• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[02.09.1972] Pan Mruczkens | Pru & Benjy

[02.09.1972] Pan Mruczkens | Pru & Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
20.02.2025, 22:47  ✶  

Mruknęła coś niezrozumiale pod nosem, gdy pierwsza próba rzucenia zaklęcia jej nie wyszła. Nie była zadowolona z takiego przebiegu sytuacji, powinna chyba nieco popracować nad takimi zaklęciami, zdecydowanie. Na szczęście za drugim razem wszystko się udało, może nawet nieco lepiej niż zakładała. Chmura dymu, która pojawiła się w powietrzu była dosyć spora. Nieznajomy mógł się w niej schować bez problemu. Kobieta nie powinna go dostrzec. Nie zmieniało to faktu, że na pewno dostrzeże ten dym, więc tak, czy siak wypadałoby, aby się stąd jak najszybciej zawinęli. Ktoś na pewno będzie szukał sprawców tego zamieszania. Bletchley miała tego świadomość.

Liczyła na to, że jej nowy kolega całkiem szybko i zgrabnie zejdzie z tego balkonu. Nie powinien mieć z tym problemu, zwłaszcza, że wspinanie się na górę szło mu całkiem ekspresowo, schodzenie wydawało się być prostsze? Zawiesiła się na moment i zaczęła zastanawiać się nad tym, czy faktycznie tak było. Odtwarzała w myślach najróżniejsze sytuacje, powroty zawsze były prostsze, tak, tak musiało być i teraz.

Gdyby kobieta go dostrzegła mieliby przejebane, tak, na pewno powiadomiłaby jakieś służby, pomyśleliby sobie, że są jakimiś wspólnikami i że razem planowali kogoś okraść. To wszystko przecież składało się w całość, ona go asekurowała na dole, a on właził na górę, próbował się dostać do czyjegoś mieszkania. Zdawała sobie sprawę, że to nie wyglądało najlepiej, ba, każdy na pewno sam dołożyłby do tego swoją historyjkę, wiedziała, że muszą się stąd zmyć jak najszybciej, póki jeszcze ich ktoś nie zauważył. Na szczęście dziewczynka ich posłuchała i spierdoliła z tym kotem w podskokach. Nie będą musieli się więc przejmować dzieckiem i zwierzakiem, chociaż tyle dobrego.

Nie chciała go popędzać, bo jeszcze by się potknął, ale naprawdę mógłby się nieco pospieszyć, wydawało jej się, że to schodzenie trwa co najmniej dwa razy dłużej od wspinaczki.

W końcu się zsnunął i runął na ziemię, zeskoczył? To lądowanie nie wyglądało na szczególnie bezpieczne z perspektywy Prudence, ale to chyba nie był odpowiedni moment na to, aby upewniać się, że mężczyzna jest w jednym kawałku.

Najwyraźniej zgodzili się co do tego, że najlepiej by było, gdyby się jak najszybciej stąd zmyli. Był dosyć dosadny w swoich słowach, którymi ją uraczył.

Nie miała nawet szansy zareagować, gdy znalazł się blisko niej. Nie mogła sobie pozwolić na swoje zwyczajowe kalkulowanie tego, co powinna zrobić. Bez żadnego oporu dała się złapać pod rękę i pociągnąć w stronę wyjścia z zaułka. Rychło w czas, bo wyczarowana przez nią zasłona dymna zaczęła znikać.

Trudno jej było za nim nadążyć, bo przecież był od niej sporo większy, miał długie nogi, na szczęście Prudence nie nosiła butów na wysokim obcasie, bo była pewna, że gdyby tak było nie wyszłaby z tej uliczki w jednym kawałku, na pewno zarysowałaby sobie kolana, czy wybiła zęby. Nie była jakoś wyjątkowo sprawna fizycznie, ale starała się dorównać mu kroku, jej nogi poplątały się kilka razy, na szczęście trzymał ją pod rękę, więc nie wywinęła się w żadną stronę.

Dopiero kiedy wyszli z tej nieszczęsnej alejki złapała oddech. Sytuacja nie była dla niej szczególnie komfortowa, bo nieznajomi ciągnął ją ze sobą, jasne, zdawała sobie sprawę, że miał dobre zamiary, jednak nie zmieniało to faktu, że się nie znali, że nie miała pojęcia kim jest i czego może się po nim spodziewać. Niby pomógł jej uratować kota, ale co jeśli miał złe zamiary?

Przystanęła w końcu pewniej na nogach i zatrzymała się w miejscu, oddalili się już dosyć sporo od alejki, nikt nie powinien powiązać ich z tym, co się tam wydarzyło.
- Wystarczy. - Mruknęła cicho. Po czym spróbowała się wysunąć spod jego ramienia. Gdy w końcu jej się to udało, to przesunęła dłonią po swojej czarnej koszuli, musiała ją wygładzić, nie mogła pojawić się w takim stanie w pracy. Na pewno ktoś zwróciłby na to uwagę, bo Prudence należała do tych schludnych osób.

- Dziękuję. - Chyba wypadało podziękować za to, że postanowił jej pomóc, chociaż nie musiał. Mimo wszystko zainteresował się sprawą, chociaż przecież tego nie oczekiwała.

- Różdżka, moja różdżka. - Nie miała jej, musiał pomieszać ich rzeczy, kiedy uciekali stamtąd w podskokach. Nie mogła pozwolić sobie na taką stratę. Mierzyła go wzrokiem, bo chciała się upewnić, że nic mu się nie stało, nie miała pewności, czy faktycznie tak było, bo dosyć spektakularnie zsunął się z tego balkonu.

- Czy coś ci się stało? No wiesz, jak spadłeś na ziemię. - Spadł, czy zeskoczył, właściwie nie miało to dla niej żadnego znaczenia. Próbowała domyślić się, czy na pewno wszystko było z nim w porządku.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
21.02.2025, 01:35  ✶  
To był jeden z tych poranków, kiedy słońce wschodziło na niebie z taką intensywnością, że czułem się, jakbym stał na scenie, a wszystkie światła były skierowane na mnie. Próbowałem wepchnąć się w cień, ale gdyby stara baba na balkonie postanowiła spojrzeć w dół, z pewnością by mnie dostrzegła. Nie było innej opcji. Może gdybym był nieco mniejszy, to jakoś by to jeszcze przeszło, ale w moim przypadku, stojąc tam, na krawędzi tego nieszczęsnego balkonu na drugim piętrze, byłem całkiem zajebiście widocznym człowiekiem. Metr dziewięćdziesiąt wzrostu, ciemne, mocno nastroszone włosy, skórę ogorzałą słońcem - wszystko to sprawiało, że nie sposób było mnie przeoczyć. Do tego tatuaże na ciele i złote kolczyki błyszczące w słońcu. Zdecydowanie nie byłem osobą, którą można by zignorować. A gdzie by tam... Chcąc nie chcąc... Raczej to drugie... Aż za bardzo wyróżniałem się w tej okolicy, szczególnie w tej niecodziennej i nieco kłopotliwej pozycji, w jakiej się znajdowałem.
Właściwie dalej nie miałem pojęcia, jak się tu znalazłem, bo zazwyczaj choć trochę myślałem o konsekwencjach moich czynów i nie interweniowałem aż tak bardzo bezmyślnie, ale zdecydowanie nie było to miejsce, w którym chciałem spędzić więcej czasu.
Walczyłem o równowagę, wiedząc, że jeśli tylko chwilę się roztargnię, mogę zakończyć swoją przygodę w bardzo nieprzyjemny sposób. Nie miałem pojęcia, co by się stało, gdybym wylądował na ziemi z tej wysokości. Zapewne nic dobrego. Z pewnością moja nieznajoma towarzyszka na dole miałaby sporo do powiedzenia. Wyglądała na taką, która lubiła dużo analizować i jeszcze bardziej się wymądrzać... O ile zdążyłaby uciec przed moim lądowaniem. Nie wyglądała na kogoś, kto potrafiłby szybko reagować. Dobrze, że nieznajoma postanowiła posłuchać mojej niemej prośby i zainterweniować. Teraz wszystko zależało od mnie, więc skupiłem się na tym, by nie zaliczyć gleby z drugiego piętra. Nie miałem czasu na zastanawianie się. Musiałem zejść z tego balkonu. Ryzyk fizyk.
Lądowanie, które w przyszłości opisano by jako superbohaterskie, było raczej nieprzyjemne i dosyć twarde. W tamtej chwili nie czułem się ani trochę super. Bohaterem też nie, bo dziewczynka od kota zdążyła zniknąć bez podziękowania. Nie to, żebym na jakieś liczył, ale kolejny raz dałem się wmieszać w cudze problemy nawet nie za pocałuj mnie w dupę. Może to i lepiej - miała jakieś pięć lat i mogła być moją córką. Nie chciałem dołączać pedofilii do listy przewinień, zwłaszcza, że nadal istniało ryzyko, że zostaniemy posądzeni o próbę włamu. Dlatego nie wahałem się ani chwili - złapałem rzeczy od kobiety, a następnie chwyciłem ją pod rękę. Zaczęliśmy biec, a ona, mimo że była dużo niższa i miała krótsze nogi, jakoś dotrzymywała mi kroku. Może nie ciągnąłem jej za sobą tak, że leciała w powietrzu, ale z pewnością nadałem szybkie tempo, które wymagało od niej sporo wysiłku. Choć nie miałem pojęcia, kim była, wiedziałem, że w razie naszego niepowodzenia ona również mogłaby ponieść konsekwencje.
W końcu się zreflektowałem. Zwolniłem, dając jej chwilę na oddech. Kiwnąłem głową, gdy powiedziała, że wystarczy. Przystanęliśmy. Oddychałem szybko, ale nie z trudem. Miałem bardzo dobrą kondycję, więc nie było to dla mnie dużym problemem.
Dopiero wtedy spojrzałem na kobietę. To był właściwie pierwszy raz, kiedy przyjrzałem się jej z bliska. Eleganckie ciemne ubrania, ciemnobrązowe włosy, brązowe oczy o głębokim wyrazie. Miałem wrażenie, że ją kojarzę, ale nie potrafiłem określić skąd. Nic dziwnego - w swoim życiu spotkałem wiele osób. Mimo to, ciągle szukałem jej w pamięci, ale w mojej głowie panowała pustka. Dopiero gdy odezwała się, dziękując mi, wyrwałem się z zamyślenia.
- Szpoko. - Powiedziałem, uśmiechając się lekko. - Zadyma była pielwsa klasa. - Uśmiech zadowolenia zagościł na mojej twarzy, sama sytuacja zaczynała mnie śmieszyć. Powoli docierało do mnie, co się właściwie odjebało. Im dłużej nad tym myślałem, tym bardziej mnie to bawiło.
- Szo? - Zmarszczyłem czoło, spoglądając na nią pytająco. Dopiero wtedy zorientowałem się, że wciąż trzymam w rękach nieswoje rzeczy. Bez słowa oddałem jej to, co miałem, a co nie należało do mnie, w tym również różdżkę, która zdecydowanie była dla niej ważna. Powtórzyła to dwukrotnie. Ponownie - nic dziwnego, ja też nie chciałbym stracić swojej, zwłaszcza na rzecz nieznajomego wyglądająego - cóż - jak ja. Nawet w przenośni jak ja, bo dosłownie to byłoby dopiero posrane. Nie chciałbym stanąć sam na sam oko w oko z doppelgaengerem. Nawet pośrodku Londynu. Dziękuję, postoję, uspokajając oddech po szybkiej przebieżce. Wiedziałem, że mam bardzo dobrą kondycję, ale po tym wszystkim czułem, jak adrenalina powoli ustępuje miejsca zmęczeniu.
Zaraz potem spojrzałem na swoje nogi, na lekko przybrudzone ceglastym kurzem spodnie i buty. Otworzyłem usta, chcąc powiedzieć, że nic mi nie jest, ale nagle poczułem, jak lewe kolano zaczyna lekko pulsować, a jego sztywność staje się odczuwalna. To nie było nic poważnego, ale przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą, zakuśtykałem jak nowonarodzony źrebak, co sprawiło, że lekko się skrzywiłem. Zabolało. Mimo to wyprostowałem się i wypiąłem pierś, mówiąc:
- Wszystko szpoko.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
21.02.2025, 14:13  ✶  

Udało im się zbiec z miejsca zdarzenia. Właściwie nie zrobili nic złego, pomogli dzieciakowi, nie było potrzeby, żeby spierdalać stamtąd w podskokach, na pewno mogli to jakoś wyjaśnić, tyle, że wybrali zupełnie inny scenariusz. Nie miała pojęcia dlaczego, może przez to, że on reagował w ten sposób, jakby faktycznie robili tam coś złego? Bardzo łatwo przyszło jej dostosować się do tej narracji, nie miała problemu z tym, aby z nim pobiec, chociaż chyba powinna zacząć zadawać pytania, nie zrobiła tego, jak widać Prue nie do końca radziła sobie z takimi spontanicznymi sytuacjami. Przestała myśleć, przestała analizować i kalkulować po prostu dała się pociągnąć ze sobą.

To nie zdarzało się często w jej przypadku, lubiła mieć kontrolę nad podejmowanymi przez siebie decyzjami, lubiła wiedzieć, że wszystko pójdzie po jej myśli, aktualnie pozwoliła mu zadecydować za nią. Była niemalże pewna, że spóźni się do pracy, tak trochę ją to martwiło, bo takie sytuacje jej się nie zdarzały, nie wiedziała, jak z tego wybrnie, jak się wytłumaczy, raczej nie była szczególnie wylewna przy swoich współpracownikach, nie lubiła mówić o swoim życiu. Cóż, będzie musiała znaleźć jakąś wymówkę, ale tym będzie martwić się później, gdy już znajdzie się w ministerstwie, póki co była do tego jeszcze daleka droga.

Bletchley nie wydawało się, aby znała mężczyznę, z którym przyszło jej dzisiaj spierdalać. Wyglądał jakby mieszkał na Nokturnie, chociaż oczy, oczy wydawały jej się znajome. Bardzo łatwo przychodziło jej łączenie faktów, w tym wypadku jednak jej mózg chyba złapał jakiś błąd, pamięć fotograficzna też nie do końca pomagała, nie zamierzała się tym martiwć, nie spodziewała się, aby miała go jeszcze kiedykolwiek spotkać w swoim życiu. To było przecież jednorazowe. Współpraca przebiegła im całkiem zgrabnie, dogadali się praktycznie bez słów, nikt nie przyłapał ich na tym, jak typ wdrapywał się na balkon, nie mogło wyjść lepiej, chyba?

- Tak, pierwsza klasa, faktycznie. - Ton jej głosu nadal był nieco chłodny, bo Prue nie robiła takich rzeczy, zazwyczaj. Jasne, zdarzało jej się niknąć na Nokturnie, przebywać z różnymi ludźmi, ale nawet tam zachowywała się w typowy dla siebie sposób. Była raczej spokojna i dobrze ułożona, nie wdawała się w pościgi, czy ucieczki. Nadal musiała uspokajać oddech, bo dla jej drobnego ciała, nie do końca wyćwiczonego ta ilość ruchu była zdecydowanie zbyt duża.

Policzki zrobiły jej się rumiane i była niemalże pewna, że miała rozczochrane włosy, wyglądała - przynajmniej swoim zdaniem, jak siedem nieszczęść, na pewno będzie musiała coś z tym zrobić nim wejdzie do biura.

- Różdżka. - Powiedziała po raz trzeci, bo chyba jeszcze do niego nie dotarło, co miał na myśli. Nie miała mu tego za złe, bo zrobiło się spore zamieszanie, miał prawo tego nie zauważyć. Wolałaby jednak już dostać swoją własność.

Oczywiście, że dostrzegła, że zakuśtykał. Mógł jej sugerować, że wszystko było w porządku, ale nie umknęło jej to. Przez kilka lat swojego życia była przecież uzdrowicielem, nie ignorowała takich sygnałów. Wpatrywała się w niego spod przymrużonych powiek.

- Nie jest spoko. - Czy tam szpoko, w sumie było jej obojętne.

- Kolano Ci spierdala. - Dodała jeszcze nadal nie przestając się przyglądać jego nodze. Musiał nieco się poturbować przy tym całkiem efektownym lądowaniu.

- Mogę je obejrzeć? - Wolała się o to zapytać, bo głupio było jej zacząć go tutaj obmacywać, kto wie, czy zaraz by się ktoś na nich nie nawinął, to mogło wyglądać naprawdę dziwnie. - W sumie nie tutaj, gdzieś w ustronnym miejscu, ściągniesz spodnie, znaczy podwiniesz i mnie je pokażesz? - Miała zamiar naprawić mu to kolano, bo przecież potrafiła to zrobić, nie było to dla niej zupełnie problematyczne, wystarczyło tylko, żeby się zgodził, żeby faktycznie je obejrzała. Nie straciła swoich umiejętności związanych z leczeniem ludzi, mimo, że aktualnie zajmowała się tylko i wyłącznie trupami. Nie była to sytuacja zagrażająca życiu, więc nie będzie jakoś mocno przeżywać udzielenia tej doraźnej pomocy. Wystarczyło, żeby się zgodził.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
22.02.2025, 14:35  ✶  
Nie bez powodu mówi się, że oczy to okna dla duszy. Przekonałem się o tym na własnej skórze, w czasie, gdy starałem się zbudować nową tożsamość. Można próbować wyglądać w jakiś określony sposób, zmieniać wizerunek, całkowicie wywracać do góry nogami dawne standardy ubioru czy zachowania. Przez długi czas myślałem, że to wystarczy, by ukryć to, kim naprawdę jestem. Nowy imidż, zmieniona dykcja, czy nawet maskowanie akcentu - to wszystko wydawało mi się kluczem do sukcesu. Jednak niezależnie od tego, jak bardzo starałem się zmienić, była jedna rzecz, której nie dało się ukryć - to był oczy i sposób, w jaki ktoś spoglądał nimi na świat. To one zdradzały najwięcej, nawet, gdy reszta ciała starała się ukryć prawdę.
Spotykałem najgorszych skurwieli, największych bandytów, najbardziej wrednych typów i od razu wiedziałem, z kim chcę pracować. To była umiejętność, której nikt nie nauczył mnie w szkole czy na salonach. Po prostu potrafiłem to wyczuć. Nieczęsto się myliłem. Zacząłem dostrzegać te subtelne różnice w zachowaniach ludzi, gdy musiałem zacząć budować życie od nowa, tym razem jako wygnaniec - człowiek z sekretami, typ spod ciemnej gwiazdy z wyrokiem na karku. Potrzebowałem wiedzieć, z kim miałem do czynienia.
Niektóre osoby potrafiły przybrać maski, zmieniając ubrania czy styl mowy, ale oczy… Oczy były lustrem, w którym odbijała się ich prawdziwa natura. Szybko nauczyłem się, że to spojrzenie, nic innego, mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa. Nigdy wcześniej nie zwracałem na uwagi na takie detale, to było jak odkrycie nowego fragmentu układanki. Dwóch dużych kawałków, bo nie byłem takim ignorantem, żeby nie rozumieć, że ta reguła zawsze działa w obie strony. Miałem pełną świadomość, że mogę próbować pilnować języka i słów, jakich używam, ale tego jednego nie mogłem zmienić - nikt nie może. Oczy zawsze będą mówiły prawdę, nawet wtedy, gdy reszta doskonale kłamie.
Spotykałem najgorszych skurwieli, największych zakapiorów, którzy potrafili zabić bez mrugnięcia okiem, a mimo to, po krótkiej chwili rozmowy, wiedziałem, że chcę z nimi współpracować. Czemu? Bo wiedziałem.
Bywają ludzie, którzy wydają się twardzielami bez uczuć, a potem patrzysz im w oczy i widzisz, że nie są złe, są po prostu smutne. Czasami ci oceniani jako najgorsi z najgorszych noszą w sobie ból, który ukrywają za maską bezwzględności.
Już wcześniej, praktycznie od dziecka widziałem to na własne oczy, ale nie przykładałem do tego wagi, bo sam taki byłem. Wielu czystokrwistych chłopców, wyglądających na beztroskie, bezczelne, bufoniaste, bananowe dzieci, w rzeczywistości dźwigało ciężar wymagań stawianych im przez ojców, dziadków czy wujów. Ich szorstka powierzchnia często skrywała złamaną duszę, która usiłowała udawać, że jest niewzruszona i silna, ale w ich oczach widać było zmagania, które dopiero kształtowały ich na twardych, bezwzględnych ludzi. Jeszcze tacy nie byli - dopiero mieli stać się lustrzanymi odbiciami krewniaków, albo doskonałymi mimikami o smutnym spojrzeniu.
Równie często bywa, że ktoś, kto zgrywa niewiniątko, wcale taki nie jest. Zdarzają się przeurocze osoby - przemiłe i przekochane, ale ich oczy są zimne, bezemocjonalne i puste. Spora część panien z dobrego domu miała właśnie takie oczy, które z pozoru były pełne wdzięku, grzeczne, pokorne, ale kryły w sobie coś mrocznego. Takie spojrzenia sprawiały, że czułem dreszcz niepokoju przebiegający po moim kręgosłupie. Moja była żona, choć nie pochodziła ze środowiska elity, była jednym z takich przypadków. Zauważyłem to zbyt późno. Spojrzenie, które kiedyś kochałem, stało się dla mnie źródłem smutku i rozczarowania.
Oczy ujawniały także relacje międzyludzkie, zwłaszcza w momentach zaskoczenia czy kryzysu. Kiedy człowiek się nie pilnuje, w jednej chwili można dostrzec prawdę. Wtedy widzisz wszystko. To, że ktoś z pozoru zobojętniały kocha kogoś tak bardzo, że byłby w stanie skoczyć w za nim ogień, albo, że przeciwnie - ukochany jest mu zupełnie obojętny. Spojrzenie ujawnia intencje.
Zanim oddałem kobiecie jej rzeczy, spojrzałem w oczy nieznajomej, próbując określić, co w niej siedzi. To była tylko minuta, prawdopodobnie niecała, podczas której zawiesiłem na niej spojrzenie, a potem mrugnąłem, jakbym chciał się upewnić, że to, co widzę, jest rzeczywiste. Nasz wzrok spotkał się tylko przez chwilę. Jej tęczówki były ciemniejsze od moich. Miała inteligentne oczy. To mnie nie dziwiło, bo widziałem, w co była ubrana.
- Jeszteś usdrowicielem szy coś? - Spytałem z lekkim zażenowaniem, spojrzawszy na nią. Ona też zaglądała mi w oczy, jakby próbowała wyczytać z nich całą prawdę. Wcześniej założyłem, że może była odurzona. Teraz dostrzegłem, że może po prostu miała nietypowo głębokie spojrzenie. Jedno z tych świadczących o wielu trudnych przeżyciach maskowanych pod pozorami bycia poukładanym człowiekiem. Niezależnie od przyczyny, przez którą patrzyła na mnie w ten sposób, wydawała mi się jedną z tych zagubionych dusz, które próbują odnaleźć się w coraz szybciej pędzącym świecie pochłanianym przez płomienie. A jednak zauważała więcej niż czubek własnego nosa.
Ból był nie do zignorowania. Jeśli kolano jeszcze nie puchło, to z pewnością wkrótce miało zacząć. Kiwnąłem głową, czując, że nie było sensu dłużej udawać. Kolano rzeczywiście mi „spierdalało”. Co gorsza - w mojej głowie pojawiła się myśl, że nie ma tu odpowiednio ustronnego miejsca, bym mógł zdjąć spodnie i pokazać jej to przeklęte kolano.
- Wiesz, to kolano... - Zacząłem, czując, jak rumieniec zażenowania powoli wstępuje na moją twarz. Moje myśli krążyły wokół tego, jak nieodpowiednie wydaje się rozmawiać o takich rzeczach z kobietą, która ma w sobie tyle... Kurwa, czy tam kulwa - wbrew pozorom, miałem problemy w kontaktach z pannami... No - tego typu. Z kobietami z klasą, nie z rozchichotanymi panienkami, które wydawały się łatwe. Nie tylko do zrozumienia. Czułem się zawstydzony tą bezpośredniością, która nie miała w sobie żadnych podtekstów. - Mosze tlochę faktysznie... Ehm, boli... I chyba zaszyna puchnąć... - Zawahałem się, czując, jak moje dłonie zaczynają się pocić. Rozejrzałem się dookoła. Przecież nie mogłem jej zabrać do nie mojego mieszkania albo do jakiejś speluny na Nokturnie - Dziurawy Kocioł też odpadał, z wiadomych dla mnie względów.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#15
22.02.2025, 21:54  ✶  

Oczy faktycznie bywały zwierciadłem duszy, patrząc na nie można było określić to, co siedziało w człowieku. Często pokazywały zupełnie inne emocje od całej aparycji, otoczki, aury jaką roztaczali ludzie. Oczu nie dało się zmienić, zawsze wyglądały tak samo, no może z czasem spojrzenie mogło się zmienić, przybrać zupełnie inne emocje, jednak one same w sobie były takie same, tęczówki nie zmieniały swojego koloru. Prudence wiedziała, że te oczy, w które się wpatrywała były znajome, już je kiedyś widziała, jednak cała reszta nie pasowała jej do nikogo kogo by kojarzyła. Nie była w stanie w tej chwili rozwiązać zagadki, dopasować twarzy do znajomych personaliów, zapewne będzie się nad tym głowić, bo nie lubiła zasypiać przed rozwiązaniem zagadki. Tym się to dla niej teraz stało, zagadką. Kim właściwie był stojący przed nią mężczyzna? Skąd go kojarzyła? Nie miała zamiaru pytać o to wprost, nie sądziła, że to pytanie było na miejscu. Sama wolała dojść do odpowiedzi, właściwie była pewna tego, że prędzej, czy później ją oświeci. Zawsze się tak działo.

Nie była osobą, która wyciągała ręce po odpowiedzi podane na tacy, nie, nie lubiła tego. Większą satysfakcję przynosiło jej przekopywanie się przez informacje i szukanie ich na własną rękę. Cóż, nie bez powodu częścią jej pracy było prowadzenie śledztw, umiała wyszukiwać najdrobniejsze szczegóły i docierać do prawdy.

- Aktualnie jestem bardziej, czy coś. - Nie była już uzdrowicielem. Właściwie nigdy nie zakładałby, że skończy jako antropolożka. Medycyna zawsze była jej marzeniem, zresztą spełniła je, skończyła Akademię w Mungu, dostała swoją wymarzoną posadkę. Nie spodziewała się, że życie tak szybko zweryfikuje jej pragnienia.

Nie potrafiła wrócić do pracy na oddziale, nie po tym, kiedy na jej oczach z życiem pożegnał się jej ukochany, nie miała już do tego serca. Musiała sobie znaleźć inne zajęcie, nie była w stanie ratować innych, po tym, jak nie była w stanie udzielić pomocy jednej z nielicznych osób, na których jej naprawdę zależało.

- Kiedyś byłam uzdrowicielem. - Wypadało to chyba wyjaśnić, żeby nie było, że zupełnie nie zna się na rzeczy. Nie chciała, żeby sobie myślał, że jest jakąś szaloną babą z lasu, która zamierza testować na nim jakieś dziwne, nikomu nieznane techniki z medycyny niekonwencjonalnej.

Dopiero kiedy wypowiedziała w głos słowa o zdejmowaniu spodni dotarło do niej w jaki sposób mogło to wybrzmieć. Niestety, aktualnie było już trochę zbyt późno na to, aby się tym przejmować. Cóż, nie była zbyt dobra w dobieraniu słów, po raz kolejny to sobie udowodniła. Nie chciała, żeby zrobiło się tutaj niezręcznie, chcąc nie chcąc, chyba jednak do tego doprowadziła, cóż, na szczęście na pewno miało być to tylko i wyłącznie chwilowe, na pewno szybko zapomni o tym, co powiedziała.

Na szczęście mężczyzna chyba nie wystraszył się jej słów, dobrze, o to jej przecież chodziło. Chciała po prostu rzucić okiem na to kolano, które nie wyglądało najlepiej, bo zdecydowanie coś mu się w nie stało. Nie mieli jednak ku temu szczególnie dobrych warunków. Znowu zaczęła się zastanawiać, czy wzięcie go do kostnicy było dobrym pomysłem? Mogłaby go zaprosić do swojego mieszkania, z drugiej jednak strony to chyba nie był najlepszy pomysł, bo wiedziałby gdzie mieszka, a nie miała pojęcia, czy tego chciała, kto wie, czego można się po nim spodziewać, z drugiej strony, nie była jednak kimś kto mógł interesować kogokolwiek, więc może lepszą opcją było obejrzenie tego jego kolana w jej własnym mieszkaniu niżeli zabieranie go ze sobą do Ministerstwa Magii. Zresztą powinna chyba się przebrać, zanim znajdzie się w pracy, bo nie wyglądała najlepiej.

- Pójdziemy do mnie. - Chyba zadecydowała, co zamierza zrobić. Horyzontalna nie znajdowała się szczególnie daleko od Pokątnej, przeniosła ponownie wzrok na jego nogę, zastanawiała się, czy da radę tam dokuśtykać. - Dasz radę przejść kawałek? - Nie miała pojęcia, jaki miał próg bólu, zawsze też mogli spróbować się teleportować, ale nie do końca była specjalistką w grupowym przemieszczaniu się w ten sposób.

- Naprawdę chciałabym Ci pomóc, ale nie ma ku temu tutaj warunków. - We własnym mieszkaniu na pewno znalazłaby coś, co mogłoby jej pomóc nieco mu ulżyć, do tego nikt nie widziałby tego, czym się zajmowali. Nie było to może szczególnie rozsądnym posunięciem, bo kto normalny zapraszał obcych do swojego domu, ale nigdy nie mówiła, że jest normalna. Można to było zauważyć na pierwszy rzut oka, nie do końca pasowała do otaczającego jej świata.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
25.02.2025, 22:04  ✶  
Wzrok kobiety był przenikliwy. Dopiero teraz dostrzegłem, że to, co mówiłem, brzmiało jakoś niezgrabnie. Chyba nie była przekonana, że moje zapewnienia są szczere. Możliwe, że dostrzegała, jak niefortunnie wyglądała sytuacja, ale musiałem dać z siebie wszystko, żeby nie pokazać tego na zewnątrz. Przekierowałem rozmowę na inne tory.
- Szeszywiście nie wyglądasz jak typowy uzdlowisiel. - Pokiwałem głową, jakby mi było oceniać, kto wyglądał, a kto nie wyglądał na uzdrowiciela - jakie były standardy ich ubioru albo zachowania. Podczas, gdy w rzeczywistości z profesjonalnym uzdrowicielem miałem do czynienia, ostatni raz, co najmniej cztery lata temu.
- Quoi? - Spojrzałem na nią, próbując dostrzec, co myśli. Nie chciałem, żeby czuła się zobowiązana, ale jednocześnie nie mogłem zignorować, jak bardzo mnie zaskoczyła. W jej oczach dostrzegłem coś, co zbiło mnie z tropu - ostrożne zaufanie. To było nowe, nieznane terytorium, które budziło we mnie mieszane uczucia. Ludzie zazwyczaj nie ufali mi tak łatwo. Zresztą, nie miałem im tego za złe. Sam życiu miałem wiele sytuacji, które nauczyły mnie, że nie każdy jest życzliwy, dlatego też byłem wyraźnie nieswój na myśl, że nieznajoma chciała mnie zabrać do siebie. Tak po prostu - ot, niemalże bez namysłu. Może w jej oczach byłem kimś, kto mógłby być godny zaufania, ale dla mnie to było całkiem niewyobrażalne - w końcu, w moim życiu zaufanie było luksusem, na który niewielu było stać. Miałem swoje powody, by wątpić w intencje innych. Kobieta wydawała się być naprawdę życzliwa, dlatego z początku chciałem skorzystać z jej oferty, ale gdy zaoferowała zabranie mnie do siebie, poczułem wewnętrzny opór - nie byłem przyzwyczajony do takiej postawy.
Puchnąca noga była dla mnie jasnym znakiem, że nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale nie mogłem pozwolić, by ta słabość ujrzała światło dzienne, zwłaszcza w cudzym mieszkaniu. Skok z wysokości okazał się bardziej brutalny, niż się spodziewałem - potrzebowałem wsparcia medycznego, ale, gdyby oferta pomocy okazała się zasadzką... W co raczej wątpiłem... No, ale... To mógłbym mieć problemy z odparciem ataku. Zawahałem się na chwilę, przełożyłem ciężar ciała na drugą nogę, starając się zapanować nad sytuacją. Zawsze unikałem przyjmowania pomocy od nieznajomych. Wydawało mi się to niewłaściwe, jakbym nie tylko przyznawał się do swojej słabości, a wprost krzyczał, że będę łatwą ofiarą. Wolałem radzić sobie sam. To brzmiało zdecydowanie lepiej niż pokazywanie słabości przed kimś, kogo ledwie znałem. Poza tym zawsze mogłem znaleźć sobie innego byłego uzdrowiciela. Szczególnie, że miałem co najmniej dwa typy:
Tego, który pewnie by mi pomógł, nawet, jakbym wziął go z zaskoczenia. Szczególnie, gdybym wziął go z zaskoczenia.
Albo tego, którego miałem pod ręką, bo i tak zawracałem mu dupę i głowę - zdecydowałem się na tę opcję.
Wewnętrznie oceniłem, że przejście między ulicami, a potem po schodach, może być ciężkie, ale na zewnątrz starałem się zachować spokój. Ostatecznie, miałem nadzieję, że zdołam dotrzeć do celu, zanim ból stanie się nie do zniesienia. Musiałem znaleźć w sobie siłę, by przejść te kilka kroków samodzielnie.
- Wlócę do sziebie i poszekam na pszyjaciela. On jest usdlowicielem, wienc wszystko będzie w posządku. - Próbując zapanować nad bólem, kiwnąłem głową, jakby to miało dodać mi plus dziesięć do bycia przekonującym. Tak, dam radę. Stałem, czując, jak moje kolano protestuje, ale nie zamierzałem dać po sobie poznać. Lubiłem myśleć o sobie jako o kimś silnym, nieugiętym. Oparłem się na lekko zgiętej, zdrowej nodze, aby nie obciążać kontuzjowanej, i z trudem uśmiechnąłem się do brunetki. Wszystko spoko. Nie chciałem, by widziała moją słabość. Prawdziwy mężczyzna nie powinien dawać się poznać od takiej strony w takiej chwili, zwłaszcza komuś, kogo znałem ledwie przez kilka minut, a kto już zdążył wywołać moje zmieszanie. Dystans, który miałem pokonać, nie był wielki. Wystarczyło tylko kilkadziesiąt kroków, potem mógłbym usiąść i poczekać, aż mój przyjaciel wróci do domu. Tak, to byłoby najlepsze rozwiązanie. Ona nie powinna się martwić moim kolanem - nie chciałem być dla niej problemem.
- Myślę, sze moge pszejść kawałek o własnych sziłach. - Powiedziałem, starając się nadać swojemu głosowi nonszalancki ton. Zastanowiłem się przez chwilę. Nie chciałem, by myślała, że jestem jakimś niedołęgą, który nie potrafi poradzić sobie z małym urazem. - Posa tym to nisz takiego, nie musisz się kłopotaś, naplawdę. - Kiwnąłem głową, starając się przybrać pewny wyraz twarzy. Miałem wrażenie, że widziała moją słabość, nawet jeśli starałem się jej nie okazywać. Wolałem być sam, niż musieć polegać na kimś, kogo ledwo znałem. Nie byłem przyzwyczajony do przyjmowania pomocy, a już na pewno nie od nieznajomych.
Poza tym nie chciałem, by nieznajoma pomyślała, że jestem jakimś żałosnym facetem, który nie potrafi sobie poradzić. Wiedziałem, że nie mogę jej zatrzymywać. Przecież nie znałem jej ani ona mnie. Nie chciałem wciągać jej w moje problemy. Zamiast tego, postanowiłem znaleźć w sobie siłę, by ruszyć dalej. Zrobiłem krok w stronę Alei Horyzontalnej, czując, jak kolano wciąż pulsuje. Starałem się o tym nie myśleć. To nie było w moim stylu. Zawsze starałem się być silny, nie pokazywać słabości, więc tak, jak zawsze, musiałem to zrobić jeszcze „tylko ten jeden raz”... A potem jeszcze jeden raz, jeszcze raz, teraz to na pewno już ostatni, no, może jeszcze tylko w drodze wyjątku... Na tym polegało życie - na robieniu czegoś „jeszcze tylko dziś”.
- Wienc, tak w szumie, to wiesz... Dzięki za towaszystwo. - Powiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie. - Jusz sobie poladzę. Nie chcę cię dłuszej zatszymywać. Naplawdę dam szobie ladę. - I z tym stwierdzeniem ruszyłem naprzód, pomimo bólu, próbując zignorować to, co działo się z moim kolanem. Na wstępie zrobiłem kilka kroków - musiałem być ostrożny, bo nie chciałem pokazać, jak bardzo mnie bolało. W głębi duszy wiedziałem, że mogło być ciężko, ale nie chciałem, by moja słabość była widoczna. Nie chciałem, by ta kobieta czuła się zobowiązana do pomocy. W końcu to ja byłem odpowiedzialny za swoje decyzje.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#17
26.02.2025, 01:32  ✶  

Zmrużyła nieco oczy, gdy wspomniał o tym, że nie wygląda jak typowy uzdrowiciel. Zastanawiała się przez moment, jak właściwie wyglądał typowy medyk. Co ich od niej wyróżniało, czy kiedyś w ogóle wyglądała, jak oni, czy od zawsze nie pasowała do tego zawodu. Wiedziała, że była nieco inna, ale może faktycznie z czasem przestała się nosić jak lekarze? Nigdy się jakoś szczególnie na tym nie skupiła, to był chyba pierwszy raz, kiedy pomyślała o takich szczegółach. Czy było po niej widać, że zajmowała się trupami, miała taką aurę? Dało się to wyczuć? Przez jej głowę przemykały kolejne pytania, na które nigdy nie miała uzyskać odpowiedzi. Znowu zaczynała skupiać się na tym, co nie było w tej chwili ważne, mrugnęła dość szybko kilka razy, aby wrócić do rzeczywistości, bo odpłynęła trochę za daleko.

- Czy typowy uzdrowiciel ma jakieś cechy szczególne? - Tak, była ciekawa, jak on właściwie to widzi, szczególnie, że spowodowało to u niej taki długi proces myślowy. Postanowiła więc po prostu zapytać o konkrety, może dzięki temu zaspokoi swoją ciekawość.

Cóż, zapewne też typowy uzdrowiciel nie zapraszałby nieznajomego do swojego własnego mieszkania, aby mu pomóc, tylko do swojego gabinetu. Niestety, ona już nie posiadała takiego. Aktualnie jej miejscem pracy była głównie kostnica, co nie do końca zachęcało do tego, aby kogokolwiek tam zabierać, mogło to wzbudzać obawy, że skończy, jak te zimne ciała, które znajdowały się wokół. Nie chciała go straszyć, chociaż właściwie nie wyglądał na kogoś, kogo tak łatwo było wystraszyć. Może to ona powinna się bać? Typ miał w sobie coś z osób spod ciemnej gwiazdy, wiedziała, że nie powinna oceniać książki po okładce, bo bywało to mylące, jednak nie mogła też być zupełnie obojętna wobec jego aparycji, chociaż właściwie już trochę była. Pomógł jej z tym nieszczęsnym kotem, zaangażował się w to ze swojej, nieprzymuszonej woli, nie mógł być chyba, aż takim złym człowiekiem. Wypadało, aby udzieliła mu pomocy, skoro jej potrzebował, szczególnie, że uszkodził się poniekąd przez nią, no może nie konkretnie przez nią, a przez tego futrzaka, który wlazł tam, gdzie nie powinien, ale bez sensu było to, aż tak rozkładać na części pierwsze. Jeszcze znowu zagubi się w swoich myślach.

- Chciałam Ci pomóc, nie mogę tego zrobić tutaj, bo głupio by wyglądało, jakbyś ściągał spodnie w jakiejś uliczce, dlatego nie wiem, chyba najprościej było zaproponować pójście do mnie. - Tak, postanowiła nieco wyjaśnić swoje zamiary, chociaż im bardziej w to brnęła, tym bardziej wydawało jej się głupie. Starała się jednak, aby jej słowa brzmiały pewnie.

- Nie mam już swojego gabinetu w Mungu, a do pracy chyba nie powinnam Cię ze sobą zabierać, bo to mogłoby być dziwne, bardzo dziwne. - Tak, dalej tłumaczyła swoje słowa, chociaż nie wiedziała, czy bardziej jemu, czy sobie, ale kto by się tym przejmował.

- Tam mamy nieco innych pacjentów, takich którzy nie mogą się już ruszać. - Czy w ogóle trupy można było nazywać pacjentami? Chyba nie, zdecydowanie nie, ale chyba nie byli ze sobą jeszcze na tyle blisko, żeby zamierzała mu opowiadać o szczegółach tego, czym się zajmowała. Ludzie różnie na to reagowali, raczej spoglądali na takie osoby nie do końca przychylnie. Zresztą średnio chyba o niej świadczyło to, że z żywych przerzuciła się na martwych, ale tak było jej prościej, nie potrafiła się pogodzić z tym, że nie mogła pomóc temu na kim jej najbardziej zależało. Nie było sprawiedliwości na tym świecie, dlatego więc wybrała sobie taką niszę, w której nie musiała się przejmować tym, że nie jest w stanie pomóc każdemu. Tak było prościej.

- Nie dojdziesz. - Mruknęła cicho ponownie wpatrując się w jego nogę. Nie miała pojęcia, jaki był to uraz, ale jego ześlizgnięcie się z balkonu nie wyglądało najlepiej. Wydawała się być bardzo pewna w swoim osądzie, chociaż nie widziała dokładnie jak wyglądało kolano mężczyzny.

- Gdyby to był dla mnie kłopot, to bym tego nie zaproponowała, dawno nie miałam żywych pacjentów, to byłaby całkiem miła odmiana. - Och, chyba miała o tym nie wspominać, jakoś tak jednak wyszło, że te słowa padły z jej ust. Ponownie zmrużyła oczy. Zaczęła się zastanawiać nad tym, jak to właściwie zabrzmiało, jakie było prawdopodobieństwo, że uzna ją za wariatkę? Pewnie spore. Żywi pacjenci, nie martwi, cóż nie brzmiało to szczególnie dobrze. Właściwie to chyba nie powinna mu się dziwić, że postanowił spierdalać stąd w podskokach, to znaczy udać się do przyjaciela, który akurat był medykiem. Najwyraźniej każdy znał jakiegoś medyka, ponownie skupiła się na tym, czy faktycznie to było możliwe, że jego przyjaciel akurat był medykiem, czy próbował ją zbyć? Obie opcje były możliwe, wcale nie zdziwiłaby się, gdyby to była ta druga. Mrugnęła znowu kilka razy, żeby wrócić do niego, bo po raz kolejny trochę za daleko zaczęła się oddalać. Niby znajdowała się tu i teraz, ale jednak nie dało się oprzeć wrażeniu, że co chwilę go opuszczała i znikała gdzieś daleko.

- Twój wybór, jak się przewrócić i uderzysz głową w krawężnik to nie będzie co zbierać, jesteś duży, to może zaboleć. - Tak zaczęła kalkulować w swojej głowie ile waży i jak mocno może jebnąć o ziemię, jeśli nie utrzyma się na nogach. Uwielbiała cyferki, robiła to zupełnie przypadkowo i wcale, ale to wcale nad tym nie panowała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#18
01.03.2025, 13:54  ✶  
Nie mogłem się oprzeć myśli, że ściąganie spodni w miejscach publicznych nie było dla mnie aż tak niecodziennym widokiem. Byłem tu, w sercu magicznego Londynu, ale wspomnienia z dalekiego kontynentu, gdzie spędziłem praktycznie pół życia, nie dawały mi spokoju. To dziwne, jak szybko umysł potrafi przenieść się w czasie i przestrzeni.
Szczególnie, ilekroć przebywałem w pobliżu morza, bądź oceanu, natrafiałem na sceny, które mogłyby zszokować niejednego turystę. W moim umyśle od razu pojawiły się obrazy portów, które odwiedziłem w przeszłości - to były brudne, szemrane miejsca, gdzie ludzie często tracili wszelkie hamulce. Sytuacje, które zwykle wstrząsałyby innymi, były tam na porządku dziennym. Nie, nie byłem jednym z tych, którzy ściągali spodnie w miejscach publicznych, chociaż widziałem to wiele razy. Zdarzało mi się być świadkiem wielu dziwnych rzeczy, mimo tego, że sam zawsze trzymałem się z dala od takich incydentów. Miałem szacunek do siebie, ale znałem ten świat na tyle dobrze, by wiedzieć, że ściąganie spodni w miejscach publicznych to nic nadzwyczajnego, zwłaszcza tam, gdzie nocne życie tętni pełną parą - w wielu miejscach, gdy słońce zachodziło za horyzont, a ulice wypełniały się śmiechem i krzykami, takie sceny były czymś normalnym... Widok mężczyzn, zazwyczaj zniszczonych życiem, ściągających gacie do kostek w ciemnych zaułkach nie był mi obcy. W takich lokalizacjach, gdzie nie brakowało alkoholu i nocnych przygód, widziałem wiele. Ludzie, niestety, z pozoru mojego pokroju, z ich bezceremonialnym podejściem do życia, często nie przejmowali się konwenansami - a panienki, które czekały na nich w mrocznych zaułkach, były częścią tego niepisanego porządku.
Zazwyczaj nie miałbym oporów, żeby to powiedzieć. Rzuciłbym niewybrednym żartem, jednak teraz, w towarzystwie tej kobiety, czułem się nieco zakłopotany. Nie potrafiłbym jednak opowiedzieć o tym nieznajomej, która stała obok mnie. Miała w sobie coś, co sprawiało, że nie potrafiłem być całkowicie sobą. Może to jej sposób mówienia, może sposób, w jaki na mnie patrzyła - nieważne, w każdym razie czułem, jak rumieńce zaczynają przebijać się przez moją opaleniznę. Dobrze, że chyba nie zauważyła mojego zażenowania.
Wiedziałem, że nie mogę pozwolić, by moje myśli poniosły mnie zbyt daleko. Musiałem skupić się na tym, co tu i teraz. Kiedy nieznajoma zaczęła mówić o pracy, kiwnąłem głową, próbując zrozumieć, co miała na myśli.
- Nie mam pojęszia, gdzie plasujesz, ale skolo tak mówisz, to pewnie masz lasję. - Odpowiedziałem, starając się brzmieć swobodnie. Jej kolejne słowa zbiły mnie z tropu. Hospicjum? To brzmiało na hospicjum? Nie potrafiłem zrozumieć, co mogłoby ją tam sprowadzić z Munga. W jej oczach dostrzegałem coś, co nie pasowało do tej roli. Czekałem na odpowiedź, zaintrygowany jej słowami.
- Plasujesz w hospisjum? Nie? Kostnicy? - Wyrwało mi się, ton mojego głosu zdradzał zdziwienie - wyglądała zupełnie inaczej niż to, co sobie wyobrażałem. Nie pasowała mi do obrazu osoby, która mogłaby pracować w hospicjum. - Nie wyglądasz mi na kogoś, kto by tam plasował. - Oceniłem moim wyśmienitym okiem, które, jak już wspomniałem, doskonale znało się na uzdrowicielach.
- Wiesz. - Zacząłem ostrożnie. Nie chciałem być niegrzeczny, ale nie potrafiłem zrozumieć, co pcha ją w stronę ciał, a nie żywych dusz. - Wydaje mi się, sze mosze nie do końca potlafisz leszyć ludzi, skolo plasujesz głównie s maltwymi. - Nie mi oceniać, no, ale...
Prychnąłem pod nosem, nie chcąc dać jej satysfakcji z mojej niedyspozycji. Przepełniony pewnością siebie, wyprostowałem się, napinając mięśnie i wypinając pierś.
- Nie takie szeszy lobiłem. - Powiedziałem, patrząc na nieznajomą, która z jakiegoś powodu postanowiła skomentować moje plany. - Mały szpaszel to dla mnie nisz tahiego. Zawsze byłem ahtywny. - Nie mogłem pozwolić, by miała rację. W mojej głowie zaczęły krążyć myśli, które nakazywały mi udowodnić, że się myli. Początkowo szło mi całkiem nieźle. Choć świeży uraz kolana dawał o sobie znać, z każdym krokiem przekonywałem się, że mogę ignorować ból, byleby tylko nie dać za wygraną.
Jednak szybko zorientowałem się, że ten stan nie może trwać wiecznie - nagle poczułem, jak kolano nie wytrzymuje obciążenia, a ja, prawie w zwolnionym tempie, zaczynam tracić równowagę... Znikąd, zupełnie na prostej i równej powierzchni. Tak - szło mi całkiem nieźle, dopóki nie zaplątałem się o nic innego, jak o własne nogi. W jednej chwili wydawało mi się, że jestem w stanie dać sobie radę, w następnej znalazłem się przy krawężniku, balansując na krawędzi upadku... Chciałem tylko zrobić krok naprzód, ale nogi mnie zdradziły. Próbując się ratować, wpadłem na - niespodzianka - drugi krawężnik. Syknąłem, kiedy dodatkowo teraz i moja stopa ustawiła się w niewłaściwej pozycji.
Na szczęście udało mi się w porę złapać równowagę - inaczej to byłoby najgłupsze zakończenie mojego życia, jakie mogłem sobie wyobrazić. Na rozbiciu sobie głowy na twardym, miejskim chodniku. To byłoby żenujące, nie do wybaczenia. Westchnąłem z irytacją, zażenowany sobą i własnymi ograniczeniami, czując, jak na mojej twarzy pojawia się rumieniec. To był moment, w którym moje argumenty zaczęły tracić na znaczeniu. Żenada.
- Pszeplaszam. - Powiedziałem, starając się brzmieć jak najbardziej pokornie, potarłem czoło ręką, próbując ukryć swoje zmieszanie. Tak, nie chciałem odejść z tego świata w tak głupi sposób. Duma musiała ustąpić miejsca rozsądkowi. - Szy mogłabyś mi pomóc? Potszebuję wspalcia...

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6395), Prudence Fenwick (5532)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa