• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 … 11 Dalej »
[03/1972] Crumpets – Desmond & Oleander

[03/1972] Crumpets – Desmond & Oleander
Cień Prokrusta
the stronger becomes
master of the weaker
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
187 cm wzrostu, blond włosy i niebieskie oczy. Ubrany elegancko, od linijki, głównie w beże, brązy i błękity. Pachnie subtelnymi, cytrusowymi perfumami. Rzadko pokazuje emocje, mówi szybkim, oschłym monotonem. Porusza się spokojnie, dumnie i sztywno.

Desmond Malfoy
#11
17.08.2023, 22:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2023, 22:50 przez Desmond Malfoy.)  
Aż podskoczył, gdy rzucony przez Oleandra widelec grzmotnął w talerz. Prychnął, marszcząc nos, i poderwał się z krzesła, nie odrywając dłoni od blatu.
- Nie możesz tak robić nie możesz - burknął, patrząc chłopakowi w oczy. - Nie mogę uwierzyć że to zrobiłeś nienawidzę tego i wiesz o tym od zawsze wiesz o tym.
Skrzywił się ni to w bólu, ni to w szlochu i trwał w bezruchu przez dobrą minutę, próbując zmusi się do osiągnięcia względnej równowagi

Sytuacja z minuty na minutę stawała się coraz gorsza, właściwie nie wykluczał, że przebije w swojej paskudności tę wczorajszą. Zdecydowanie nie był stworzony do przeżywania takich rzeczy. Chciał odpocząć, ale nie mógł. Sam zaczął tę rozmowę, sam ją zaplanował, niezależnie od tego, jak bardzo zdążyła się wykoleić. Musiał doprowadzić ją do końca. Tylko jak? Oleander, w swojej impulsywności, zdecydowanie nie pomagał. Westchnął ciężko, ale jego westchnięcie w jakiś dziwny sposób przypominało skowyt rannego zwierzęcia.
- Uspokój się teraz daj mi powiedzieć to co zamierzałem - wymamrotał, niezgrabnie nalewając sobie następną kolejkę i, jakby z odruchu, dolewając whisky do pełnej jeszcze szklanki Oleandra.
- Mi nie sprawia przyjemności picie przed południem… - Kłamał. To było tak groteskowo, wiseralnie przyjemne, jak rozdrapywanie strupa albo jak mycie rąk w kółko, w kółko, aż do krwi. Przez ból do zdrowia, po cierniach do gwiazd. - Ale to mój obowiązek żebyś. Nie musiał. Wracać do domu bez. Bez. Wyjaśnień.

Milczał chwilę ze spuszczoną głową, ze wzrokiem śledzącym esy-floresy haftu zdobiącego brzeg obrusu.
- Chciałem być. Miły. To proste powinieneś to rozumieć. Zamiast. Odpieprzać. W nocy byłeś w takim stanie że nie chciałem żebyś. Został sam. - Mówił z takim trudem, że samo słuchanie zdawało się wysysać energię z rozmówcy. - Nie chcę żebyś mnie. Zostawił. Na zawsze samego rozumiesz. To bardzo smutne dla mnie. Być żywym. Byłoby jeszcze gorzej. Bez ciebie.
Zacisnął wargi, posyłając Oleandrowi spode łba dziwnie dzikie spojrzenie. To nie tak miało pójść, nie to zamierzał powiedzieć; naprawdę był już zbyt pijany, żeby pokazywać się komukolwiek. Stęknął ciężko i złapał za brzeg swojego talerza, zastygając na kilka sekund w bezruchu. Później cisnął nim o ścianę.

Wydawał się zaskoczony hałasem, który sam wywołał. Porcelana z hukiem połamała się na kilka ostrych kawałków, brudnych od białego gruntu i stygnącego masła.
- To nie moja wina - wymamrotał mokrym głosem, przyglądając się tłustej plamie na ścianie i rozsypanym przy listwie podłogowej resztkom posiłku. - Że jesteś taki. To nie moja wina prawda.
Diva
I felt my heart crack -
slowly like a pomegranate,
spilling its seeds.
wiek
19
sława
IV
krew
czysta
genetyka
metamorfomag
zawód
Muzyk; kompozytor, pianista
Burza czarno-srebrnych loków, blade lico, gwiazdozbiory piegów. Oleander jest młodym mężczyzną o 183 centymetrach wzrostu i nienagannej posturze. Jego oczy zmieniają kolor w zależności od nastroju, dnia, pogody, miesiąca - lawiruje pomiędzy odcieniami z pomocą metamorfomagii. Dłonie ma smukłe, palce długie. Nosi biżuterię i kolczyki, ale zazwyczaj tylko wieczorami bądź na występy. Gustuje w perłach, złocie i szafirach. Na pierwszy rzut oka uśmiechnięty, pełny życia i pasji młody człowiek, który nie stroni od tłumów i rozgłosu.

Oleander Crouch
#12
23.07.2024, 22:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.07.2024, 23:12 przez Oleander Crouch.)  
Wargi Croucha rozchyliły się delikatnie, jakby chciał przerwać ten wybuch skumulowanych emocji, ale ostatecznie się powstrzymał. Poczuł jak satysfakcja rozlewa się po jego spiętym i przygniecionym napięciem ciele - jej ciepło łechtało mocno nadwyrężoną już cierpliwość.

Nie uciekł spojrzeniem, zniósł srogi nacisk zimowej zawiei; ciepło barwy wiosennej ziemi zdawało się roztapiać ostatki szronu. To wszystko było tylko maskaradą - wiarygodną iluzją i przepiękną fatamorganą. Desmondowi, mimo noszonego nazwiska, brakowało w tonie wyrachowanego chłodu, a Oleander, aby mu się przypodobać, ukrywał się za ciepłem i słodkością czekolady. Stali na przeciwko siebie, całkowicie odsłonięci, złączeni w uścisku pozorów - żaden z nich nie potrafił wyjrzeć ponad gruby żywopłot przyzwyczajeń.

Nieprzyjemne odczucie dało o sobie znać dopiero, gdy uświadomił sobie, jak okropnie Desmond musi się czuć. Zjęło mu to stosunkowo za długo, ale stawianie innych na pierwszym miejscu nigdy nie było jego najsilniejszą stroną. Myślał głównie o sobie - swoich potrzebach, zachciankach i celach. Cudem było, że udawało mu się dostrzec, dobijające się do świadomości, myśli o współczuciu. Tak, to było to - zorientował się, że było mu Desmonda najzwyczajniej w świecie szkoda. Ciało blondyna, spięte jakby od odczuwanego ciągle bólu, grymas na jego twarzy i obrzydzenie, z jakimi wypowiadał kolejne zdania.

Czy to możliwe, aby Desmond te wszystkie negatywne odczucia kierował w swoją własną stronę? Dla Croucha było to absolutnie nie do pomyślenia. Skonfundowanie takim stanem rzeczy spowodowało, że zepchnął tę myśl w czarne odmęty podświadomości, zostawiając ją na później.

- Ah tak, bo ty niby byłeś w lepszym stanie? - parsknął pod nosem, nie potrafiąc włożyć dumy do kieszeni i wysłuchiwać jak Malfoy maluje się w roli zbawcy. Nie była to wersja wydarzeń, którą pamiętał Oleander - Miły? Dlatego spiłeś się jak świnia i rzygałeś do miski? Czy może miły wtedy, gdy postanowiłeś ... - zostawić mi na twarzy ogromnego siniaka swoja pięścią, chciał dokończyć, ale po kolejnych, bardzo emocjonalnych słowach wypowiedzianych przez Desmonda, talerz poszybował przez jadalnię i uderzając o ścianę, rozbił się w drobny mak, rozbryzgując ostre odłamki na wszystkie strony. Oleander odruchowo osłonił twarz, aby nic jej nie uszkodziło.

Przez milisekundę ył gotowy przełknąć dumę, być może nawet przeprosić, po tym, jak blondyn wyznał, że nie chciał, aby ich relacja w ten sposób się skończyła. Niestety, agresywny gest oraz kolejne słowa, sprawiły, że Oleandrowi ze złości aż zaszumiało w uszach. Jaskrawa czerwień z jego piekących od emocji policzków przesunęła się falą po oczach, których kolor przez sekundę przypominał mający strawić wszystko na swojej drodze płomień, przez czarne loki, aż po, wcześniej białą część włosów pozostawiając ją intensywnie pomarańczową.

- Będzie tego! - pozwolił, aby doniosły krzyk poniósł się po pomieszczeniu, ogarniając je w tak samym oniemieniu jak wygrywane i specjalnie podkręcane akustyką sal koncertowych dźwięki fortepianu. Wstał gwałtownie, pozwalając, aby odsuwające się krzesło przewróciło się dramatycznie i sięgnęło z łomotem posadzki.

Dwoistość loków zanikła, a wcześniejszy ogień rozlał się po kosmykach włosów, sprawiając, że te stały się ciepłobrązowe, wręcz rudawe. Ciemne wcześniej oczy pojaśniały zazdrosną zielenią. Donośny komunikat wydawał się sobą przypominać, że jego rodzina nie bez powodu od stuleci zajmowała najważniejsze stanowiska w Wizengamocie. Niestety, humory Oleandra nie miały zbyt wiele wspólnego z trójpodziałem władzy oraz sprawiedliwością. Chociaż o tą ostatnią potrafił walczyć, ale tylko dla siebie samego.

- To niczyja wina, a przede wszystkim nic złego. Jestem 'taki' i 'taki' zostane, więc nie zachowuj się jakbym wbił ci tym nóż w plecy! To najbardziej bezinteresowna rzecz, na jaką jestem w stanie się zdobyć - kochanie. Jeżeli nie jesteś w stanie tego docenić, nie będziesz w stanie docenić też mnie. A mnie się zawsze powinno doceniać. Nie można inaczej. Nie należy mi się inne traktowanie. Od nikogo. Nawet kogoś tak wyjątkowego jak ty. Nie masz prawa mnie tak obrażać. Nie będę tego słuchał. To koniec. Wychodzę. - nie miał zamiaru wysłuchać kolejnych zdań Desmonda, nie był też pewien, czy ten próbował jakiekolwiek dopowiedzieć. Nie zważając na swój wybrakowany ubiór odwrócił się na pięcie i wyszedł z mieszkania, pozwalając aby drzwi donośnie za nim trzasnęły.

Aportował się.

Koniec sesji


“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Desmond Malfoy (1740), Oleander Crouch (2564)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa