26.02.2025, 16:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2025, 16:02 przez Robert Albert Crouch.)
Minęły dopiero cztery dni, od kiedy Enid wyjechała do Hogwartu, a Robert już za nią tęsknił. Myślał o tym, by pisać listy w jakichś wprost kosmicznych ilościach. Musiał być przecież pewny, że jego córeczka była bezpieczna, że znalazła sobie już znajomych, że wszyscy byli dla niej mili, że żaden nauczyciel nie zdecydował się na nią uwziąć. Tyle, że to był dopiero początek roku szkolnego. Dlatego obiecał sobie, że będzie pisał raz w tygodniu. Mógł sobie pozwolić na takie ograniczenie, mimo niepokoju.
Jednocześnie, nie podobała mu się samotność, jaką odczuwał, siedząc samotnie w domu. Często zdarzało się pracować w salonie, gdzie Enid czytała książki lub wykonywała pracę domową zadaną przez guwernantkę. Czasem wymieniali słowa, żarty, ale też zdarzało się, że po prostu siedzieli cicho. W każdym razie, te jedenaście lat sprawiło, że Robert zdążył przyzwyczaić się do obecności córki. Tym bardziej, wysłanie jej do szkoły na cały rok (no może z przerwą na święta) było trudnym doświadczeniem.
Powinienem przygarnąć kota – pomyślał, wiedząc jednocześnie, że Enid byłaby wniebowzięta, gdyby zastała w domu małą puszystą kuleczkę, którą trzeba było się zaopiekować. Dlatego… musiał na nią z tym poczekać. Kot był raczej opcją na świąteczny prezent.
Może mógł się spotkać z kimś znajomym? Zaprosić Jonathana? Tylko jaki byłby pretekst? „Mój drogi kuzynie, siedzę tu sam jak palec i potrzebuję, żeby ktoś napił się ze mną whiskey i pogadał o ostatnich meczach Harpii z Holyhead?” Nie mógł tego zrobić, szczególnie, gdy miał jeszcze tonę papierów do wypełnienia. Niestety praca w Wizengamocie nie polegała jedynie na ekscytujących potyczkach słownych na sali sądowej. Właściwie, takie były niezwykle rzadkie.
Robert potrzebował przerwy. Literki już rozmazywały się mu przed oczami i był bliski pisania opinii typu „oskarżony poważnie złamał prawo, postąpił nagannie i źle, et cetera, et cetera”. Tak było, jak siedziało się od kilku godzin nad tymi samymi papierami. Trzeba było oczyścić trochę umysł, rozprostować nogi. A pogoda była wprost idealna na spacer: wczesny wieczór, który oddychał ostatkami lata. Lekki wietrzyk, wielobarwny zachód słońca. Po Pokątnej chodziło mniej osób niż zazwyczaj. W końcu był poniedziałek, wszyscy następnego dnia szli do pracy, a dzieciaki siedziały w szkole.
Robert wstał od biurka i od razu poczuł, że powinien był to zrobić o wiele wcześniej. Nogi miał zdrętwiałe, podobnie jak rękę, która cały czas leżała w tej samej pozycji na blacie. Uznał, że jak wróci ze spaceru, to zostawi sobie robotę na następny dzień i jeszcze poćwiczy trochę na swojej małej domowej siłowni. Kurcze… repertuar rozrywek powoli się kończył. Praca, spacer, ćwiczenia… może powinien przeczytać jakąś książkę? Tylko nie jednego z klasyków myśli prawnej, których próbował wcisnąć mu ojciec. Bo to przecież taka budująca lektura… I jednocześnie doskonały środek nasenny. Nie, lepsza by była jakaś porywająca powieść. A najlepiej cała seria powieści.
Co musiał ze sobą zabrać? Na pewno klucze do domu i różdżkę. O ile drugi z przedmiotów miał pod ręką, pierwszy musiał zgarnąć z półeczki przy szafie. Nie chciało mu się nawet w tym celu używać Accio. To by było wyjątkowo leniwe, nawet jak na jego standardy. Podszedł, więc, do przedpokoju, wsunął na nogi buty i po chwili znalazł kluczyki… leżące obok dziwnego, małego pudełeczka.
– Co do cholery…? – mruknął pod nosem. To musiało być coś należącego do Enid, ale nie pamiętał, by kiedykolwiek jej to dawał. Może to jakiś prezent od koleżanki?
Potrząsnął puzderkiem, lecz nie wydało z siebie żadnego dźwięku, jakby było puste. Robert odciągnął maleńką złotą zawleczkę i otworzył je ostrożnie. Wtedy rozległa się melodia. Łagodna, spokojna, ale i odrobinę niepokojąca. Jak… wspomnienie dzieciństwa, lecz takie nieokreślone, do bólu ogólne, niedające się skonceptualizować.
Wystarczyło mrugnięcie, by Robert znalazł się w zupełnie innym miejscu i czasie. Stał przed dużym lustrem, przyglądał się samemu sobie. Miał biały, zbyt obciskający t-shirt, upomadowane (za bardzo jak na gust kogokolwiek racjonalnego) włosy i spodnie zaprasowane w kant. Na wieszaku obok, natomiast, znajdował się jego największy skarb: czarna, skórzana kurtka. Tenisówki na stopach Roberta były rozwiązane, być może dlatego, że dobrze wyglądające włosy bardziej się liczyły niż to, żeby się nie wyrżnąć o własną sznurówkę.
Był nastolatkiem.
Uśmiechnął się sam do siebie, zadowolony z własnej prezencji, zgarnął kurtkę, miotłę ze stojaka (oczywiście był to najnowszy model, jak to przystało na dzieciaka z obrzydliwie bogatej rodziny) i wyszedł z pokoju. W korytarzu minął rodzinnego skrzata domowego, Duszka. Robert pozdrowił go skinieniem głowy, a ten skłonił się nisko.
– Witaj, Paniczu – odezwał się skrzat, a po chwili wrócił do polerowania kredensów.
Robert niemal zbiegł po schodach, po czym wpadł do salonu po butelkę z wodą. Nawet jak ten letni dzień był dość pochmurny, po lataniu ze znajomymi, trzeba było się nawodnić. Raz jednemu jego kumplowi zdarzyło się omdleć przez to, że zapomniał o fakcie, że był człowiekiem i musiał pić.
Jednak uwagę Roberta rozproszyło ciche łkanie. Chłopak zatrzymał się, odwrócił w tamtą stronę i zauważył, że była to jego matka. Siedziała na fotelu, ocierając chusteczką łzy. Nigdy wcześniej jeszcze nie widział jej w takim stanie.
– Mamo? Wszystko dobrze? – zapytał, podchodząc do niej. Miotłę oparł o półkę z książkami, a sam usiadł na sofie obok fotela.
– Nic się nie dzieje, Albercie, spokojnie – matka Roberta otarła łzy.
Zawsze mówiła do niego drugim imieniem. Ono wyraźnie odróżniało go od ojca. Cóż, nazywanie dziecka w tej typowej dla Crouchów manierze wiązało się z konsekwencjami. Frances nie chciała się z nimi całkowicie godzić.
– Chodzi o pracę? Znowu jacyś niepokorni aktorzy zawracają ci głowę? – dopytał Robert.
Matka pokręciła głową. Wydawała się tak… słaba. Krucha. Zwykle jawiła się chłopakowi jako kobieta stanowcza, o niezwykle silnym charakterze. Co mogło ją tak… zranić? Chyba nie…
– Chodzi o ojca? – Robert zapytał ciszej, już bez próby pocieszania mamy żartami.
– To nie jest coś, czym powinieneś się przejmować, synku. Naprawdę.
Robert zmarszczył brwi. Przecież ojciec zawsze był dobry dla matki. Pozostawali dla siebie… życzliwi… jak partnerzy w jakimś przedsięwzięciu. Chłopak nie był głupi, zdawał sobie sprawę z tego, że ich małżeństwo było zaaranżowane. Wiedział też, że on również miał kiedyś znaleźć sobie żonę czystej krwi… innej opcji nie było.
– Wszystko będzie dobrze, mamo – tylko tyle był w stanie powiedzieć.
Matka pokiwała głową. Ujęła dłoń Roberta czule i spojrzała mu w oczy.
– Mam do ciebie jedną prośbę, dobrze?
Chłopak pokiwał głową, choć nie wiedział, czego się spodziewać. Coś go… rozdzierało od środka. Zaogniający się fatalny konflikt, w którym jedna strona nie miała żadnych szans powodzenia. Ba! Ta strona nie była nawet przez samego Roberta znana. Objawiała się w tym, co można by było określić nastoletnim buntem. Tym samym, który przyniósł jego ojcu tyle frustracji.
– Wiem, że… pewne rzeczy są dla ciebie nie do przeskoczenia. Już za rok będziesz kończył Hogwart, a twój ojciec już załatwił ci miejsce w Ministerstwie. Znam tę sytuację, że każda próba przeciwstawienia się jest albo skrajnie ryzykowna, albo nikt nie traktuje jej poważnie. Jednak… chciałabym, żebyś robił to wszystko po swojemu. Myśl samodzielnie, nie daj sobie narzucić nie swoich ambicji… nawet, jak jest to bardzo trudne. Więc, po prostu, nie postępuj wbrew sobie. I… korzystaj z młodości. Bo potem może być już za późno.
Przez chwilę Robert milczał. Nie do końca wiedział, co wyciągnąć ze słów matki, bo zdawała się sama sobie zaprzeczać. Może to przez jej obecny nastrój? Jednocześnie, chłopak bardzo chciał potraktować ją na poważnie. Tyle, że nie miał pojęcia, jak to wszystko zrobić. Nie miał innej drogi niż ta z góry na niego zaplanowana. Wiedział, że marzenia o staniu się gwiazdą Quidditcha były naiwne i godne pierwszoroczniaka. A prawo… nie było takie złe. Pewnie, musiał się przyłożyć i zdać porządnie egzaminy, ale poza tym, nie stanowiło to dla niego niewłaściwej opcji. Szczególnie, że zazwyczaj nie bał się wypowiedzieć własnego zdania.
– Trudno to nazwać jedną prośbą – postarał się zażartować i na szczęście wywołał tym słaby uśmiech u matki. – Ale się postaram. Zresztą, już…
Zawahał się. Czy był w stanie powiedzieć, że czuł, że nie dorastał do oczekiwań ojca. Zaczęło się od bycia przyjętym do Gryffindoru, ale to Crouchowie jakoś przeżyli. Przecież stary Godryk był niezłą osobistością. Podobnie, jak chociażby Dumbledore. Ale jego brak zainteresowania szkolnymi przedmiotami? Pasja do Quidditcha? To wszystko nie wspasowywało się w rodzinną narrację. Tyle, że Robert zdawał sobie sprawę z tego, że… jego niedojrzałość była przejściowa. Wkrótce miał dorosnąć i utracić wszystko, co go definiowało. Stać się prawdziwym Crouchem.
Matka miała rację. Nie mógł na to pozwolić. Nawet, jak wszyscy dookoła mówili inaczej.
– Już co? – zaniepokoiła się matka.
Robert uśmiechnął się do niej.
– Już rozumiem.
Muzyka się zatrzymała. Matko droga, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że grała przez cały ten czas. Znowu znalazł się w teraźniejszości, miał trzydzieści sześć lat, córkę w Hogwarcie, był prawnikiem i rozwodnikiem. A pozytywka, którą trzymał w ręku, rozpłynęła się, jakby była tylko iluzją. Tak samo, jak tamto wspomnienie…
Dlaczego miał poczucie, że zrobił coś źle? A może wprost przeciwnie? Wiele osób przecież zazdrościło mu takiego życia. Bogactwo, sława… No, ale były też inne rzeczy. Na przykład poczucie winy… brudne ręce.
Nie. Nie mógł myśleć o tym starym zgredzie, którego nie zabił. Kto by przewidział, że przez te dokumenty stary zejdzie na zawał? Och, kogo Robert oszukiwał? Podjął… taką, a nie inną decyzję. A to wszystko, by zostać prawnikiem. By być prawdziwym Crouchem.
Może rzeczywiście musiał się przejść… Kiedy przez zmęczenie widziało się rzeczy, które nie istniały. I takie, które być może wcale się nie wydarzyły. Może matka rzeczywiście miała wtedy zły dzień w pracy, a on sobie coś dopowiedział?
Otworzył drzwi i wyszedł na Pokątną. Uznał, że w następnym liście po prostu napisze Enid, że zamierza adoptować kota. Potrzebował tego, by nie zwariować.
Jednocześnie, nie podobała mu się samotność, jaką odczuwał, siedząc samotnie w domu. Często zdarzało się pracować w salonie, gdzie Enid czytała książki lub wykonywała pracę domową zadaną przez guwernantkę. Czasem wymieniali słowa, żarty, ale też zdarzało się, że po prostu siedzieli cicho. W każdym razie, te jedenaście lat sprawiło, że Robert zdążył przyzwyczaić się do obecności córki. Tym bardziej, wysłanie jej do szkoły na cały rok (no może z przerwą na święta) było trudnym doświadczeniem.
Powinienem przygarnąć kota – pomyślał, wiedząc jednocześnie, że Enid byłaby wniebowzięta, gdyby zastała w domu małą puszystą kuleczkę, którą trzeba było się zaopiekować. Dlatego… musiał na nią z tym poczekać. Kot był raczej opcją na świąteczny prezent.
Może mógł się spotkać z kimś znajomym? Zaprosić Jonathana? Tylko jaki byłby pretekst? „Mój drogi kuzynie, siedzę tu sam jak palec i potrzebuję, żeby ktoś napił się ze mną whiskey i pogadał o ostatnich meczach Harpii z Holyhead?” Nie mógł tego zrobić, szczególnie, gdy miał jeszcze tonę papierów do wypełnienia. Niestety praca w Wizengamocie nie polegała jedynie na ekscytujących potyczkach słownych na sali sądowej. Właściwie, takie były niezwykle rzadkie.
Robert potrzebował przerwy. Literki już rozmazywały się mu przed oczami i był bliski pisania opinii typu „oskarżony poważnie złamał prawo, postąpił nagannie i źle, et cetera, et cetera”. Tak było, jak siedziało się od kilku godzin nad tymi samymi papierami. Trzeba było oczyścić trochę umysł, rozprostować nogi. A pogoda była wprost idealna na spacer: wczesny wieczór, który oddychał ostatkami lata. Lekki wietrzyk, wielobarwny zachód słońca. Po Pokątnej chodziło mniej osób niż zazwyczaj. W końcu był poniedziałek, wszyscy następnego dnia szli do pracy, a dzieciaki siedziały w szkole.
Robert wstał od biurka i od razu poczuł, że powinien był to zrobić o wiele wcześniej. Nogi miał zdrętwiałe, podobnie jak rękę, która cały czas leżała w tej samej pozycji na blacie. Uznał, że jak wróci ze spaceru, to zostawi sobie robotę na następny dzień i jeszcze poćwiczy trochę na swojej małej domowej siłowni. Kurcze… repertuar rozrywek powoli się kończył. Praca, spacer, ćwiczenia… może powinien przeczytać jakąś książkę? Tylko nie jednego z klasyków myśli prawnej, których próbował wcisnąć mu ojciec. Bo to przecież taka budująca lektura… I jednocześnie doskonały środek nasenny. Nie, lepsza by była jakaś porywająca powieść. A najlepiej cała seria powieści.
Co musiał ze sobą zabrać? Na pewno klucze do domu i różdżkę. O ile drugi z przedmiotów miał pod ręką, pierwszy musiał zgarnąć z półeczki przy szafie. Nie chciało mu się nawet w tym celu używać Accio. To by było wyjątkowo leniwe, nawet jak na jego standardy. Podszedł, więc, do przedpokoju, wsunął na nogi buty i po chwili znalazł kluczyki… leżące obok dziwnego, małego pudełeczka.
– Co do cholery…? – mruknął pod nosem. To musiało być coś należącego do Enid, ale nie pamiętał, by kiedykolwiek jej to dawał. Może to jakiś prezent od koleżanki?
Potrząsnął puzderkiem, lecz nie wydało z siebie żadnego dźwięku, jakby było puste. Robert odciągnął maleńką złotą zawleczkę i otworzył je ostrożnie. Wtedy rozległa się melodia. Łagodna, spokojna, ale i odrobinę niepokojąca. Jak… wspomnienie dzieciństwa, lecz takie nieokreślone, do bólu ogólne, niedające się skonceptualizować.
Wystarczyło mrugnięcie, by Robert znalazł się w zupełnie innym miejscu i czasie. Stał przed dużym lustrem, przyglądał się samemu sobie. Miał biały, zbyt obciskający t-shirt, upomadowane (za bardzo jak na gust kogokolwiek racjonalnego) włosy i spodnie zaprasowane w kant. Na wieszaku obok, natomiast, znajdował się jego największy skarb: czarna, skórzana kurtka. Tenisówki na stopach Roberta były rozwiązane, być może dlatego, że dobrze wyglądające włosy bardziej się liczyły niż to, żeby się nie wyrżnąć o własną sznurówkę.
Był nastolatkiem.
Uśmiechnął się sam do siebie, zadowolony z własnej prezencji, zgarnął kurtkę, miotłę ze stojaka (oczywiście był to najnowszy model, jak to przystało na dzieciaka z obrzydliwie bogatej rodziny) i wyszedł z pokoju. W korytarzu minął rodzinnego skrzata domowego, Duszka. Robert pozdrowił go skinieniem głowy, a ten skłonił się nisko.
– Witaj, Paniczu – odezwał się skrzat, a po chwili wrócił do polerowania kredensów.
Robert niemal zbiegł po schodach, po czym wpadł do salonu po butelkę z wodą. Nawet jak ten letni dzień był dość pochmurny, po lataniu ze znajomymi, trzeba było się nawodnić. Raz jednemu jego kumplowi zdarzyło się omdleć przez to, że zapomniał o fakcie, że był człowiekiem i musiał pić.
Jednak uwagę Roberta rozproszyło ciche łkanie. Chłopak zatrzymał się, odwrócił w tamtą stronę i zauważył, że była to jego matka. Siedziała na fotelu, ocierając chusteczką łzy. Nigdy wcześniej jeszcze nie widział jej w takim stanie.
– Mamo? Wszystko dobrze? – zapytał, podchodząc do niej. Miotłę oparł o półkę z książkami, a sam usiadł na sofie obok fotela.
– Nic się nie dzieje, Albercie, spokojnie – matka Roberta otarła łzy.
Zawsze mówiła do niego drugim imieniem. Ono wyraźnie odróżniało go od ojca. Cóż, nazywanie dziecka w tej typowej dla Crouchów manierze wiązało się z konsekwencjami. Frances nie chciała się z nimi całkowicie godzić.
– Chodzi o pracę? Znowu jacyś niepokorni aktorzy zawracają ci głowę? – dopytał Robert.
Matka pokręciła głową. Wydawała się tak… słaba. Krucha. Zwykle jawiła się chłopakowi jako kobieta stanowcza, o niezwykle silnym charakterze. Co mogło ją tak… zranić? Chyba nie…
– Chodzi o ojca? – Robert zapytał ciszej, już bez próby pocieszania mamy żartami.
– To nie jest coś, czym powinieneś się przejmować, synku. Naprawdę.
Robert zmarszczył brwi. Przecież ojciec zawsze był dobry dla matki. Pozostawali dla siebie… życzliwi… jak partnerzy w jakimś przedsięwzięciu. Chłopak nie był głupi, zdawał sobie sprawę z tego, że ich małżeństwo było zaaranżowane. Wiedział też, że on również miał kiedyś znaleźć sobie żonę czystej krwi… innej opcji nie było.
– Wszystko będzie dobrze, mamo – tylko tyle był w stanie powiedzieć.
Matka pokiwała głową. Ujęła dłoń Roberta czule i spojrzała mu w oczy.
– Mam do ciebie jedną prośbę, dobrze?
Chłopak pokiwał głową, choć nie wiedział, czego się spodziewać. Coś go… rozdzierało od środka. Zaogniający się fatalny konflikt, w którym jedna strona nie miała żadnych szans powodzenia. Ba! Ta strona nie była nawet przez samego Roberta znana. Objawiała się w tym, co można by było określić nastoletnim buntem. Tym samym, który przyniósł jego ojcu tyle frustracji.
– Wiem, że… pewne rzeczy są dla ciebie nie do przeskoczenia. Już za rok będziesz kończył Hogwart, a twój ojciec już załatwił ci miejsce w Ministerstwie. Znam tę sytuację, że każda próba przeciwstawienia się jest albo skrajnie ryzykowna, albo nikt nie traktuje jej poważnie. Jednak… chciałabym, żebyś robił to wszystko po swojemu. Myśl samodzielnie, nie daj sobie narzucić nie swoich ambicji… nawet, jak jest to bardzo trudne. Więc, po prostu, nie postępuj wbrew sobie. I… korzystaj z młodości. Bo potem może być już za późno.
Przez chwilę Robert milczał. Nie do końca wiedział, co wyciągnąć ze słów matki, bo zdawała się sama sobie zaprzeczać. Może to przez jej obecny nastrój? Jednocześnie, chłopak bardzo chciał potraktować ją na poważnie. Tyle, że nie miał pojęcia, jak to wszystko zrobić. Nie miał innej drogi niż ta z góry na niego zaplanowana. Wiedział, że marzenia o staniu się gwiazdą Quidditcha były naiwne i godne pierwszoroczniaka. A prawo… nie było takie złe. Pewnie, musiał się przyłożyć i zdać porządnie egzaminy, ale poza tym, nie stanowiło to dla niego niewłaściwej opcji. Szczególnie, że zazwyczaj nie bał się wypowiedzieć własnego zdania.
– Trudno to nazwać jedną prośbą – postarał się zażartować i na szczęście wywołał tym słaby uśmiech u matki. – Ale się postaram. Zresztą, już…
Zawahał się. Czy był w stanie powiedzieć, że czuł, że nie dorastał do oczekiwań ojca. Zaczęło się od bycia przyjętym do Gryffindoru, ale to Crouchowie jakoś przeżyli. Przecież stary Godryk był niezłą osobistością. Podobnie, jak chociażby Dumbledore. Ale jego brak zainteresowania szkolnymi przedmiotami? Pasja do Quidditcha? To wszystko nie wspasowywało się w rodzinną narrację. Tyle, że Robert zdawał sobie sprawę z tego, że… jego niedojrzałość była przejściowa. Wkrótce miał dorosnąć i utracić wszystko, co go definiowało. Stać się prawdziwym Crouchem.
Matka miała rację. Nie mógł na to pozwolić. Nawet, jak wszyscy dookoła mówili inaczej.
– Już co? – zaniepokoiła się matka.
Robert uśmiechnął się do niej.
– Już rozumiem.
Muzyka się zatrzymała. Matko droga, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że grała przez cały ten czas. Znowu znalazł się w teraźniejszości, miał trzydzieści sześć lat, córkę w Hogwarcie, był prawnikiem i rozwodnikiem. A pozytywka, którą trzymał w ręku, rozpłynęła się, jakby była tylko iluzją. Tak samo, jak tamto wspomnienie…
Dlaczego miał poczucie, że zrobił coś źle? A może wprost przeciwnie? Wiele osób przecież zazdrościło mu takiego życia. Bogactwo, sława… No, ale były też inne rzeczy. Na przykład poczucie winy… brudne ręce.
Nie. Nie mógł myśleć o tym starym zgredzie, którego nie zabił. Kto by przewidział, że przez te dokumenty stary zejdzie na zawał? Och, kogo Robert oszukiwał? Podjął… taką, a nie inną decyzję. A to wszystko, by zostać prawnikiem. By być prawdziwym Crouchem.
Może rzeczywiście musiał się przejść… Kiedy przez zmęczenie widziało się rzeczy, które nie istniały. I takie, które być może wcale się nie wydarzyły. Może matka rzeczywiście miała wtedy zły dzień w pracy, a on sobie coś dopowiedział?
Otworzył drzwi i wyszedł na Pokątną. Uznał, że w następnym liście po prostu napisze Enid, że zamierza adoptować kota. Potrzebował tego, by nie zwariować.
Koniec sesji