• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine

[08.09.1972] daylight || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
21.03.2025, 01:43  ✶  
Słowa Geraldine z pewnością były względnie prawdziwe. Nie mógł jej tego odmówić. Tyle tylko, że jednocześnie nie potrafił przyznać jej stuprocentowej racji, toteż wyłącznie wzruszył ramionami. Dosyć pokracznie, patrząc na to, że nadal trzymał jedną rękę pod głową dziewczyny. Opierając się na drugim łokciu i trzymając wolną rękę między jej piersiami, nie miał zbyt dużego pola do manewru. Mimo to niewiele sobie robił z tego, że niespecjalnie mu to wyszło. Z pewnością wiedziała, co usiłował zrobić. W końcu doskonale go znała.
Wiedziała zatem, że nie zamierzał tolerować smoczego łajna, jakim było to, co teraz robiła. Nie musiał jej o tym przypominać. Mimo to poczuł się zobowiązany. Powinna przywyknąć do tego jego dosyć specyficznego podejścia (zwłaszcza jak na kogoś sprawiającego wrażenie, jakby po prostu uwielbiał być adorowany), bo nie zamierzał iść na kompromisy akurat pod tym względem. Jeśli nie robił nic szczególnego, nie musiała mu za nic dziękować.
- Tego czego? - Odparował bez zastanowienia, uśmiechając się przy tym pod nosem.
Tak, ponownie to robił. Podpuszczał ją. Zadawał głupie pytania tylko po to, żeby zobaczyć przekorny błysk w oczach Geraldine. Ciągnął ją za język, oczekując nazwania wprost czegoś, odnośnie czego istoty i tak się orientował. Znał ją. Dobrze wiedział, co miała na myśli, kiedy powiedziała te słowa. Tyle tylko, że nie zamierzał jej nic ułatwiać.
Zamiast tego pozostawał tą wyjątkowo rozleniwioną, ale przy okazji dosyć upierdliwą wersją siebie. Raz po raz wykorzystując okazję, bo skoro już rozmawiali...
...naprawdę lubił słuchać głosu jego dziewczyny. Barwy jej tonu. Pauz, które robiła. Miękkości, rozluźnienia w tym, w jaki sposób formułowała wypowiedzi. Był zmęczony, może trochę śpiący, więc działało to na niego naprawdę kojąco. Czuł się spełniony, wodząc palcami po skórze Yaxleyówny. Góra, dół, góra. Obrysowując krągłości jej biodra i miejsca, w którym udo przechodziło w pośladek. Ten cholernie atrakcyjny pośladek. Ten...
...nadgryziony? pośladek. To było coś zupełnie nowego. Nie to, że wcześniej tego nie dostrzegł. Zauważył to już pierwszego wspólnego poranka. Tyle tylko, że w tym subtelnym świetle wyglądało to znacznie bardziej intrygująco. Zmrużył oczy, wbijając wzrok w jej odsłonięte ciało.
- Czemu podpadłaś? - Spytał pobłażliwie, biorąc przy tym wdech i nieznacznie mocniej unosząc prawy kącik ust.
Nie pytał komu, bo to nie wyglądało tak, jakby upierdolił ją ktoś poza nim dzisiaj. A jego ślady wyglądały zupełnie inaczej. Koncentrowały się raczej wokół jej dekoltu i szyi. Prezentowały się wyjątkowo dobrze, bardzo satysfakcjonująco. Raczej nie były bliznami w kształcie sugerującym udział materii nieożywionej. Na zwierzęce też to nie wyglądało, nawet jeśli miało lekki kształt półksiężyca, ugryzienia.
Zmiany. Czegoś, co zdecydowanie pokazywało upływ czasu tak jak jego własne ślady na ciele. Oboje je mieli. Wyglądali inaczej.
Czasami łapał się na tych wszystkich myślach dotyczących przyszłości, której ze sobą nie mieli. Nie było im to dane. Zbyt wiele razy po drodze napotkali kolejne trudności uniemożliwiające im zostanie oficjalną rodziną. Bowiem prawdziwą już byli, nie dało się temu zaprzeczyć. Przed laty tworzyli wspólny dom, żyli ze sobą, nie obok siebie. W znacznej mierze zachowywali się nie tylko jak zwykła para, ale jak małżeństwo.
Nawet w Mungu zawsze traktowano ją znacznie bardziej jak jego formalną kobietę aniżeli wyłącznie partnerkę. Przymykano oczy na brak oficjalnych dokumentów. Być może w większości przez to, że był tam wieloletnim szanowanym pracownikiem. Prawdopodobnie w znacznej części dlatego nikt nigdy nie przyczepił się do niej o korzystanie z przejść służbowych albo te bardzo nieliczne wizyty po oficjalnych godzinach otwarcia oddziału. Była uwzględniana w zaproszeniach, które dostawał. Z imienia i nazwiska, nie jako osoba towarzysząca. Traktowano ich jak wszystkie inne małżeństwa.
Dzięki temu mógł podejmować decyzje po tamtych wydarzeniach w Dolinie Godryka. Miał pełen dostęp do dokumentacji. Pozwolono mu przez cały czas czuwać przy łóżku Geraldine. Być z nią, rozmawiać na tematy, przy których ona sama mogłaby poczuć się zagubiona. Czy to przez formalny język, z jakiego korzystano, czy także skutki tamtego drastycznego zaklęcia.
W gruncie rzeczy poniekąd wpadli w pułapkę, o której nigdy wcześniej by nie pomyślał. Dopiero po pewnym czasie zauważył to, co tak naprawdę się stało. Było im wygodnie. Nie dało się tego nie zauważyć. Nie mógł temu zaprzeczyć. Żyli całkowicie na własnych zasadach. Nikt nigdy nie wchodził im z butami w to, co wspólnie tworzyli. Ich rodziny były dostatecznie zadowolone z takiego obrotu spraw, jaki wywiązał się wtedy w maju tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego roku. Tym, że po prostu postanowili porzucić stan singielski na rzecz wieloletniego związku.
Prawdopodobnie jedna i druga strona liczyła na to, że prędzej niż później postanowią zawrzeć związek małżeński. Z początku nawet padło kilka pytań o ich długofalowe plany. W końcu nie bez powodu stworzyli wtedy tę całą śpiewkę o jesiennych zaręczynach i zimowym ślubie. Kiedy jednak upłynęło kilka lat i do niczego takiego nie doszło a oni po prostu wiernie trwali u swojego boku, temat ucichł.
Z dużym prawdopodobieństwem miało to związek ze świadomością, że przymuszanie ich obojga do czegokolwiek nie miało najmniejszego sensu. Potrzebowali sami podjąć tę decyzję. Tyle tylko, że nawet wtedy, gdy wydawało się, że została podjęta i należało wyłącznie wcielić ją w życie...
...nie zrobili tego. Nie doszli do wniosku, że potrzebują to zrobić. Nie wtedy po raz pierwszy. Później nie po raz drugi. Doskonale pamiętał obie te sytuacje, nawet jeśli przy jednej mogło jej się zdawać, że zupełnie bredził, mieszając nie tylko słowa, lecz także języki. Ugodziło go tamto ostatnie niezrozumienie. Może bardziej niż byłby w stanie przyznać, więc przez kilka kolejnych lat nie kwapił się do powtórnej próby.
Aż do pamiętnego końca lata. Tak właściwie to do jesieni. W pewnym sensie uznał to za całkiem wymowne. Może nawet na swój sposób romantyczne, bo oto rzeczywiście chciał wcielić w życie te pierwotne ustalenia. Listopadowe zaręczyny, ślub na przełomie stycznia i lutego. Wyjazd na miesiąc miodowy w Alpach. Przytulna chatka, śnieg i długie, żarliwe wieczory przy kominku.
W tym momencie jeszcze nie czuł goryczy. Nie powróciła do niego tamta gorzka świadomość, którą odczuł wtedy, gdy kłócili się ze sobą pierwszego dnia w Piaskownicy. Odkrycie, że byli zupełnie na tym samym etapie, nawet nie musząc o tym rozmawiać. Dwa lata temu pragnęli dokładnie tego samego. Chcieli dla siebie tych trwałych zmian. Byli wyjątkowo blisko stania się formalną rodziną a potem...
...to też byłaby ich obecna rzeczywistość. Do tej pory z pewnością doczekaliby się powiększenia stada. Mieliby nie tylko syna chrzestnego, ale i własne dziecko. Kto wie, może nawet dzieci? Nie musieliby przechodzić przez te wszystkie perturbacje. Z pewnością mieliby trudności i problemy, bowiem od tego nie dało się uciec.
Oboje mieli tendencje do ściągania na siebie kłopotów. Przyciągali je jak magnes. Nie byli łatwymi ludźmi, pewnie przyszłoby im przejść przez wiele dyskusji. Niezliczone spięcia i kłótnie. Rozmowy w pewnym stopniu zbliżone do tych, które należało, by obecnie przeprowadzili. Musieliby przearanżować swoje życie. To było pewne, ale jednocześnie...
...może mieliby w sobie więcej tej wewnętrznej siły? Dodatkowe pokłady samozaparcia do walki z przeciwnościami losu. Bo choć teoretycznie oboje byli już wyjątkowo uparci, tamten parszywy okres pokazał, gdzie popełniono błąd. Dokładnie tam. Rozsypali się w pył i popiół przez to, że nigdy nie dążyli do tradycyjnego życia. To było wyjątkowo ironiczne.
I nie. Nie kochałby jej bardziej po ślubie. Tak jak nie kochał jej mniej bez pierścionka na palcu. Tak jak nie kochałby jej mocniej po tym jak w ich życiu pojawiłyby się dzieci. Czy słabiej, gdy ich ze sobą nie mieli. Nie na tym polegała ta pokrętna logika. Chodziło raczej o to, co siedziało naprawdę głęboko w nim. Świadomość tego, że pewne decyzje są nieodwracalne.
Gdyby posunęli się tak daleko, żeby zrobić pierwszą z tych rzeczy lub obie (kolejność zdecydowanie miała dla niego znaczenie), nie odszedłby bez słowa. Nie uznałby wewnętrznej narracji o zwracaniu Rinie wolności. Nie oznaczało to, że nie byłby równie zamotany i zagubiony jak wtedy. Czy że bardziej by o nich walczył.
Nie wiedział, jakby to wyglądało. Czy wyszłoby im to na dobre, czy na złe. Czy byliby teraz szczęśliwi. A może wręcz przeciwnie, bo ta rozłąka miała dać im lekcję. Wiedział, że nie podjąłby tamtej decyzji. Nie mógłby tego zrobić. Rzeczywiście byliby ze sobą do śmierci. Podświadomie obawiał się, że niestety w tamtym przypadku usranej.
- Całkiem mi to pasuje - oparł, przytakując na tę nową wersję, która nie uwzględniała już żadnych wspominek śmierci.
Wcale nie potrzebowali o tym mówić. Nie musieli (bo nic nie musieli, to nadal zostawało) uciekać się do aż tak ponurych zapewnień podszytych świadomością, że prędzej czy później ta śmierć faktycznie ich rozłączy. Zdecydowanie dużo bardziej pasowało mu długie i satysfakcjonujące życie u boku kogoś, kto rozumiał go jak nikt inny.
Być może musiał odrobinę zweryfikować kilka informacji, które mieli na swój temat. Ale w gruncie rzeczy mieli na to czas. Naprawdę dużo czasu. Zarówno teraz, jak i podczas wyjazdu zagranicę czy też nawet w letnim domu Lestrange'ów, do którego mieli wybrać się w celu odtruwania Rotha.
Skoro odrzucili od siebie konieczność unikania się nawzajem przez okres, jaki planowali spędzić w Exmoor, nie musieli wyjątkowo spieszyć się z poznawaniem się na nowo. No, może poza kilkoma niezbędnymi rozmowami, jakie po prostu musieli przeprowadzić.
- Wtedy oboje musielibyśmy mierzyć się z konsekwencjami - zauważył, rzucając w nią niepoważnym spojrzeniem i uderzając językiem o podniebienie; wymownie. - Przynajmniej połowa moich pracodawców nie wymaga licencji - no, niekoniecznie brzmiało to jak pocieszenie, ale nie dało się ukryć, że tak wyglądają fakty.
Na Nokturnie czy Ścieżkach nie trzeba było świecić papierami. Wystarczył twardy fach w ręku. Umiejętności radzenia sobie ze zleceniami, nie gadania o otrzymanym wykształceniu. Poza tym dobrze, że nie siedział jej teraz w głowie. Niechybnie skwitowałby to wszystko dodatkowym parsknięciem.
Nie rozwalała mu jego stabilności. Ona nią była. Bez niej sam się sypał. Podejmował głupie decyzje. Dogłębnie się zatracał, ranił sam siebie, popadał w niezdrowe skłonności. Nie mając, do kogo wracać, nie mając domu ani kogoś, kto czekałby tam na niego...
...nie byle kogo. Jednej jedynej osoby, którą widział w tej roli...
...nie był stabilny. Mógł wyłącznie usiłować sprawiać takie wrażenie. W rzeczywistości było z nim gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet wtedy zanim znaleźli się w tłumie ludzi, wyciągając ku sobie dłoń i postanawiając związać ze sobą życie. Wtedy był cyniczny. Nie wierzył w miłość i zdecydowanie jej nie potrzebował. Obecnie był zgorzkniały. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co miał i stracił. To było znacznie gorsze.
Nie chciał dłużej żyć w ten sposób. Nie, gdy mogli znaleźć się ponownie obok siebie. Być szczęśliwi. Może trochę niereformowalni. Coraz bardziej zaczepni. Na swój sposób szczeniaccy tak jak kiedyś. To chyba też nadal w nich było, ale to mu odpowiadało. Lubił słyszeć podobne słowa. Szczególnie, że miał pewność, że nie próbowała go okłamywać. Obojgu trudno przychodził ten dystans, ta neutralność. W końcu nawet teraz w dalszym ciągu zaczepiał ją opuszkami palców sunącymi po skórze i raczej całkiem znaczącymi spojrzeniami.
Zaczynali być w formie.
- Wiem - przyznał bez skrępowania, nawiązując z nią kolejny przeciągły kontakt wzrokowy. - Masz szczęście, że daję ci się molestować. Choć, gdy już zostaniesz moją asystentką - urwał, aby zbudować napięcie, mrużąc przy tym oczy - nie wiem, czy nie będę zmuszony zgłosić tego do kadr - no, bo przecież był służbistą, tak?
Sama to widziała. Sama mu to sugerowała. Bardzo poważnie podchodził do swojej pracy.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
21.03.2025, 21:38  ✶  

Bardzo dobrze wiedział co ma na myśli, na pewno zdawał sobie z tego sprawę. Musiał jednak znowu ciągnąć ją za język, chociaż przecież rozumieli się bez słów. Jeśli jednak tego chciał, to nie zamierzała milczeć, mogła mu dać tę odpowidź, to przecież było całkiem proste pytanie.

- Do tej troski. - Brzmiało to głupio, zresztą nigdy nie lubiła rozmawiać o takich rzeczach, bo one wydawały jej się dość oczywiste. Tak wyglądała ich relacja, opiekowali się sobą, dawali sobie swoje wsparcie, to nie było niczym nowym, przerabiali już to. Nie byli obojętni na to, co działo się w ich życiu. Nigdy nie musieli prosić o pomoc, sami sobie oferowali swoje wsparcie, czasem wręcz musieli się wpierdalać w sprawy drugiej strony, bo nie byli osobami, które by o to prosiły.

Nie zamierzała się szczególnie rozwlekać na ten temat, zasugerowała o co jej chodzi o to powinno mu wystarczyć. Nigdy nie była szczególnie wylewna, nie lubiła zbyt wiele mówić. Może poza tym, kiedy w nerwach wyrzucała z siebie nadmiar słów z tym swoim walijskim akcentem. Teraz nie miała ku temu powodu, była całkiem spokojna, jakże mogło być inaczej, skoro czuła się po prostu błogo. Leżąc w miękkiej pościeli, z mężczyzną swojego życia u boku. Niczego więcej nie potrzebowała do szczęścia.

Jego ciepłe dłonie przesuwały się po jej ciele, poczuła, że w końcu palce zatrzymały się na jeden z blizn, miała ich dość sporo, w najróżniejszych miejscach. Nigdy się tym jakoś specjalnie nie przejmowała, przypominały jej o najróżniejszych momentach w jej życiu. Największa była ta na plecach, którą dumnie nosiła od wielu lat, przypominała jej o tym, że kiedyś niemalże straciła życie, a on je jej uratował, bo to właśnie Ambroise zajmował się nią po starciu z kelpie.

- Nadziałam się na szpadę. - Roise na pewno pamiętał o tym, że Yaxleyówna uwielbiała szermierkę, bardzo często trenowała ten sport. Wiadomo, że nie zawsze wszystko szło po jej myśli, nie wspominała jednak, że to była szpada Erika Longbottoma, bo to cóż, mogło brzmieć bardzo kontrowersyjnie, chociaż ona i Erik tylko i wyłącznie ćwiczyli ze sobą swoje umiejętności. Często to robili, spotykali się po to, by wymienić się doświadczeniem, pokazać sobie nowe ruchy, lubili być w formie i współpracowali na tej płaszczyźnie jeszcze od czasu nauki w Hogwarcie. Dobrze było mieć godnego przeciwnika wśród swoich znajomych, Longbottom chyba jako jedyny był w stanie dorównać jej zdolnościom, a nie czerpała przyjemności z trenowania ze słabszymi od siebie. Większa satysfakcja z wygranej przychodziła kiedy mierzyła się z kimś na swoim poziomie.

Nie dziwiło jej to, że pytał o blizny, pojawiło się ich sporo, bo dość wiele wydarzyło się w jej życiu. Nie dało się temu zaprzeczyć. Nie była swoją najlepszą wersją siebie, kiedy się rozstali. Nie zachowywała się szczególnie rozsądnie przez ten czas, wróciła do starych nawyków, pozwalała sobie na zbyt wiele, bo przecież na niczym jej nie zależało. Nie musiała się przejmować, że to wszystko straci, że umrze i nic po niej nie zostanie. Nie było to bardzo przemyślanym zachowaniem, ale tak było jej prościej przetrwać to wszystko, co się między nimi wydarzyło. Zresztą chyba nie miała szczególnej ochoty na to, aby o tym opowiadać. Nie była dumna z tego okresu w swoim życiu.

Nie miała jakichś pretensji o to, co się wydarzyło, że musiało do tego dojść, żeby udowodnili sobie, że nie mogą bez siebie żyć. Nie był to łatwy czas, bo nie spodziewała się wtedy zupełnie tego, co nadeszło. Nic nie zwiastowało ich rozstania. Wydawało jej się, że było między nimi dobrze, zresztą pojawiały się myśli, które kiedyś były jej bardzo dalekie. Chciała stworzyć z nim rodzinę, bo dom już wtedy mieli, myślała o tym, że mogliby pomyśleć o powiększeniu swojego małego stada. Wtedy wydawało się to właściwe, zresztą mieli zacząć od psów, przeszli tę rozmowę, a kilka miesięcy później wszystko się rozsypało. To było ciężkim doświadczeniem, ale nie zamierzała tego rozgrzebywać, najważniejsze było to, że znowu zaczynali iść w odpowiednim kierunku.

Nie zastanawiała się też jakoś szczególnie dlaczego nie zdążyli zalegalizować swojej relacji. Było im dobrze jako parze, nie spieszyło się im jakoś szczególnie do organizacji ślubu. Przeżyli dwie rozmowy na temat zaręczyn, jednak nie niosły one ze sobą niczego konkretnego. Być może była w tym jej wina, miała podejście takie, a nie inne i nie chciała, żeby wręczał jej pierścionek z jakiegoś gównianego powodu. Zależało jej na tym, aby wszystko potoczyło się naturalnie, chciała mieć pewność, że Roise na pewno tego chce, że nie podjął decyzji pod wpływem jakiejś gównianej sytuacji, która im się akurat przytrafiła, a było ich wiele.

- To mamy jasność. - Tym razem byli wyjątkowo zgodni i to w ten właściwy sposób. Dobrze było wiedzieć, że próbują na nowo kreować swoją rzeczywistość, poprzednia wersja ich relacji wymagała nieco poprawek, nie wątpiła w to, że uda im się je wprowadzić. Zależało im na sobie, chcieli tego samego, na pewno jakoś ustalą nowe zasady, musieli to zrobić, bo inaczej to nie mogło zadziałać, nie w przypadku takich osób jakimi byli.

Nie mogli mieć przed sobą żadnych tajemnic, niedomówień, półprawdy. Liczyła na to, że tym razem będą ze sobą zupełnie szczerzy, pod każdym względem, mieli prawo wiedzieć o wszystkim, co działo się w ich życiu i wypadałoby, aby nie uniemożliwiali sobie ewentualnego zaangażowania w sprawy drugiej połówki. Zresztą od samego początku mówiła mu, że tego chce, a on usilnie próbował chronić przed całym złem tego świata, jakby bez niego nie mogła pakować się w kłopoty.

- Cóż na pewno znaleźlibyśmy dla Ciebie inne zajęcie, żebyś mógł odpowiednio spożytkować ten wolny czas. - Miała świadomość, że spora część jego usług była świadczona w mniej oficjalny sposób, więc tak, czy siak miałby się czym zajmować, ale myśl o tym, że mogłaby go mieć częściej przy swoim boku była dosyć kusząca, może faktycznie to nie było takim złym pomysłem? Nie, żeby chciała go ograniczać, chociaż może odrobinę?

- Czyli co? Ledwie zostałam Twoją asystentką, a już stracę tę fuchę? - Powinien się po niej spodziewać podobnych zagrywek, bo przecież nie potrafiła trzymać rąk przy sobie, chyba najlepszym rozwiązaniem było faktycznie zamknięcie Yaxleyówny w pokoju i nie pokazywanie jej reszcie świata, chociaż czy wytrzymałaby zamknięta w pokoju? Nie, raczej nie, nie umiała zbyt długo wysiedzieć w czterech ścianach.

- Dobrze, że jeszcze nie zaakceptowałam tej oferty, przynajmniej obędzie się bez skandalu. - Osobom jak im nie wypadało w końcu ściągać na siebie niepotrzebnej uwagi, czyż nie? Nie, żeby nie robili tego od samego początku swojej znajomości.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
22.03.2025, 01:42  ✶  
Nie. Nie brzmiało to głupio. Być może trochę podskórnie go szczypało I świerzbiło, ale nie brzmiało głupio. Było jedynie naprawdę kurewsko wymownym dowodem na to, jak bardzo zboczyli z kursu, jaki niegdyś obrali. Oboje instynktownie wrócili do swoich najbardziej krzywdzących schematów. W przypadku Geraldine bez wątpienia było to akceptowanie ochłapów zainteresowania. Nawet nie niezbędnego minimum. Czegoś znacznie mniej. To sprawiało, że czuł ścisk w piersi, bardzo odruchowo bardziej ją przyciągając. Nie zastanawiał się nad tym ani przez sekundę; po prostu ucałował jej włosy na czubku głowy i kiwnął spokojnie.
- Mamy czas - odmruknął, przymykając oczy na kilka sekund i znowu kiwając głową.
Nie musieli zmuszać się do gwałtownego rearanżowania swojego życia. Skoro zamierzali wieść je wspólnie, mogli dać sobie na to dokładnie tyle, ile potrzeba. Chciał móc poprowadzić te wszystkie inne rozmowy. Może nie znacznie lżejsze od tych, które ich czekały, ale na swój sposób równie konieczne. Nie tylko dyskusje na temat tego, co musieli zmienić w swoim wspólnym życiu, lecz także tego, co działo się, gdy nie byli przy sobie. Oboje nosili nowe ślady. Aczkolwiek nie spodziewał się, że miała jedną na tyłku. Odruchowo parsknął cichym śmiechem, lekko rozbawiony tym, jak sformułowała odpowiedź.
Wymownie uniósł brwi nawet nie próbując ukryć tego, co przemknęło mu przez głowę w związku z wyjątkowym doborem słownictwa przez Geraldine. Tak właściwie, sama wkładała mu tę kartę w dłoń, więc musiała wiedzieć, że nią zagra. Zrobił to praktycznie od razu. Bez chwili namysłu albo zawahania.
- I to nawet kilka razy, ale nie rozumiem, co to ma do rzeczy - nie, nie mógł darować sobie tego komentarza, szczególnie po takim poranku jak ten dzisiaj.
Było im błogo i leniwie. Leżeli pośród wymiętej pościeli na miękkim łóżku, nie musząc się spieszyć, by gdziekolwiek wstać. Mieli dla siebie cały dzień. Jeden z wielu, bo przecież podjęli decyzję, aby do siebie wrócić. Nie dać sobie szansę, Ambroise całkiem celowo stronił od używania tego określenia, nawet we wnętrzu własnej głowy. Nie dawali sobie drugiej szansy, oni mieli ją od ponad tygodnia. Tak naprawdę od początku czerwca...
...no, od końca maja na tamtym pamiętnym balu, o którym nie zamierzali mówić. Najważniejsze, że gdzieś tam pojawił się ten zalążek nadziei. Dali mu zakiełkować. Skorzystali z tej możliwości a teraz mogli wyczekiwać na plony. Sam jeszcze nie do końca wiedział, jakie, ale nie miało to teraz większego znaczenia.
Z mniejszym czy większym trudem, mieli sobie poradzić ze wszystkim, co na nich czekało. Już kiedyś to robili. Potrafili być dla siebie opoką, umieli dawać sobie wszystko, czego potrzebowali. Trzymać się nawzajem nad powierzchnią, nie pozwolić sobie utonąć we wszystkich problemach, które narastały z upływem czasu.
Świat się zmienił. Oni też nie mogli pozostać tymi samymi ludźmi. Te wszystkie wydarzenia odcisnęły na nich piętno. Zboczyli z kursu. Nie dało się ukryć, że on zrobił to jako pierwszy. I że zamiast przyjść do niej z tymi wszystkimi myślami, które wtedy pojawiły się w jego głowie, pierwszy raz od lat wybrał samotną walkę. Po to, żeby nie obciążać jej swoimi ciężarami, ale czy tylko dlatego?
Nie. Już wcześniej miał tendencje do poruszania się pomiędzy półprawdami. Nie okłamywał Geraldine. Nie był w stanie tego robić. Prędzej niż później pękał, mówiąc jej o wszystkim, co dusił w sobie. W ostatnim czasie powoli zaczynając rozumieć część tego zjawiska, choć w dalszym ciągu nie cały skomplikowany proces przyczynowo-skutkowy, który prowadził do tego, że był z nią bardziej szczery niż z kimkolwiek.
Nie chciał okłamywać Riny. Od samego początku nader wszystko pragnął nie budować ich związku w oparciu o kłamstwa. Widział to stanowczo zbyt wiele razy w swoim życiu. W otoczeniu, wokół niego. We własnej rodzinie - jednej czy drugiej. U pacjentów, u klientów, u przypadkowych ludzi, z którymi miał nieprzyjemność się zadawać.
To dlatego zresztą nigdy nie planował tego wszystkiego. Zakochania, rozwijającej się miłości, decyzji o złączeniu z kimś życia, o byciu w związku. Do tamtego momentu, kiedy wszystko się zmieniło, nie widział się w roli życiowego partnera. Nie wyobrażał sobie siebie w roli męża bądź ojca. Siedział w zbyt głębokim bagnie.
Nie chciał wracać do domu tak jak zrobił to kilka razy w ich wspólnym życiu. W totalnej rozsypce. W naprawdę złym stanie. Tyle tylko, że próbując ukryć to, że coś mu się stało. Robić dobrą minę do złej gry, żeby potem lizać rany w samotności. Łyknąć silne eliksiry, obandażować samego siebie, po czym stronić od fizycznego kontaktu, byleby tylko nic się nie wydało.
Bo nie chciał być ciężarem. Ani fizycznym, ani psychicznym. Sprowadzać zmartwienia na bliskich, kryć się i kumulować w sobie narastającą frustrację, której nie wyrzuciłby na rodzinę (był tego pewien; to też zbyt wiele razy miał okazję obserwować), ale która niechybnie zesłałaby na niego jeszcze więcej kłopotów. Kolejne sekrety, następne tajemnice. Izolację, mentalne mury.
Przez cały wspólnie spędzony czas dążył do szczerości. Przynajmniej w takim zakresie, w jakim mógł to robić. Nigdy nie unikał mówienia o realiach. Dokładnie o tym, co parokrotnie miało miejsce. O tych powrotach w złym stanie fizycznym albo psychicznym porozbijaniu. O momentach, gdy zamiast kryć się po pokojach i samodzielnie radzić sobie ze skutkami niepowodzeń, dawał się opatrzyć.
Prosił o eliksir, o nasmarowanie go maścią. Nie mówił, co się stało. Zazwyczaj nie musiał. Istotne było to, że od samego początku postawił sprawę jasno: mógł nie wrócić, zniknąć, przepaść jak kamień w wodę. Nie na kilka godzin, nawet nie na tamte pięć dni. Na zawsze, na stałe, trwale.
To nie były zbyt solidne podstawy do związku. A jednak budowali na nich swoje życie. Dojrzewali wraz z upływem czasu, zmieniali swoje nawyki i przyzwyczajenia. Myśl o tym, że nie widział się w jednej czy drugiej roli powoli zanikła. Została wyparta przez bardzo subtelne przesłanki ku temu, że oboje mogli się w tym odnaleźć. Wpierw sformalizować swój związek, później poczynić kolejny krok. Dokładnie w tej kolejności. Innej nie chciałby rozważać, ale ta?
Ta była dobra. Tyle tylko, że wszystko się rozsypało. Zaczęło się sypać wraz z początkiem magicznej wojny. Runęło, gdy ta pochłonęła naprawdę im bliską ofiarę. Żonę, matkę, przyjaciółkę. Kogoś z ich środowiska. Osobę teoretycznie wcale nie związaną z konfliktem. To okazało się być znacznie bardziej miażdżące niż można byłoby zakładać.
Stracili wszystko.
Dawne układy nie mogły już funkcjonować, jeśli chcieli na nowo to odnaleźć. Nie miało być łatwiej, prawdopodobnie czekały ich bardzo skomplikowane rozmowy. Tyle tylko, że teraz wszystko wyglądało inaczej. I to nie była cisza przed burzą. Nie w oczach Ambroisa. Dziś po prostu było dobrze.
- Mam pytać, co mi wymyśliłaś tym razem? - Spytał pobłażliwie, sunąc palcem wzdłuż jej piersi, tym razem rysując nim małe kółka, co któreś przeciągnięcie opuszką w dół.
Na ten moment w repertuarze prym wiódł chyba kucharz. Rola, którą wymyśliła mu całe lata temu, a która w dalszym ciągu wzbudzała w Greengrassie bliżej nieokreśloną wesołość. Nie myślał o tym zbyt często. Nie miał ku temu okazji. Wręcz przeciwnie - przez ostatnie półtora roku starał się nie wracać pamięcią do tego, co było. Żył z dostatecznie dużą ilością natrętnych wspomnień. Usiłował im nie ulegać, żeby nie rozgrzebywać niezasklepionych ran.
Jednakże później nadchodził jeden z tych momentów, gdy skojarzenia były zbyt silne a myśli za szybko same pojawiały się w jego głowie. To właśnie wtedy przypominał sobie o tych wszystkich małych pierdołach. Pozornie nic nie znaczących słowach. Po latach i w ich skomplikowanej sytuacji, będących jednak czymś, co miało znacznie większe znaczenie niż powinno mieć.
Przypominało o tym, że kiedyś istnieli. Byli. Mieli znaczenie. Planowali wspólną przyszłość, rozmawiali, było między nimi dobrze. Kochali się i byli kochani. Stanowiło dowód tego, że potrafili odnaleźć się w świecie, trwać przy sobie mimo wszystko. Nie puszczać swojej ręki, nie wyplątując palców z uścisku. W pewnym momencie swojego życia byli szczęśliwi.
Tak wiele uległo zmianie. Gdzieś pomiędzy ich wszystkie wspólne dobre chwile wkradło się coś, czego tam nie chcieli. Pojawiły się obawy, lęki, wątpliwości. Nie co do nich. Zawsze miał ją kochać dokładnie tak samo jak na początku. Był tego pewien. Chodziło o niego. Nie w tym egoistycznym, narcystycznym sensie. Wręcz przeciwnie. Chciał, by Geraldine nie ponosiła kosztów jego własnych dawnych decyzji.
Był zupełnie innym człowiekiem, gdy je podejmował i gdy zaczął tak naprawdę mierzyć się z ich konsekwencjami. Teraz też nie był już mężczyzną sprzed półtora roku. Poniekąd to były trzy dokładnie te same, ale różne osoby. Dwie ostatnie łączyło jedno: kurewsko mocno kochały Geraldine Yaxley, starając się dać jej wszystko, czego potrzebowała. Ta pierwsza? Wszystko komplikowała.
Musieli o tym porozmawiać. Dojść do czegoś więcej niż w przeszłości. Tyle tylko, że nie teraz. W tej chwili myślami byli przy czymś zupełnie innym. W swoim szczęśliwym momencie, gdy mogli tak po prostu planować wyjazd do Norwegii, nie przejmując się zbyt wieloma detalami.
- Dzień próbny? Tak to się chyba nazywa - odpowiedział bezbłędnie, tym bardziej, że chyba na pewno dokładnie o tym mówili.
Nie przeczył, że Geraldine w roli asystentki niezmiernie mu się podobała, ale jednocześnie, jeśli to miałoby oznaczać konieczność trzymania rąk przy sobie...
...nie, no nie. Nie zamierzał posuwać się do sprawiania im aż takich trudności. Nie, gdy wreszcie byli szczęśliwsi. Coraz bardziej szczęśliwi. Może wyczerpani i zmęczeni, ale zadowoleni. Pierwszy raz od dawna. Zupełnie jak przy samych początkach ich relacji. To była ta błogość, te trochę bardziej różowe szkła okularów.
- Od kiedy gardzisz dobrymi skandalami? - Spytał z błyskiem w oku, kląskając niedowierzająco językiem o podniebienie i przysuwając się znacznie bliżej dziewczyny, jeśli to w ogóle było możliwe; w istocie po prostu przygniótł ją udem, przyciskając wargi do jej szyi i mamrocząc. - To naprawdę korzystna oferta. Co z tego, że na czas określony? - Mniej więcej do pierwszego dnia i zarazem pierwszej chwili, gdy nie byliby w stanie trzymać rąk przy sobie.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
22.03.2025, 23:06  ✶  

Zboczyli z kursu prawie dwa lata temu. Przez te dwa lata budowała wokół siebie dosyć spory mur, znowu stała się okropnie samodzielna i zaczęła brać wszystko na swoje barki. Nie potrzebowała niczyjej pomocy, a przynajmniej próbowała udowodnić, że jej nie potrzebuje. Po tych wszystkich wspólnych latach, które razem spędzili, to wcale nie było takie łatwe, wrócić do tego, co było przed nimi. Musiała jednak jakoś sobie z tym poradzić, jakoś przyzwyczaić się do tego, że znowu była zdana sama na siebie. Wcale nie przyszło jej to zupełnie prosto, ale nie miała innego wyjścia. Teraz, kiedy narracja znowu się zmieniała, ponownie musiała wyzbyć się nabytych przyzwyczajeń. Na pewno uda jej się odnaleźć w nowo-starej sytuacji, ale potrzebowała do tego odrobiny czasu. Zresztą sporym sukcesem było to, że mówiła mu o tym wszystkim, co siedziało jej w głowie. Przestała się zamykać, bo miała świadomość, że to było niepotrzebne. Musiała się uzewnętrzniać jeśli chcieli stworzyć co dobrego.

- Mamy bardzo dużo czasu. - Przymknęła oczy na chwilę, kiedy znowu się do niej zbliżył i złożył pocałunek na jej głowie. Cholernie jej tego wszystkiego brakowało, naprawdę dobrze było mieć świadomość, że wszystko już było na swoim miejscu, że mogli wrócić do dawnych przyzwyczajeń, nie musieli zastanawiać się nad żadnym gestem, czy słowem, bo doszli do porozumienia.

Nie musieli bardzo szybko wprowadzać wielkich zmian w swoich życiach, mogli na spokojnie wejść w tę nową rzeczywistość, przynajmniej w niektórych aspektach, w innych nie chciała czekać. Miała nadzieję, że znowu ze sobą zamieszkają, że będą widywać się codziennie, albo prawie codziennie, zależało jej na tym, aby w tym wypadku wrócili do tego jak najszybciej, bo nie chciała marnować więcej czasu. Wtedy, kiedy ich relacja zmieniła swoje ramy również bardzo szybko zaczęli tworzyć wspólny dom, właściwie to nawet gdy tylko się ze sobą przyjaźnili to spędzali ze sobą każdą wolną chwilę, bardzo chciała do tego wrócić, brakowało jej jego obecności w swoim życiu.

Przewróciła oczami, kiedy usłyszała kolejne słowa padające z ust Ambroisa. Oczywiście, że nie mógł się powstrzymać od tego, jakże trafnego komentarza, nie byłby sobą, sama się o to prosiła, czyż nie? Bardzo niefortunny dobór słów z jej strony.

- Nie taką szpadę, Roise. - Skoro wymagał od niej sprostowania, to mu je dała. To powinno być dość oczywiste, że chodziło jej o broń. Ambroise wiedział przecież, że Yaxleyówna od lat trenowała szermierkę, bardzo lubiła ten sport, było to jedno z jej ulubionych zajęć, które pomagało jej utrzymać doskonałą formę fizyczną. Do tego dzięki szermierce dość szybko nauczyła się obycia z bronią białą, nie bez powodu stała się ona jednym z ulubionych narzędzi z których korzystała podczas swojej pracy.

Gdyby tylko wiedzieli, co właściwie zostało zakiełkowane, i że całkiem niedługo przyjdzie im zbierać plony... zapewne bardzo by się zdziwili, na szczęście póki co nie mieli o tym zielonego pojęcia, to miała być niespodzianka, przyszłe zmartwienie, chociaż czy na pewno zmartwienie, w końcu mieli kiedyś takie marzenie... Tyle, że póki co nie zdawali sobie jeszcze z tego sprawy, już niedługo pewnie się dowiedzą, co udało im się wyrzeźbić.

Poranek był całkiem błogi, jeszcze wczoraj wieczorem w ogóle nie zakładałaby, że tak wiele zmieni się między nimi przez ten dzień i noc, wczoraj znajdowali się na rozdrożu, a dzisiaj podążali wspólną drogą. Wyjątkowa lekkość jej towarzyszyła, dawno nie czuła się tak właściwie. Może mieli do przegadania jeszcze wiele spraw, bo właściwie to nie do końca określili nowe zasady, nowy porządek, ale najważniejsze, że powiedzieli sobie to, co było najważniejsze, że chcą znowu w to wejść. Cała reszta była dopiero przed nimi.

Mieli czas na to, żeby dojść do konsensusu, żeby ustalić, czego od siebie oczekiwali, tym razem mieli świadomość, co w ich przypadku mogło zadziałać, a co nie. Mieli lata doświadczenia bycia dla siebie najważniejszymi osobami. Na pewno uda im się to zrobić, nie wątpiła, że tak się wydarzy.

- Lepiej nie, muszę to wszystko dobrze przemyśleć i zaplanować, póki co nie jestem w najlepszej formie. - Oczywiście, że mogłaby mu od ręki znaleźć jakieś zajęcie, ale skoro mieli czas, to mogła znaleźć coś odpowiedniego, a nie sięgać po pierwszy, lepszy pomysł. Na pewno by się nie nudził, przecież o to przede wszystkim chodziło, aby miał co robić z bardzo dużą ilością wolnego czasu, która pojawiłaby się w momencie, w którym zakończyłby swoją współpracę z Mungiem. Zresztą nie chciała wracać do tego tematu, ale po wczorajszej rozmowie tylko się upewniła, że to nie było miejsce dla niego, marnował się tam. Miała zamiar wrócić do tematu, ale jeszcze nie teraz, teraz przecież tylko sobie żartowali...

- Zastanawiam się, po co mi ten dzień próbny, skoro i tak wiadomo, że nic z tego nie wyjdzie. - Przecież mieli pewność, jak to się zakończy. Zresztą Yaxleyówna nie nadawała się na asystentkę pod żadnym względem, zapewne tylko by mu przeszkadzała i go rozpraszała.

- Od kiedy dowiedziałam się, że ci na których mi zależy mogą je brać na poważnie. - Miała nadzieję, że wiedział, co konkretnie miała na myśli. Nie dało się ukryć, że jej życiem interesowały się osoby, które nie powinni niczego wiedzieć. Chętnie plotkowały na temat Geraldine, a większość tych informacji była wyssana z palca, dotychczas miała to gdzieś, ale kiedy dowiedziała się, że Roise myślał, że zaczęła sobie układać życie z Erikiem, coś się zmieniło. Nie chciała, żeby to się powtórzyło, znaczy tutaj chodziło o Ambroisa, oczywiście to była zupełnie inna sytuacja, ale mimo wszystko. Wolała nie być na świeczniku, przestawało ją to bawić.

Nie spodziewała się tego, co wydarzyło się chwilę później. Została przez niego unieruchomiona. Pięknie. Gdyby się postarała zapewne udałoby się jej wyplątać spod jego uda, ale czy faktycznie tego chciała? Nie, szczególnie, gdy poczuła usta mężczyzny na swojej szyi. Znowu czuła przyjemne ciepło przechodzące przez jej całe ciało, nie potrafiła nie reagować na jego obecność, nie kiedy znajdował się tak blisko, że bliżej właściwie się nie dało.

- Kiedy tak to przedstawiasz, to mogę się nad tym zastanowić. - Ten ostatni skandal był chyba wskazany, prawda?

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
23.03.2025, 16:16  ✶  
Być może mieli wyraźne tendencje do skrajności. Bez wątpienia przy porannej zmianie narracji dosyć gwałtownie zboczyli z jednej ścieżki, dosłownie przeskakując na drugą. Nie tą najbliższą, nie do końca wyważoną, ponownie dosyć krótkowzroczną, jednotorową. Niby w teorii nauczyli się nie zamykać w swojej bańce. Wiedzieli, że życie nie pochwala takich zachowań, a jednak Ambroise w tym momencie był skory energicznie kiwnąć głową i przyznać dokładnie to, co powiedziała Geraldine: mieli czas, cholernie dużo czasu, naprawdę niezliczone chwile na to, aby powracać do tego, czego oboje chcieli.
Tego wczesnego przedpołudnia zupełnie zignorował wszystkie niedawne wątpliwości i myśli o tym, jak bardzo skomplikowana i brutalna mogła być ta nowa rzeczywistość, w której przychodziło im się odnaleźć. Nie baczył na nic innego jak tylko to, że naprawdę chciał, by wreszcie znów byli szczęśliwi. Spełnieni, pozbawieni tej głównej troski, która targała nimi to w jedną, to w drugą przez ostatnie półtora roku.
- Mhm - odmruknął z wymownym uśmieszkiem błąkającym się w kącikach ust - przynajmniej po tej pierwszej - bo zdecydowanie kolejność miała znaczenie dla hierarchii - szpadzie nie zostają niechciane ślady. Nawet takiej jak ta - no cóż, daleko było mu teraz do bycia skromnym czy nawet do tego, żeby powstrzymywać się od tych wszystkich niewybrednych, niezbyt poprawnych komentarzy cisnących mu się na usta pod wpływem słownictwa używanego przez jego dziewczynę.
Bez wątpienia mogła domyślić się, że nie przepuści jej tego płazem. Potrafił wyłapywać te drobne słówka, nawiązywać do detali, które tak naprawdę nie miały nawet najmniejszego znaczenia. Szczególnie, gdy wyjątkowo go to bawiło. Nie był to może górnolotny poziom żartów. Niemal od razu nasuwał na myśl szczeniackie teksty co najwyżej na poziomie Hogwartu i burzy hormonów, ale to też nie było nic niezwykłego.
W końcu praktycznie od samego początku zachowywali się w stosunku do siebie w ten dosyć żarliwy sposób. Dużo bardziej odpowiedni dla pary nastolatków przeżywających pierwszą prawdziwą miłość aniżeli dla dwojga dorosłych ludzi. Lgnęli ku sobie, korzystali z niemal każdej nadarzającej się okazji, żeby zniknąć na chwilę w swoich ramionach. Byli niepoprawni, niezbyt dojrzali, raczej impulsywni.
W żadnym wypadku nie przewidziałby tego, jak bardzo niefortunne były jego własne słowa. Nawet w najśmielszych założeniach nie przeszłoby mu przez myśl, że mogły zostać rzucone w wyjątkowo pochopny sposób, nie mając zupełnie nic wspólnego z rzeczywistością. W końcu mieli naprawdę szerokie doświadczenie w panowaniu nad tym aspektem wspólnego życia. Praktycznie sześć lat praktyki na wyjątkowo zaawansowanym poziomie. Nie tylko eksperckim, lecz wręcz mistrzowskim.
W pewnym sensie osiągnięciem było to, że przez ten cały czas i z ich wyjątkową regularnością zatracania się w sobie nawzajem, nie znaleźli się w żadnej nieoczekiwanej sytuacji. Pozwalało mu to sądzić, że naprawdę mieli nad tym kontrolę. Na pewnym etapie myśleć o tym, aby skorzystać z niej w zupełnie inny sposób niż robili to dotychczas. Wtedy tego chcieli, prawda? Zmiany, kolejnego etapu życia. Poważnych kroków następujących praktycznie jeden po drugim.
Obecnie mieli wiele do przedyskutowania. Dużo do przemyślenia. Do zmiany, rearanżacji, wykluczenia lub wręcz przeciwnie: do wcielenia w życie. Nie mogli wrócić do momentu przed tym jak ich wspólny dom się zawalił. Do tego, czego wtedy chcieli. Nie dało się wymazać tych prawie dwóch lat, ale przecież wcale nie próbowali tego robić. Po prostu obecnie jeszcze potrzebowali przez chwilę delektować się całkowitym sennym spokojem, nie myśląc o przyszłości. Tym mieli się zająć późniejsi oni.
- Tak się składa, że masz uzdrowiciela pod ręką - oznajmił bez skrępowania; bardzo, bardzo blisko, prawda? - Zapewniam cię, że wrócisz do formy. Choć nie gwarantuję, że będziesz stabilnie stać na nogach - no cóż, raczej wolał jej je zmiękczać, wzbudzać o drżenie, o ten całkiem znaczący rodzaj słabości.
Musiał być przy tym całkowicie szczery. Były pewne aspekty tego, w jaki sposób na siebie działali, które wyjątkowo mu odpowiadały. Niektóra słabość wcale nie była słabością. Pewne momenty wrażliwości były wręcz wskazane. Pokazywały jak bardzo dobrze czuli się u swojego boku. Że mogli tak po prostu spuścić z tonu, pozbyć się masek, odsłonić się na praktycznie każdej płaszczyźnie bez obawy o ciosy.
Oboje nie byli teraz w nienajlepszym stanie, ale doskonale wiedział, że potrafili wrócić do stabilności. Może nie do końca do tego, co niegdyś mieli, ale z pewnością do czegoś równie dobrego. Jeśli nie lepszego, bardziej stabilnego, nawet z częstszym niż okazjonalnym dygotaniem nóg. Zasługiwali na to. Na siebie nawzajem.
- Czy ja wiem? - Zgadza się, teraz zamierzał zakwestionować to posępne, ponurackie podejście, mimo że zaledwie kilka chwil wcześniej sam się nim wykazywał. - Ostatnio byłaś całkiem ponętną uczennicą. Poza tym nieźle prezentujesz się w limonkowych kitlach - naprawdę obrzydliwie limonkowych kitlach, warto byłoby dodać, ale powstrzymał się przed wyrażeniem tej opinii. - Może będą z ciebie ludzie. Tak czy siak, dowiemy się tego po Mabon - skwitował luźno, nie pamiętając, czy wskazał jej konkretną datę swojego, teraz już ich wyjazdu.
Poprzedni wieczór był dosyć chaotyczny. To była naprawdę długa i emocjonująca noc. Bardzo wyczerpujący dyżur, więc Roise w żadnym wypadku nie zdziwiłby się, gdyby z jego ust nie padło wtedy nic poza tą połową września, po której miało odbyć się zagraniczne wydarzenie. W tym momencie był zdecydowanie zbyt zmęczony, aby sięgnąć pamięcią tak daleko wstecz.
Zresztą wydawało mu się, że od tamtego czasu minęły praktycznie wieki. A przecież jeszcze rano zupełnie nie wiedzieli, na czym stoją. Głęboko w nocy miotali się pomiędzy poczuciem obowiązku i odpowiedzialności a pragnieniami i podszeptami serca.
Teraz było inaczej. Lżej, swobodniej, bardziej sennie, co być może także wpływało na to, że czuł się wyjątkowo odprężony. Rozleniwiony na tyle, że na słowa Geraldine zareagował całkiem rozbawionym uniesieniem brwi. Bez wątpienia było to kontrastem wobec wszystkich kłótni o byle nieprzemyślane czy niezręcznie sformułowane słowo. Teraz nie zamierzał już traktować tego jako wytknięcie mu jego nieopatrznie sformułowanych wniosków i przekonań, przez które wszystko jeszcze bardziej się między nimi skomplikowało.
Obecnie sunął palcami po skórze Riny, nic sobie nie robiąc z tego, że powiedziała mu prawdę. Byli ze sobą szczerzy. Oczywiście, że zdawał sobie sprawę z tego, że jego zachowanie było głupie. Uwierzył w coś, w co wcale nie chciał wierzyć. Nie zaufał doświadczeniu, wyparł zdroworozsądkowe myśli, pozwolił sobie macerować się w poczuciu krzywdy i w gniewie. A to wszystko zaledwie (lub raczej aż) przez kilka plotek. Prawdopodobnie całkowicie celowo sformułowanych.
- Zważ, że ci, na których ci zależy potrafią być - urwał, szukając właściwego słowa; takiego, które dobrze leżałoby na języku, oddawałoby istotę całego nieporozumienia (oj, swego czasu to było znacznie więcej niżeli tylko nieporozumienie) i nie godziłoby w niego aż tak mocno - nierozsądni - prawdopodobnie nie było lepszego słowa na to, w jaki sposób podszedł wtedy do tematu.
- Na swoją obronę mają jedynie tyle, że część tych informacji pochodziła od względnie sprawdzonego źródła - mruknął, bo nie byłby do końca sobą, gdyby nie podkreślił wszystkich aspektów sytuacji. - Stara nowa uniwersalna prawda, Moufette: nigdy nie wierz Potterowi - no cóż, sam przez lata jakoś zapomniał o tym, jakim skandalistą i starą babą z wesela był jego przyjaciel.
Nie dało się tego ukryć.
Tak. Ze wszystkich kwestii, jakie wypierał albo raczej dogodnie nie brał ich pod uwagę, jakimś cudem był w stanie kiwnąć głową na fakt, że w istocie czasem zachowywał się jak osioł. Potrafił być dosyć krótkowzroczny i zamotany, gdy chodziło o tak głębokie i złożone uczucia, jakimi darzył Geraldine Yaxley. To nie było dla niego zupełnie normalne.
Choć może inaczej? To, co ich ze sobą łączyło było dla Ambroisa znacznie bardziej naturalne niż ten cały dystans, jaki narzucali sobie przez prawie dwa lata. Nie było dla niego typowym utrzymywanie przy niej pokerowej twarzy, wypowiadanie oschłych, lodowato zimnych słów. Odpychanie jej za każdym razem, gdy wydawało się, że zaczynają zbyt mocno zbliżać się do siebie nawzajem.
To, co działo się między nimi w tym momencie było bez wątpienia lepsze. Wreszcie mogli znaleźć się naprawdę blisko. Ciało przy ciele. W całkiem satysfakcjonującym cielesnym potrzasku.
- Kocham cię, Geraldine Artemisio Yaxley - mruknął w odpowiedzi, wtulając nos w ciepłą szyję dziewczyny i zamykając oczy.
Delektując się chwilą. Jedną z wielu, jakie na nich czekały. Bo było dobrze. Jeszcze miało być dobrze. Chyba naprawdę był skłonny w to uwierzyć.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
23.03.2025, 22:38  ✶  

Niby byli dorośli, powinni być odpowiedzialni i panować nad swoim zachowaniem, ale w niektórych momentach zachowywali się jak nieokrzesane nastolatki. Właściwie od zawsze to wyglądało w ten sposób, nie do końca potrafili zapanować nad swoimi pociągiem do siebie, ani nad słowami, które padały z ich słów. Działo się tak po raz kolejny. Powinna się spodziewać, że rozmowa o szpadzie potoczy się właśnie w ten sposób. Oczywiście, że Ambroise musiał ją poprowadzić dokładnie tak, to nie było niczym niespodziewanym. Pokręciła głową udając rozczarowanie, chociaż w zasadzie to były żarty na jej poziomie, nieszczególnie skomplikowane, raczej z tych niskich, ale co z tego?

- Tak, chociaż jedna z wielu szpad z których korzystam jest bezpieczna. - Nie mogła uwierzyć, że te słowa opuściły jej usta, ale sam się o to prosił. Musiała się odezwać, więc to zrobiła. Nie było sensu dalej ciągnąć rozmowy na temat szpady Ambroisa, chociaż widziała, że był z niej całkiem dumny, tak właściwie to miał ku temu powód... ale, ale lepiej, żeby ucięli ten temat. Tak, bez sensu było się na nim skupiać, zdecydowanie.

Faktem było jednak to, że wyjątkowo umiejętnie władał swoją szpadą, bo faktycznie przez te lata, kiedy ze sobą żyli, nigdy nie przytrafiła im się żadna nie do końca chciana sytuacja, która mogła dość mocno skomplikować ich życie. Niby rozmawiali o tym, że wtedy w 71 byli skłonni mocno je zmienić, myśleli o tym, że mogliby zrobić kolejny krok ku temu, żeby mieć faktycznie swoją rodzinę, ale nie zrealizowali akurat tych planów. Wtedy o tym nie rozmawiali, chociaż chcieli tego samego, a szkoda, bo aktualnie ich życie mogło być zdecydowanie bardziej pełne. Z drugiej strony nie znali przecież dnia, ani godziny, przy tej ilości zbliżeń do których między nimi dochodziło nie byłoby niczym dziwnym, gdyby w końcu trafiło im się coś, nad czym się nie zastanawiali. Gdyby tylko wiedzieli... Cóż, ale nie wiedzieli. Mogli więc właśnie zachwalać to, jakże doskonale sobie z tym wszystkim radzili.

Sporo miało się zmienić, jeszcze nie do końca wiedziała, co właściwie postanowią, jak będą wyglądały kolejne dni, ale najważniejsze było to, że spędzą je razem. To było dla niej najbardziej istotne, na tym jej zależało. W końcu wszystko zaczęło się jakoś układać, tylko to miało znaczenie.

Liczyła na więcej takich leniwych poranków, jak ten, który właśnie razem spędzali, zapomniała o tym, jakie życie może być lekkie i przyjemne, kiedy przestawała się skupiać na tym, co mogło pójść nie tak. Jasne, mieli zmienić swoje przyzwyczajenia, nieco inaczej teraz patrzeć na świat, ale mieli jeszcze na to czas, czyż nie? Zasługiwali na to, aby nacieszyć się odpowiednio swoją obecnością.

- Myślę, że nie zawsze muszę stabilnie stać na nogach. - Wręcz przeciwnie, wydawało jej się, że potrzebowała tych ich wspólnych chwil, kiedy powodował, że trawił ją ogień, pojawiały się dreszcze, bo właśnie wtedy czuła, że żyje, a ostatnio brakowało jej tego w tym życiu, które wiodła. Potrzebowała go, blisko, najbliżej, w końcu mogła sobie pozwolić na to, żeby znowu się w nim zapominać, w ten najwłaściwszy sposób. - Jeśli Ci się to nie uda, to przyjdę z reklamacją. - Wydawało jej się jednak, że już zaczynała czuć się lepiej, że jej lęki zaczynały znikać. Zresztą zawsze tak się przy nim czuła. Jego obecność wystarczała jej do tego, żeby zmienić tok myślenia, by przestać zamartwiać się tym, co działo się wokół nich. Roise był jej remedium na wszystko, nie musiał korzystać nawet ze swoich uzdrowicielskich zdolności, wystarczało jej to, że po prostu był w tym wszystkim z nią.

- Wiesz co sądzę o tych limonkowych kitlach... - Jeśli próbował ją przekonać barwą ich oficjalnych mundurków, to nie było szansy, że mu się to uda. Uważała ten kolor za okropny, naprawdę paskudny, nie miała pojęcia dlaczego ktoś postanowił ubierać ich w taką okropną barwę. Rzucali się w oczy aż za bardzo. - Chociaż nie mogę zaprzeczyć, na pewno jestem wyjątkowo ponętną uczennicą, drugiej takiej nie znajdziesz... - Co do tego chyba nie mieli najmniejszych wątpliwości, prawda? Na pewno nie było szansy, aby znalazł kogoś, kto jej dorówna, właściwie to cieszyła się, że się w tym zgadzali. Ostatnio bardzo łatwo uzyskiwali zgodność na wielu płaszczyznach, oby tak dalej. - Mabon już niedługo, więc całkiem szybko to zweryfikujemy. - Nie brała pod uwagę innej możliwości, może nie powinna się nastawiać na to, że faktycznie te plany im wypalą, bo sporo zmiennych składało się na to, żeby wyjazd doszedł do skutku, ale bardzo chciałaby, żeby mieli ten czas dla siebie.

Zasługiwali na chwilę spokoju, z dala od tego całego zamieszania, ona na pewno im się przyda. Mogliby się w końcu odpowiednio sobą nacieszyć, bez przejmowania się otoczeniem. Naprawdę liczyła na to, że uda im się to zrealizować.

- Tak, jest wśród nich taka jedna osoba, wyjątkowo, ale to wyjątkowo nierozsądna. - Jak mniemała bardzo dobrze wiedział, kogo ma na myśli. Nadal nie mogła uwierzyć w to, że tak łatwo przyszło mu przyjąć do wiadomości to, że niby miała się zaręczyć z Erikiem. Nie potrafiła tego zrozumieć, przecież wiedział, zdawał sobie sprawę z tego, że był jedyną osobą z którą kiedykolwiek byłaby w stanie zrobić coś takiego. Mówiła mu o tym, wiele razy. To on był jedynym mężczyzną, który mógłby jej kiedykolwiek nałożyć ten mityczny kamyk na palec.

- Powinieneś chyba bardziej weryfikować swoje źródła. - Ktoś zdecydowanie nie miał pojęcia, co mówił. To było nawet dość kontrowersyjne, bo przecież ona i Erik często się gdzieś razem pojawiali, zresztą sporo osób z czystokrwistej śmietanki towarzyskiej miało świadomość o ich wieloletniej przyjaźni, której nigdy jakoś specjalnie nie ukrywali. - Romulus??? Naprawdę? Nie spodziewałam się, że on może mieć z tym coś wspólnego. - To był spory błąd. Wiedziała bowiem, że Potter uwielbia plotki, bardzo szybko się nimi dzielił, ale naprawdę postanowił powtarzać te farmazony wyssane z palca na jej temat? Cóż, zdecydowanie czeka ich mało przyjemna rozmowa.

Trochę to było zabawne, że Ambroise mu uwierzył. Powinien wiedzieć, że nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego, jak widać sugestie potrafiły namieszać w głowie, nawet jemu. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek będzie wierzył w plotki, przecież o nich również mówiono wiele rzeczy, większość nie miała żadnego sensu.

- Ja Ciebie też Roise, kurewsko Cię kocham. - Nigdy się to miało nie zmienić. Dobrze, że w końcu zdali sobie z tego sprawę i pozwolili znowu pochłonąć się temu uczuciu. Wreszcie wszystko było na swoim miejscu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
25.03.2025, 02:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2025, 02:25 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
To była wyjątkowo niska zagrywka. Tekst godny dokładnie tego szczenięcego poziomu, jaki zatrważająco często prezentowali wobec siebie nawzajem w tych dobrych czasach. Wtedy, kiedy niektórym wyjątkowo trudno byłoby uwierzyć w to jak ta dwójka potrafiła zachowywać się w swojej obecności.
W czterech ścianach mieszkania przy Horyzontalnej zdecydowanie pozwalali sobie na to, co według powszechnej opinii nie przystawało ludziom o ich pozycji czy też w ich wieku. W domu nad morzem jeszcze bardziej wykraczali z tym poza wszelkie granice i pokrętne normy. Te, które nie były ich zasadami.
Całkiem zgrabnie dało się ukryć to, co działo się między nimi w przestrzeni publicznej. Podczas wydarzeń towarzyskich, spotkań socjety, rodzinnych obiadów i tak dalej. Wtedy też nie byli najbardziej zdystansowani. Stosunkowo szybko opuszczali oficjalne grono, zdecydowanie korzystali z wszelkich możliwych dogodnych okazji.
Wizyta w Maida Vale była jednym z ich bardziej poprawnych momentów. W rosarium zachowywali się całkiem należycie. No, poza kilkoma przelotnie skradzionymi pocałunkami w pewnym sensie rozmywającymi wrażenie, że byli dopiero debiutującą przyszłą parą. Choć w pewnym sensie dokładnie tak było?
Ich sytuacja była wtedy całkowicie niejasna. Nie spotykali się ze sobą, jednocześnie się ze sobą spotykając. Poszli na randkę, ale zarazem nie mieli do siebie wrócić. W tym wypadku poniekąd także zachowywali się jak nastolatki. Tyle tylko, że w niewłaściwy sposób.
Całe szczęście mieli to już za sobą. Mogli leżeć razem w łóżku, prowadząc te niepoważne rozmowy i delektując się lenistwem. Ich chwilą. Sobą nawzajem. To był naprawdę dobry poranek.
- Do usług - uniósł kąciki ust, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie; oczywiście, że cholernie pasowało mu takie ujęcie tematu.
Nie zamierzał zwalać tego na ich wyjątkowe szczęście. W żadnym wypadku nie dopuszczał myśli o tym, że mogliby nie mieć kontroli nad tą płaszczyzną swojego życia. Zamiast tego bardzo gładko przyjmował narrację, że po prostu w istocie potrafili zadbać o to, żeby zaliczając siebie nawzajem, jednocześnie nie zaliczyć żadnych nieoczekiwanych niespodzianek.
Nie, żeby było to czymś, co wyjątkowo zaprzątało mu głowę. W żadnym wypadku. Przynajmniej nie od momentu, w którym jasno się wobec siebie określili i przestali być swoimi przyjaciółmi. Wcześniej? Przez wiele tygodni podświadomie unikał angażowania się w przypadkowe przygody. Mimowolnie wolał platonicznie spędzać czas ze swoją najlepszą przyjaciółką zamiast odwiedzać cudze alkowy. Wolał spać na kanapie albo w pokoju gościnnym, rozmawiając przez pół nocy, włócząc się razem po mieście albo robiąc coś jeszcze innego.
A gdy wreszcie określili się swoimi, niespecjalnie przejmował się ewentualnymi efektami ubocznymi wspólnych dni i nocy. Praktycznie nie myślał o tej ewentualności. Przynajmniej do pewnego momentu w siedemdziesiątym pierwszym. Jasne, przedtem też od czasu do czasu przechodziło mu to przez myśl, ale skoro mieli spędzić razem życie...
...prędzej czy później i tak mieli sformalizować swój związek. Nieoczekiwany pąkiel byłby zaskoczeniem, szczególnie po wielu latach, ale nie nazwałby go dramatem. Szczególnie, że w pewnej chwili zaczął dojrzewać do myśli o świadomych staraniach. Ona także.
Echo tamtych słów w dalszym ciągu brzmiało gdzieś tam w głębi jego umysłu, jednak nie potrzebował wyciągać tego na wierzch. Nie po raz kolejny. To zupełnie nic by im nie dało. Nie mogli cofnąć się w przeszłość, żeby podjąć inne decyzje. Wtedy nie sięgnęli po słowa. Nie podjęli tematu. Nie mogli tego zmienić, zresztą co to by dało?
Bez wątpienia byliby teraz w zupełnie innym miejscu. Tyle tylko, że nie mieli pojęcia, w jakim. Mogło być lepsze, mogło by być gorsze. Chyba nie chciał spekulować na ten temat. Nie potrzebowali rozdrapywać tych ran. Nie, gdy i tak powiedzieli sobie naprawdę dużo, tyle tylko, że w bardzo zły sposób.
Skierowali te słowa nie do siebie a przeciwko sobie. Zrobili obusieczny miecz z czegoś, co powinno przynosić wyłącznie szczęście. W tym momencie powoli dążyli do tego, żeby zmienić sytuację między nimi. Podjęli pierwsze naprawdę zdecydowane kroki. Ruszyli z miejsca, w którym tak długo krążyli w kółko, że wyryli nogami głęboki kanion.
Teraz miało być lepiej. Nie musieli prowadzić dyskusji o tym, co mogło się wtedy wydarzyć. Wystarczyło, że w jakimś momencie powinni poruszyć temat tego, czego obecnie chcieli od życia. Mieli jasność, czego pragną od siebie nawzajem. Pozostało im jeszcze ustosunkowanie się wobec tego wszystkiego, co dotyczyło ich wspólnej przyszłości.
Z perspektywy Ambroisa zmieniło się naprawdę dużo. Uczucia pozostały. Silne i niezmienione. Nawet upływ czasu nie mógł uderzyć w to, co czuł w stosunku do Geraldine. A jednak jakiekolwiek plany odnośnie tworzenia rodziny większej niż dwuosobowa (no i Astaroth; był świadomy, że powinien wliczać w to brata Riny), jakie mógł ostrożnie formułować w siedemdziesiątym pierwszym odeszły w zapomnienie.
Całkowicie i niezaprzeczalnie. Wiedząc to, co wiedział. Widząc to, co widział. To po prostu nie była rzeczywistość, w której podejmowanie świadomych decyzji o powiększeniu stada byłoby racjonalne. Raczej nie chciał, żeby ich ewentualne decyzje i skłonność do ładowania się w głębokie bagno wpływały na życie kogokolwiek poza nimi.
Tak jak swego czasu powiedział przyjaciółce: nie przewidywał pąkli. Nawet jeśli wtedy jego sytuacja związkowa wyglądała zupełnie inaczej. W dalszym ciągu uważał to za naprawdę egoistyczny, bardzo niewłaściwy pomysł. Zamysł, który w ogóle nie wchodził w grę. Prawdopodobnie i tak nigdy się do tego nie nadawał. To nie była rola dla niego, ale nie musiała być. Mogli spełniać się na zupełnie innych płaszczyznach. Być ze sobą nawzajem. W dalszym ciągu doprowadzając się na skraj szaleństwa, tyle tylko, że tym razem w pozytywnych znaczeniach tego określenia.
Nie było co roztrząsać przegapionych okazji i szans, które rozwiewały się na wietrze wraz z upływem czasu. Najważniejsze, że mieli siebie.
- Gdy tak to ujmujesz - zaczął powoli, bardzo wyraźnie wypowiadając każde kolejne słowo. - Nie wiem, co zrobisz nie mogąc ani stać, ani siedzieć, ale zapewniam cię, że reklamacji nie będzie - nie, żadnych nie potrzebowali, ryzyko nie istniało, zwłaszcza po jej słowach.
Kiedyś to było dla nich całkowicie normalne. Teoretycznie wcale nie tak dawno temu, lecz w pewnym sensie mogłoby zdawać się, że w zupełnie innym życiu. W znacznie prostszych czasach, choć czy aby zupełnie na pewno? Już wtedy nie było łatwo. Ludziom takim jak oni nigdy nie było pisane zupełnie spokojne życie.
A jednak mieli swoją rutynę. Spokojne, leniwe poranki w pościeli. Popołudnia spędzane w salonie. Wieczory przed kominkiem. Pikniki na plaży. Całkiem błogie życie. Potrafili odpocząć, zupełnie nic nie robić, nigdzie się nie spieszyć. Z czasem zaczęli wyrabiać sobie nawyki.
Często wstawał bardzo wcześnie rano. Zazwyczaj wcześniej niż jego dziewczyna, żeby wyszykować się na dyżur w pracy. Zazwyczaj szykował wtedy szybkie śniadanie i kawę na okoliczność minięcia się z wstającą dziewczyną w drzwiach sypialni albo obdarzenia ją sennym pocałunkiem, po czym szedł podbijać Munga, mhm, bardzo mu to wychodziło do pracy. Byli szczęśliwi.
- Są wyjątkowo seksowne i twarzowe. Wiem. Wzbudzają w tobie dzikie żądze. Nie myślisz o niczym innym jak tylko o nich - był zadziwiająco poważny, gdy to mówił, nawet jak dla siebie samego, nawet nie drgnęła mu powieka.
Oczywiście, że były obrzydliwe. Latem dodatkowo przyciągały wszelkie owady. Zwłaszcza muszki. Nikt nie wyglądał w nich dobrze. Roise sam nie wiedział, czemu dyrekcja szpitala tak bardzo uparła się na ten kolor. Cóż. Przynajmniej byli widoczni już z daleka.
- Innej nie potrzebuję. Wiesz jak mówią - uderzył językiem o podniebienie, tym razem unosząc kąciki ust. - Dwóch zawsze ich jest. Nie mniej, nie więcej. Mistrz i jego uczeń - to tyczyło się nie tylko tego, o czym teraz rozmawiali, prawda?
Było znacznie głębsze. Bardziej złożone. Była nie tylko jego ponętną uczennicą. Była jego...
...w gruncie rzeczy wszystkim. Nawet wtedy, kiedy zakładała, że jest zupełnie inaczej. Nie chciał nikogo innego. Była jego osobą. Jego światem. Bratnią duszą, Anam Cara - jak zwał tak zwał. Najważniejsze, że to z nią chciał spędzić życie. Z nikim poza nią. Tym razem całkowicie właściwie.
- Lepiej szybciej niż później, nie? - Odpowiedział, wzruszając ramionami.
Niby nigdzie nie musieli się spieszyć, ale chyba nie potrzebowali zwlekać z niektórymi rzeczami. Zwłaszcza w sytuacjach, w których ich termin był raczej jasno określony, choć nie tylko. Były też inne kwestie, inne możliwości do całkiem rychłego rozważenia.
- Jeszcze nie zdajesz sobie sprawy z tego jak bardzo nierozsądna potrafi być - odmruknął, mrugając do niej prowokacyjnie. - Ta osoba, oczywiście - w końcu nie wytykali nikogo palcami, prawda?
Mówili o kimś. Nie używali imion. Nie wskazywali bezpośrednio. Wobec tego dużo łatwiej było mówić o zupełnym braku rozsądku nie tylko w tym negatywnym sensie. Nie wyłącznie pod kątem idiotycznych, wręcz krzywdzących nieporozumień. Tych, przez które rzeczywiście mógł przytaknąć na słowa dziewczyny.
Ale tego nie zrobił. Zamiast tego po prostu rzucił imieniem. Całkiem wymownie. W końcu oboje znali te konkretne źródło. Źródełko niewyczerpanych bujd wyssanych z palca. Ewidentnie.
- Romulus - przytaknął tak, jakby zupełnie go to już nie dziwiło.
Oczywiście, że powinien patrzeć na słowa przyjaciela z przymrużeniem oka, ale tego nie zrobił. Czuł też pewną potrzebę obronienia Pottera przed zupełnie miażdżącą krytyką. W pewnym sensie rozumiał do tego, do czego dążył Romy. Nie był głupi. Oczywiście, że zauważył, czym były podszyte tamte słowa. Tyle tylko, że padły na niewłaściwy grunt. Zostały zasiane w taki sposób, że w żadnym razie nie przyniosłyby oczekiwanych efektów. Wręcz przeciwnie. Zupełnie go zmiażdżyły.
- W jego ograniczonym kurzym móżdżku to chyba miało mnie skłonić do działania - zauważył, lekko unosząc brwi i kręcąc głową z niedowierzaniem na to, jak bardzo idiotycznie to brzmiało. - Pajac naprawdę cię lubi...ł? - kontynuował, bardzo znacząco mrużąc oczy w niemym pytaniu: nie miał zielonego pojęcia czy ta dwójka nadal utrzymuje kontakty. - Na swój posrany sposób chyba sądził, że skłoni mnie to do działania? Znasz go. Jestem pewien, że baran zaczytuje się w powieścidłach dla gospodyń domowych. Patrząc na to teraz - gdy już chyba dostatecznie znacząco wyjaśnili sobie fakty - chyba oczekiwał, że będę o ciebie walczyć? Wyrwę się z marazmu, skoczę do przodu, rzucę się w wir działania - zasugerował brzmiąc dokładnie tak, jakby sam nie do końca dowierzał w to, w jaki sposób to wyglądało.
Jasne. W każdym innym wypadku pewnie rzeczywiście byłby w stanie zirytować się na tyle, żeby coś zrobić. Zmienić narrację. Podjąć bardziej zdecydowane kroki. Tyle tylko, że na tamtym etapie życia niestety nie potrzebował zbyt wiele, żeby zacząć macerować się w poczuciu zranienia.
Nigdy nie mówił Romulusowi o nieudanych dwóch próbach oświadczyn. Nie poruszał tego tematu tak naprawdę z nikim. Nieważne jak bliskim. Nie wspomniał o tym. A potem niemalże od razu usłyszał wieści. Zupełnie bez przygotowania. Całkowicie z grubej rury. Bez wcześniejszych plotek o rozwoju romansu między dwójką dziecięcych przyjaciół. Niemal od razu usłyszał magiczne słowo zaręczyny.
Wycofał się bez walki. Nie powinien tego robić, ale jeszcze bardziej się odsunął. To zadziałało na niego zupełnie przeciwnie do prawdopodobnych założeń. Poczuł się tak, jakby całe jego życie z Geraldine było jedną wielką mistyfikacją. Tak, jakby nagle uświadomiono go o tym, że ukochana trzymała go jak zwierzątko domowe. Czekając na kogoś innego. Kogoś, za kogo naprawdę chciałaby wyjść.
To było głupie myślenie. Debilne i idiotyczne. Pozbawione logiki. Urągające ich wspólnej historii. Nie pasujące ani do niej, ani do niego. Teoretycznie powinien wiedzieć, że nigdy by mu tego nie zrobiła, jednakże to była jego część błędnie przyjętej łatwej narracji. On się nią znudził. Ona brała go na przeczekanie. Zatrważające jak nisko upadli.
Teraz musieli podnieść się z kolan. Robili to właśnie w tej chwili, choć tak naprawdę poniekąd już od tygodnia. Być może nieporadnie. Kłócili się, zadawali sobie ból, ale było między nimi wyjątkowo dużo szczerości. Pomiędzy tymi wszystkimi nieprzemyślanymi słowami naprawdę do czegoś zmierzali. Do tego momentu. Do tej chwili.
Obejmując się nago w miękkiej pościeli, obdarzając się nieskrępowanym dotykiem. Leżąc tak wspólnie bez potrzeby robienia czegokolwiek innego. Nie musieli ruszać się z łóżka. Nawet w tej chwili gdzieś zmierzali. Zmieniali swoje życie. To było najważniejsze.
- Wiem - odmruknął miękko, nie ukrywając tego jak dobrze te słowa brzmiały w jego uszach.
Tak. Kurewsko się kochali. Nie potrzebował nic więcej. No, może poza powoli nadchodzącym snem. Mogli odpocząć. Wojna się zakończyła, nadchodził świt.

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (12222), Geraldine Greengrass-Yaxley (6998)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa