• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[18.10.1972] In a distorting mirror || Zelena & Hannibal

[18.10.1972] In a distorting mirror || Zelena & Hannibal
Dr Jekyll & Mr Hyde
o dwóch takich, co podzieliły księżyc
wiek
20
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
rozszczepieniec
zawód
stażystki w Mungu / kelnerki w mugolskim barze
Dość wysoka (173 cm) blondynka o niebieskich oczach. Wydaje się szczupła, ale w rzeczywistości jest dobrze umięśniona i szybko biega. Mówi z delikatnym akcentem. Najczęściej zakłada mugolskie ubrania, ceni sobie swobodę, ale na specjalne okazje ma kilka pięknych sukni i szat, odziedziczonych po matce.

Zelena Brekker
#1
08.08.2026, 22:05  ✶  
18.10.1972
Świat po drugiej stronie lustra
[Obrazek: f65150865f2fc04aac8ee279e41e91984e67ea48.jpg]

W śnie było cicho. Tak cicho, że przez krótką chwilę mogła zapomnieć o wszystkim. Aż nagle ciszę rozdarł huk. Najpierw łomot młotka, potem przeciągły zgrzyt, jakby ktoś próbował wyrwać z ziemi same fundamenty świata. Z sąsiedniego domu dobiegł tupot, przesuwanie ciężkich przedmiotów i podniesione głosy robotników, których poranek najwyraźniej rozpoczął się znacznie wcześniej niż jej. Przez kilka sekund leżała bez ruchu, owinięta kołdrą aż po brodę, z włosami rozsypanymi na poduszce niczym źdźbła trawy po burzy. W głębi jej umysłu Diana również się przebudziła, ale dziś księżyc pozwalał jej jedynie biernie obserwować. Kolejny huk. Czarownica westchnęła tak ciężko, jakby na jej barkach spoczywały wszystkie troski świata. W końcu jednak zwlokła się z posłania. Przeszła przez pokój powolnym, lunatycznym wręcz krokiem. Włosy sterczały jej we wszystkie strony, koszula nocna była przekrzywiona, a na policzku odcisnęła się jeszcze czerwona pręga po poduszce. Kiedy stanęła przed lustrem, wyglądała jak ktoś, kto został brutalnie wyrwany z krainy snów.
- O Boże - mruknęła, przeczesując włosy palcami, zmrużyła oczy i pochyliła się bliżej tafli, próbując ocenić rozmiar porannej katastrofy. Wtedy poczuła znajome łaskotanie w nosie. - Apsik! - Gwałtowne kichnięcie wyrwało jej głowę do przodu - łup - czoło Zeleny spotkało się z lustrem z takim dźwiękiem, że nawet hałas dobiegający z sąsiedniego domu na moment wydał się mniej istotny. Cofnęła się o krok, przykładając dłoń do miejsca, w które przed chwilą uderzyła, i przez moment patrzyła na swoje odbicie z niemym wyrzutem. - To nic, przynajmniej mam więcej czasu przed pracą. - mruknęła pod nosem, zwyczajowo doszukując się pozytywnych aspektów. Spokojnie doprowadziła się do porządku i zeszła zrobić śniadanie. Przez chwilę wszystko było zwyczajne, sielskie można powiedzieć„ jeśli nie liczyć odległego huku remontu dochodzącego zza ściany. Skończyła właśnie śniadanie, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Nie spodziewała się nikogo, lecz sądząc po uporczywości dzwonka, gość najwyraźniej nie zamierzał odejść. Otworzyła drzwi, a na progu stała młoda kobieta z odznaką aurora. Miała płaszcz zarzucony na ramiona, różdżkę przy boku i twarz rozjaśnioną takim uśmiechem, jakby spotkanie to było najbardziej naturalną rzeczą na świecie.
- Coś się stało? - jej oczy błądziły po twarzy nieznajomej, jednak olśnienie nie spływało. Wtedy aurorka wybuchła śmiechem.
- Dobry numer, Diana. Nie żartuj sobie, musimy lecieć na patrol.
Zelena zastygła; to imię niczym kamień w spokojną taflę wody. Skąd mogła wiedzieć? To jakaś koleżanka Diany? Coś przed nią ukryła? Przecież miały umowę…
- N-nie czuję się najlepiej - wydusiła, nerwy ścisnęły jej żołądek, a obraz zafalował przed oczami. Co miała teraz zrobić? Iść na patrol i udawać, że wie, co robi? Nie mogła przecież uciekać.
Aurorka przyjrzała się jej uważniej. Uśmiech nie zniknął z jej twarzy, lecz złagodniał, a w oczach pojawiło się szczere, dziecięce współczucie.
- W takim razie popatroluję sama, i tak nic się nie wydarzy - zaświergotała pogodnie. - Weź jakiś eliksir i bądź w areszcie przed czternastą, nie możesz się dziś spóźnić - uśmiechnęła się jeszcze raz, jakby właśnie rozwiązała drobną niedogodność, po czym odwróciła się i ruszyła ulicą.

Kiedy Zelena opuściła dom, dzień był już na dobre rozbudzony, lecz Londyn, który ujrzała za progiem, zdawał się jakby nie tym samym miastem, które znała. Szła przez ulicę z uczuciem, że każdy krok prowadzi ją coraz dalej od rzeczywistości. Bo ludzie? Ludzie byli inni. Uśmiechali się. Wszyscy. Nie tak zwyczajny, przelotny uśmiech, który czasem przemknie po twarzy człowieka mijającego znajomego, lecz uśmiech nieustanny, osobliwie pogodny, przyklejony do oblicz niczym maska. Jeszcze dziwniejszy był porządek. Nie dostrzegła ani jednego papierka porzuconego przy krawężniku, ani niedopałka, ani nawet pojedynczej kartki niesionej przez wiatr. Gdy z jednego z drzew oderwał się złoty liść i opadł na chodnik, ledwie zdążył dotknąć ziemi, a już pojawiał się zamiatacz. Miasto zdawało się oddychać według jednego rytmu. Bez skazy. Bez przypadku. Bez najmniejszego śladu owego łagodnego nieładu, który Zelena zawsze uważała za naturalną część ludzkiego życia.
Przez całą drogę wracała myślami do garderoby. Jakim sposobem zniknęły jej ubrania? Jej kolorowe sukienki, miękkie swetry, codzienne ubrania, wszystko, co przez lata wybierała, nosiła i odkładała na miejsce. A teraz nie pozostał po nich nawet ślad. Zamiast nich wisiały skórzane stroje Diany, ciężkie płaszcze i mundury aurorów. I odznaka. Nie jakaś przypadkowa błyskotka, lecz prawdziwy znak służby, należący do kogoś, kto całe swoje życie podporządkował obowiązkowi. A obok niego mundur, który najwyraźniej miał być jej własnością. Zelenie zdawało się, że wszystko to musi być jedynie pomyłką. Jakąś osobliwą, niewytłumaczalną pomyłką.
Ze skurczem żołądka przekraczała drzwi wejściowe aresztu, gdzie wszyscy witali ją jak swoją. Funkcjonariusze mijający ją na korytarzu pozdrawiali ją z uśmiechem, niektórzy zatrzymywali się na moment, inni kłaniali głowami z respektem należnym komuś znaczniejszemu od zwykłego pracownika. Jedna z kobiet posłała jej tak promienny uśmiech, że Zelena poczuła niemal fizyczny chłód przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Nie znała żadnej z tych twarzy. A oni znali ją. Albo raczej - znali Dianę. Jeden ze strażników wskazał jej drogę i ruszył przodem, prowadząc ją przez długi korytarz. Czarownica szła za nim, czując na sobie spojrzenia mijanych ludzi. Kamienne ściany były czyste, wręcz nieskazitelne; nie było kurzu w kątach, śladów wilgoci ani nawet przypadkowego bałaganu na biurkach. Wszystko leżało na swoim miejscu, wszystko miało swój porządek.
Milczała zupełnie. Każde słowo zdawało jej się zdradą, każdym pytaniem mogła odsłonić niewiedzę, której nie potrafiła już dłużej tłumaczyć zwykłym roztargnieniem. Szła więc za mężczyzną z opuszczonym wzrokiem, odpowiadając najwyżej krótkim skinieniem głowy i usiłowała przybrać na twarzy taki wyraz, jaki, jak przypuszczała, powinien mieć ktoś doskonale wiedzący, dokąd zmierza.
- Twoje trofeum - otworzył przed nią drzwi, więc wsunęła się do środka. - W końcu to ty go złapałaś. A skoro to ty doprowadziłaś sprawę do końca, należy ci się ten zaszczyt. Standardowa procedura. Zaprowadzisz go na miejsce i przeprowadzisz egzekucję.
Egzekucję? Przez moment miała wrażenie, że źle usłyszała.
- Zresztą któż zrobiłby to lepiej od ciebie? - zaśmiał się cicho. - Jesteś najlepsza. Nikt nie przeprowadza egzekucji tak sprawnie i czysto.
Zelena poczuła, jak coś lodowatego zaciska się wokół jej serca. Nie powiedziała nic. Podniosła wzrok na więźnia, siedzącego w półmroku za ciężkimi kratami. Spojrzenie przesunęło się po jego twarzy w niemym szoku. Znała tę twarz. Znała te oczy.
- Hannibal?

!Trauma Ognia
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
08.08.2026, 22:05  ✶  
Jeżeli znajdujesz się w pomieszczeniu, jego ściany pokrywają się pajęczyną pęknięć, z których sączy się żar. Czy to kolejna klątwa Voldemorta? Ogień w tych szczelinach syczy, tryskają z nich iskry. Dopiero po zamknięciu oczu na kilkadziesiąt sekund i kilku głębokich wdechach dociera do ciebie, że to omamy.
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#3
11.08.2026, 17:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2026, 18:12 przez Hannibal Selwyn.)  

Okazało się, że godziny w areszcie niemiłosiernie się dłużą. Hannibal miał wystarczająco dużo czasu, by nerwowo spacerować w tę i z powrotem, co jakiś czas wyglądając przez kraty na korytarz, przekonany, że na pewno za chwilę któryś z jego kuzynów przybędzie z kaucją albo cała ta sytuacja okaże się jakąś piramidalną pomyłką (nie była pomyłką).
Wystarczająco, by walnąć pięścią w ścianę raz i drugi, prychnąć ze złością na spartańskie wyposażenie celi (nie było nawet czym rzucić!) i wykonać a capella wyjątkowo głośne i ekspresyjne “Tutta furie e tutta sdegno”, utwór nie na jego głos, ale Hannibal miał to głęboko gdzieś.
- Ciszej tam! - zawołał strażnik.
- Spierdalaj! - odkrzyknał Selwyn, przerywając recital.

Wystarczająco, by (tym razem grzecznie) próbować zaczepić strażnika z kolejnej zmiany i (nieskutecznie) przekonywać go, że młodość ma swoje prawa, przecież wiedzą, kim jest i mogliby skontaktować się z Jonathanem na przykład. Do ciężkiej cholery, w tym momencie z wdzięcznością powitałby nawet ratunek ze strony swego ojca, mimo ceny w postaci wysłuchiwania kąśliwych uwag (nie powiedział tego na głos). Nikt jednak się nie zjawił.
Hannibal zrobił to wszystko, a później opadł na przykrytą cienkim materacem pryczę, w sam raz w odpowiedniej chwili, by odmówić więziennego posiłku. Ukrył twarz w dłoniach. Bez sensu. To wszystko było bez sensu. Powinien był wyskoczyć podczas ucieczki przez to okno albo sprowokować aresztujących go aurorów do użycia siły, przy odrobinie szczęścia oszczędziłoby mu to tego losu.

Zanim ktokolwiek się nim zainteresował, zdążył stoczyć się na podłogę w postaci bezwładnego stosu kończyn, zignorować obite kolano, popatrzeć jeszcze trochę w ścianę, a potem wstać i całkiem spokojnie poprosić o odgrzanie obiadu, bo skoro i tak czekała go egzekucja, to równie dobrze mógł się najeść, jedzenie było zresztą całkiem niezłe. Nic w tym dziwnego, skoro żaden z więźniów nie przebywał tu na tyle długo, by spożyć więcej, niż dwa posiłki. Budżetu starczało zapewne aż nadto.

Kiedy drzwi celi otworzyły się, leżał na plecach w poprzek pryczy, z nogami opartymi o ścianę i głową zwieszoną w dół. Obdarzył nowoprzybyłą jednym spojrzeniem kątem oka i niezadowolonym grymasem.

- Di - wypluł z siebie zdrobnienie, w które kiedyś potrafił upakować zdecydowanie więcej ciepła, niż logicznie powinno się mieścić w dwóch literach. Teraz w jego głosie był tylko jad - Przyszłaś odebrać swoją nagrodę, co? Powiedz, dobrą premię dają od głowy? A może wystarczy ci satysfakcja?

Nie ruszając się z miejsca, z powrotem wbił wzrok w sufit, jakby nie chciał nawet patrzeć na stojącą w drzwiach aurorkę. Pusty, brudny talerz stał w przejściu, tuż pod jej nogami, jakby Hannibal specjalnie ustawił go tam, by jak najbardziej przeszkadzał.

- Czy zostałaś już pracownikiem miesiąca, czy dopiero jak mnie wykończysz, kopnie cię ten zaszczyt?

Może wyzłośliwianie się wobec Di, która prawdopodobnie miała dokonać egzekucji albo przynajmniej go na nią zaprowadzić, nie było najrozsądniejsze, ale za to uwalniające. Kogo obchodziło to, czy uczyni koniec Hannibala trochę bardziej bolesnym? Na pewno obowiązywały ją jakieś regulacje, no i aurorka Brekker była przecież przede wszystkim skuteczna.

I tak nie mógł zrobić nic, co poprawiłoby jego sytuację. Nie po tym, co… no. Nie po tym wszystkim.
Dr Jekyll & Mr Hyde
o dwóch takich, co podzieliły księżyc
wiek
20
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
rozszczepieniec
zawód
stażystki w Mungu / kelnerki w mugolskim barze
Dość wysoka (173 cm) blondynka o niebieskich oczach. Wydaje się szczupła, ale w rzeczywistości jest dobrze umięśniona i szybko biega. Mówi z delikatnym akcentem. Najczęściej zakłada mugolskie ubrania, ceni sobie swobodę, ale na specjalne okazje ma kilka pięknych sukni i szat, odziedziczonych po matce.

Zelena Brekker
#4
04.10.2026, 15:50  ✶  
Przez krótką chwilę Zelena trwała bez ruchu, jak gdyby samo nieruchome stanie mogło zatrzymać ten obraz przed dalszym rozwijaniem się w coś jeszcze bardziej niedorzecznego. Patrzyła na Hannibala, potem na strażnika stojącego przy kratach, na korytarz tonący w chłodnym, bezosobowym świetle i z powrotem na człowieka, którego znała. Każdy szczegół wydawał jej się znajomy, a jednak wszystko razem składało się w obraz tak obcy, że umysł wzbraniał się przed przyjęciem go jako rzeczywistości. Żadna myśl nie chciała ułożyć się w sensowną całość. Powoli, niemal bezwiednie, wsunęła palce w skórę własnego przedramienia i mocno się uszczypnęła. Zabolało. Zamrugała. Spojrzała na miejsce, które zaczerwieniło się pod naciskiem palców. Niestety, świat nie zniknął. Hannibal nadal był za kratami. Strażnik nadal stał obok. Zapach wilgotnego kamienia i metalu wciąż drażnił jej nos.
Di? Dlaczego wszyscy mają ją tutaj za Dianę? Czy zdołała w jakiś sposób zdominować jej świat przez dwa tygodnie? Zrujnowała przyjaźnie? Hannibal nie patrzył na nią tak jak zawsze. Patrzył jakby była wrogiem. A przecież nie była. Chciała mu to powiedzieć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle.
I wtedy metal zadźwięczał nagle, ostro, tuż obok niej. Auror uderzył pałką w kraty, najwyraźniej tylko po to, aby zwrócić na siebie uwagę. Dźwięk poniósł się po korytarzu z taką siłą, że aż podskoczyła. Ramiona gwałtownie uniosły jej się ku górze, a serce ścisnęło się ze strachu. Odwróciła głowę. Mężczyzna nawet na nią nie spojrzał.
- Odzywaj się z szacunkiem, Selwyn, jeśli nie chcesz stracić języka tuż przed egzekucją - strażnik warknął, po czym uśmiechnął się do Zeleny, jakby liczył na pochwałę. Dziewczyna natomiast poczuła, że coraz trudniej jest jej oddychać. Co tu się działo? Co ona tutaj robiła? I dlaczego wszyscy, poza nią jedną, zachowywali się tak, jakby wszystko było najzupełniej normalne? Spojrzała jeszcze raz na Hannibala. W jego oczach nie było najmniejszego śladu żartu. Tylko gniew, rozczarowanie i coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać. Zacisnęła dłonie, próbując powstrzymać ich drżenie. Jeżeli to nie był sen, musiała istnieć jakaś odpowiedź.
- Czy mogę zostać sama z więźniem? - nie mogła rozmawiać swobodnie przy świadkach. Strażnik na szczęście nie widział w jej prośbie niczego niezwykłego. Odsunął się od krat i po chwili jego kroki zaczęły cichnąć w głębi korytarza. Dopiero kiedy upewniła się, że zostali sami, dziewczyna wypuściła powietrze, którego chyba od kilku chwil nieświadomie nie nabierała. Podeszła do krat. Powoli, jak gdyby bała się, że nawet najmniejszy gwałtowny ruch może sprawić, iż wszystko to stanie się jeszcze bardziej rzeczywiste, wyciągnęła ręce i zacisnęła palce na zimnym metalu.
- Hanni… - głos jej zadrżał. - To ja. Zelena. - Przełknęła nerwowo ślinę. - Poznajesz mnie? - czuła narastającą wilgoć pod powiekami.
- Jak się tu znalazłeś?
Pytanie zabrzmiało tak… bezradnie. Jakby naprawdę liczyła na to, że Hannibal jednym zdaniem wyjaśni jej wszystko: dlaczego była ubrana jak auror, dlaczego wszyscy nazywali ją Dianą, dlaczego jej przyjaciel znajdował się za kratami i dlaczego przed chwilą powiedziano jej, że ma go stamtąd wyprowadzić na śmierć. Spojrzała na niego z przerażeniem, jakby sama myśl o tym, czego od niej żądano, była czymś niepojętym.
lover, not a fighter
wiek
20
sława
VI
krew
czysta
genetyka
oko uśpione
zawód
artysta sceniczny
175 cm wzrostu (na scenie wydawał się wyższy!) Pełna emocji twarz. Ciemne oczy i włosy, które zwykle pozostają w nieładzie. Goli się na gładko. Szczupły, ale umięśniony - zawodowy tancerz. Strój modny wśród mugolskiej młodzieży, czasami zgoła ekstrawagancki.

Hannibal Selwyn
#5
06.10.2026, 21:24  ✶  

Też by się wzdrygnął na uderzenie pałki o kraty, gdyby nie to, że na leżąco trudno było się wzdrygnąć. Słowa o utracie języka starannie zignorował. Po prawdzie to nie spojrzał nawet na strażnika, wciąż kontemplując sufit. Jaki był sens?

Dopiero, kiedy Diana poprosiła o zostawienie ich samych, przez mur jego urazy przebiła się odrobina ciekawości. Di, jaką znał,  nie poprosiłaby o coś takiego. Wręcz przeciwnie - nie przepuściła żadnej okazji, by całemu światu pokazać, jak bardzo ich wspólna, acz krótka przeszłość nie ma dla niej znaczenia.

Hanni…
(Stój, Selwyn! Jesteś otoczony!)

Brzmiała, jak…

To ja. Zelena.

Bingo.

(- Di, proszę…
- Diana, zrozumiemy, jeżeli chcesz oddać tę sprawę.
- Nonsens! Brać go!)

Zerknął na nią ponownie, bo jakoś tak czuł, że Zelena, która przejmowała stery rzadko, a w pracy właściwie nigdy, nie zasługiwała na pełnię jego gniewu.
(Jego Zelena, podsunął zdradziecki umysł, ale dziewczyna dawno nie była jego i w ciągu ostatnich dni dała mu to dobitnie do zrozumienia.)
Wyglądała na zagubioną i poruszoną, i kiedy Hannibal napotkał jej wzrok, wyglądała, jakby miała się rozpłakać.

Poznajesz mnie?
Pozwolił pytaniu wisieć w pustce przez dłuższą, okrutną chwilę, teraz już otwarcie wpatrując się w aurorkę z twarzą doskonale bez wyrazu. W końcu uznał, że nie chce prowadzić tej rozmowy leżąc na plecach i spoglądając na nią z dołu. Odepchnął się nogami od ściany i sprawnym przewrotem przez ramię wylądował na podłodze. Wygładził na sobie więzienne ubranie, odrzucił zmierzwione włosy do tyłu i podszedł do krat. Podniósł na nią wzrok.

- Serio? - zapytał wreszcie głosem, w którym czaiło się coś niebezpiecznie bolesnego, całkiem przeczącego pozorom jego opanowania i arogancji. Przełknął jednak ślinę i kontynuował tak samo zimno, jak wcześniej - Pozwoliła ci się pożegnać? A może pozwoliła sobie na jeszcze jedną małą wendetę, tym razem prywatną, a nie sankcjonowaną prawnie? - prychnął.

Między nim a aurorką Dianą Brekker leżało… wiele. Nieporozumień, emocji, niepotrzebnych słów i tych potrzebnych, a nigdy nie wypowiedzianych. Di była pełna pasji, twarda i w gniewie nierzadko tak samo niedojrzała, jak i sam Hannibal… Na pewno miała powody, by mieć do Hannibala żal.
Ale nie była okrutna.
Czy zrobiłaby to? Jemu? Sobie? Zelenie?

Być może. Tak. Nie.

Patrzył w szklące się, niebieskie oczy kobiety i czuł, jak jego fasada kruszeje.

…nie miał pojęcia.

- Zel - zaczął wreszcie, ostrożnie, wkładając swój talent aktorski w to, by brzmieć spokojnie. Ostatecznie na to miały się przydać lata spędzone na scenie: udawanie, że bycie prowadzonym na egzekucję (i to przez kogo!) go nie rusza - Naprawdę nie wiesz?

Stanął przy kracie i chwycił za jeden z prętów - nie ze złością, a raczej w mimowolnej potrzebie bycia bliżej kogokolwiek żywego, kogokolwiek bliskiego - nawet, jeżeli ta bliskość była dawno pogrzebana i martwa. Opuścił wzrok. Skóra na knykciach prawej dłoni była zaczerwieniona i lekko zdarta po tym, jak kilka godzin wcześniej przywalił nią w ścianę. Nie bolała. Nie bardziej, niż cała reszta, w każdym razie. Niż przerażone oczy Zeleny we wrogiej twarzy jej bliźniaczki.

- Złapałaś mnie. To znaczy, Di mnie złapała - poprawił się, wzruszając ramionami - Zrobiłem coś głupiego i to praktycznie na trzeźwo, jeżeli możesz uwierzyć. Koleś mnie wkurwił, przyfasoliłem mu zaklęciem, a on, okazało się, nie miał dystansu do siebie, ale za to miał kumpla w Biurze Aurorów, więc rozpatrzyli sprawę szybciej, niż normalnie i nawet nie bardzo mieliśmy czas jakoś to zatuszować - rodzina Selwynów miała oczywiście środki, żeby radzić sobie z podobnymi problemami, nie, żeby Hannibal często wdawał się w bójki, magiczne czy bardziej konwencjonalne. Z jakiegoś powodu tym razem rekompensata, przekupstwo i naturalny selwynowy urok nie zadziałały. Może faktycznie rzeczy potoczyły się zbyt szybko.

- Teraz, jak widzisz, czekam na egzekucję. Wiesz, Zel - popatrzył na nią, a może przez nią, ciemne oczy tak w tym momencie odległe - Nie rozumiem, czemu właściwie rozmawiamy. Diana mnie ścigała, dopadła i zamknęła.

Nie było cię tam, więc i teraz pozwól jej dokończyć dzieła.

- Więc? - zakończył swoją historię pełnym goryczy pytaniem, odpychając się od krat i cofając o krok - Czemu tu jesteś?
Dr Jekyll & Mr Hyde
o dwóch takich, co podzieliły księżyc
wiek
20
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
rozszczepieniec
zawód
stażystki w Mungu / kelnerki w mugolskim barze
Dość wysoka (173 cm) blondynka o niebieskich oczach. Wydaje się szczupła, ale w rzeczywistości jest dobrze umięśniona i szybko biega. Mówi z delikatnym akcentem. Najczęściej zakłada mugolskie ubrania, ceni sobie swobodę, ale na specjalne okazje ma kilka pięknych sukni i szat, odziedziczonych po matce.

Zelena Brekker
#6
17.10.2026, 02:16  ✶  
Przez chwilę zdawało jej się, że Hannibal mówi do niej w obcym języku. Słowa wprawdzie rozpoznawała, każde z osobna miało przecież znaczenie, lecz kiedy próbowała połączyć je w całość, sens umykał jej niczym woda przesypująca się przez palce. Diana go schwytała. Diana go tutaj zamknęła. Diana miała doprowadzić go na egzekucję. I jeszcze to osobliwe przekonanie, z jakim opowiadał o nich obu, jak gdyby wiedział o czymś, o czym ona sama nigdy nie słyszała.
Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczyma, a każda kolejna rewelacja sprawiała, że jej brwi wędrowały odrobinę wyżej. Dopiero gdy wspomniał o przewinieniu, za które został skazany, na jej twarzy odmalowało się niepohamowane niedowierzanie.
- Za… za zaklęcie? - powtórzyła bezgłośnie niemal, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Przecież ludzie rzucali na siebie zaklęcia każdego dnia! Kłócili się, obrażali, tracili panowanie nad sobą, a później przepraszali albo i nie. Owszem, nie należało pochwalać podobnych wybryków, lecz czy naprawdę jedno nieprzemyślane zaklęcie mogło kosztować człowieka życie? Co się tutaj działo? Zelena poczuła mdłości.
- Ale przecież… przecież to niedorzeczne! - wyrwało jej się, zanim zdążyła pomyśleć, czy przypadkiem ktoś nie podsłuchuje ich rozmowy. Zaraz ściszyła głos, pochylając się ku kratom. - Nie można kogoś skazać na śmierć za coś takiego! To znaczy… oczywiście, nie powinieneś był rzucać w niego zaklęciem, ale… na Boga, Hanni, przecież to nie jest powód, żeby…- nie dokończyła.
Na moment opuściła głowę, pozwalając jasnym kosmykom opaść na policzki. Wstydziła się własnej bezradności. Zelena uniosła wzrok. Czyżby Hannibal rzeczywiście sądził, że Diana mogła jej na cokolwiek pozwalać? Że była tutaj, gdzieś obok, zdolna podejmować decyzje, których Zelena nie pamiętała? Nie miało to najmniejszego sensu. Czy w tym świecie jednak miało? Niczego nie była już pewna.
- Obudziłam się dzisiaj we własnym łóżku. Przyszła po mnie jakaś aurorka, nazwała mnie Dianą i powiedziała, że mamy iść na patrol. A potem… potem znalazłam w szafie mundur, odznakę, jakieś ubrania, których nigdy wcześniej nie widziałam. Wszyscy mnie znają, wszyscy czegoś ode mnie chcą, a ja nawet nie wiem, dlaczego miałabym pracować w Biurze Aurorów, skoro jestem stażystką w Mungu!
Wyrzucała z siebie słowa coraz prędzej, jak gdyby obawiała się, że jeżeli choć na chwilę zamilknie, zabraknie jej odwagi, by powiedzieć cokolwiek więcej. Dopiero kiedy usłyszała własny, nazbyt podniesiony głos, urwała gwałtownie i obejrzała się przez ramię. Pomieszczenie pozostawało puste.
- Przepraszam - szepnęła, choć sama nie wiedziała, za co właściwie przeprasza.
Dostrzegła jego cofnięcie się od krat i poczuła ukłucie w sercu. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego patrzył na nią z takim żalem.
Wciąż miała przed oczami ulice, którymi szła tego ranka. Nieskazitelnie czyste chodniki, wypielęgnowane rabaty, równo przystrzyżone żywopłoty. Ludzi uśmiechających się do siebie z taką gorliwością, jak gdyby szczęście stanowiło nie tyle przywilej, ile obywatelski obowiązek. Nie widziała ani jednego papierka, ani jednej zabłoconej kałuży, ani nawet człowieka, który odważyłby się okazać niezadowolenie. Z początku wydało jej się to urocze. Pomyślała nawet, że może mieszkańcy Londynu wreszcie nauczyli się dbać o swoje miasto. Teraz jednak wspomnienie tych pogodnych twarzy przyprawiało ją o osobliwy niepokój.
- To musi być sen - oznajmiła nagle, z przekonaniem człowieka, który wreszcie dostrzegł rozwiązanie dręczącej go zagadki. - Musi. Przecież to wszystko jest zupełnie niedorzeczne! Ty tutaj, ja jako auror, Diana, a do tego cały Londyn wygląda jak obrazek z jakiejś książeczki dla dzieci.
Zaczęła szczypać swoją rękę do czerwoności, byle tylko się obudzić z tego koszmaru. Przez kilka sekund przyglądała się zaczerwienionej skórze, po czym podniosła wzrok ku Hannibalowi. Nie wyglądał jak wytwór jej wyobraźni. Wszystko było tak nieznośnie rzeczywiste.
- Hanni… ja naprawdę nie wiem, co się dzieje - wyszeptała. Jej zwyczajowy optymizm wyparował. - Co ja mam zrobić?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Hannibal Selwyn (1178), Pan Losu (47), Zelena Brekker (2122)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa