• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me

[Grudzień 1965, Helloise & Lazarus] Madness is the gift that has been given to me
broken one
wiek
36
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz, urzędnik - OMSHM, Ministerstwo Magii
Chudy jak wypłata i długi jak miesiąc (187cm). Eteryczna uroda Lovegoodów rozwodniona mugolską pospolitością. Rude włosy domagające się fryzjera, broda domagająca się brzytwy, której starym zwyczajem nie posiada w domu. Jasnozielone oczy. Ubrany zwykle w proste szaty, czarne, lub w stonowanych barwach, skrojone tak, by nie krępowały ruchów.

Lazarus Lovegood
#11
06.09.2026, 14:53  ✶  
Skinął głową, przyjmując argument o twardej ziemi, jakby rozmawiali o odpowiedniej porze na prace ogrodnicze, a nie na samobójstwo. Zamilkł, nie kontynuując tematu. Czarownica nie uciekała od niego, nie zaprzeczała, wolna od panicznej, pierwotnie ludzkiej reakcji lęku przed śmiercią - uzdrowiciele w lecznicy traktowali to jak objaw chorobowy, ale Lazarus wiedział, że to było jedyne logiczne wyjście, jedyne, czego był godzien.

I na co zabrakło mu sił.

Był wdzięczny za spokój, z jakim podchodziła do tego nieznajoma, ale nie zamierzał go nadużywać. Otchłań własnych myśli, doskonale znana, doskonale okrutna, czekała, by go pochłonąć, prawdopodobnie wyjątkowo niełaskawa teraz, chwilę po tym, jak uciekł przed swoim losem. Lazarus zmusił się, by przestać w nią patrzeć i zamiast tego sięgnął po kubek z grzanym winem. Smak, po tygodniach szpitalnej kuchni, uderzył go ze zdwojoną siłą i czarodziej nie zdążył powstrzymać zadowolonego westchnienia.

Kiedy zwróciła uwagę na jego rany, spojrzał w dół, jakby zdążył już o nich zapomnieć.
- Słusznie - dreszcze ustały i faktycznie miał szansę zachować resztki godności i rozebrać się bez pomocy. Odstawił kubek na stół, pociągnąwszy wcześniej kolejny długi, wzmacniający i znieczulający łyk. Wsunął różdżkę do rękawa - nie zamierzał się z nią łatwo rozstawać, skoro już udało mu się odzyskać jej uspokajającą obecność. Wciąż okryty kocem, posłusznie podniósł się i zdjął mokre elementy ubrania z wypraktykowaną obojętnością. Skrępowanie było zawsze obecne, ale odsunął je gdzieś na bok. W lecznicy nawykł do braku prywatności i ciągłej, neutralnej i profesjonalnej obecności sanitariuszy. Nie spodziewał się, żeby tu miało być jakoś znacząco inaczej. Wypite na pusty żołądek wino tylko pomogło.

Jeżeli Helloise nabrała wrażenia, że jej pacjent jest szczupły, to widok, który ukazał się jej oczom tylko je potwierdził. Czarodziej był wręcz chudy - nie sprężystą pełną gracji chudością dzikiego zwierzęcia i nawet nie wrodzoną, młodzieńczą chudością uczonego, właściwą jego szkolnej wersji. Nie, to była niedowaga. Ciało, które otrzymywało niedostatecznie dużo ruchu, ale dla równowagi odmawiano mu też jedzenia. Kościste kolana, długie nogi, widoczne pod skórą kontury żeber. Lovegood owinął się ciaśniej kocem. Nie lubił na siebie patrzeć. Zamiast tego skupił się na towarzyszce. Pustelniczka? Uciekinierka? nie miał pojęcia. Tu, w otoczeniu własnej kuchni, ciepła, ziół i zapachów, wydawała się zdecydowanie bardziej realna i ludzka, niż widziana z okien szpitala albo ścigana po mrocznym lesie.

I zamierzała go opatrzyć. Lovegood skurczył się w sobie.
- Rany nie są zbyt głębokie. Nie zdążyłem z tym zaklęciem - powiedział tonem usprawiedliwienia, jakby tym niepowodzeniem zasłużył na ból, zimno i niebezpieczeństwo. Rozejrzał się po chatce, gotów oznajmić, że nie jest szczególnie głodny, ale kiedy kolejna porcja grzańca trafiła do jego żołądka, ściany zakołysały się i oczywiste było, że tym razem nie za sprawą kurzej nóżki wspierającej domek.
- Nie… - zacisnął długie palce na kubku, z rezygnacją uznając istnienie własnych potrzeb fizjologicznych - Nie wiem. Co jest do wyboru?
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#12
18.10.2026, 16:50  ✶  
Szacunek do życia stał u Helloise na równi do szacunku wobec śmierci. Na jedno i drugie widziała w świecie przestrzeń; nie wzdrygała jej myśl o tym, że wszystko wokół umiera, gdy jednocześnie tyle się rodziło nowego życia. Przyroda była mądra. Od wieków obracała cyklem życia i śmierci. Czemuż więc czarownica miałaby ingerować w jej wyroki i siłą przytrzymywać przy życiu człowieka, w którym wola życia wygasła?
Z łatwością wiedźma z lasu formułowała podobne myśli, dopóki człowiek, którego dotyczyły, był jej obcy, a więc obojętny. Do swoich bliskich przykładała odmienną zgoła miarę zaprzeczającą tej wzniosłej filozofii.

Wzrok Helloise nie był tak neutralny jak obecność sanitariuszy, prześlizgiwał się po Lazarusie niespiesznie i ciekawsko, gdy ten wydostawał się z przemoczonej piżamy. Kobieta widziała w mężczyźnie człowieka i gościa, nie pacjenta. W jej oczach tliło się milczące współczucie. Nie pociągała jej chorobliwa chudość i kościste członki. Widok człowieka o tak strupieszałej kondycji wzbudzał ledwie smutek. Powinno się odkarmić go i zwrócić światu, zamiast dalej marnować w murach opresyjnej instytucji. Powinno się odnowić holistycznie jego ducha, ciało i umysł, podczas gdy w Lecznicy Dusz podtrzymanie jednego elementu odbywało się przez wyniszczenie drugiego.
Sama gospodyni chaty była niewątpliwie w pełni sił, choć zdawała się nieco powolna i momentami duchem nieobecna. Była kobietą młodą, mimo że prowadziła życie kojarzone raczej z zagrzybiałymi staruchami oczekującymi w swojej samotni, aż zjawi się w ich progu ktoś poszukujący pokoleniowej mądrości. Wiedźma z tej chaty twarz miała jednak rumianą i gładką. Do kogoś starszego mogłyby należeć jedynie jej dłonie zniszczone pracą, niezadbane i obojętnie wystawiane podczas długich spacerów na kaprysy pogody.

— Nie ma wiele wyboru. Jest cawl Cymreig. — Kobieta wstała, aby na ogniu ustawić niewielki żeliwny garnuszek zupy do odgrzania. — Rosół jagnięcy.
Jagnięce mięso Helloise przełykała z trudem i pewnym obrzydzeniem, lecz za tradycyjnym walijskim rosołem przepadała. Odławiała zeń toteż zwykle części zwierzęce, aby jej nie psuły przyjemności jedzenia. Gdy zanurzała zęby w mięsie, nie potrafiła nie myśleć o śmierci zwierząt.
— Jest i kilka ciast. Są paszteciki nadziewane warzywami — snuła czarownica, udając się do sąsiedniego pomieszczenia po opatrunki i miskę z czystą wodą, aby zmyć z Lazarusa krew. Powróciwszy, wygrzebała z kuchennych szaf kilka buteleczek eliksirów. Flakonów, fiolek i flaszeczek było na jej regałach całe zatrzęsienie, niczym w aptece. Znajdowały się tam nie tylko gotowe eliksiry, ale i surowce oraz przybory alchemiczne.
Tak wyposażona czarownica stanęła przy Lazarusie, oczekując, że mężczyzna podda się jej amatorskim zabiegom.
— Nie są głębokie, lecz dlaczego miałbyś zostać z otwartymi ranami? Żeby zabrudzić świeże ubranie czy nabawić się zakażenia? — zapytała tonem napomnienia.
Było bowiem w chacie wiele możliwości zanieczyszczenia ran, szczególnie że wnętrza odwiedzały często zwierzęta, i nie tylko te kury hodowane przez czarownicę, lecz również dzikie stworzenia przenoszące Matka raczy wiedzieć jakie choroby. Daleko było jej domostwu do sterylności.


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Helloise Rowle (2767), Lazarus Lovegood (3050)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa