• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[24-31/10/72] Corp Criadh; or, The Morbid Prometheus

[24-31/10/72] Corp Criadh; or, The Morbid Prometheus
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#1
09.09.2026, 17:38  ✶  

Zadanie od Voldemorta


— otrzymane tutaj —

24 października — zdobywanie materiału

Czerń nocy pozacierała już kontury rzeczy, gdy czarownica podchodziła do bram cmentarza krokiem niespiesznym, a jednak zdradzającym jakąś determinację, wyzbytym typowej dla Helloise leniwej powłóczystości. Mimo że nie należała do osób energicznych, przy drętwej martwocie cmentarza nie przypominała wcale zjawy, która by tu przyszła nawiedzać.
A nawiedzeń właśnie obawiała się czarownica najwięcej, lecz nie ze względu na pomstę złych duchów, a z obawy, że duchy mogłyby być świadkami jej wizyty. Świadków nie życzyła sobie, lecz tak jak ludzi mogła pod osłoną nocy uniknąć, tak duchów godziny snu nie obowiązywały. Musiała się z ich ewentualnością pogodzić. Weszła tedy czujna między alejki mogił, lecz początkowo nie dostrzegała żadnych nieproszonych obecności.
Nie było nic występnego w tym, co zamierzała zrobić. Nie sądziła, żeby miała tymi działaniami uchybić jakiemukolwiek bytowi, który mógł być do cmentarza nieszczęśliwie uwiązany. Wręcz przeciwnie. Miała do ich niedoli duży szacunek i w cichości swej duszy wiedźma prosiła Bogów, aby tym, którzy wciąż tu być mogli, dano tego Samhain możliwość dobrego przejścia, aby żadne z nich nie pozostało tu uwięzione na kolejne miesiące. I jej intencja była szczera, bo słuszny porządek rzeczy leżał jej na sercu.
Nie żywiła szczególnego szacunku wobec ziemi trzymającej ziemskie szczątki, nie przypisywała obrazoburczych znaczeń rozkopywaniu grobów. Zamierzała zabrać trupom ich ziemię tak, jak została o to poproszona. Aby dopomóc sobie w tym celu, czarownica wzięła ze sobą miotłę obciążoną sztychówką i kilkoma blaszanymi wiadrami, na których wyłaniający się zza chmur samotny księżyc kładł srebrzyste odblaski. Na cmentarzu nie było jednak tej nocy ani martwej, ani żywej duszy, która by mogła kobietę z tym osobliwym ekwipunkiem ujrzeć.
Wyszukała sobie Helloise miejsce na skraju cmentarza, skryte przed potencjalnymi oczyma i ozdobione kilkoma drzewami. Mogiły w tej części były raczej stare, nikt się o nie od dawien dawna nie troskał. Wiele z nich składało się wyłącznie z ukruszonego pomniczka, nie miało żadnej płyty nagrobnej.
Takiego zakątka było jej trzeba. Tutaj przystąpiła do pracy.
Rozkopywanie cmentarnej ziemi było zajęciem żmudnym i fizycznie uciążliwym, lecz nie różniło się wiele od przekopywania grządek, do czego wiedźma była przywykła. Kopała początkowo równym rytmem; za drugim wiadrem zaczęła ociągać się nieco. Szata była już uwalana ziemią. Monotonia fizycznej pracy zawsze kobietę mimo to relaksowała i mogła przy niej swobodnie oddać się rozmyślaniom nad sensem. Sensy cmentarnej ziemi musiały być. Początkowo Helloise skierowała swoje myśli ku przyrodzie — rozważała, jakie bakterie, jakie grzyby, jakie patogeny skrywa ta gleba, w której od wieków składano ludzkie ciała. Zapewne nie o grzyby i bakterie żerujące przy miejscach pochówków chodziło Voldemortowi. Nie. Znaczenie musiało być rytualne, tak jak o rytuał ocierało się całe to, co kazał jej zrobić.
Po czwartym wiadrze zmęczona czarownica przyklękła przy swoim urobku, dla rozluźnienia poruszając obolałymi ramionami. Wzięła z wierzchu jednego z kopców czarną, wilgotną grudę ziemi i w zamyśleniu rozbiła ją w palcach.
A więc cmentarna ziemia i glina.
Była część Helloise, która pragnęłaby umieć uchwycić ten konkretny komponent, który glinę z cmentarza czynił szczególną dla jej dzieła. Może mogłaby wyizolować ów element i użyć go dla jakiegoś innego, własnego celu. Jednocześnie czarownica chciała wierzyć, że wie, kiedy przestać zadawać światu pytania. Poniżeniem tajemnic magii było czynienie z nich przedmiotu laboratoryjnego badania, do jakiego sprowadzali go w Ministerstwie.
Czarownica wstała. Zapach wilgotnej, świeżo rozkopanej ziemi unosił się wszędzie wokół; komplementowały go mokre mchy obrastające stare nagrobki oraz kwiaty gnijące w wazonach opodal.
Aby ocenić, ile zajmie jej wyrównanie porytego szpadlem terenu, Helloise rozejrzała się dookoła, przebierając palcami u rąk. Wtedy poczuła drzazgę, która musiała wejść jej w dłoń, kiedy kopała.
— Huh.
Zafascynowana czarownica podniosła dłoń do ust. Zębami wygryzła z brudnego ciała kolec — bez chwili namysłu, jakby tylko czekała na pretekst do zaspokojenia niepoprawnej ciekawości i posmakowania ziemi z grobów.
Tajemnice magii nie musiały być przed nią odkryte, żeby mogła je skonsumować.

Helloise wiedziała, że zapewne będzie musiała wrócić jeszcze którejś nocy. Bezpieczniej byłoby zrobić to za jednym razem, lecz wątłych sił kobieta nie miała krzepy do kopania długimi godzinami. Postarała się, aby rozgarnąć ziemię i utwardzić ją nieco, aby punkt nie rzucał się aż tak w oczy.

// z wykorzystaniem przewagi Latanie na miotle do przenoszenia tych jebanych wiader; z respektem dla mojego lichego AF, że nie ukopałam ich wszystkich na raz


dotknij trawy
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#2
14.09.2026, 16:14  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2026, 18:25 przez Helloise Rowle.)  
25 października — tratwa golema

W sypialni Helloise unosiła się woń jak z niedomkniętego grobu. Wiadra pełne cmentarnej ziemi mającej jej posłużyć do stworzenia figury stały obok łóżka, lecz wiedźma nie przystępowała jeszcze do właściwej pracy. Jeszcze nie.
Niemądrze byłoby stwarzać to dzieło na nagiej podłodze. Jakżeby ona później golema podniosła? Rzecz należało od początku zaprojektować z uwzględnieniem myśli inżynierskiej. Helloise zamierzała stworzyć dla golema tratwę. Statek powietrzny o konstrukcji bazowanej na prostym podeście i dwóch magicznych źródłach energii w postaci prototypowych mioteł, aby — gdy nadejdzie pora — wznieść rzeźbę w powietrze i na tratwie powieść ją za różdżką ku samemu sercu stawu.
Tam bowiem, gdzie Helloise brakowało siły mięśni i uzdolnień magicznych, mogła wspomagać się bystrością umysłu oraz rzemieślniczym zacięciem.
Wiedźma wyrysowała projekt na kartkach. Wyliczyła udźwig, uwzględniła konieczność zapewnienia konstrukcji stabilności i sterowności, dobrała właściwe rdzenie i drewna. Przez cały dzień nanosiła w swoich notatkach poprawki, bo nieraz w toku codziennych zajęć nachodziła ją idea korekty. Projekt był w zamyśle prosty. Liczyło się tylko to, aby tratwa golema uniosła się, płynęła stabilnie i udźwignęła wielokilogramową rzeźbę glinianą.
Nocą Helloise zakasała rękawy i zasiadła do pracy. Zbicie solidnego podestu z prostych desek było zadaniem banalnie prostym. Wprawienie go w ruch wymagało więcej przemyślności i precyzji.
Rzemieślniczka wprawiła magiczne rdzenie w dwie gałęzie czereśni i upewniła się, że każda z nich gotowa jest się wznieść samodzielnie do lotu. Zanim jeszcze wstało słońce, gałęziami został podbity podest. Wiedźma mogła podejść do pierwszych testów swojego dzieła. Zmęczona stanęła na tratwie tam, gdzie stanąć miał wkrótce golem, i machnięciem różdżki wzbudziła rdzenie w miotłach do życia, aby uniosły konstrukcję nad podłogę.

// rzemiosło + tworzenie przedmiotów drewnianych (II) na stworzenie tratwy powietrznej
Rzut Z 1d100 - 55
Sukces!

Tratwa nie była tak stabilna, aby w pełni zadowolić oczekiwania Helloise względem jej własnej pracy. Czarownica wykonała kilka podskoków na zawieszonym w powietrzu drewnianym podeście, spróbowała go rozhuśtać. Mógłby być stabilniejszy — lecz tyle musiało i powinno wystarczyć.


dotknij trawy
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#3
18.09.2026, 23:59  ✶  
Kolejne noce…

Kolejne noce upłynęły czarownicy na rzeźbieniu. Mieszaniu ziemi i gliny z wodą. Formowaniu na drewnianym podeście golema wedle przepisu dostarczonego jej przez Voldemorta. Wznosiła go od samych podstaw, od stóp, przez nogi, i wyżej. Kończyny potwora były chude, co zagrażało stabilności całej figury. Helloise oczekiwała kogoś postawniejszego, a tymczasem kobietka, której wizerunek miała oddać, była taka wątła. Malutka, drobna.
Helloise nie miała wiele doświadczenia w rzeźbieniu figur z gliny, szczególnie figur tak wielkich. Sytuacja była odwrotna do tej, z jaką miała zwykle do czynienia w swojej pracy. Z drewnianych form wykrawała porcje materiału, aby uzyskać pożądany kształt; tutaj musiała materiału dokładać warstwa po warstwie. Czyniło to medium nieco bardziej wybaczającym. Dopóki golem nie zasychał, dopóty ona mogła go poprawiać, i nawet gdy coś przyschło jej nie tak, jak należy, wystarczyło zwilżyć to wodą, aby odzyskać plastyczność. Na rękach masa zasychała jeszcze szybciej i chwila przerwy potrafiła poskutkować sztywną skorupą na dłoniach. Wiedźma potrzebowała obmywać je często, bo gdy warstwa zaczynała się robić zbyt gruba, ona traciła czucie i precyzję w palcach, którymi posługiwała się przez większość czasu.
W pracy z glinianą rzeźbą wszystko jednak mogło być narzędziem. Korzystała więc Helloise z przeróżnego przeznaczenia szpatułek, sztućców, noży, szpikulców — jakikolwiek rys potrzebowała w danej chwili nadać golemowi. Praca była brudna. Na całym tym zużytym chałupniczym instrumentarium pozostawała szarawa, ziemista skorupa.
Mimo to Helloise miała wrażenie, że wnętrze lalki nigdy nie zaschnie. Pod stwardniałą warstwą zdawały się czaić wilgotne błotniste wnętrzności. Pewnego razu czarownica przebiła bok kukły drutem. Wyszedł z niej rzeczywiście mokry. Skoro jednak stwór i tak trafi wkrótce do wody, wilgoć nie powinna mu szkodzić.
Gliniany wizerunek kobiety urastał każdej nocy o kolejne części ciała. Coraz więcej przypominał osobę. Helloise przypatrywała się jej przed zaśnięciem, jako że to bluźniercze dziecię powiła we własnej sypialni, obok własnego łóżka.
Dużo uwagi poświęciła twarzy figury. Trudno o bardziej fascynujący element ludzkiej anatomii niż twarze. Przez to jak świetnie umysł je rozpoznaje, najwięcej wymagają precyzji, najmniej wybaczają błędów. Długimi godzinami stała więc wiedźma naprzeciw swojego niemal ukończonego dzieła przy świetle kilkunastu świec rozstawionych po sypialni. Kciukami wygładzała poliki ulepione z błotnistej brei. Sunęła palcami wzdłuż grzbietu nosa, wysmuklając go, zaokrąglając czubek. Z satysfakcją podarowała golemowi kształtne usta. Twarz miał ładną, mimo że brudną.


dotknij trawy
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#4
11 godzin(y) temu ✶  
27 października — powrót na cmentarz

Do nekropolii w Dolinie Helloise powróciła również kilka nocy później. Tym razem prowadziła ze sobą brata, dwa szpadle i te same wiadra. Po ostatnim przekopywaniu cmentarza wciąż bolały ją ramiona, a tej nocy zamierzali nie tylko zebrać stąd ziemię, ale i otworzyć grób. Tego z pewnością nie dokonałaby sama.
Ziemi z cmentarza potrzebuje Voldemort, więc musimy zabrać część tego, co rozkopiemy, objaśniała wcześniej Garethowi wiedźma, tłumacząc, na cóż im wiadra. Zwłoki będą dla nas na Samhain.
Eliksir przyjmie wszystko. Wystarczyłby choćby i kawałek kości, więc grób nie musiał być świeży. Wędrowali toteż mrocznymi alejami cmentarza jak po centrum handlowym, rozglądając się za czymś, co… Helloise sama nie wiedziała, jakie obrać kryterium. Pozwoliła więc, aby prowadziło ich przeczucie, bo o żadnych z tych ludzi nie miała pojęcia.
— Bylebyśmy byli pewni, że to magowie — westchnęła, nie mogąc przełknąć myśli, że miałaby paradować w skórze mugola. Tych zaś, na ich nieszczęście, chowano w Dolinie Godryka tuż obok czarodziejów.


dotknij trawy
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#5
4 godzin(y) temu ✶  
— Trzeba było wcześniej skołować jakiś spis — cmoknął niepocieszony, idąc aleją pochówków brzydkich, nieciekawych truposzy.
Nazwiska nic mu nie mówiły, daty owszem. Liczył je w głowie jak knuty, odrzucając wszystko sprzed dwóch wieków i wszystko z ostatniej dekady, bo pierwsze się mogło już nie nadawać ze względu na zbyt zaawansowany rozkład, a do drugiego mógł jeszcze ktoś przychodzić ze świeżymi chryzantemami. A potem pechem pechów rozpoznać na tej cholernej polanie, bo Gary akurat zielonego pojęcia nie miał jaki rodzaj typa może go tam spotkać. Nie wiedział czy był to scenariusz, którym powinien się aż tak przejmować, ale takie przemyślenia zachował sobie na później.
Nie zachował sobie za to na później krytycznego wyboru swojej nowej, tymczasowej gęby. Przystawał przy kolejnych kamieniach, przykładając dłoń do liter i zdrapując z nich mech paznokciem. Kamieniarze mieli paskudny zwyczaj kucia wyłącznie tego, co potrzebne. Żadnego portretu skupionego na linii szczęki nieszczęśnika. Żadnego opisu twarzy. Żadnej wzmianki o zębach…
— Popatrz, tutaj jakiś Elonus. Elonus! — parsknął, przechylając głowę. — Nikt o takim imieniu nie mógł być przyst…nie był magiem słusznej krwi. Idziemy dalej.
Dwie aleje później kamień stał krzywo, przechylony ku wschodowi, oblepiony mchem tak gęsto, że litery trzeba było czytać palcami.
— Carrot — odczytał z powagą, prostując się. — Helciu, znalazłem nam warzywniak.
Podrapał kciukiem dalej, zsuwając zielony kożuch, i marchewka rozpadła się na dwoje. Carrow. Dwa imiona, jedno pod drugim, wykute tą samą ręką. I dwie daty śmierci, identyczne co do dnia.
Gwizdnął cicho.
Przykucnął przy płycie, opierając przedramiona na kolanach, i przeczytał wszystko jeszcze raz, powoli, jak czyta się warunki zakładu. Coś mu na początku nie pasowało. Trzydzieści siedem lat w momencie śmierci. Nazwisko ze skorowidza. Przy kobiecie nie było panieńskiego.
Zmarszczył czoło, widząc na dobrą sprawę wyłącznie dwie daty.
— Rok śmierci 1869. Ale mamy zagwozdkę — oznajmił z niekłamaną satysfakcją, stukając palcem w kamień. — Jedno nazwisko… ale i jedna data urodzenia. Oraz jedna data śmierci.
Wyobraził to sobie i skrzywił się, ale bardziej dla efektu niż z przekonania. Brat z niezamężną siostrą pod jedną płytą to nie było jego zmartwienie, bo jego zmartwieniem było to, czy facet umarł mając proste zęby i czy był zarówno cholernie przystojny jak i cholernie nijaki, aby nie wzbudzić w nikim żadnych podejrzeń.
— Rodzina, która rodzi się razem, umiera razem i zostaje razem — mruknął pod nosem, niby to pochłonięty kontemplacją ludzkiej egzystencji. 
Wstał, otrzepując kolana. Coś mu w prawym strzyknęło przy odgięciu, więc musiał stęknąć jak schorowany starzec.
Ziemia przy płycie zapadła się lekko, wyrównana latami i porośnięta tą samą chudą trawą co reszta alei; nikt tu od dawna nie przychodził, nikt nie wyrywał chwastów, nikt nie zostawiał po sobie ani kamyka.
— Helciu — powiedział, odwracając się przez ramię, z tą samą miną, z którą w wieku pięciu lat informował mamę, że się zesrał Lazarusowi do plecaka — dwójka Carrow po trzydziestce. Najwidoczniej bez większych osiągnięć skoro pochowani zostali sami, z dala od reszty rodziny. Obstawiam niskich rangą pracowników Ministerstwa. Co ty na to?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Gareth Rowle (495), Helloise Rowle (1551)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa