Gdy muzyka umilkła – a była to już kolejna piosenka, którą przetańczyli i następna, jaka po chwili popłynęła z głośników, była nieco zbyt żywiołowa jak na gusta Cathala – pociągnął Ginewrę z powrotem do baru, by tam jeszcze zgarnąć sobie tego darmowego drinka, ostatniego, na jakiego zamierzał sobie pozwolić tej nocy.
– Co to za pomysł jeść coś, do czego dodano pewnie skarpety? – spytał przekornie, rzucając jej rozbawione spojrzenie. Wesołość migotała też w jasnych oczach, na samo wyobrażenie McGongall, która zjadłaby ten stos fasolek tylko dlatego, że tak nakazywała jej żyłka hazardzisty. I tak dobrze, że była pod tym względem odrobinę lepsza od Jamila. Ona nie musiała uciekać z Egiptu przed ludźmi, którzy z powodu gry chcieli ją zabić… – Kobieto! Jeszcze nie oszalałem. Nie zakładam się w przegranych sprawach. Gdybym się założył, przegrałbym, bo zjadłabyś je nawet gdyby miało cię wywrócić na drugą stronę. A potem zamordowałaby mnie Nell, która próbowałaby cię odratować, gdybyś trafiła na mieszankę w rodzaju ostre chilli, fasolka mydłowa i taka o smaku na przykład… wymiotnym.
Nie był pewien czy taki dałoby się znaleźć w specjałach Bertiego Botta, ale nie byłby zdziwiony. Te fasolki były złem wcielonym.
– Chcesz jeszcze zostać? Wracamy do obozu? Czy wolisz trochę otrzeźwieć na zewnątrz? – spytał, zerkając na zegarek, i sprawdzając, która godzina. Nie to, że mieli jakąś godzinę policyjną, oboje byli na to za starzy, i takie zresztą co najwyżej dla obozu mógłby wyznaczać Cathal, ale przesiedzieli już w dusznym, zatłoczonym klubie całkiem sporo czasu.