17.08.2023, 22:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2023, 22:50 przez Desmond Malfoy.)
Aż podskoczył, gdy rzucony przez Oleandra widelec grzmotnął w talerz. Prychnął, marszcząc nos, i poderwał się z krzesła, nie odrywając dłoni od blatu.
- Nie możesz tak robić nie możesz - burknął, patrząc chłopakowi w oczy. - Nie mogę uwierzyć że to zrobiłeś nienawidzę tego i wiesz o tym od zawsze wiesz o tym.
Skrzywił się ni to w bólu, ni to w szlochu i trwał w bezruchu przez dobrą minutę, próbując zmusi się do osiągnięcia względnej równowagi
Sytuacja z minuty na minutę stawała się coraz gorsza, właściwie nie wykluczał, że przebije w swojej paskudności tę wczorajszą. Zdecydowanie nie był stworzony do przeżywania takich rzeczy. Chciał odpocząć, ale nie mógł. Sam zaczął tę rozmowę, sam ją zaplanował, niezależnie od tego, jak bardzo zdążyła się wykoleić. Musiał doprowadzić ją do końca. Tylko jak? Oleander, w swojej impulsywności, zdecydowanie nie pomagał. Westchnął ciężko, ale jego westchnięcie w jakiś dziwny sposób przypominało skowyt rannego zwierzęcia.
- Uspokój się teraz daj mi powiedzieć to co zamierzałem - wymamrotał, niezgrabnie nalewając sobie następną kolejkę i, jakby z odruchu, dolewając whisky do pełnej jeszcze szklanki Oleandra.
- Mi nie sprawia przyjemności picie przed południem… - Kłamał. To było tak groteskowo, wiseralnie przyjemne, jak rozdrapywanie strupa albo jak mycie rąk w kółko, w kółko, aż do krwi. Przez ból do zdrowia, po cierniach do gwiazd. - Ale to mój obowiązek żebyś. Nie musiał. Wracać do domu bez. Bez. Wyjaśnień.
Milczał chwilę ze spuszczoną głową, ze wzrokiem śledzącym esy-floresy haftu zdobiącego brzeg obrusu.
- Chciałem być. Miły. To proste powinieneś to rozumieć. Zamiast. Odpieprzać. W nocy byłeś w takim stanie że nie chciałem żebyś. Został sam. - Mówił z takim trudem, że samo słuchanie zdawało się wysysać energię z rozmówcy. - Nie chcę żebyś mnie. Zostawił. Na zawsze samego rozumiesz. To bardzo smutne dla mnie. Być żywym. Byłoby jeszcze gorzej. Bez ciebie.
Zacisnął wargi, posyłając Oleandrowi spode łba dziwnie dzikie spojrzenie. To nie tak miało pójść, nie to zamierzał powiedzieć; naprawdę był już zbyt pijany, żeby pokazywać się komukolwiek. Stęknął ciężko i złapał za brzeg swojego talerza, zastygając na kilka sekund w bezruchu. Później cisnął nim o ścianę.
Wydawał się zaskoczony hałasem, który sam wywołał. Porcelana z hukiem połamała się na kilka ostrych kawałków, brudnych od białego gruntu i stygnącego masła.
- To nie moja wina - wymamrotał mokrym głosem, przyglądając się tłustej plamie na ścianie i rozsypanym przy listwie podłogowej resztkom posiłku. - Że jesteś taki. To nie moja wina prawda.
- Nie możesz tak robić nie możesz - burknął, patrząc chłopakowi w oczy. - Nie mogę uwierzyć że to zrobiłeś nienawidzę tego i wiesz o tym od zawsze wiesz o tym.
Skrzywił się ni to w bólu, ni to w szlochu i trwał w bezruchu przez dobrą minutę, próbując zmusi się do osiągnięcia względnej równowagi
Sytuacja z minuty na minutę stawała się coraz gorsza, właściwie nie wykluczał, że przebije w swojej paskudności tę wczorajszą. Zdecydowanie nie był stworzony do przeżywania takich rzeczy. Chciał odpocząć, ale nie mógł. Sam zaczął tę rozmowę, sam ją zaplanował, niezależnie od tego, jak bardzo zdążyła się wykoleić. Musiał doprowadzić ją do końca. Tylko jak? Oleander, w swojej impulsywności, zdecydowanie nie pomagał. Westchnął ciężko, ale jego westchnięcie w jakiś dziwny sposób przypominało skowyt rannego zwierzęcia.
- Uspokój się teraz daj mi powiedzieć to co zamierzałem - wymamrotał, niezgrabnie nalewając sobie następną kolejkę i, jakby z odruchu, dolewając whisky do pełnej jeszcze szklanki Oleandra.
- Mi nie sprawia przyjemności picie przed południem… - Kłamał. To było tak groteskowo, wiseralnie przyjemne, jak rozdrapywanie strupa albo jak mycie rąk w kółko, w kółko, aż do krwi. Przez ból do zdrowia, po cierniach do gwiazd. - Ale to mój obowiązek żebyś. Nie musiał. Wracać do domu bez. Bez. Wyjaśnień.
Milczał chwilę ze spuszczoną głową, ze wzrokiem śledzącym esy-floresy haftu zdobiącego brzeg obrusu.
- Chciałem być. Miły. To proste powinieneś to rozumieć. Zamiast. Odpieprzać. W nocy byłeś w takim stanie że nie chciałem żebyś. Został sam. - Mówił z takim trudem, że samo słuchanie zdawało się wysysać energię z rozmówcy. - Nie chcę żebyś mnie. Zostawił. Na zawsze samego rozumiesz. To bardzo smutne dla mnie. Być żywym. Byłoby jeszcze gorzej. Bez ciebie.
Zacisnął wargi, posyłając Oleandrowi spode łba dziwnie dzikie spojrzenie. To nie tak miało pójść, nie to zamierzał powiedzieć; naprawdę był już zbyt pijany, żeby pokazywać się komukolwiek. Stęknął ciężko i złapał za brzeg swojego talerza, zastygając na kilka sekund w bezruchu. Później cisnął nim o ścianę.
Wydawał się zaskoczony hałasem, który sam wywołał. Porcelana z hukiem połamała się na kilka ostrych kawałków, brudnych od białego gruntu i stygnącego masła.
- To nie moja wina - wymamrotał mokrym głosem, przyglądając się tłustej plamie na ścianie i rozsypanym przy listwie podłogowej resztkom posiłku. - Że jesteś taki. To nie moja wina prawda.