Nokturn był na tyle paskudny, żę przyjmował nocą tylko tych, którzy nie potrzebowali światła, żeby odnaleźć drogę. Louvain skręcił z głównej ulicy w węższe przejście, gdzie kamienne mury niemal stykały się nad głową. Miejsce wskazane przez Voldemorta znajdowało się za zamkniętym od lat zakładem introligatorskim. Zejście prowadziło do dawnej pracowni, której podłoga dawno temu zapadła się wraz z jednym z kanałów. Została po niej tylko głęboka, kamienna niecka, a przez szczeliny sączyła się para z podziemi. Idealne miejsce na rozmowę z ludźmi, którzy nie powinni być widziani. Nie wszedł od razu. Zatrzymał się przy wejściu i pozwolił ciszy zrobić to, czego zwykle nie potrafiły słowa. Kilka lat wcześniej sam był jeszcze jednym z tych, którzy musieli udowodnić, że zasługują na miejsce przy stole. Wtedy jednak niewielu rozumiało, z czym właściwie mają do czynienia. Człowieka nazywanego szaleńcem z powodu jego manifestu można było przecież zbyć śmiechem, uznać za kolejnego radykała, który pomylił własne ambicje z możliwością zmiany świata. Louvain pamiętał, jak szybko ta pewność zaczęła się kruszyć. Kilka lat wystarczyło, by miano, które wcześniej można było wypowiedzieć z pobłażaniem, nie potrafiło przejść przez gardło. Manifest ustąpił miejsca czynom. Człowiek, którego wielu uważało za szaleńca, stał się czarnoksiężnikiem, który zdołał zatrząść całą Anglią. Wystarczyło, że udowodnił, iż potrafi zmienić rzeczywistość. Był jednym z tych, którzy zobaczyli ją z bliska. Dlatego zastanawiał się, ile pokory mieli w sobie ci, których Voldemort polecił mu dziś spotkać. Młodzi, gniewni, dopiero co wyrwani z Hogwartu, a już wystarczająco długo obracający się po Nokturnie, by nauczyć się, że prawo jest przede wszystkim przeszkodą. Mogli być utalentowani, mogli być bezczelni, mogli nawet uważać się za niebezpiecznych. Ale powinni rozumieć, jak wiele dzieli człowieka, który potrafi przestraszyć kilku handlarzy, od człowieka, który sprawił, że całe miasto przestało wierzyć, że gdziekolwiek jest bezpiecznie.
Zszedł po kilku nierównych stopniach, powoli, bez pośpiechu. Jeśli już tutaj byli, nie potrzebował spieszyć się na spotkanie. Niech przez kilka chwil zastanawiają się, kto właściwie przyjdzie. Niech cisza wykona pierwszą część jego pracy. W końcu przeszedł przez próg. W półmroku dawnej pracowni dostrzegł ich sylwetki. W ich postaciach rodzaj pewności siebie, który który mówił, że jeśli do tej pory nie upadli, to potrafią latać. Louvain zamknął za sobą drzwi. Dopiero teraz mógł się przekonać co rzeczywiście potrafili. Przesunął spojrzeniem po zgromadzonych, zatrzymując wzrok na każdym z nich odrobinę dłużej, jakby nie próbował jeszcze ocenić ich, lecz samą wartość ich ambicji. W końcu pozwolił, by na jego twarzy pojawił się lekki, cwany uśmiech. - Wiecie, dlaczego większość ludzi na Nokturnie nigdy nie wychodzi poza Nokturn? - zapytał, pozostawiając pytanie na moment w ciszy. - Bo nauczyli się żyć w cieniu i w końcu uznali, że cień to ich miejsce. - Uśmiech nie zniknął, przeciwnie. stał się odrobinę wyraźniejszy, gdy Louvain spojrzał na nich z niemal rozbawioną pewnością. - Ale wy nie chcecie żyć w cieniu, mam rację?