– Co cię tak bawi? Słowo „biblioteka” czy „poczytać”? – zapytała złośliwie, absolutnie nie mogąc się powstrzymać.
Wiedza była największym bogactwem tego świata. Owszem, pieniądze ułatwiały wiele spraw (i choćby dlatego Victoria nie miała po prostu zawodu: córka bogatych rodziców, a najzwyczajniej w świecie poszła do pracy i to naprawdę bardzo dobrze płatnej – by pomnażać pieniądze na koncie), ale można je było stracić. Wiedzy za to nie. Można na niej było zbić fortunę. Można było dzięki niej się utrzymać. Można było wymyślić coś, czego jeszcze nie było, zyskać sławę jako specjalista, uznanie… i dlatego Victoria nie rozumiała, jak można było dobrowolnie odcinać się od tej wiedzy. Nie mieć w sobie chęci rozwoju, biblioteka była zaś miejscem, które mogło ci go zapewnić i to zupełnie za darmo. Może nie potrafiła na to patrzeć inaczej, bo w takich wartościach została wychowana, bo bibliotekę miała na wyciągnięcie ręki, należała w końcu do jej rodziny od strony matki, i kiedyś bywała tam bardzo częstym odwiedzającym. Ostatnio trochę rzadziej, bo w jej życiu działo się tyle, że nie miała na to tyle czasu, ile by, prawdę mówiąc, chciała.
– Zgodzę na co? Żeby puścić cię wolno, Weasley? Nie ma mowy, posiedzisz sobie dzień w celi to przynajmniej wytrzeźwiejesz i nie narobisz kolejnych głupot. Jeszcze mi za to podziękujesz – stwierdziła po prostu i wydobyła w końcu różdżkę z kieszeni. Jakoś na ulicach Nokturnu czuła się bezpieczniej, trzymając różdżkę w pogotowiu, nawet jeśli ludzie raczej ją omijali, gdy widzieli charakterystyczny mundur i rozpoznali twarz. Z rodziną Lestrange nie każdy chciał zadzierać, tak samo zresztą jak z aurorami i Ministerstwem, nawet jeśli nim gardzili.
Dźgnęła go końcem swojej różdżki w plecy.
– Idziemy – powiedziała, wskazując mu kierunek, z którego sama przyszła. Musiała znaleźć swojego dzisiejszego towarzysza patrolu, nawet jeśli wkurwiał ją niemożebnie i wolałaby tu być bez niego.
A potem… Potem mogli się teleportować do Ministerstwa – i tu oczywiście Lestrange złapała Billiusa za nadgarstek, by zabrać go ze sobą, a później zaprowadzić do aresztu, jaki mieli w Ministerstwie i przydzielić mu przytulną celę.