. To było... ...urocze. Pojebane, bo przecież wcale nie rozmawiali, że na pewno ktoś go zabije, ale urocze. Uśmiechnął się pod nosem pierwszy raz od dłuższej chwili, choć nie na długo. Te wtręty nie oznaczały zażegnania kryzysu.
- Nie, nie mówił - przytaknął powstrzymując ciężki wydech. - Ale też nikt cię nie poinformował, że to będzie zjazd kolejką w banku Gringotta. Co do tego chyba możesz mieć kilka wyrzutów -tylko nie przesadzaj - nie chciał, żeby to przerodziło się w poważną, zaognioną kłótnię, choć wtedy być może szybciej wyrzuciliby z siebie wszystkie bolączki.
Coś by się wyklarowało. Najgorsza była niepewność i domysły. Rozmawiali, ale z minuty na minutę poruszali nowe fakty, problemy, przykre oczywistości i Ambroise nie chciał przedwcześnie wyrokować o tym, co będzie za minutę lub pięć. Był pewien tego, co było z jego strony. Próbował mówić o wszystkich aspektach wspólnego życia. Nawet tych niewygodnych. Nie chciał zakładać najgorszego, ale nie mógł wykluczyć oczywistości.
Oboje się narażali. Trudno było stwierdzić, kto z większym natężeniem. Natomiast magiczne bestie nie były tak mściwe i kreatywne w zemście jak niektórzy ludzie. Nie znał się na faunie, ale to mógł powiedzieć. Ludzie potrafili być prawdziwymi potworami. Szczególnie ci, z którymi zdarzało mu się współpracować. Starał się rozsądnie dobierać wspólników i zleceniodawców, ale to nie było takie proste i oczywiste w zawikłanym świecie pozorów.
- Wobec tego zrobię wszystko, żebyś nie musiała dotrzymać tej obietnicy - powiedział poważnie, przełykając ślinę.
Potrzebował usłyszeć zapewnienie. Dostał je. Wcale nie był spokojniejszy ani bardziej pozytywny, bo podświadomie wiedział, że wcale nie chciała mu tego przysięgać, ale na ten moment to wystarczyło. Musiało wystarczyć, żeby mogli spróbować pójść dalej. Powoli posuwali się do przodu.
- Chce w to wierzyć tak mocno jak ty - nie wątpił w to, że mówiła szczerze; sam nie był przekonany, że niczego by to nie zmieniło - wręcz przeciwnie, być może coś by polepszyło, pozwoliłoby im czegoś uniknąć (na pewno tego teraz tutaj, a napięcie dosłownie zżerało Greengrassa od wewnątrz).
Kto wie? Może byłoby również tak, że popsułoby między nimi wszystko. Nigdy nie znaleźliby się tu i teraz. Nie mieliby tyle do stracenia. Nie żałowaliby czegoś, czego by nie przeżyli. Żałowałby tego, co nie mogło się wydarzyć, ale byłby to smutek innego rodzaju, nie ból i lęk na myśl, że odsłaniał przed nią już dosłownie każdy zakamarek swojej duszy i dawał jej możliwość podjęcia ostatecznej decyzji o losach.
- Co nie zmienia faktu, że powinniśmy to poruszyć wieki temu - stwierdził ciężko, ponuro, prawdziwie.
To była jedna z podstaw bez których nie powinni zaczynać rozmów o wspólnej przyszłości ani składać żadnych wiążących deklaracji, które padły mimo to. Nie powinni tak łatwo przechodzić do porządku dziennego z tym, co unikowo zrobili. Głównie co było w zakresie jego odpowiedzialności a choć można było o nim powiedzieć wiele różnych rzeczy, na pewno nie to, że stronił od przyjęcia konsekwencji czegoś, co było jego niepodważalnym przewinieniem.
- Wybacz - zazwyczaj nie przepraszał za to, kim był i co robił, tutaj musiał to powiedzieć.
Nie chciał znów wpaść w spiralę przeprosin i kajania się za wszystko, ale powinna to od niego usłyszeć. Nawet on potrafił wypowiedzieć takie słowa wtedy, kiedy były konieczne. Szczególnie, że ironią byłoby, gdyby powiedział Geraldine to wszystko wcześniej a potem nie potrafił wydusić z siebie jednego słowa przeprosin.
Nie oczekiwał, że to tak po prostu zamknie temat. W żadnym wypadku nie był już tak diabelnie optymistyczny. Wręcz przeciwnie - teraz był bliżej drugiego bieguna. Ponury, poważny, pełen obaw, ale przynajmniej nie unikowy.
Wbrew pozorom nie dystansował się tak jak jeszcze przed paroma chwilami ani w żaden inny sposób. Nie uciekł do kuchni, żeby na nią nie patrzeć (no może to nie było głównym zamiarem Ambroisa) tylko po to, aby dać im obojgu trochę przestrzeni na tę trudną okoliczność.
- Każdy go kiedyś chce - nie znał się na zbyt wielu takich tematach, ale to wydawało mu się logiczne. - Nawet, jeżeli nie teraz to za kilka lat. Tu nie ma takiej gwarancji - powiedział wprost, bo ludzie się zmieniali, okoliczności także.
Nie chciał, żeby w dalszym ciągu budowali sobie coś na dobrych intencjach i złudzeniach, że kiedykolwiek będą mieć dom w takich kategoriach, w jakich chciała go mieć większość ludzi. To było raczej bardzo mało prawdopodobne przez wzgląd na styl życia obojga, ale jego interesy poza Mungiem na pewno nie ułatwiało sprawy.
Przez większość życia nie łudził się, że podjęte decyzje będą zgodne z czymkolwiek planem na przyszłość. Znacznie łatwiej było nie angażować się emocjonalnie niż próbować krążyć wokół faktów, bo tak jak wcześniej powiedział Geraldine - nie miał żadnych wątpliwości, że jeśli z kimś mógł spróbować ułożyć życie to była jedyną taką osobą. Nie znał nikogo innego. Nie chciał tego weryfikować w żaden inny sposób.
Mogłoby się wydawać, że mają idealne podstawy do tego, żeby to grało. Nie chciał jej okłamywać. Z większością kobiet musiałby zatajać swoje sprawki, kryć się, unikać mówienia o faktach. Przy niej nie czuł, żeby to było konieczne. Tym bardziej już nie teraz. Stawiał wszystko na jedną kartę.
- Natomiast jak już mówiłem: otwarte karty - stwierdził tak po prostu (a przynajmniej brzmiąc, jakby to mówił bez większego wysiłku; wiele go to kosztowało). - Koniec niedopowiedzeń - zapewnił, bo jeśli czegoś był pewien to właśnie tego, że niedopowiedzenia i przemilczenia tu nie działały.
Czy się obawiał? Cholernie mocno. Znacznie bardziej niż powiedziałby na głos. Kiedykolwiek. Dusił to w sobie, przy okazji siebie również dusząc. Znacznie łatwiej było sądzić, że nie istniał nikt taki, z kim mógłby czuć się dobrze wiodąc jednocześnie jedyne znane mu życie. Dzięki temu nie robił sobie złudzeń i nie miał nadziei, które mogły runąć pod naciskiem kilku słów ze strony Geraldine.
- Postaram się o tym pamiętać - odrzekł powoli i bez przekonania, bo nie do końca ufał temu typowi realizmu, który mogła uznawać za właściwy w ich skomplikowanej sytuacji. - Szczególnie, jeśli to oznacza, że mamy jasność - drugie słowa były już znacznie bardziej ostrożne, wypowiedziane tym samym głosem, nie szeptem czy pomrukiem, ale z większą zachowawczością.
Nie chciał przedwcześnie dopuszczać niczego, o czym nie był całkowicie przekonany. Jeszcze mogła zmienić zdanie. Wierzył w tę wzajemność z jej strony. Naprawdę. Natomiast starał się mieć pełną jasność tego, co robili i kim mieli być po tej rozmowie.
- Ostatnio oboje byliśmy niepoprawnymi optymistami, nie uważasz? - Słowa Ambroisa zabrzmiały znacznie lżej niż powinny wedle kontekstu, w którym zadał pytanie.
W żadnym razie nie doceniał tego, że przez ostatnie tygodnie a nawet miesiące zachowywali się jak dwoje lekkoduchów. Przynajmniej w tym momencie gardził swoją skłonnością do trzymania różowych okularów na nosie. To zaprowadziło ich tutaj, gdzie stanęli. Nie dało im ruszyć dalej. Wręcz sprawiło, że każdy kolejny krok wydawał się ryzykowny i niewłaściwy.
Chciał wierzyć, że mają to zamknięte właśnie od tego momentu i że wizja końca wszystkiego, co skrzętnie budowali rozmyła się wraz ze złożonymi deklaracjami. Powiedziała mu coś, co sprawiło, że powinien móc oddychać z ulgą. Odpowiedział jej tym samym z nienaturalną, ale właściwą nawykowością. Choć chyba tego nie dało się tak nazwać - pierwszy raz powiedział coś takiego na głos. To nie był werbalny nawyk, nawet jeśli we własnej głowie dawno był świadomy tego, że to brzmiało właściwie i powinno kiedyś paść.
A co nie powinno?
Niedorzeczności. Nie powinny paść.
- To najbardziej irracjonalne słowa, jakie padły z twoich ust - skwitował siląc się na to, żeby nie zabrzmieć na poirytowanego tym, co dotarło do jego uszu. - A to oznacza, że są naprawdę niedorzeczne - to był prosty komunikat z ust osoby, która raczej nie miewała problemu z mówieniem, kiedy coś brzmiało kretyńsko.
Potrafił przyczepić się do mniejszych słówek. Miał to w małym palcu. Nie potrzebował wiele, żeby pokusić się o bezpośredniość. Nawet taką, która robiła z niego buca - za to przynajmniej szczerego i to liczyło się najbardziej. W tej chwili sarknął odruchowo, unosząc wzrok w kierunku sufitu. Może tego nie widziała, ale miał pewność, że znała go na tyle dobrze, aby wyczuć jego niewerbalną reakcję. Szczególnie, że nie mógł nie pokusić się o uzupełnienie tego w słowa.
- Twoja noga jest popsuta. Twoja intuicja najpewniej jest popsuta. Jesteś najbardziej chaotyczną znaną mi osobą... ...poza mną, rzecz jasna. Zaczynam również skłaniać się ku twierdzeniu, że poczucie własnej wartości też masz niezbyt poprawne, ale nie mi to oceniać. Nie raz, nie dwa słyszałem, że to ja mam z nim coś nie tak. Twoje może być całkiem normalne - niby zgodził się z Geraldine, ale jednak nie. - Ale jak na moje oko to nie jest. Nie wiem. Czy mam się niepokoić, że to dlatego cię do mnie ciągnie? - Spytał wprost, choć raczej retorycznie - nie oczekiwał odpowiedzi.
Nie wysnuwał tej teorii w toku żadnych domysłów, dowodów lub analiz, bowiem nie sądził, żeby to tu był pies pogrzebany, ale liczył na to, że wzbudzi tym jakąś reakcję na późniejsze słowa.
- Racz nie obrażać mojej kobiety - upomniał ją, jakby mowa była o kimś zupełnie innym, kogo właśnie nazywała w niewłaściwy sposób, działając mu tym samym na nerwy. - Nie jesteś rzeczą, Geraldine. Ludzie psują się tylko po śmierci - oczywiście dało się to podważyć - to też słyszał nie raz i nie dwa, otrzymując pogardliwy wysryw o tym, że był spsutym do szpiku kości, bogatym panińczykiem bez krztyny autorefleksji.
Czy się tym przejmował? Niespecjalnie. Szczególnie, odkąd skończył pięć lat. Raczej nie dbał o subiektywne odczucia ludzi na jego temat. Prawdę mówiąc zazwyczaj mu to wisiało i powiewało. Wyłącznie nieliczni ludzie w życiu Ambroisa mieli rzeczywisty wpływ na jego przekonania. Nie odpowiadał za to, że wszystkim innym mogło nie pasować coś, co on najpewniej w sobie lubił lub chociażby tolerował a na pewno nie planował tego zmieniać, bo uraził czyjeś wysublimowane uczucia.
Mierziło go to, co słyszał teraz od Geraldine. Szczególnie w kontekście tego, o czym w dalszym ciągu rozmawiali. Jeżeli on nie miał za knut autokrytyki to ona bez dwóch zdań dbała o to, żeby w ostatecznym rozrachunku mieli harmonijnie umiarkowaną samoocenę. Krótko mówiąc: do poziomu absurdu zaniżała statystykę. Greengrassowi to nie pasowało. Nie próbował udawać, że jest inaczej.
- To jest debilizm sytuacyjny - stwierdził bez pardonu. - Nie można powiedzieć, że nie. Ani, że nie jestem na ciebie o to wkurwiony, ale nie przypisuj temu głębszego znaczenia. To zaćmienie mózgu, nie całkowite powalenie umysłowe.
Chciała po sobie cisnąć? Powinna to robić we właściwy sposób. O sprawy, co do których miała rzeczywisty wpływ. W oparciu o podejmowane decyzje a nie o wymysły, których podstaw nie rozumiał i prawdopodobnie nawet nie próbował zrozumieć, bo były bezsensowne. Niczym nie poparte. Nie wiedział, skąd pojawiło się u niej takie przekonanie, ale właśnie starał się je uciąć. Nie potrzebowali więcej tego typu wyznań. Szczególnie błędnych.
Wystarczyło, że byli równo... ...niestandardowi na wielu płaszczyznach. Liczyło się dla niego to, że do siebie pasowali. Jego wewnętrzny Ambroise doskonale dogadywał się z jej wewnętrzną Geraldine. To, co było poza tym nie powinno być tak znaczące. Cudza opinia? Otoczenie mogło plotkować. Już to robiono. Czy to było istotne? Szczególnie po tym, co padło w ich rozmowie?
Przy tym, co on sam o sobie powiedział (z trudem i wahaniem, ale wydusił na głos) raczej nie powinna sądzić, że jest najbardziej popsutą osobą w pomieszczeniu. Zresztą był wdzięczny za to, że jego również nie nazywała kimś takim. Obawiał się tej oceny bardziej niż był w stanie przyznać. Przed sobą tak samo jak przed nią. Niemal do samego końca nie chciał usłyszeć tego małego ale (większego też nie), po którym stwierdziłaby, że to dla niej za dużo.
To był wieczór odroczonych wyjaśnień. Przyszła pora również na te mniej oczywiste. Ewidentnie. Na coś, czego wcale nie bagatelizował ani nie wyśmiewał. Jakże by mógł - nie był z gatunku tych ludzi. Zdawał sobie sprawę z tego, że uzewnętrznianie się ją też dużo kosztowało. Natomiast nie zamierzał milczeć z tym, że ten zarzut wobec siebie samej był dla niego czymś do powtórnego zweryfikowania.
- Żebyśmy mieli jasność: kręcę naprawdę wątpliwie moralne interesy w różnych miejscach. Od tylu lat i do tego stopnia, że nie planuję innego życia. Jestem przestępcą. Nie bójmy się tego słowa. Kultura i dobre wychowanie tego nie ugładzają - pokręcił sam do siebie głową, wdychając ciężko i z niedowierzaniem; tym razem nie próbował tego kryć. - Jesteś po prostu niesamowita - raz jeszcze przemasował skroń palcami. - Niesamowicie nierealistyczna, skoro w ogóle dopuszczasz możliwość, że mogę cię nie chcieć.
Może to była domena popsutych ludzi. Pewnie by tego nie wykluczył, gdyby uważał się za kogoś kto musiał czuć się źle z tym, że żadne z nich nie wpisuje się w jakiś schemat. Już kiedyś o tym rozmawiali. Nie byli normalni ani standardowi. Jeżeli w którymś momencie czuł się z tym niewłaściwie to ten moment minął wraz z otrzymaniem zapewnienia, że mogli próbować łączyć ze sobą życie.
Te kilka godzin i dwa ostatnie dni były cieniem na jego poczuciu bycia dostatecznie właściwym człowiekiem dla niej. Rzeczywiście. Jeszcze chwilę temu sam miał wątpliwości, lęki, obawy. Wahał się i nie chciał słyszeć czegoś, co wydawało mu się prawdopodobne do usłyszenia. Natomiast to minęło. Poczucie gruntu usuwającego się spod nóg nadal było gdzieś tam głęboko, ale zaczynało niknąć i słabnąć. Dzięki temu, co padło z ust Yaxleyówny.
Dzięki temu, co powtórzył na swój znaczący sposób. Bez analizowania. W prostszy sposób niżeli mógłby się spodziewać. Nie przyniosło mu to takiego trudu jak myślał, że przyniesie. Deklaracja padła. Może sztywno i mało żarliwie, ale mieli na to czas. Następnym razem miało być chyba prościej.
- Ani się waż - ostrzegł odruchowo, łapiąc się dzięki temu na tym, że po prostu patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę (nie umiał powiedzieć jak długą) zamiast cokolwiek robić czy mówić.
Skutecznie wyrwała go z chwilowego letargu. Posłał jej z pozoru groźne spojrzenie, ale w kącikach ust dygotał zaprzeczający temu uśmieszek a oczy Greengrassa zdecydowanie nie ciskały gromów. Błyszczały z rozbawienia. Z czułości. Może też trochę z pobłażliwości.
- Jeśli wstaniesz to na pewno nie obejdzie się bez Szkiele-Wzro - zawyrokował a tak się składało, że to był chyba jeden z takich eliksirów, które niemal każdego były w stanie przekonać do unikania wysiłku fizycznego.
Paskudztwo.
Mimo to nie planował sprawdzać czy rzeczywiście potrafiła spełnić swoje groźby. Zmniejszył trochę ogień i powolnym, ale zdecydowanym krokiem wyszedł z kuchni. Bez uśmiechu na ustach, ale zarazem bez wyglądania jak zbity pies. Po prostu w milczeniu przysiadł na brzegu kanapy, wyciągając ramiona ku Geraldine.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#22
17.10.2024, 00:26  ✶  

Zdawała sobie sprawę, że wypadałoby sobie wyjaśnić to, co doprowadziło ich do tej dziwnej sytuacji. Nie mogli trwać w tym związku bez szczerości. Nie służyło im to, nie był to odpowiedni sposób na budowanie czegoś silnego i trwałego. To nie mogło się udać. Przystwarzało im to niepotrzebnych nerwów i dramatów bez których mogli się obejść. Prawda wyzwalała, czyż nie, a przynajmniej miała to robić. Czuła, że potrzebowali jej do tego, aby mogli ruszyć dalej.

- Tak, ze mnie zresztą da się czytać, niczym z otwartej księgi, więc moje tajemnice chyba nie do końcą są tajemnicami. - Była tego świadoma, przynajmniej w jego obecności trudno jej było ukrywać prawdę. Nie zamierzała zresztą wygrywać tych zawodów, nie wydawały jej się one czymś, w czym powinni się ścigać. Zdecydowanie lepiej by było, aby mogli sobie mówić o wszystkim. Na tym powinni budować zdrowy związek. Jasne, czasem można było pomijać pewne sprawy, niektórzy wspominali coś o większym dobrze, ale czy na pewno to była słuszna droga? Czy najgorsza prawda nie była lepsza od kłamstwa, albo unikania odpowiedzi? W oczach Yaxley zdecydowanie, wolała wiedzieć, mieć świadomość z czym miała się mierzyć.

- Na pewno nie będę żałować. - W jej głosie mógł usłyszeć determinację, najwyraźniej nie zakładała, że mogło być inaczej, angażowała się w to teraz już z pełną świadomością. Jego zapewnienie utwierdziło ją w tym, że postępuje słusznie, chociaż nie oczekiwała, że będzie jej to w jakikolwiek sposób wynagradzał. Nie musiał się jakoś specjalnie starać, może lepiej, aby nie mówiła tego na głos?

Nie miała wobec niego żadnych oczekiwań, takie wymagania nie były w jej stylu. Nie związała się z nim po to, aby robić z niego kogoś kim nie był. Nie o to chodziło w tworzeniu razem związku. Może nie była w tym szczególnie doświadczona, ale takie podstawy wydawały się jej być jasne. Odpowiadało jej to, jakim jest człowiekiem, jaki był dla niej, nic innego się nie liczyło.

Yaxleyównie również było daleko od typowej arystokratki, tak właściwie to chyba nie dało się być dalej od standardowego wzorca od niej. Starała się nieco oddalić od rodziny, nie zamierzała zbyt długo angażować się w ich biznes, zawsze zależało jej na samodzielności, nie chciała być zależna nawet od nich. Oczywiście rozumiała, jak wiele im zawdzięcza, nie miała zamiaru całkowicie się odciąć od ich wpływu, bo wiedziała, że mogłoby to się dla niej skończyć nie do końca pomyślnie, ale dystans był wskazany. Właśnie przez to zaczęła sama prowadzić rożne interesy, te bardziej oficjalne i mniej, o których wolałaby aby nikt nie wiedział. Miała swoje tajemnice, przynajmniej przed sporą częścią społeczeństwa. Ambroise jednak był osobą, z którą dzieliła się sporą częścią swoich sekretów od samego początku ich znajomości. Wzbudził jej zaufanie już przy początku ich znajomości, nie wiedzieć czemu, wyczuwała może po prostu, że mogą być do siebie podobni, intuicja jej nie zawiodła.

- Czy ja wiem... - Powtórzyła za nim. - Najgorsza prawda jest lepsza od unikania tematu. - Tak, zdecydowanie była tego zdania. Przynajmniej mogła wiedzieć, na co powinna się przygotować. Zresztą lubiła wiedzieć, tak po prostu, nie uważała, żeby unikanie tematu było zdrowe.

Miała świadomość, że takie podejście może wynikać z jakiejś obawy. Próbowała jednak zrozumieć, dlaczego wolałaby jej nie mówić o pewnych rzeczach, nie sądziła, że chodziło o zaufanie, bo zaczął się przed nią otwierać, więc to musiało być coś innego.

- Mamy jasność. - Nie zakładała, że mógłby mieć chęć angażować się przesadnie w sprawy swojej rodziny, pewnie przez to, że uważała, że są do siebie podobni. Robili to, co było słuszne. od czasu do czasu przypominali o swoim istnieniu, pokazywali się na przyjęciach, bo tak wypadało. Miała świadomość, że w ich świecie to było dosyć ważne - nie dać o sobie zapomnieć. To było przydatne, kontakty, jakie uzyskiwali dzięki swoim rodzinom mogły ułatwić im życie. Zdziwiło ją to, że z taką lekkością był w stanie oddać pozycję dziedzica swojej siostrze, bo to raczej nie było typowym posunięciem, ale rozumiała co nim kierowało. To był spory obowiązek, który też w pewien sposób ograniczał, wiązał się z dodatkowymi zobowiązaniami. Sama zresztą też wolala stać z boku, nie przepadała za tymi przyjęciami, na których musiała się pokazywać u boku ojca. To nie tak, że traktował ją tylko i wyłącznie jako swoją błyskotkę, bo sporo jej nauczył i chwalił się też nią podczas polowań, ale w trakcie tych wydarzeń towarzyskim musiała przyjmować pewną rolę. Przywykła do tego, ale nic więcej, nie sprawiało jej to nigdy jakiejś wielkiej przyjemności.

Nie miała problemu z tym, aby trzymać się z boku, wręcz przeciwnie, zdecydowanie lepiej by się odnalazła w takiej roli, oczywiście zdawała sobie sprawę, że od czasu do czasu nie uniknęłby ich pokazanie się w towarzystwie. To mogło być całkiem niezłym rozwiązaniem, złapała się na tym, że zaczęła myśleć jeszcze bardziej o ich wspólnej przyszłości, a przecież jeszcze chwilę temu zastanawiała się nad tym, czy nie stwierdził, że chce ją zostawić. Bardzo szybko zmieniała swój tok rozumowania.

- Cieszy mnie to, że zdajesz sobie z tego sprawę. - Potrafiła być uparta, nawet bardzo. Jeśli coś sobie ujebie to nie ma możliwości, że nie uda jej się osiągnąć celu, także dobrze, że Ambroise potraktował jej słowa poważnie, chociaż jeszcze może nie potrafiłaby określić, co właściwie miałaby wtedy zrobić.

Była pewna, że nie była to typowa dyskusja, której można się było spodziewać po normalnej parze, na szczęście im daleko było od normalności. Nie wyobrażała sobie, że wiele osób decyduje się na podobne rozważania na temat tego, co by zrobiły gdy ich druga połówka umrze, a w zasadzie to zostanie zabita. Całkiem zdrowa, normalna relacja... a jakże.

- Mogę mieć kilka wyrzutów, oczywiście, ale na co mi one skoro i tak nic z nimi nie zrobisz? - Mogła mu teraz zacząć epopeję na temat tego, że ryzyko było niepotrzebne, że nie powinien się angażować, tylko po co? Wiedziała, że tego nie zmieni. Musiała zmienić swoje podejście, przywyknąć do sytuacji, w której ją stawiał. Nie, żeby wyobrażała sobie, że gadanie o tym, że może kiedyś nie wrócić do domu było szczególnie w porządku, ale nie ukrywał przed nią prawdy, mieli świadomość, że to może się faktycznie tak skończyć, wolała się na to przygotować, chociaż oczywiście w tym przypadku wolała jednak mieć bardziej optymistyczne myśli.

Yaxleyówna zdawała sobie sprawę z tego, że ludzie byli gorsi od potworów. Bestii się nie bała, one nie sprawiały krzywdy dla przyjemności, walczyły jedynie o siebie i o swoje młode, nie były skłonne do planowania jakichś przebiegłych intryg. Ludzie wręcz przeciwnie, może też dlatego raczej trzymała się od nich z daleka. Zajmowała się swoimi obowiązkami, ale stroniła od nawiązywania relacji ze zleceniodawcami, wydawało jej się to słuszne. Im mniej o niej wiedzieli - tym lepiej. Czasem nie dało się uniknąć kontaktu, więc musiała doprowadzać do spotkań, ale starała się wybierać metody, które wymagały od niej jak najmniej zaangażowania.

- Takie nastawienie mogę zaakceptować. - Zdecydowanie wolała myśleć o tym w ten sposób. Nie sądziła, że Ambroise był skłonny ryzykować bez powodu, zależało jej na tym, aby faktycznie chciał dotrzymać słowa. Dzięki temu mogłaby uniknąć dylematów moralnych, które pewnie by się pojawiły, gdyby faktycznie ktoś go skrzywdził.

- To uwierz, zaufaj mojemu osądowi. - Była z nim szczera. Naprawdę nie wydawało jej się to, że mogłoby to coś między nimi zmienić. Nie umiałaby pozbyć się tych uczuć, które do niego żywiła, nie chciała tego robić. Zresztą informacje, które jej przekazał nie były czymś, czego nie mogła zaakceptować. Yaxleyówna miała w sobie wiele tolerancji, nie sądziła nigdy, że będzie w stanie związać się z kimś normalnym, kto będzie wiódł zwyczajne, nudne życie. To do niej nie pasowało. Zresztą nie bez powodu jak dotąd nie zaangażowała się w żadną relację, raczej ich unikała. Dopiero na nim zaczęło jej zależeć, dopiero w nim zobaczyła coś wartego uwagi. Nie była osobą, którą można było przy sobie utrzymać obiecając jej złote góry, piękne pałace, na tym zupełnie jej nie zależało.

- Cóż, nie jesteśmy w tym najlepsi. - Fakt, mogli poruszyć ten temat wcześniej, nie był to pierwszy raz, kiedy odsuwali od siebie to, co mogło wydawać się trudne do przeskoczenia. Najwyraźniej bali się odrzucenia i tego, że mogą stracić to, co ich połączyło. Te obawy wcale nie był głupie, chociaż może wypadałoby, aby wreszcie zaczęli bardziej ufać temu, że łączy ich naprawdę silne uczucie, którego raczej nic nie będzie w stanie zniszczyć. Takie nastawienie mogłoby wiele ułatwić, było zdecydowanie lepsze od bezpodstawnych wątpliwości.

- Wybaczam. - Nie miała pojęcia, czy właśnie to chciał usłyszeć, jednak nie sądziła, że potrzebowała przeprosin. Nie miała pojęcia dlaczego chce ją przepraszać za to, czym się zajmuje, jaką ścieżką podąża, nie zamierzała jej negować, w żaden sposób.

- Nie jestem każdy. - Nie wiedzieć czemu wydawało jej się, że musi mu o tym przypomnieć. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jak będzie wyglądała jej przyszłość, raczej nie zakładała, że w ogóle jej dożyje. Nie było to może szczególnie optymistyczne, jednak podchodziła do tego bardziej praktycznie. Nie miała planów, które chciała realizować, nic sobie nie zakładała. Wolała chwytać każdy dzień i w pełni go wykorzystywać, dzięki temu nigdy się nie rozczarowywała, że czegoś nie udało jej się osiągnąć. Ta metoda się sprawdzała, przynajmniej jak na razie i nie sądziła, żeby pojawił się powód, aby to zmieniała. Jasne, aktualnie była pewna jedynie jednej rzeczy, chciałaby, aby Ambroise trwał przy niej w tej przyszłości. Nic więcej nie było jej potrzebne do szczęścia, tylko jego obecność. On był jej stabilnością w tym popierdolonym świecie.

- Tak, ale tym razem to musi być faktyczny koniec. - Już raz przecież odbyli taką rozmowę, i gdzie ich to doprowadziło? Do kolejnej dyskusji o nieodpowiedzeniach, jak widać wtedy nie do końca jasno się zrozumieli. Nauczeni doświadczeniem powinni wiedzieć, że szczerość jest bardzo istotną cechą, jak widać nadal jednak mieli z nią problem. Może i dobrze, że postanowili wrócić do tego tematu, kto wie, co właściwie by się stało, jakby jeszcze dłużej z tym zwlekali? To nie tak, że uważała, że byłaby go w stanie wypuścić ze swoich rąk, obawiała się jednak, że ewentualna eskalacja problemu mogłaby ich kosztować jeszcze więcej niż ta nie do końca przyjemna rozmowa.

- Tak, oznacza to, że mamy jasność. - Wolała to potwierdzić. Wiedziała, że potrzebował jej zapewnienia, nie dziwiło jej to wcale, że pozwolił sobie na takie wymagania. Sprawy mogły mocno się skomplikować. Dużo dla niej znaczyło to, że dzielił się z nią tym wszystkim, swoimi obawami i oczekiwaniami, rozmowa nie należała wcale do tych najgorszych, a przynajmniej jasno określała to, czego potrzebują.

- Tak, trochę oderwaliśmy się od rzeczywistości. - Nie powinni zapominać o tym, że nie byli jak większość zwyczajnych ludzi. Ich życia nie były aż takie kolorowe. Jasne, może to było całkiem przyjemne zapomnieć na chwilę o tym, gdzie jest ich miejsce, ale chyba lepiej było powrócić na dobry tor. Te dwa ostatnie dni były idealnym potwierdzeniem tej tezy. Przypomniały im o tym, jak faktycznie wygląda ich życie. Nie było takie lekkie, jak próbowali je kreować, wręcz przeciwnie.

Zdawała sobie sprawę z tego, że nieco odstaje. Nie dało się tego nie zauważyć, matka zresztą powtarzała jej przez lata, że nie powinna się tak zachowywać, że tylko będzie zrażać do siebie ludzi. Te wieloletnie komentowanie jej zachowania nieco zachwiało jej pewność siebie. Wiedziała, że nie powinno, ale wcale nie tak łatwo było myśleć o sobie, jako o kimś, kto mógłby potrafić wzbudzić kimś wiele pozytywnych uczuć. Ambroise wyznał jej miłość, może faktycznie to było głupie, że zaczęła w to brnąć?

Może i była nieco popsuta (chociaż on twierdził, że nie), ale najwyraźniej w niczym mu to nie przeszkadzało. Byli do siebie kurewsko podobni, nie do końca typowi, najwyraźniej nigdy nie zakładała, że spotka na swojej drodze kogoś takiego, kto będzie jej chciał dokładnie taką, jaka była.

- Przepraszam, czasem po prostu zaczynam mieć obawy, że mogę być niewystarczająca. - Wolała mu wyjaśnić skąd się u niej to brało. Ciągle musiała z kimś konkurować, udowadniać swoją wartość. Nie było dla niej do końca normalne to, że on akceptował ją taka jaka była, że nie bał się do niej zbliżyć, bo przecież powtarzano jej od lat, że jest trudnym człowiekiem. Poczuła jednak, że to co powiedziała mogło nie być właściwie, nie chciała mu się teraz żalić, to nie miało większego sensu, że już założyli, że będą budować przyszłość razem. To zapewnienie jej wystarczało i wzbudzało w Yaxleyównie ogromne nadzieje.

- Debilizm sytuacyjny brzmi dobrze... - Chociaż, czy na pewno? Faktycznie dała się dzisiaj ponieść, nie przemyślała sprawy dokładnie, została ranna, ale była mocno wkurwiona, faktycznie gdyby chociaż trochę zastanawiała się nad tym, co robi to pewnie ominęłaby większość tych konsekwencji. Może rzeczywiście po prostu ją zaćmiło, na pewno tak było. W przyszłości pewnie nie popełni tego błędu, powinna nauczyć się odcinać od swoich emocji, bo zdecydowanie nie służyło jej kierowanie się nimi. Normalnie miała problem ze skupieniem i zastanawianiem się nad kolejnymi krokami, a w tym przypadku było tylko gorzej. Tak, że chyba gorzej być nie mogło.

Najwyraźniej nie widziała jego wad, a przynajmniej nie uznawała za wady tego, o czym przed chwilą jej powiedział. Nie oceniała go, jako kogoś nieodpowiedniego, czy popsutego, wręcz przeciwnie. Wydawało jej się to całkiem odpowiednie, że obrał jakąś ścieżkę i się nią kierował, bez względu na to, czy robił coś odpowiedniego, czy nie. W stosunku do Ambroisa miała sporo tolerancji. Nie chciała mu nic zarzucać.

- Możesz być przestępcą, najważniejsze, że moim... - Najwyraźniej ją też nie tak łatwo było wystraszyć. Nie zamierzała więcej używać tego słowa, bo wolałaby po prostu mówić, że Ambroise ma swoją moralność i się nią kieruje, to zdecydowanie brzmiało lepiej, nawet jeśli wiedziała, co się z tym łączy.

Mógł być przestępcą, nie zmieniało to przecież tego, co do niego czuła, zresztą ona była kłusowniczką, a to też przestępcy, więc była to kolejna rzecz, która ich łączyła. Wiadomo, że przestępstwo przestępstwu nie zawsze było równe, ale tak, czy siak, każde z nich zajmowało się sprawami, które mogły wzbudzać kontrowersje, i tyle.

Nie tak łatwo było odnaleźć się w świecie pełnym wzorców, kiedy się zupełnie od nich odstawało. Musieli znaleźć swoją własną metodę na to, jak mogli stworzyć wspólne życie. Nie widziała innej opcji, jak próby, dzięki temu najprościej było dojść do tego, jaką drogą powinni podążać. Musieli uczyć się na swoich własnych błędach, bo nikt nie uczył jak trwać przy sobie, kiedy odstaje się od ogólnoprzyjętych standardów. Wierzyła jednak, że z czasem naprawdę uda im się wypracować pewne rzeczy i będzie tylko łatwiej. Szczególnie, że najgorsze mieli już za sobą, zaczęli rozmawiać, a w ich przypadku było to naprawdę wiele.

- Wiesz w jaki sposób utrzymać mnie w miejscu... - Szkiele-Wzro było naprawdę skutecznym sposobem na utrzymanie panny Yaxley w miejscu. Wiele razy przyjmowała ten eliksir i zawsze smakował tak samo okropnie, chociaż może dział po prostu okropnie? Jeśli nie było powodu, to jednak wolałaby uniknąć jego spożywania. Uczucie, które ogarniało wtedy organizm było bardzo nieprzyjemne, to nie tak, że bolało bardzo mocno, ale powodowało ogromny dyskomfort.

Gdyby się nie ruszył zbyt szybko, to pewnie wreszcie by wstała i sama do niego podeszła. Zdecydowanie potrzebowała go teraz tuż obok siebie. Nie chciała dalej dystansować się od mężczyzny, nie musieli już tego robić. Najgorsze mieli za sobą.

Kiedy usiadł na kanapie w końcu mogła się do niego przytulić. Potrzebowała tego, od samego początku, gdy wróciła dzisiaj do domu tylko o tym marzyła, chciała znaleźć się w jego ramionach i zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Może niekoniecznie wszystko poszło po jej myśli, aczkolwiek skończyło się chyba nawet jeszcze lepiej. Wyjaśnili sobie dzisiaj sporo, wierzyła, że dzięki temu łatwiej im będzie budować wspólne życie.

Ulżyło jej, gdy znalazła się w jego ramionach, oddychała miarowo i spokojnie, nie było już w niej nerwowości. - Naprawdę się cieszę, że sobie to wszystko wyjaśniliśmy. - Wiele to dla niej znaczyło.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#23
17.10.2024, 13:46  ✶  
Słysząc słowa Geraldine parsknął cicho, aczkolwiek słyszalnie mimo kuchennych dźwięków. Wywrócił też oczami i pokręcił głową, całkowicie świadomy tego, że mógł sobie na to pozwolić nawet w nerwach i tak napiętej atmosferze, bo go nie widziała. No, przynajmniej nie aż tak, żeby wszystko zauważyć, bo czuł spojrzenie wywiercające mu dziurę w plecach.
- Jasne. Jesteś otwartą księgą, ale z gatunku tych, które mają dwie treści. W zależności od tego, w którą stronę je otworzysz - skwitował z przekąsem, mając to na myśli, więc dzieląc się z nią swoim spostrzeżeniem.
Zgadza się. W jednej chwili mógł z niej czytać. Najpewniej tak jak ona z niego, bo ich porozumienia nie dało się wymazać, wykluczyć, przeoczyć, nie można było go zakwestionować i momentami naprawdę dało się na nim oprzeć długą dyskusję bez słów - jedynie na gesty i spojrzenia.
Potem przychodziły momenty, w których wydawało mu się, że nadal ją rozumie, ale w rzeczywistości nic nie pojmował. Robiła coś nieprzewidywalnego. Nastawiał się na jedno, dostawał drugie. Ciskała w niego przekorą, korzystała z tej świadomości, że z siebie czytają, aby kompletnie go zaskoczyć. Nie twierdził, że zawsze w ten zły sposób i w niezbyt dobrym sensie. Wręcz przeciwnie - czasami to było naprawdę przyjemne nieoczekiwanie.
Tak jak teraz? Czy teraz to była jedna z takich chwil?
Spodziewał się zaognionej dyskusji, zażartej kłótni, ostrych słów i gwałtownych reakcji. Wyrzutów i wszystkiego, co mogła mu podpowiedzieć (wyjątkowo bujna w tym przypadku) wyobraźnia. Ze swojej strony odkładał te wszystkie tematy, aby nie zniszczyć wszystkiego, co udało im się zbudować. Jednocześnie nie robił nic, żeby wyrwać się z dotychczasowych układów, które doprowadziły ich do konieczności przeprowadzenia poważnej rozmowy, bo tak jak mówił - nie mógł się z tego wypisać. Natomiast po prostu to odwlekał, żeby w dalszym ciągu mieć nadzieję.
Tymczasem wyglądało tak, jakby jej pokłady były znacznie większe niż mógł liczyć, wręcz niewyczerpane. Tak jak cierpliwości Geraldine do tego, czym w nią ciskał - kolejnymi informacjami, następnym wkopałem się w to na własne życzenie, jeszcze jednym nie mogę tego zmienić, nie wiem czy możesz z tym żyć. To zżerało go od tak dawna, a teraz z minuty na minutę zaczynał mieć wrażenie, że niepotrzebnie...
...nie wiedział jak powinien na to reagować.
- Miejmy nadzieję, że nie przekonamy się, które z nas ma rację - stwierdził powoli, odnosząc się do tego nieoczekiwanego optymizmu płynącego ze słów, że wolała najgorszą prawdę od milczenia.
Ambroise twierdził zupełnie inaczej. Sądził, że czasami milczenie było konieczne, bo stanowiło zasłonę dymną dla prób rozwiązania problemu samodzielnie. Natomiast nie chciał podkreślać tego na każdym kroku. Wcale nie planował w dalszym ciągu upierać się przy tym, by robić wszystko na własną rękę - jasne, większość rzeczy tak. Tu nie zmieniły się jego poglądy. Nie chciał jej w nic głębiej wciągać ani narażać. Natomiast usiłował dać jej cokolwiek, czego mogłaby się chwycić, żeby ustabilizować grunt między nimi. Kompromisować z tymi drobnymi sprawami, w które mógł dać jej wgląd. To było nowe.
- Po prostu wiem, co ja bym zrobił a mamy tendencję do podejmowania dokładnie tych samych upierdliwych decyzji - skwitował gładko.
Taka była prawda. Rozmawiali o nim, co prawda, o jego potencjalnej powtórnej śmierci z jej rąk i o tym, że miała się nie mieszać w nic mściwego, gdyby coś mu się stało. On niczego takiego jej nie przyrzekał. Nawet nie próbował poruszać tej części tematu, bo nie chciał, żeby wymagała od niego wzajemności w obietnicy tego, że nie będzie wkraczać na ścieżkę vendetty, jeśli to jej stanie się coś złego. Nie chciał dopuszczać do siebie podobnych myśli. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Geraldine miał świadome ciągoty do maczania palców w znacznie mniej moralnych sprawkach - już to ustalili, już o tym rozmawiali.
Jednym, niekoniecznie samoświadomym słowem: nekromancja. Kiedy ona próbowałaby go pośmiertnie wykarczować lub krzyczeć, on był typem człowieka, który niechybnie popłynąłby w kierunku mroczniejszych sztuk magicznych. Całe szczęście nie musiał tego rozważać ani poruszać. Na tę część autorefleksji nie był gotowy podczas tej rozmowy, być może nigdy nie miał być.
- Masz rację. Raczej bym z nimi nic nie zrobił - stwierdził prosto - szczerość, czyż nie? - Ale skoro mamy to ustalone i jesteś w stanie mi ich oszczędzić: dobrze, postaram się zaufać twojemu osądowi - przynajmniej wstępnie i bez wielkiego przekonania, ale przystał na to.
Częściowo. Co było już dużym krokiem, szczególnie jak na niego. Starał się. Naprawdę bardzo mocno. Kiedy zasłona opadła i brudy wysypały się spod dywanu, zaczął brać tę odpowiedzialność za ich wszystkie dni optymistycznego milczenia. Ta rozmowa, choć niełatwa, była tego dowodem. Odpłynęli od rzeczywistości, pozwolili sobie na to, teraz usiłował stabilizować sytuację i naprawiać pęknięcia, które przez to powstały. Był całkiem...
...ugodowy. Absurdalnie ugodowy jak na siebie. Liczył, że to dostrzegała i że dzięki temu mogli mieć jasność. Miał szczere intencje. Dużo za uszami, wiele moralnie wątpliwych nawyków, ale szczere intencje.
- Pytaj, o co chcesz - stwierdził otwarcie, rozkładając ręce. - Jeśli chcesz coś wiedzieć, pytaj. Wczorajszy wieczór był wynikiem nieostrożności. Rozproszyłem się. Chciałem wrócić do domu. Zamierzałem załatwić to szybko i bezboleśnie - trudno było przyznawać się do zawalenia sprawy, ale skoro podjął temat to planował doprowadzić go do końca. - Za kilka dni będę zmuszony zamknąć całą sprawę. Może zrobić się niemiło. Prawdopodobnie zrobi się niemiło. Bardzo niemiło, ale rozumiesz, że muszę się odpłacić. Nie mogę zostawić całej sytuacji w taki sposób. Postaram się to domknąć bez większego ryzyka, uważać na posunięcia, wrócę do domu i zabiorę cię... ...gdzieś. Gdzie zechcesz, dobrze? Wynagrodzę ci wczoraj - był zdecydowany zrobić wszystko, żeby wymazać tamte wydarzenia.
Choć nie. Nie dało się ich zmazać. Można było wyłącznie zrobić coś, żeby nie miały już tego posmaku goryczy i właśnie to planował uczynić. Chciał, żeby w ich życiu znów było słodko. Realistycznie, ale lżej. Nie potrzebowali więcej bólu i rozgoryczenia. Chciał, żeby to wiedziała.
- Nie przepraszaj za takie rzeczy - podkreślił, nieznacznie wstrząsając ramionami. - Nie ma potrzeby przepraszać za coś takiego - czuł, że musi jej o tym napomknąć, choć nie był zbyt dobrym nauczycielem w zakresie zagłębiania się w swoją psychikę i analizowania wszystkich aspektów własnego charakteru.
Raczej wręcz przeciwnie. Bardzo dużo spraw podświadomie wypierał, często ignorował niewygodne fakty, zachowywał się tak, jakby niektóre problemy po prostu nie istniały, nawet jeśli właśnie próbowały ugryźć go w twarz. Akurat w tym nie czuł się zbyt upoważniony do powolnego przemawiania Geraldine do rozsądku, za to ewidentnie mógł czynić jej wyrzuty jak zaledwie chwilę temu. Ot - był pezpardonowo bezpośredni w tym, że nie uważał, aby potrzebowała być przy nim niepewna własnej wartości, bo dla niego zdecydowanie ją miała. Stała się jedną z najbardziej istotnych osób w jego życiu, jeśli nie niemal najważniejszą, praktycznie na równi z nim samym. Nie powinna w to wątpić. Nie sądził, żeby dał jej powód do zwątpienia.
- I nie mówię, że masz z tym milczeć, bo mnie to irytuje - podkreślił znacząco, gdyby to było w jakimś stopniu podważalne, bo nie powinno być. - Dla pełnej jasności: przy mnie nie oceniaj się w kategorii przystosowania społecznego - kląsnął językiem o podniebienie, unosząc wzrok w kierunku sufitu (to był naprawdę brzydki sufit, zdecydowanie wymagał malowania, szczególnie że tu palili) a potem dopowiadając zdecydowanie:
- Przy nikim innym też nie musisz, ale rozumiem, że nad tym musimy popracować - nie był mówcą motywacyjnym i nie wątpił, że w żadnym razie nie nadaje się do tego, żeby komukolwiek mówić, że jest wystarczający - ten człowiek, nie on, oczywiście, on był bezdyskusyjnie wystarczający we własnych oczach.
Szczególnie teraz, kiedy powoli żegnali wszelkie wątpliwości tego, czy był również wystarczający dla niej wraz ze wszystkimi swoimi nawykami, całym bagażem doświadczeń, emocji i motywacji. Nieczęsto wynikających z wątpliwych moralnie przyzwyczajeń do bycia wpływową osobą kontrolującą więcej niż powinien kontrolować.
Paradoksalnie o ile nie chciał brać odpowiedzialności za rodowe sprawy, o tyle wcale nie uciekał od niej w przypadku świadomie dokonanych wyborów. Z zadziwiającą, raczej nietypową lekkością machał ręką na wszystkie benedity wynikające z dziedziczenia. Nie chciał ich, bo koszty i zobowiązania znacznie przerastały korzyści. To była ta złota klatka, o której wielokrotnie rozmawiali z Geraldine. Jeśli mógł nie dać się w nią złapać, bardzo świadomie wybierał spokój.
Wiedział, że to nie przejdzie bez echa. Ludzie mieli gadać, ale kiedy tak właściwie nie gadali. Zawsze to robili. Szczególnie, że dla niektórych nigdy nie powinien mieć żadnego prawa do dziedziczenia i pozycji wśród Greengrassów. Ci z pewnością mieli być względnie zadowoleni. Z Evelyn na samym czele. Pozostali mogli plotkować, kwestionować jego poczytalność, doszukiwać się drugiego dna.
Poniekąd naprawdę tam było. Po prostu tworzył swoją własną klatkę zobowiązań. Głównie tych czarnorynkowych, które wymagały szczególnej ostrożności i uwagi. Nie mógłby z powodzeniem łączyć obu ról. Zbyt wiele razy widział efekty takich prób. W żadnym wypadku nie były korzystne.
Nawet, jeżeli niektórym młodym, butnym czystokrwistym (a przecież bezapelacyjnie był jednym z nich) wydawało się, że płynęły z tego same benefity, plątali się w tym wszystkim. W którymś momencie jedna z ról zaczynała przeważać. Szala się przechylała. Konsekwencje doganiały nie tylko ich, lecz także ich bliskich.
W środowisku przymykano oczy na wiele różnych sekretów. Mało który ród był tak krystalicznie czysty i elegancki, całkowicie poprawny za jakiego się miał. Dopóki to było dyskretne i wygodne dla wszystkich, dopóty jednomyślnie odwracano wzrok i nie mówiono o przelotnych spotkaniach w miejscach, w których żadna ze stron nie powinna być. Jednakże z czasem stawało się to podstępne i grząskie. Zdecydowanie lepiej było, aby oczy wszystkich były skierowane na kogoś znacznie bardziej poprawnego. W tym wypadku na Roselyn.
- Uznajmy, że to jednorazowy wyskok. Zaćmienie mózgu. Jak zwał tak zwał. Te dwa dni nie były dla nas najjaśniejsze - stwierdził, niechętnie przyznając, że on również był ofiarą chwilowego braku myślenia, co nie powinno się powtórzyć. - Następnym razem daj mi znać. Szczególnie, gdyby to było coś wartego zabrania mnie ze sobą. Postaram się być. W porządku? - Tak właściwie to nawet nie pytał.
Zaznaczał konieczność włączenia się w niektóre świadomie ryzykowne zlecenia, przy których powinien być w stanie pomóc. Najlepiej na miejscu, choćby wbrew swojej niechęci do świata magicznych zwierząt. To było istotne. Znacznie istotniejsze niż pomyślałby, że będzie kiedykolwiek. Układali sobie życie. Usiłowali budować wspólny dom. Planował opierać to na całym wkładzie, jaki mógł od siebie dać. W wypadku tak poważnych spraw, nawet kosztem dyżurów w szpitalu, które miałby przestawiać (to było zadziwiające, ale niezaprzeczalne).
Rozmawiali o jego ryzyku zawodowym, ale jej również powinni brać pod uwagę. Traktował to tak poważnie jak wspominał. Miał pełną świadomość, że nie zawsze miał być dla niej w trudnych momentach. Nie od razu, nie na miejscu. To było druzgocące, ale prawdziwe. Oboje mieli wcześniejsze zobowiązania, czasami mogły zbyt mocno się nachodzić i nie być na tyle elastyczne, na ile by tego pragnęli. Mimo to podjął decyzję, że uczyni z tego swój priorytet. Była nim dla niego. Cała reszta mogła iść się jebać. Jeśli musiałby dokonać wyboru, tak naprawdę żadnego by nie było. Został podjęty.
- Przede wszystkim twoim, potem przestępcą - rzucił z początku poważnie, później pozwalając sobie na bardzo samoświadome kaszlnięcie, bo te słowa brzmiały bardzo osobliwie, na swój sposób trochę zbyt wzniośle. - Rozumiesz sens, prawda? Nie zagłębiajmy się w to zbytnio - tak, to byłoby trochę zbyt teatralne, nazbyt żenujące i poetyckie, a raczej wolał bardzo proste i klarowne wyznania. - Zawsze będę przede wszystkim po twojej stronie - uściślił, nadając wcześniejszej wypowiedzi taki sens, jaki powinien być w niej od samego początku.
Nieważne, co by się działo i jak wyglądałaby sytuacja, wybrał stronę. Nie dopuszczał możliwości, że będą zmuszeni do stanięcia przeciwko sobie. Chciał tworzyć z nią wspólny front, nawet jeśli z góry skazany na poniesienie konsekwencji, mniej bezpieczny od tego innego, mniej racjonalny, nawet pozornie niewłaściwy. Miała jego lojalność. Tą mieszającą więzi uczuciowe, bardzo silne i ugruntowane poczucie rodzinności (w jego przypadku nawet nie z krewnymi) i swoistą kapkę tej przestępczej tak istotnej w półświatku. Tak. Był jej przestępcą.
Dodatkowo do bycia chłopakiem, kochankiem, przyjacielem, uzdrowicielem i całą litanią innych ról, na które mogła liczyć. To było nienaruszalne.
- Znam kilka takich sposobów - uśmiechnął się trochę szerzej, zdecydowanie nie nawiązując do tak przykrych i odpychających chwytów jak grożenie Geraldine piciem jednego z bardziej obrzydliwych eliksirów.
W tej chwili zadziałało najlepiej. Niespecjalnie istniała lepsza opcja. Przynajmniej z perspektywy sytuacji i tego, że oboje dopiero odzyskiwali równowagę pomiędzy nimi. Mimo najszczerszych chęci, przeskakiwanie od zdenerwowania w błogi spokój nie było czymś, co Ambroise zwykł robić. Potrzebował stanąć na nogi, wyciszyć się przez kilka chwil, znaleźć w sobie więcej optymizmu i wtedy mógł zacząć przechodzić do porządku dziennego z tym, co padło tego wieczoru. Nie było innej możliwości.
Z uwagi na to wyciągnął ku niej ramiona, milcząc, kiedy się do niego przytuliła, ale odruchowo składając lekki pocałunek na czubku jej głowy. Objął ją ramieniem, wpatrując się w ogień w kominku dopóki nie odezwała się do niego ponownie, sprawiając, że kiwnął głową. Nerwowe, szybsze bicie serca powoli mu się uspokajało, było znacznie bardziej miarowe i mniej bolesne. Oddech powoli wracał do normy - już nie dusił ani nie palił, choć potrzeba zapalenia papierosa wdarła się na to miejsce. Chwilowo ją ignorował, przytulając do siebie swoją kobietę.
- Tak. To nie było zdrowe - odrzekł ciszej, spokojniej, pozwalając sobie na poddanie się coraz bardziej wyciszonemu klimatowi późnego letniego wieczoru.
- Pomożesz mi nasmarować te plecy? - Spytał raczej nieoczekiwanie i bez przekonania, ale cóż - chciał mieć za sobą również jej czynności medyczne, żeby móc w pełni rozluźnić się przed kominkiem na kanapie a do tego potrzebował móc się schylić bez większego bólu.
- Strasznie napierdalają - nie było możliwości inaczej tego określić, zresztą nawet nie próbował. - A twoja noga zaraz będzie wymagać dalszego opatrywania, bo eliksir przeciwbólowy zacznie odpuszczać. Na noc mogę dać ci jeden ze swoich, ale są pieruńsko silne. Bardzo łatwo odzwyczaić się od tych słabszych. Coś o tym wiem - wzruszył ramionami, co było raczej błędem, bo niemal od razu się skrzywił i momentalnie skwitował to rozgoryczonym uśmiechem.
No cóż. Nie zawsze dało się myśleć o powstrzymywaniu odruchów. Zdarzało się nawet najlepszym. A że on był najlepszy, to zdarzało mu się często.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#24
17.10.2024, 21:19  ✶  

Nie wydawało jej się, aby miał rację. Yaxley widziała siebie raczej jako bardzo prostą osobę, która była przewidywalna. Zresztą nie miała problemu z tym, aby dzielić się informacjami o tym, czym zajmowała się w wolnym czasie, od samego początku nie miała z tym problemu. Oczywiście było to trochę mniej skomplikowane od tego, co robił Ambroise, dlatego też nie przeszkadzało jej sięganie po prawdę. Nie musiała w tym aspekcie nic przed nim ukrywać, no może poza tym, że czasem trochę za bardzo się angażowała i nie potrafiła odpuszczać, chociaż to też już powinien zauważyć, bo dotyczyło to wszystkich dziedzin życia, a nie wyłącznie pracy. Taki już miała charakter.

- To pewnie zależy też od tego, kto ją czyta. - Wiedziała, że potrafi lawirować między światami, zakładać maski. Nie miała mniejszego problemu z tym, aby się dostosowywać. Zresztą nie wszystkim pokazywała swoją prawdziwą twarz i swoje wnętrze, wolała, aby nieodpowiedni ludzie nie wiedzeli o jej słabościach. Rzadko z kim dzieliła się swoimi wątpliwościami i pozwalała sobie na otworzenie się całkowicie. Była ostrożna jeśli chodzi o te kwestie. Nie do końca chyba potrafiła ufać ludziom. Bała się, że mogliby to wykorzystać, została wychowana w domu, w którym raczej nie rozmawiano o takich rzeczach i sugerowano, aby tak pozostało. Nie była szczególnie otwarta, tak jej było wygodnie. Solidny mur, wybudowany wokół niej działał nie najgorzej.

Geraldine była chaosem, także trudno było przewidzieć w jaki sposób może zareagować, zazwyczaj sięgała po tej najbardziej oczywiste emocje, bo miała krótki lont, była w stanie zezłościć się o najdrobniejszą głupotę i demonstrować swoje niezadowolenie, ale to nie było jedyną metodą po którą potrafiła sięgać. Szczególnie, że to o czym mówił dotyczyło zdecydowanie czegoś więcej. Tutaj musiała zareagować inaczej, nie mogła pozwolić sobie na te typowe dla siebie zagrywki. Nie brakowało jej dojrzałości wbrew pozorom. Spotykała na swojej drodze różne osoby, które obserwowała, często analizowała ich sposoby na życie. Zresztą zdarzało jej się myśleć również o tym, jak to będzie z nimi. Ignorowali to dosyć długo, te pewne części swojego życia, ale wiedzieli, że one istnieją. Geraldine uznała, że jej to nie przeszkadza, więc wolała teraz raczej emanować spokojem, bo jedyne, czego była pewna to to, że nie miała zamiaru się wycofać, a nie chciała być tą wkurwiającą babą, która jęczy facetowi nad uchem niczym denerwująca mucha, której nie da się pozbyć. Sama nie zniosłaby takiego zachowania. Próbowała być dla niego tym, czego sama oczekiwałaby, gdyby to ona była osobą, która miała nieco bardziej skomplikowane życie. Zresztą nie ma się co oszukiwać, to jej też nie należało do najprostszych, musieli się dostosować do tego, co mieli i tyle.

- W tym wypadku muszę się z tobą zgodzić, wolałabym się tego nie dowiedzieć. - Była skora do rywalizacji, lubiła wygrywać i pokazywać, że to ona ma rację, ale w tym przypadku wolałaby zdecydowanie nie podążać tą drogą. Najlepiej by było, gdyby nigdy się nie mieli tego dowiedzieć.

- Nie da się ukryć, że jesteśmy w tym do siebie bardzo podobni. - Zresztą nie tylko w tym. Bardzo wiele ich łączyło, mieli podobny sposób patrzenia na świat, reagowali całkiem zbliżenie na różne sytuacje, to prawdopodobne, że i w sytuacji, w której któremuś z nich stałaby się krzywda sięgnęliby po podobne metody, aby poradzić sobie ze stratą. Tyle, że Ger obiecała mu, że gdyby do czegoś doszło, to nie będzie się angażowała. Zresztą akurat w tym można było zauważyć różnice w jaki sposób wyglądały ich interesy. Gdyby ona umarła podczas misji, to zeżarłoby ją najprawdopodobniej jakieś zwierzę, którego pewnie nie dałoby się później znaleźć, Ambroise wspomniał o tym, że w dużej mierze współpracuje z ludźmi, czy tam prowadzi z nimi interesy, gdyby to jemu się coś przytrafiło mogłaby go pomścić, tym się różniły ich zajęcia. Może więc lepiej, że to ona zapewniała mu, że nie będzie szukała ewentualnych winnych.

Najważniejsze, że mieli już za sobą te niedopowiedzenia, poczuła ulgę, gdy się z nią tym wszystkim podzielił, wiedziała, że nie było to wszystko, ale i tak sporo się zmieniło, teraz przynajmniej miała świadomość, czego powinna się spodziewać, a z czasem może opowie jej jeszcze więcej. Nie była to wcale taka najgrosza perspektywa w porównaniu do tego, co miała jeszcze wczoraj. Nie zdawała sobie sprawy, że może pojawić się w domu w takim stanie, teraz będzie mogła się na to przygotować, to było zdecydowanie lepszą opcją, przynajmniej dla niej.

- Musisz się do tego przygotować, czy już masz plan? - Skoro miał się odpłacić za to co mu się wczoraj przytrafiło, to lepiej, aby się do tego przygotował i miał pewność, że zemsta się uda. Wolała się upewnić, czy powinna usunąć się nieco na bok i mu nie przeszkadzać, czy może mogłaby mu jakoś pomóc, przynajmniej stąd, oczywiście nie zamierzała nawet wspominać o tym, że mogłaby się z nim tam udać, wiedziała, że zemsta najlepiej smakuje dokonana osobiście.

- Nie musisz mnie nigdzie zabierać, to głupie. - Rzuciła zupełnie szczerze. To nie miało większego sensu, nie wymagała od niego tego, że będzie jej wynagradzał to w jakikolwiek sposób. - W sensie, ogólnie to bardzo chętnie gdzieś się z tobą wybiorę, ale wiesz o co mi chodzi? - Mógł jej nie zrozumieć, taak, zdecydowanie, dlatego też wolała mu to wyjaśnić trochę bardziej dosłownie. - Nie musisz mi niczego wynagradzać, to nie jest potrzebne. - Nie czuła, żeby powinien to robić. Fakt, doszło między nimi do kłótni, można jej było uniknąć, gdyby wcześniej sobie wyjaśnili pewne sprawy, nie zrobili tego, ale ona przecież dzisiaj odpłaciła mu się tym samym, też nie zachowała się w porządku.

- Jasne, nie będę. - Czasem nie do końca odnajdywała się jeszcze w tym wszystkim, nie wiedziała na ile powinna mu wspominać o swoich wątpliwościach, przynajmniej tych wynikających z jej samooceny, która bywała różna, w zależności od dnia i godziny. Czasem czuła się niepokonana, jakby nikt nie mógł jej dorównać, a czasem zupełnie przeciwnie. Dzisiaj miała ten gorszy dzień, co było spowodowane zepewne tym, że nie do końca wszystko ułożyło się po jej myśli, i na polowaniu i tutaj.

- To właściwie nie najgorsze podejście, chwilowe zaćmienie mózgu jest całkiem niezłym argumentem. - Tak, zdecydowanie lepiej tego nie roztrząsać. Te dwa dni nie należały do najlepszych, aczkolwiek przyniosły tez sporo pożytku. Doprowadizły do tej oczyszczajacej rozmowy, której wcześniej nie umieli podjąć, to mogło sporo zmienić w ich przyszłości. Wierzyła, że właśnie tak będzie.

- Dam znać, chociaż nie sądzę, żeby większość z moich zleceń cię interesowała... - Wiedziała, jakie miał podejście co do magicznych stworzeń, zapewne by się strasznie nudził, gdyby jej towarzyszył. Jej zdaniem zabieranie ze sobą Ambroisa było zupełnie niepotrzebne, chyba, że trafi jej się faktycznie coś niespotykanego i bardzo ciekawego (nie, żeby w ogóle podejrzewała, żeby mógł to docenić, ale warto było spróbować).

- Tak, rozumiem sens. - To było naprawdę budujące, że podkreślał to, że zawsze będzie stał po jej stronie. Tak właściwie to nigdy nie mogła liczyć na żadne wsparcie, było to dla niej coś zupełnie nowego, radziła sobie ze wszystkim sama. Nigdy nikt z własnej woli nie angażował się w jej sprawy (pewnie też dlatego, że nikogo nie dopuściła do siebie na tyle blisko, aby się o tym dowiedział).

Nie sądziła, żeby ich ścieżki miały się zbyt często krzyżować. Jasne, już raz do tego doszło, ale niezbyt często brała udział w podobnych zleceniach, raczej zajmowała się głównie polowaniami, od czasu do czasu robiła od tego wyjątki. Nie wydawało jej się, aby w ogóle doszło do sytuacji, w której musieliby ze sobą walczyć, nawet tego nie zakładała, zresztą nie pozwoliłaby na to, aby doszło do takiego starcia. Praca, pracą, szemrane interesy, szemranymi interesami, ale najważniejsze dla niej było to, co mieli poza tym, to co tworzyli razem od kilku miesięcy. Nie zamierzała tego stracić przez takie głupie powody.

- Chętnie je kiedyś wszystkie zobaczę. - W jej oczach pojawił się błysk. Zdecydowanie zeszło z niej to całe napięcie, które siedziało w jej ciele odkąd pojawiła się w domu nieco poharatana. Wyjaśnili sobie wszystko, miała wrażenie, że będzie juz tylko lepiej. Nie musieli się przejmować tymi dwoma dniami, które były chyba najgorsze w całym tym okresie od kiedy zaczęli być parą. Dobrze, że ustalili, że to tylko chwilowe zaćmienie, nie będą musieli do tego wracać i roztrząsać tej sytuacji - przynajmniej taką miała nadzieję.

Sporo ją kosztowało to wszystko, emocje, które jej dzisiaj towarzyszyły były naprawdę różne i chyba nie przywykła jeszcze do tego, że jest w stanie przeżywać aż tyle w tym samym czasie. To było dosyć mocno wyczerpujące, szczególnie przy okazji lekkiego poturbowania fizycznego. Faktycznie czuła się nieco wyczerpana i zmęczona.

Ta chwila ciszy, milczenie w swojej obecności było całkiem odpowiednim posunięciem. Przydało jej się uspokojenie myśli, bardzo dużo się dzisiaj dowiedziała i musiała to sobie poukładać. Nie sądziła, że będzie w stanie to zrobić od razu, dlatego po prostu skupiła się na tym cieple, które dawało jej jego ramię. To było zdecydowanie przyjemniejsze i pozwalało ukoić nerwy.

Milczenie nie mogło jednak trwać wiecznie, dlatego właśnie się odezwała jako pierwsza, ktoś musiał zaburzyć tę ciszę.

- Czekaj, czekaj, czy nie mówiłeś, że to nic takiego? - Zmrużyła oczy, a nos jej się zmarszczył - zazwyczaj tak wyglądał, gdy zaczynała intensywnie myśleć. Nie mogła się powstrzymać od tego komentarza, pomimo tego, że może przez moment była nieco bardziej spokojna niż zazwyczaj, to nie brakowało w niej nadal tej typowej dla Yaxleyówny zadziorności. - Żartuję, bardzo chętnie zostanę twoją pomocą medyczną, pielęgniarką? - Sama nie wiedziała kim... - Kim tylko zechcesz, żebym była. - Cóż, może w ten sposób będzie mogła mu się chociaż odrobinę odwdzięczyć za to, co dla niej dzisiaj zrobił.

- Cóż, chętnie skorzystam z czegoś silniejszego, nawet jednorazowo. - Ger właściwie nigdy nie wypytywała go o jego chorobę, nie miała pojęcia, jak bardzo mu dokucza i jak mu się z tym żyje, będzie musiała się o to zapytać, tyle, że nie sądziła, że był to odpowiedni moment. Na dzisiaj zdecydowanie wystarczy im zwierzeń.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#25
17.10.2024, 23:26  ✶  
- Sugerujesz, że nie umiem cię odczytać? - Jego brew mimowolnie uniosła się wyżej niż wcześniej, niemal nie miał możliwości zrobić tego bardziej, ale te słowa zasługiwały na taką reakcję - nawet jeśli Geraldine nie była w stanie tego dostrzec.
Nie wiedział jak powinien interpretować tę odpowiedź w obliczu tego, co działo się między nimi. Może rzeczywiście jej nie rozumiał? Wydawało mu się, że jest inaczej, ale niektóre padające słowa zbijały go z tropu bardziej niż inne. Zresztą sam to przed chwilą powiedział. Czasami odnosił wrażenie, że czytał ją w innym, nieznanym sobie języku. Jak wtedy te teksty po rumuńsku, które ochoczo przekazał w ręce Geraldine. Może zbyt mocno wzięła je sobie do serca i stała się ich personifikacją?
Nie chciał się z nią mijać, szczególnie że bywało znacznie więcej chwil, w których doskonale ją rozumiał. Ten wieczór nie był jednym z takich. Był niemal lustrzanym odbiciem poprzedniego. Jedynie z wykluczeniem zaognionej awantury na rzecz sztywnej, chłodnej półrozmowy zwieńczonej dyskusją, której Ambroise po prostu się obawiał.
Nie był tchórzem, więc podjął się kontynuowania tego, co zaczęli, jednak każde wypowiedziane słowo niosło kolejny ciężar. Dokładało cegiełkę na jego barki. Nie wiedział czy rozbiera tym samym ten mur między nimi, czy wyłącznie magazynuje kolejny materiał, aby go bardziej wznosić. Nie chciał sądzić, że chodzi o tę pierwszą możliwość, ale interpretowanie tego inaczej nie od razu było możliwe.
Pęknięcia, tym razem te dobre zaczęły pojawiać się stopniowo. Przynosiły ostrożną ulgę. Wyważone odpuszczanie ciężaru zarówno niewypowiedzianych jak i wypowiedzianych słów. Chyba pierwszy raz w życiu Greengrassa gra w otwarte karty okazała się być czymś, co powinni zrobić już dawno temu. Oboje tego chcieli. Pragnienie zażegnania milczenia było obopólne.
- Nie bez powodu na siebie wpadliśmy, nie? - Stwierdził, bo choć obecnie nie wierzył zbytnio w przeznaczenie czy szczególnie z góry zaplanowane koleje losu to w tym jednym mógł myśleć inaczej.
Odnosił wrażenie, że to było najbardziej naturalne, co po prostu musiało się stać. Tacy ludzie jak oni musieli prędzej czy później na siebie wpaść, a potem to od nich zależało, co dalej zrobią. Oni odhaczyli niemal wszystkie scenariusze, żeby wreszcie wybrać ten najbardziej korzystny. Nie było czego kwestionować. Tu wszystko ułożyło się po ich myśli.
Przeciwnie do dwóch ostatnich dni i do planu, o który go pytała. Pokręcił głową z zaciśniętymi ustami, wypuszczając powietrze nosem.
- Muszę się do tego przygotować - przyznał zgodnie z prawdą.
Choćby chciał nie był w stanie skupić się na planowaniu. Nie w atmosferze, jaka panowała tego dnia. Przelał swoje nerwy w zajmowanie rąk ogrodem, ale myśli błądziły mu wokół ich sytuacji - nie tego, w jaki sposób rozwiąże to, co do tego kryzysu zaprowadziło. Dlatego mówił Geraldine o kilku dniach, nie precyzując konkretnego terminu. Tym bardziej, że obiecał jej rozwagę i ostrożność. Zamierzał tego dotrzymać.
- Nie mów mi, co muszę a czego nie muszę - odparował bardziej z przyzwyczajenia niżeli z konieczności. Szczególnie, że szerzej się do niej uśmiechnął. - Chcę ci to wynagrodzić, w porządku? - Czy tak było lepiej?
Miał swoje standardy. Do innych ludzi także, ale szczególnie do siebie. Jeśli coś zawalił, usiłował to naprawić. Zamiatanie pod dywan nie było przykrą codziennością. Zazwyczaj starał się brać odpowiedzialność. Obiecał jej wyjście z domu, więc choć tamto już nie wchodziło w grę, miał zamiar dać jej równie dobre. Wszystko, byle poczuła się lepiej.
- Odnoszę wrażenie, że teraz to ty jesteś osłem, ale przemilczę to. To również zwalmy na karb zaćmienia - odparł bez wahania, choć w teorii powiedziała mu to, co chciał usłyszeć.
Sądził, że praktyka jest dużo bardziej skomplikowana. W żadnym wypadku nie chciał, żeby zamknęła się w sobie. Nawet z tymi absurdalnymi obiekcjami wobec siebie. Szczególnie z nimi. Nie po to jej to wszystko mówił. Chciał, żeby zrozumiała, że to nie jest konieczne - że naprawdę nie powinna uważać się za jakkolwiek nieprzystosowaną lub, co gorsza, niewłaściwą czy spaczoną. Jak miał jej o tym wspominać, skoro wyglądało na to, że odpowiadała mu w ten sposób, żeby go spławić?
- Ty mnie interesujesz. Jeżeli mogę być dla ciebie obstawą medyczną to gwarantuję, że znajdę sobie jakąś rolę - zaznaczył, dodając po chwili namysłu - może skataloguję jakieś zioła albo przy okazji uzupełnię zapasy o coś, co normalnie bym kupił, bo wyprawa nie byłaby mi po drodze? To może być korzystne dla nas obojga - może przedstawiał to w taki sposób, ale wewnątrz nie miał ani grama wątpliwości, że znacznie bardziej chodziło mu o bezpieczeństwo Geraldine niż o możliwości zdobycia górskiej mandragory czy nawet czegoś równie kuszącego.
Przedstawiał jej te benefity, żeby rzeczywiście rozważyła włączenie go w co poniektóre cięższe sprawy. Zresztą, jeśli chodziło o benefity to raczej umiał się dobrze sprzedać. Miał do tego naturalny dryg, z którego chętnie teraz korzystał.
- Chętnie ci je zaprezentuję - odpowiedział z tym samym pożądliwym błyskiem w oczach, unosząc kącik ust i przesuwając językiem po zębach.
Gdyby nie okoliczności, mogliby w zupełnie inny, znacznie lepszy sposób zażegnać chwilowy kryzys. Prawdę mówiąc to była jego ulubiona metoda kończenia tych drobnych sporów, jakie do tej pory miewali. Tak poważne dwa dni jak te ostatnie również zasługiwały na odpowiedniejsze zwieńczenie niż spędzenie wieczoru na kanapie - nawet w czułym, spokojnym uścisku.
A jednak ze wszystkich możliwych rozwiązań to było najlepsze. Świat, który budowali nie zawalił się pod lawiną trudnych informacji. Odzyskiwali spokój, powrócili do tego, co budowali. Tym razem bardziej świadomie. Pozostały wyłącznie drobne detale, jakie musieli doszlifować, żeby móc cieszyć się ciszą wieczoru. Niestety jedną z nich były fizyczne konsekwencje nieplanowanych wpadek.
- Bo to nic takiego - wypalił niemal od razu w ułamku sekundy przechodząc w nieplanowaną defensywę, na której sam się całe szczęście złapał, westchnął ciężko i pokręcił głową z zażenowaniem. - No dobrze - poprawił się niechętnie, mimo to unosząc kącik ust. Miała dobre intencje, żartowała, niepotrzebnie się napuszył. - To może nie być aż takie nic takiego jak deklarowałem. Możliwe, że ktoś, kto bardzo tego pożałuje, dowalił mi kilka konkretnych kopów do kilku konkretnych zaklęć, którymi mnie położył, przez co teraz boli. Konkretnie boli - poniekąd także żartował a z drugiej strony nie - naprawdę powinien się bardziej oszczędzać, ale nie należał do osób, które czerpią satysfakcję z użalania się nad sobą ani cudzej litości.
Nawet tej doznawanej od bliskiej, obecnie najbliższej osoby. W tym wypadku szczególnie chciał przedstawiać się w tym jak najlepszym świetle. Jako ktoś, kto miał być silnym partnerem, wsparciem i oparciem a nie nowym problemem do zaakceptowania w życiu. Nie bez powodu obawiał się tej rozmowy, którą całe szczęście skończyli w dobrej atmosferze pełnej ulgi i prób zrozumienia.
Jeszcze zbyt wiele trudności mogło samoczynnie wyniknąć z tego, co robił w życiu, żeby dokładać Geraldine bycia beksą jęczącą o obrażenia wywołane przez własny brak pomyślunku. Nigdy nie powinien tracić czujności i stawać tyłem do kogoś, kogo nie znał i komu nie ufał, nawet jeśli zapewniano go, że to zaufany człowiek.
Mimo to skapitulował z graniem większego twardziela niż w rzeczywistości. Przeciągnął się na własne życzenie pracami w ogrodzie, później tą uzdrowicielską pomocą - nie żałował żadnej z tych czynności. Jedynie miał świadomość, że sam nie da sobie rady. Jak upierdliwe by to było, musiał poprosić o wsparcie.
- Na to musimy znaleźć okazję, kiedy też nie będziesz poturbowana - skwitował znacząco, posyłając jej przeciągłe spojrzenie zamiast zbędnych słów. - Wobec tego dam ci coś odpowiedniego, żebyś mogła spokojnie usnąć - stwierdził, odnotowując to w pamięci; ta noc miała być spokojniejsza. - Tymczasem, gdybyś mogła wziąć teraz tę zieloną maść - wskazał ręką na słoiczek praktycznie pod jej ręką, przy czym jednocześnie wypuścił Geraldine z ramion, żeby powoli i z nieznacznym, stłumionym skrzywieniem zsunąć z siebie koszulkę, jasno ukazując rejon wymagający nasmarowania. Jednocześnie rozpiął i zsunął trochę niżej spodnie, szykując się na nieprzyjemne doznania.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#26
18.10.2024, 00:39  ✶  

- Nie, to nie było to, co sugerowałam. - Akurat on rozumiał ją jak nikt inny, przynajmniej tak się jej wydawało. Fakt, dzisiaj tłumaczenie tego, co ma na myśli mogło się trochę bardziej skomplikować, z racji na to, że jej zachowanie nieco różniło się od tego typowego dla Yaxleyówny, ale poza tym nigdy nie miewał problemu z tym, aby ją odczytać. Ten dzień był w pewien sposób wyjątkowy - tak, zdecydowanie. Pełen niespodzianek, zapewnień i wyjaśnień.

- Tak, w tym musi być coś głębszego. - Przyznała szczerze, bo naprawdę wierzyła w to, że to, że się spotkali nie było przypadkowe. Los zechciał skrzyżować ich drogi nie bez powodu. Pamiętała ten dzień, kiedy przypadkiem wpadła na niego w Mungu, z początku nastawiona dosyć sceptycznie do uzdrowiciela jak i szpitala, co zostało dosyć szybko zweryfikowane. Jeszcze nie poznała tam nikogo jego pokroju. Wzbudził w niej ciekawość, później też zupełnie przypadkiem spotkali się w bardziej oficjalnych okolicznościach i tak zaczęli się dalej przypadkowo spotykać. Mieli swoje wzloty i upadki, zawsze jednak wiedziała, że jest kimś wyjątkowym. Wyróżniającym się na tle innych osób czystokrwistych które poznała, a przy tym wydawał się być podobny do niej, co tylko pogłębiało jej ciekawość.

Na szczęście udało im się jakoś ustalić, że mają podobne zamiary, to było całkiem pokrzepiające. Może te dwa dni nie były najlepsze, ale po tym gorszym czasie zawsze przychodził lepszy, szczególnie, że sporo sobie wyjaśnili podczas tej dosyć ciężkiej rozmowy. Naprawdę uważała, że to im pomoże i dzięki temu będą mogli ruszyć do przodu, jeszcze bardziej. Tak właściwie to mieli tendencje do podjemowania dosyć poważnych decyzji, przynajmniej tak się jej wydawało, chociaż, czy okres ich znajomości faktycznie był taki krótki? No nie. Znali się już kilka lat, nie można było im tego odmówić, fakt, może byli parą ledwie od kilku miesięcy, ale to nie było najważniejsze. Nadal uważała, że kupno tego domu to był świetny pomysł, mimo, że dosyć spontaniczny.

- Jasne, postaram ci się więc nie przeszkadzać w najbliższym czasie. - Nie zamierzała odciągać jego uwagi od tych spraw, bo były one naprawdę ważne. Istotne było to, aby miał szansę przygotować się odpowiednio do tego spotkania, które go czekało. Nie zamierzała zawracać mu dupy bez potrzeby, przynajmniej dopóki nie powie jej, że faktycznie już ma wszystko zaplanowane. To było ważne, bo przecież poprzednie spotkanie z tym kimś nie zakończyło się najlepiej, musiała więc mieć pewność, że na następne Ambroise wyruszy odpowiednio przygotowany.

- Najwyraźniej znowu wracamy do punktu wyjścia. - Pokiwała głową, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Tak, nicniemusizm od zawsze im towarzyszył, bardzo często sięgali po argumenty tego pokroju. Powinna była się spodziewać, że złapie ją za słówko. - Jeśli chcesz... to zmienia postać rzeczy. - Nie chciała, aby czuł, że jest jej to winien. Nie powinno mu towarzyszyć to dziwne, niezdrowe poczucie, że musi jej coś wynagradzać. Jeśli jednak faktycznie chciał to zrobić, to zmieniało postać rzeczy, wtedy nie miała nic przeciwko takiemu wyjściu.

Naburmuszyła się nieco, teatralnie, kiedy nazwał ją osłem, bo ta rola była już zajęta, od dawna... Nie pownien teraz jej odwracać. Chcąc nie chcąc Ambroise został nim już jakis czas temu.

- Pomyślę o tym, w sensie, jeśli faktycznie masz chęć, to kiedyś zabiorę cię ze sobą. - Oczywiście nie miała na myśli tych pierdołowatych zleceń, co to to nie, zdecydowanie coś bardziej spektakularnego, wtedy będzie mogła zabrać Ambroisa ze sobą. Właściwie posiadanie własnego medyka miało ogromne plusy, nie mówiła jednak jeszcze nigdy na głos o tym, jak to dobrze było mieć takiego utalentowanego chłopaka. Prywatny uzdrowiciel... mało kto miał tyle szczęścia.

- Na to liczę. - Tak, zdecydowanie chciałaby zobaczyć, co jeszcze miał jej do zaoferowania, chociaż miała świadomość, że ten moment nie był zbyt odpowiedni. Nie byli w najlepszej formie i ona i on, więc może faktycznie dobrze, aby dzisiaj nie przesadzali ze swoją pomysłowością. Jasne, bardzo dobrze było się zbliżyć do siebie po kłótni, tyle, że dzisiaj raczej do tego nie dojdzie, a przynajmniej nie w taki sposób, jakiego pragnęłaby Yaxleyówna.

Właściwie to wspólne odpoczywanie na kanapie też nie było takim najgorszym rozwiązaniem, jak na to w jakim stanie zdrowia się znajdowali to było naprawdę chyba jedną z najlepszych, możliwych opcji, warto więc było ją docenić.

- Oby ten ktoś zapamiętał na przyszłość, że nie warto robić takich głupotek. - Tak, miała nadzieję, że Ambroise skutecznie pokaże tej osobie, że nie powinna z nim zadzierać. Nie wątpiła, że dokładnie tak będzie, Greengrass przecież nie był z pierwszej, lepszej łapanki.

- Zapamiętam na przyszłość, aby następna taka okazja nie zbiegła nam się w czasie. - Tak, sugerowała, że jeśli wróci kolejny raz do domu nieco okaleczony, czy poturbowany to z nim zostanie i raczej nie będzie powtarzała tego, co zrobiła dzisiaj. - Dziękuję, to na pewno się przyda. - Pewnie i dałaby radę zasnąć bez odpowiedniej dawki leków, tylko po co? Nie musiała się męczyć odczuwając ból, dzięki temu pewnie prześpi noc spokojniej.

Przeniosła wzrok na stół, gdzie dosyć szybko udało jej się dostrzec zieloną maść. Chwyciła ją w dłoń, nie odrywała przy tym jednak wzroku od swojego faceta, bo mimo, że nieco krzywił się gdy zsuwał z siebie koszulkę to wyglądał naprawdę nieźle, znaczy nieźle to chyba nawet za skromnie powiedziane. Widać było, że Ambroise o siebie dba, miał dosyć mocno wyrzeźbione ciało, dopiero po chwili dostrzegła na nim te siniaki, których się wczoraj dorobił.

Otworzyła maść powoli, wsadziła do środka dłoń i nabrała odpowiednią ilość na palce. - Uwaga, pewnie będzie nieprzyjemne. - Wolała go ostrzec przed momentem, w którym dotknie jego ciało. Starała się to robić jak najdelikatniej, samymi opuszkami palców, aby nie wywołać jeszcze bardziej nieprzyjemnego uczucia, chociaż miała świadomość, że samo aplikowanie tej maści może być bardzo nieprzyjemne. Dlatego też naprawdę w ogromnym skupieniu, bez pośpiechu, wręcz przeciwnie, kremowała jego obrażenia.

Kiedy skończyła odstawiła słoiczek na stół, sama zaś postanowiła się ponownie położyć, tym razem jednak zrobiła to tak, aby jej głowa znalazła się na kolanach siedzącego tuż obok niej Ambroisa, który musiał odczekać aż jego maść zacznie działać.

Cóż, był to pierwszy wieczór, który spędzali w takiej formie, ale pewnie powinni się do tego przywyczaić, bo na pewno nie był on ostatnim, kiedy w tym samym czasie będą nieco poturbowani przez los.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (25729), Geraldine Greengrass-Yaxley (22689)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa