• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 9 Dalej »
[3 sierpnia 1972] Prywatne sprawy | Robert & Vera

[3 sierpnia 1972] Prywatne sprawy | Robert & Vera
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#1
01.06.2024, 00:04  ✶  

3 sierpnia 1972
Robert & Vera


Prędzej bądź później, w życiu każdego człowieka przychodzi ten moment, kiedy musi zająć się nękającymi go problemami. Incydent mający miejsce podczas Beltane, dobitnie uświadomił Robertowi, iż nie może odkładać tego na później. W dalszym ciągu ignorować tego, co się z nim działo. Choć nie był to atak serca, a jedynie alarmujące nerwobóle, nerwica, to nadal nie wzięło się to znikąd. Nie było też jedyną przypadłością, z którą musiał się zmierzyć.

Otrzymawszy odpowiedź na przesłany do Very list - będąc człowiekiem aż nadto ostrożnym, nie brał pod uwagę innej opcji jak poproszenie o pomoc osoby sobie znanej, na którą w dodatku posiadał pewnego "haka" - nie od razu zdecydował się teleportować. Dał sobie na to nieco więcej czasu. Na spokojnie dokończył rzeczy, którymi się zajmował. Przejrzał kolejne papiery, które znajdywały się na biurku. Zanotował sobie kilka uwag. Choć zdaniem brata powinien w tym momencie odpoczywać, prawda była taka, że najpewniej wyrządziłoby to w jego przypadku tylko jeszcze większe szkody. Bezczynność bowiem sprawiała, że ciężej było mu zachować spokój.

Ten spokój, który był mu teraz cholernie potrzebny.

Pod wskazanym adresem, adresem w zasadzie sobie znanym, zjawił się wczesnym wieczorem. Godzina nie była zbyt późna, ale też nie na tyle wczesna, żeby swoją wizytą zmusił Verę do wcześniejszego opuszczenia pracy albo zmiany innych swoich planów. Jakiekolwiek by one nie były. Wyglądał jak zwykle. Starannie ułożone włosy. Gładko ogolony. Ciemny golf, do tego dość jasna marynarka, spodnie. Wszystko odpowiednio do siebie dobrane, choć może niekoniecznie do pogody; panującej pory roku. Do temperatury, która była wysoka nawet o tej porze; nawet w deszczowym ponoć Londynie. Ostatecznie przecież to właśnie z nim, z deszczem, kojarzyła się ludziom Wielka Brytania.

Zapukał. Zatrzymując się przed znajomymi drzwiami, zapukał w nie kilka razy, licząc na to, że zgodnie z otrzymaną wiadomością, być może nie będzie musiał wystawać przed nimi, czekając aż Vera wróci do mieszkania. Nie byłoby to mu na rękę. Nie byłoby to również szczególnie komfortowe. Mogłoby to ściągnąć na jego osobę niepotrzebną uwagę. Uwaga ta natomiast - doprowadzić do pytań, z którymi wolałby nie musieć się mierzyć. Zwłaszcza gdyby okazały się jakimś cudem niekoniecznie wygodne.

Kiedy wreszcie Travers otworzyła drzwi, ewentualnie dołączyła do niego, wracając z jakiegoś spaceru czy innego gówna - tak, wiem, piękne słownictwo - grzecznie się z nią przywitał Skinął przy tym głową.

- Vero. - padło z jego strony. Dokładnie to. Samo tylko imię kobiety. Na więcej nie zamierzał sobie pozwolić do czasu, kiedy znajdą się wewnątrz jej mieszkania. Oddzieleni za pomocą jego ścian od przypadkowych osób, które mogłyby usłyszeć coś, co nie było przeznaczone dla ich uszu. A zasłyszane słowa zwyczajnie przekręcić, tym samym doprowadzając do komplikacji. Robert nie potrzebował szumu. Kolejnych skandali. Zwracania uwagi na swoją osobę. Było mu z tym kompletnie nie po drodze.

Widmo
An intelligent woman has millions of born enemies... all the stupid men.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Niska (160cm) brunetka o zielonych oczach, w których czają się tajemnicze ogniki. Gdy chodzi uśmiecha się delikatnie czerwonymi wargami niezależnie od pogody, prezentując fasadę przyjazną oraz przyjemnie do Ciebie nastawioną. W kącikach oczu widać pierwsze zmarszczki. Ubiór nienagannie dobrany, zawsze starannie wyprasowany okala eteryczną postawę. Przypomina spokojne, uśpione morze, trudno się po niej spodziewać burzy... Do czasu gdy nie przekroczy się cienkiej linii.

Vera Travers
#2
01.06.2024, 18:25  ✶  
Pilne i prywatne.
Vera nie jest w stanie sobie przypomnieć kiedy ostatnio słyszała podobne kategoryzowanie sprawy. Te zwykle były ważne, nieistotne, trywialne, tajemnicze… Rzadko jednak bywały jednocześnie pilne i prywatne. Te drugie zwłaszcza niezwykle często pojawiały się w rozmowach, zwłaszcza w towarzystwie w którym ona się obraca. Towarzystwie naukowców, pochłoniętych projektami nieraz tak kontrowersyjymi iż woleli skrywać prywatność… Bądź spaczeni nauką na tyle, by nie być w stanie już normalnie rozmawiać, zawsze mając na podorędziu jakąś teorię wartą wspomnienia, obalenia czy potwierdzenia.
Pilne i prywatne... Zauważyć zdążyła, że pewne rzeczy w Robercie Mulciberze pozostały dokładnie takie same jak przed latami. I wie doskonale, że ten czarodziej nie używałby tych określeń na marne. Nie zwykł również wyolbrzymiać. Nadawać większego znaczenia rzeczom, które tak naprawdę były nieistotne. Pewna jest, iż w jego przypadku działa to w drugą stronę i miast wyolbrzymiać umniejsza pewnym kwestiom… Albo i ich większości.
I czuje podskórnie iż nie myli się w odbiorze tej sprawy - ten powód stoi za zaproszeniem czarodzieja do swojego domu pewna, iż znają tam odpowiednią ilość intymności aby móc poruszyć nawet te najintymniejsze z tematów. Mannan, niech mu ziemia lekką będzie, dołożył wszelkich starań by zapewnić Verze bezpiecznie miejsce, w którym będzie mogła zajmować się swoimi sprawami. Poszło mu tak dobrze, że nawet jego śmierć nie zmieniła tego stanu. Po otrzymaniu listu odwołuje wizytę u matki , przekładając ją na bliżej nie określony dzień. I choć datę wyznaczyć mogła inną, pali się w niej cień ciekawości.
Otwiera mu drzwi ubrana w zwiewną, letnią sukienkę. Pogoda tego lata jest niespotykanie aż słoneczna, mimo iż znajdują się w miejscu którego ikoną jest zła pogoda. Błękitny materiał nadaje jej osobie lekkości i subtelności.
- Robercie. - Wita się, lecz jej kąciki ust nie unoszą się ku górze, jak miały w dziwnym zwyczaju. Miast tego zielone oczy przez jedno uderzenie serca przyglądają mu się uważnie. Robi pół kroku w tył, by wpuścić go do mieszkania, a gdy tylko Robert przekracza próg przezornie zamyka drzwi i przekręca niewielki w nich kluczyk.
Wnętrze jest eleganckie, urządzone ze smakiem charakterystycznym dla Travers. Wszystko zdaje się posiadać swoje miejsce a z kilku ramek patrzy na nich Mannan, zwykle szczerzący się obok młodszej wersji Very na pamiątkowych zdjęciach. Nie jest sentymentalna, kilka lat pozwoliło jej zaakceptować swego rodzaju brak męża, a jednak trzyma nadal te zdjęcia będące częścią pewnego obrazka. Maski, jaką przyszło jej przyjmować przed rodziną.
- Rozgość się, proszę. Napijesz się czegoś? Kawy? Herbaty? Whisky? - Pyta, opierając się pośladkami o blat jednej z szafek. Głos czarownicy jest spokojny. Opanowany, bo nawet jeśli sprawa w liście brzmiała poważnie Vera wie, że emocje są niezwykle złym doradcą. A jeśli sprawa faktycznie była pilna oraz prywatna na złych doradców pozwolić sobie nie mogą.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#3
01.06.2024, 19:09  ✶  

Mijały dni. Mijały tygodnie. Wreszcie zaś mówić można było o miesiącach. Przez cały ten czas Robert bagatelizował pewne sprawy. Uparcie zaklinał rzeczywistość. Zachowywał się tak, jakby problemy natury zdrowotnej miały rozwiązać się całkiem same. I nawet jeśli wprowadził kilka drobnych zmian w swoim życiu, to nie zmieniło się jego tempo. Nie uległo zmianie to, jak wiele spraw miał na swojej głowie; jak wielu sprawom w dalszym ciągu starał się poświęcać swoją uwagę.

Lammas dobitnie uświadomiło mu, że musi coś zmienić. W jakiś sposób zareagować na to, co działo się z jego osobą. Z jego organizmem. Takiego strachu, takiego bólu... nie był pewien czy odczuwał to kiedykolwiek wcześniej. Być może tylko w tamtym jednym momencie. W tamtej chwili, kiedy na swoim karku poczuł JEGO dłoń. A następnie palce oplatające szyje. Zaciskające się wokół niej. Pozbawiające oddechu. Pokazujące co się stanie, jeśli kolejny raz pozwoli sobie na taką niesubordynacje.

Prosząc o pomoc Verę, zaczął działać zdecydowanie zbyt późno. Nie myliła się w tym przypadku. Nie była w błędzie, zakładając, że nie mieli tutaj styczności z czymś mało znaczącym. Być może nawet nieistotnym. Choć minęły lata, Travers wciąż do pewnego stopnia potrafiła w nim czytać. Czyniła założenia prawidłowe.

Znała go zapewne lepiej niż spora część ludzi, którymi się otaczał.

- Herbata powinna być odpowiednia. - odpowiada, kiedy wreszcie znajdują się wewnątrz mieszkania. Po drugiej stronie zamkniętych na klucz drzwi. Obydwoje. Podjęcie decyzji nie zajmuje mu w tym przypadku wiele czasu. Alkohol, po który sięga aż nadto chętnie, nie wydaje się teraz dobrym wyborem. Przede wszystkim wyborem prawidłowym. A i on sam niekoniecznie zdaje się mieć ochotę na whisky.

Z pewnym zainteresowaniem rozgląda się po mieszkaniu. Nieśpiesznie zapoznaje się z wnętrzem. Na dłuższą chwilę zatrzymuje wzrok na zdjęciach. Na pamiątkach, z których każda ma swoje miejsce. Pozwala sobie na zaspokojenie pewnej ciekawości. Pozwala sobie na to, żeby na spokojnie przetworzyć wszystkie informacje, których zdają się dostarczać cztery ściany należące do Travers.

Zdawać by się mogło - zupełnie innej Travers niż ta, którą swego czasu znał.

- Masz bardzo ładne mieszkanie. - pozwala sobie na ten komentarz. Być może słowa te wynikają z braku pewności dotyczącej tego, od czego należałoby zacząć rozmowę. Chęci odłożenia jak najdalej w czasie tych poważnych tematów. Tematów, z którymi przecież zmierzyć powinien był się znacznie wcześniej. A może, tak po prostu, chwali ją właśnie za gust, który przecież zawsze doceniał. Za dobry smak, którego Verze nigdy nie brakowało. Zarówno w kontekście aranżacji własnego otoczenia, w tym konkretnym przypadku mieszkania, jak i również zadbania o odpowiednią prezencje.

Widmo
An intelligent woman has millions of born enemies... all the stupid men.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Niska (160cm) brunetka o zielonych oczach, w których czają się tajemnicze ogniki. Gdy chodzi uśmiecha się delikatnie czerwonymi wargami niezależnie od pogody, prezentując fasadę przyjazną oraz przyjemnie do Ciebie nastawioną. W kącikach oczu widać pierwsze zmarszczki. Ubiór nienagannie dobrany, zawsze starannie wyprasowany okala eteryczną postawę. Przypomina spokojne, uśpione morze, trudno się po niej spodziewać burzy... Do czasu gdy nie przekroczy się cienkiej linii.

Vera Travers
#4
02.06.2024, 20:09  ✶  
Ciężko zatrzymać czas. Nawet oni - panujący nad magia czarodzieje czy naukowcy osiągający to, co wydało się być nierealnym - nie mieli wpływu na jego bieg. Czasu nie da się zatrzymać, nie da się również przywrócić tego co zdecydował się odebrać… A przynajmniej tak do tej pory wydawało się Verze, bo choć czas pozbawił ich swojego towarzystwa, tak teraz zdawało się ono powracać nie tylko za sprawą wspólnego  projektu. Przez chwilę zastanawia się, co jakie jeszcze rzeczy możnaby było odzyskać z rąk czasu. Utraconą młodość? Życie, które już dawno nie wydawało tchu? Mądrość przodków, która zaginęła gdzieś w dziejach?
Teorie podniosłe odstawia jednak na bok na rzecz niewielkiego rytuału, jakim jest parzenie herbaty. Pękaty czajniczek napełnia się wodą, filiżanki malowane w polne kwiaty znajdują miejsce na drewnianej tacce.
- Dziękuję. - Odpowiada, odwracając się przy tym w jego stronę. Zielone spojrzenie na chwilę ląduje na jego twarzy. Starała się by mieszkanie spełniało dwie funkcje - dopełniało pewien obrazek, jaki kreowała przed rodziną w ostatnich miesiącach jednocześnie będąc miejscem w którym czuje się dobrze. - Trochę jeszcze brakuje do stanu, w którym wszystko byłoby tak, jak chcę. - Dodaje, bo gdyby to mieszkanie miało być tylko jej, bez funkcji uzupełniającej zamieniłaby pewne jego elementy na inne, bardziej pasujące do jej osobowości. Podejmuje temat w sposób nienachalny, by nie atakować Roberta ciszą którą podług pilnego i prywatnego mogłaby być zbyt ciężka. Najlepszy susz ląduje w pasującym do filiżanek dzbanku, tuż za nim pędzi tam gorąca woda. Herbacianego rytuału dopełnia pojemniczek z miodem oraz kilka korzennych ciasteczek.
Wszystko znajduje się w końcu na kuchennym stole, a gorący napar rozlewa się między dwoma filiżankami. Dobór pomieszczenia nie jest przypadkowy - w salonie przyjmowało się bardziej oficjalnych gości. A to stwarzało atmosferę nie pasującą do prywatnych rozmów. Kuchnia zaś… Kuchnia kojarzy się ze swego rodzaju ciepłem i intymnością - spotkania w niej przeznaczone są dla tych bliskich jednostek, a i rozmowy przy kuchennym stole zawsze zdają się być szczersze oraz jakościowo lepsze, przynajmniej w jej odczuciu.
- Jak minął ci dzień? - Pyta, a głos jej jest miękki niczym najlepszy kaszmir. Otula czarodzieja spokojem pytając o rzecz niezwykle prostą i banalną. Jakoby umówili się na wspólne wypicie popołudniowej herbaty; jakby list nie wspominał o żadnych sprawach. I nie oczekuje nawet odpowiedzi szczerej bądź niezwykle obszernej, pytanie traktując jako rozgrzewkę. Wstęp do tych pilnych i prywatnych, które miały dziś na nich spaść.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#5
02.06.2024, 21:16  ✶  

Przez tych kilka lat, które minęły od momentu śmierci ojca, nie był w stanie wprowadzić choćby niewielkich zmian w kamienicy, która obecnie stanowiła jego własność. Wszystko wyglądało w dalszym ciągu dokładnie w ten sam sposób, co w czasach kiedy Francis swoją żelazną ręką rządził wszystkim i wszystkimi. Czasami wręcz miało się wrażenie, że za chwilę ojciec pojawi się w jednym z pomieszczeń. Praktycznie w każdym kącie, wyczuwało się jego obecność. Co za tym idzie - w przypadku mieszkania należącego do Roberta nic nie wyglądało tak, jakby sam tego chciał. Oczekiwał? Zupełnie nic nie zostało dostosowane pod jego własne potrzeby. Aczkolwiek wcale o tym teraz nie myślał. Nie był to jeden z tych momentów, kiedy tego rodzaju sprawom poświęcał choćby odrobinę swojej uwagi. Nie była to odpowiednia chwila, ani tym bardziej miejsce.

- Rozumiem. - reaguje na jej słowa. Nie traci jednak czasu na to, żeby wypytać Vere o to, co by tutaj zmieniła. Usprawniła. Poprawiła. Bo tak po prawdzie, to go zwyczajnie nie interesuje. Pozbawione jest większego znaczenia. Gdyby rozmowa potoczyła się jakimś cudem w tym kierunku, zapewne wynikałoby to z braku innych tematów. Potrzeby załatania czymś tej niespodziewanej, nagle odkrytej dziury.

Obserwuje cały proces zaparzania herbaty. Opierając się o jedną z kuchennych szafek, patrzy jak rozlewa napój pomiędzy dwie filiżanki. Nie wydaje się, aby miało dla niego znaczenie to, że całe spotkanie odbywa się w kuchni. Albo po prostu robi dobrą minę do złej gry? Wszak we własnym domu, te pomieszczenie jest jednym z tych, którego odwiedzać zwyczajnie nie zwykł. Tam urzędowały skrzaty domowe. Tam niekiedy zaglądała córka.

Zajmuje mu chwilę, żeby udzielić odpowiedzi na zwyczajne i zarazem niezwyczajne pytanie. Zwyczajne z tego względu, że stanowiło normę. Ludzie zadawali je sobie nawzajem stosunkowo często. Niezwyczajne natomiast dlatego, że Robert do tego typu rozmów nie był przyzwyczajony. Przez te wszystkie lata w mniejszym lub większym stopniu odgradzał się od ludzi. Starał się zachowywać odpowiedni dystans. Dystans bezpieczny. To zaś niewątpliwie doprowadziło do pewnej niezręczności towarzyskiej, którą dało się zauważyć w takich właśnie momentach. Chwilach.

- Zbyt wolno. - odpowiada, nie zdradzając tym samym wielu szczegółów. Mówiąc zarazem sporo na temat własnych odczuć. Bo skoro zbyt wolno, to zapewne na spotkanie czekał. Najpewniej czas mu się dłużył. Prawdopodobnie musiał wypatrywać tego momentu, kiedy będzie mógł się tutaj, u Very, pojawić. - Aczkolwiek nie mam większych powodów do narzekań. - dodaje po nieco zbyt długiej chwili. Jakby po namyśleniu się. Po dojściu do wniosku, że być może warto byłoby dodać coś więcej. Kilka kolejnych słów. Niekoniecznie natomiast zdań.

Widmo
An intelligent woman has millions of born enemies... all the stupid men.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Niska (160cm) brunetka o zielonych oczach, w których czają się tajemnicze ogniki. Gdy chodzi uśmiecha się delikatnie czerwonymi wargami niezależnie od pogody, prezentując fasadę przyjazną oraz przyjemnie do Ciebie nastawioną. W kącikach oczu widać pierwsze zmarszczki. Ubiór nienagannie dobrany, zawsze starannie wyprasowany okala eteryczną postawę. Przypomina spokojne, uśpione morze, trudno się po niej spodziewać burzy... Do czasu gdy nie przekroczy się cienkiej linii.

Vera Travers
#6
05.06.2024, 18:23  ✶  
Wie doskonale, że podobne dywiagacje go nie interesują. Robert w końcu nie jest mężczyzną który z przyjemnością wdawałby się w rozmowy dotyczące koloru szafek bądź tego, że kanapy ściągała z Francji, nie znajdując w Wielkiej Brytanii brył które pasowałyby do jej gustu. To jest kwestią nieistotną. Nieistotna jest również kuchnia w której zasiadają, smak herbaty czy miód, który miał skryć możliwą goryczkę. Istotny jest zaś cel jego wizyty, który nie miał okazji jeszcze wybrzmieć oraz to, jakie miał wobec niej oczekiwania. Vera nie przypomina sobie aby, po za dawnym romansem oraz wspólnym projektem, istniały między nimi jakiekolwiek sprawy. Ich drogi rozdzieliły się i pozornie nic zdawało ich nie łączyć. Dlaczego więc teraz obserwowała go uważnie, próbując wyczytać to, co skrywała maska Roberta Mulcibera? Nie wie, uznaje to jednak za pewien nawyk, pamięć mięśniową która pomimo lat jakie minęły, nadal gdzieś w niej pozostała.
Unosi delikatnie kąciki ust na jego odpowiedź, która mimo swej lakoniczności zdradza więcej, niż zapewne powinna. Nie łudzi się, że to do niej tak mu się dłużyło; że to na jej towarzystwo tak bardzo czekał cały dzień - nie jest już trzpiotką, lecz doświadczoną kobietą, która wszelkie romantyczności rozbija zawsze o rzeczywistość. Ten fakt uznaje jednak za objaw tego, iż sprawa z którą do niej przyszedł musiała naprawdę zaprzątać jego myśli. Naprzykrzać się i nie dać mu odpocząć - Vera naznaczona chorobą Milforda wiedziała doskonale, jak uciążliwym to bywa.
- Cieszę się, że nic nie nadepęło ci dziś na odcisk. - Zaczyna, po czym siada na krześle wygodniej. Opiera się plecami o oparcie i zakłada subtelnie nogę na nogę, zupełnie jakby szykowała się do wysłuchania długiej opowieści.
- Cieszę się również, że dzisiejszy dzień upływa ci powoli… - Zaczyna, po czym na chwilę unosi filiżankę do ust, aby upić łyk herbaty. Gorący napar przyjemnie rozgrzewa gardło i delikatnie różowi wargi. - … to znaczy, że nie musimy się spieszyć. - Dodaje. W dawnych czasach zapewne byłoby to zaproszenie do zupełnie innej rozmowy, prowadzonej językiem ciał i fantazji. I choć idealna pamięć podsuwa pod powieki wydarzenia, jakie często po tych słowach zastępowały, Vera nie wierzy w prawdziwość takiego obrotu zdarzeń. - Powiedz mi Robercie, co to za pilna i prywatna sprawa? Twój list był… specyficzny. - Niepokojący, nietypowy, interesujący, wzbudzający podejrzliwość… Vera odnalazłaby jeszcze kilkanaście innych określeń tych kilku spisanych słów. Rozgrzali się kilkoma zdaniami wstępu, teraz należało zaś przejść do konkretów.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#7
06.06.2024, 19:36  ✶  

Starannie wybierał ludzi, których dopuszczał do swojego życia; z którymi omawiał sprawy ważne i ważniejsze. Choć mogły czasem wydawać się niezrozumiałe, jego decyzje zawsze były w tym przypadku przemyślane. Poprzedzone pewną analizą. Stało za nimi coś więcej. Przy czym z całą pewnością nie było to zaufanie. Tym bowiem Robert Mulciber nie zwykł obdarzać ludzi - również tych, którzy wydawać by się mogli mu prawdziwie bliscy.

Vera Travers była tak zwanym mniejszym złem. Zaangażowana w ten sam projekt naukowy. Przekraczająca z jego powodu granice prawa. Być może nie do końca świadoma tego, na co zdecydowała się w momencie przekazania mu swoich włosów. Albo wręcz przeciwnie - chcąca tym samym podkreślić, że w to wszystko wchodziła całą sobą? Niezależnie od tego jak brzmiałaby ostateczna odpowiedź, mógł pozwolić sobie na to, aby wciągnąć ją w kolejne sprawy.

Tym razem osobiste.

Podejmował tutaj ryzyko, które było wynikiem wcześniejszych wyliczeń.

- Hm. - padło z jego strony. I cholera wie, co miało znaczyć. Być może i sam Robert miałby pewną trudność w tym, żeby to określić. Ot, po prostu cokolwiek wymruczał. Powiedział. Zareagował na jej kolejne słowa, nie mając jednak do dodania niczego więcej; niczego od siebie. Takiż to już był z niego rozmowny człowiek.

Choć to też w zasadzie nie do końca prawda. I sama Vera musiała to wiedzieć. Zdawać sobie z tego sprawę. Nawet jeśli teraz Robert był nieszczególnie rozmowny, to przy odrobinie szczęścia można było jego zupełnie inną wersje. Tę, która potrafiła wypowiedzieć znacznie więcej słów. Układać z nich sensowne zdania. Długie wypowiedzi. A czasami nawet i zażartować. Aczkolwiek z tym ostatnim nigdy nie szło mu szczególnie dobrze. Niestety, nie zmieniło się to wraz z upływającym czasem. 

- Tak. Nie przeciągajmy tego. - reaguje na jej słowa. Nadal nie decyduje się jednak usiąść. Nie częstuje się też herbatą, która była jego własnym wyborem. Wygląda to trochę tak, jakby przez cały czas gotowy był do ewakuacji. Opuszczenia tej kuchni, tego mieszkania, zniknięcia z tej części Londynu. Niby przyszedł tu, niby chciał o czymś porozmawiać, ale widać było, że cały czas był jakby tak nie do końca pewny swoich działań. Nie udało mu się wyzbyć wszystkich wątpliwości. - Podczas kiermaszu z okazji Lammas, miałem silny atak nerwicy serca. Z pomocą bratanka udało się opanować sytuacje, ale... wiem, że to może się powtórzyć, jak i... wiążą się z tym inne problemy natury zdrowotnej. - wyjaśnia, starając się wszystko z siebie wyrzucić. Starannie wytłumaczyć. Jest przy tym ostrożny. Nie śpieszy się. Wyraźnie da się wychwycić pewne wątpliwości, choć usilnie stara się je maskować. Niestety, nie udaje mu się to równie skutecznie co zazwyczaj. Być może wynika to z tego względu, że wszystkim tym przejmuje się naprawdę. - Z racji na pewne moje... sprawy, w tym również tę, w której tkwimy wspólnie, potrzebny jest mi zaufany medyk. Nie chciałbym, żeby informacje jakie są w moim posiadaniu trafiły w niewłaściwe ręce. Potrzebny mi ktoś kto pomoże, ale zarazem nie będzie w to wszystko zanadto się zagłębiał. Mam początki najpewniej neurastemii pozaklęciowej. A także zmagam się od pewnego czasu z bezsennością.

O ile sam lekarzem nie jest, z medycyną nie ma wiele wspólnego, tak zdaje sobie sprawę, że nie pomoże mu tutaj pierwszy z brzegu lekarz. Najpewniej potrzebny byłby magipsychiatra bądź lekarz, który z magipsychiatrą by współpracował. Sam jednak nie może sobie pozwolić na otwarte poszukiwania odpowiedniej osoby. Mogłoby to zwrócić na niego uwagę ludzi, w stosunku do których wolałby, aby tych problemów pozostali nieświadomi. Mung zaś pełen był tych, którzy nosili nazwisko Lestrange i co za tym idzie... pozwiązani byli w mniejszym lub większym stopniu z Czarnym Panem.

A wśród zwolenników Czarnego Pana, nie było miejsca dla ludzi słabych. Mogących stanowić problem i z każdym kolejnym dniem mających coraz to mniej do zaoferowania.

Widmo
An intelligent woman has millions of born enemies... all the stupid men.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Niska (160cm) brunetka o zielonych oczach, w których czają się tajemnicze ogniki. Gdy chodzi uśmiecha się delikatnie czerwonymi wargami niezależnie od pogody, prezentując fasadę przyjazną oraz przyjemnie do Ciebie nastawioną. W kącikach oczu widać pierwsze zmarszczki. Ubiór nienagannie dobrany, zawsze starannie wyprasowany okala eteryczną postawę. Przypomina spokojne, uśpione morze, trudno się po niej spodziewać burzy... Do czasu gdy nie przekroczy się cienkiej linii.

Vera Travers
#8
06.06.2024, 23:45  ✶  
Kąciki jej ust unoszą się nieznacznie, gdy Robert zgadza się przejść w końcu do sedna spotkania. Obserwuje go uważnie. To w jaki sposób stoi, jak układa swoje ramiona i gdzie kieruje się jego spojrzenie. Słucha go uważnie, zaś w miarę kolejnych słów jakie padają ze strony czarodzieja, uśmiech znika z jej ust. Z każdą kolejną chwilą rozumie coraz więcej, a powaga sytuacji spoczywa na jej ramionach ciężarem. Ile to lat minęło, odkąd leczyła po raz ostatni? Vera nie potrafi sobie przypomnieć, jest jednak pewna, iż była wtedy jeszcze panną. Nie boi się o to, iż zapomniała - choroba Milforda skutecznie jej na to nie pozwala - coś jednak w tej całej sytuacji sprawia, iż wzdycha ciężko, przenosząc spojrzenie na swoją filiżankę.
Myśli rwą potokiem niczym rzeka, która nie spotkała nigdy śladów istnienia człowieka na swej drodze. Wspomnienia zalewają głowę Very, tak samo jak urywki wykładów profesora, pierwszego dnia w Mungu czy twarze pacjentów, których przyszło jej kiedyś leczyć. Zastyga. W swoim przepastnym umyśle poszukuje wypowiedzianej przez towarzysza choroby oraz wszelki informacji na jej temat. W czasach Munga nie miała wiele styczności z magipsychiatrią, z pewnością się w niej nie specjalizuje… Jednocześnie jest jednak Niewymowną z Komnaty Mózgu, która doskonale zna jego działanie. Czy jest w stanie mu pomóc? Z pewnością, ewentualne braki w wiedzy może niezwykle szybko nadrobić, wystarczy kilka wieczorów w bibliotece, a zapamięta to, co powinna. Nie myśli o kwestiach etycznych oraz moralnych - te już dawno przestały być elementem konsternacji.
Tkwi w zastygnięciu. Mijają kolejne uderzenia serca, mijają minuty w których Vera zdaje się być zatrzymana w czasie i przeniesiona do innej rzeczywistości,  jak za każdym razem gdy słodka lecz toksyczna pamięć przejmuje panowanie. Porusza się w końcu, zielone oczy przenoszą się na Roberta zaś jej palce wędrują do skroni, by rozmasować pojawiający się w niej ucisk.
- Usiądź, proszę. Herbata gdy ostygnie nie będzie dobra. - Mówi spokojnie. Pomija wszelkie zwroty w stylu przykro mi, że cię to spotkało czy jakie to straszne gdyż wie, że zwroty te nie znaczą nic. Litość jest dla słabych i zniedołężniałych.
Robert na takiego nie wygląda.
- Bratankowi nie ufasz. - Nie pyta, lecz stwierdza fakt, w końcu gdyby tak było zapewne nie zjawiłby się u niej prosząc, w ten specyficzny sposób, w jaki Robert Mulciber to robił, o pomoc. W zamyśleniu przesuwa palcami po swoim obojczyku. - Neurastemia jak i bezsenność zwykle są problemami psyche, nie ciała. Czasem jednak to w jakim ciało potrafi je podsycać. - Mówi spokojnie, merytorycznym tonem w jaki nieraz wchodziła. - Wpierw trzeba odnaleźć początek tej nici, dopasować przyczyny do skutku. Należy również sprawdzić stan serca, a gdy wszystko się wyklaruje wdrożyć odpowiednie leczenie. - Zarysowany plan wydaje jej się całkiem rozsądny i nieźle ułożony, gdyby nie dwie niewielkie w nim zadry które mogły sprawić iż rozsypie się w drobny maczek. Chcąc kupić sobie chwilę czasu unosi filiżankę do ust, aby upić łyk naparu. Odkłada ją następnie starannie na spodeczek, jakoby to w jaki sposób jest ułożona miało jakiekolwiek znaczenie.
-  Jeśli mam udzielić ci pomocy będę musiała zgłębić pewne… aspekty. I jest to kwestia której nie ominiemy, musisz być na to gotowy. - Nie ma zamiaru nazbyt wnikać w jego życie bądź prywatne sprawy, musi mieć jednak pogląd na to, jak funkcjonuje jego organizm. - Po drugie, wymagam bezwzględnego posłuszeństwa, głównie w kwestii zaleceń oraz szczerości dotyczącej objawów, chorób oraz wszelkich anomalii. - Kolejny warunek. Oczywisty dla niej, gdyż bez niego nie da się do niczego dość i zapewne trudny do zniesienia dla niego. W końcu kto lubi, gdy stawia mu się warunki?
Milknie, tym samym dając mu chwilę na przetrawienie tego, co na świat wydały jej usta. Wie, że wymaga sporo, sprawa jednak była poważna. I Vera tak do niej właśnie podchodziła. W każdym, najmniejszym nawet aspekcie.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#9
23.06.2024, 16:54  ✶  

Wiedział o jej przypadłości. Zdawał sobie sprawę na czym ona polegała. Czym kobietę obdarzyła posiadana choroba genetyczna. Choroba Milforda była zagadnieniem, któremu Robert poświęcał niegdyś wiele uwagi. Żywo się nim interesował. Chciał możliwie dokładnie ten temat zgłębić. Zrozumieć. Zajmował się nim na boku. W swoim wolnym czasie. Tym czasie, którego miał niewiele, z racji na inne obowiązki, inne projekty badawcze. Dlatego też teraz, do pewnego stopnia rozumiał, co działo się z Verą. Nie ingerował jednak, nie reagował - po prostu cierpliwie czekał aż ciemnowłosa zdoła się z tym uporać. A kiedy wreszcie jej się to udaje, nie pyta. Nie okazuje żadnej troski, nawet tej sztucznej, nieprawdziwej. Po prostu kiwa głową. Zgadza się zająć jedno z kuchennych krzeseł.

Ostatnim czego szukał u Very była litość. O coś takiego zresztą nie podejrzewałby Travers. W jego oczach była kimś, kto mógłby odpowiednio się jego problemem zająć. Właściwą do tego osobą, choć być może - z pewnych względów - nie powinien decydować się na to, aby zwrócić się z tym właśnie do niej. Słuchał z uwagą tego, co miała mu do przekazania. Nie wtrącał się. Nie przerywał. Nie starał się niczego prostować. Sięgnął natomiast po herbatę, która po wystygnięciu z całą pewnością nie byłaby równie dobra. Ostrożnie upił pierwszy łyk, upewniając się że nie była zbyt gorąca. Dopiero po tym, w ślad za nim poszły kolejne.

Wreszcie odstawia naczynie na stół.

Nie śpieszy się jednak z udzieleniem jej odpowiedzi. Bo choć od samego początku zdaje sobie sprawę z tego, że sytuacja nie jest w tym przypadku prosta, to raz jeszcze musi wszystko przemyśleć. W jego głowie pojawiają się różne myśli. Poważne wątpliwości. Rozważa wycofanie się. Przeprosiny za to, że niepotrzebnie zajął jej czas. Zarazem jednak pamięta o tym, co powodowało nim, kiedy wysyłał do niej list. Kierował prośbę o spotkanie. Oddając się w ręce Very, minimalizował ryzyko. Powinien być w stanie odpowiednio się obronić, gdyby sytuacja tego wymagała.

- Postaram się do wszystkiego zastosować. - wreszcie odpowiada. Ile w tym fałszu? Bardzo dużo, choć oczywiście stara się, aby nie dało się tego wychwycić. Zbyt łatwo. Tak po prostu. Choć kłamie, stara się stwarzać pozory. Bo przecież on, Robert Mulciber, nie ma zbyt wiele do ukrycia. Nie teraz, kiedy obydwoje pozostają zaangażowani w ten sam projekt; te same badania. Wydawać by się mogło, iż grają w jednej drużynie.

No cóż, nic bardziej mylnego.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Robert Mulciber (2295), Vera Travers (1866)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa