- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale kłopoty to w zasadzie moje drugie imię. - Mruknąłem, zerkając na nią z ukosa, w półmroku korytarza jej mina wyglądała tak, jakby naprawdę martwiła się o to, że wpakuję się w coś głupiego. To było… Nietypowe. Większość ludzi raczej chętnie patrzyła, jak to robię. Zaśmiałem się cicho pod nosem, takim krótkim, nie do końca wesołym śmiechem, który bardziej brzmiał jak westchnienie zrezygnowania niż rozbawienia.
- Taa, a potem się okaże, że nie wstaniesz z łóżka, bo kostka wygląda jak dynia. Świetny plan, naprawdę. - Mój ton brzmiał ironicznie, ale nie było w nim złośliwości. Zerknąłem na nią kątem oka, gdy mówiła o tym, że „jutro zobaczy, jak bardzo jest źle” i żebym się nie kłopotał. - Nie musisz się martwić o to, jak coś zdobędę. - Dodałem spokojniej, nieco niższym tonem. - Mam swoje sposoby. - Nie kłamałem, tylko nie doprecyzowałem. Nie musiała wiedzieć, jak łatwo potrafiłem zdobyć rzeczy, których nie powinienem mieć. Lepiej mogło zostać przy tej wersji, że po prostu wiedziałem, gdzie szukać.
- Poza tym… - Dodałem po chwili, z tą swobodą, która brzmiała prawie jak kpina, chociaż nie była wymierzona w nią. - Skoro już dziś wysłałem swoją dziewczynę w diabły, to naprawdę wątpię, żeby kradzież butelki eliksiru przeciwbólowego miała mnie moralnie pogrążyć jeszcze bardziej. - Przez sekundę między moimi słowami przemykła nuta ironii, ale zaraz zgasła. Nie wyglądałem, jakbym żartował z samego faktu - raczej jak ktoś, kto zbyt dobrze rozumiał, że mówił prawdę.
Kiedy wspomniała, że nie chciałaby trafić do skrzydła szpitalnego, tylko skinąłem głową.
- Domyśliłem się. - Był w tym cień zrozumienia - może nawet większy, niż chciałem pokazać. Znałem ten ton - ten sam, którym mówiłem sobie, że po upadku z miotły to „na pewno tylko naciągnięcie”. - Nie, nie zwalę nic na ciebie. - Uciąłem spokojnie, tonem, który nie znosił sprzeciwu. - Nie umiałabyś nawet kłamać przekonująco, gdyby ktoś zapytał, za bardzo trzymasz się reguł. - Powiedziałem cicho, półżartem, ale bez kąsania. - W razie czego po prostu powiem, że zgubiłem się po drodze. Zdarza się najlepszym.
Ruszyłem z nią w stronę schodów, zwalniając krok, żeby nie szła szybciej, niż pozwalała jej kostka.
- Trzymaj się mnie mocniej. - Powiedziałem cicho, odruchowo znowu przesuwając dłoń z jej łokcia na talię, żeby miała stabilniejsze oparcie. - Jak się przewrócisz, nie będę cię potem zbierał z marmuru. - Odchrząknąłem cicho, to miało dodać mi animuszu. Śnieg, który jeszcze przed chwilą sypał się z naszych płaszczy, topniał, zostawiając mokre ślady na kamieniu. Zamek był cichy, echo kroków z Wielkiej Sali odbijało się gdzieś daleko, a tu - cisza.
Na schodach było chłodniej, kamień był wilgotny, powietrze pachniało dymem z pochodni. Przez chwilę milczeliśmy, chociaż zazwyczaj wypełniałem ciszę jakimś kąśliwym komentarzem, ale teraz nie miałem na to ochoty. Moja głowa była ciężka od myśli, które wcale nie dotyczyły Prudence Bletchley - wiedziałem, jak to się skończy, ten wieczór, następne godziny, kolejne „To koniec!”, wypowiedziane z podniesionym podbródkiem, a potem tydzień ciszy, może dwa, aż znowu coś pęknie i wrócimy do siebie, jak zwykle, bez słowa - i jak zwykle, bez sensu, a jednak dziś miałem nadzieję, że nie, może tym razem ona zrozumie, że to „spierdalaj” było bardziej o mnie niż o niej, do mnie, ode mnie, i wreszcie to naprawdę będzie koniec. Tak byłoby lepiej, dla niej, bo ja jednocześnie jak zwykle liczyłem, że tym razem też się odbijemy od dna, chociaż nie byłem pewien, czy miałem do tego prawo. To było pojebane z każdej strony.
- To teraz gorsza część. - Mruknąłem, przystając przy pierwszym stopniu i zerkając na nią z góry. - Złap mnie za szyję. - Wskazałem ruchem głowy, ton miałem spokojny, bez miejsca na negocjacje, ale bez rozkazu. - Po prostu cię wniesiemy. - Stwierdziłem, chociaż wiedziałem, że jej się to nie spodoba. Znałem już ten grymas, który pojawiał się na jej twarzy, kiedy coś godziło w jej dumę, ale równie dobrze wiedziałem, że nie ma innego sposobu. - Proszę. - Poprawiłem brzmienie swoich słów, jakby to coś miało zmienić. Schody w zamku były zdradliwe nawet dla kogoś zdrowego, a ona ledwo trzymała równowagę. Mógłbym się z nią szarpać, przekonywać, ale nie miałem dziś siły, nie po tym wszystkim.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)