• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine

[10.09.1972] The dawn will come || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
08.05.2025, 01:44  ✶  
Nawet (a może zwłaszcza?) w tym stanie nie mógł tak po prostu zignorować tego, co usiłowała mu wmawiać. Oczywiście, że musiał jakoś to skwitować. Padło na parsknięcie pod nosem. Ciche, zdecydowanie rozbawione, ale też wyjątkowo wymowne. Takie, które nie pozostawia żadnych wątpliwości.
- Oczywiście, kochanie - skwitował w całkiem miękki, wręcz ugodowy sposób.
Ciepło, przyjemnie, gładko... ...i zupełnie nie w jego zwyczajowym stylu. Jeśli było bowiem jedno czułe słowo, którego Ambroise praktycznie nigdy nie używał, zdecydowanie było to kochanie.
Geraldine była dla niego wszystkim. Miał naprawdę wiele określeń, jakich używał w ich rozmowach. Co najmniej dziesięć różnych słów. Była dla niego Riną, była ma moitié, była mouffette, bruyère i tak dalej. Zdecydowanie nie była kochaniem, myszką czy czymś w tym stylu. To byłoby tandetne i tanie, niezgodne z jego standardami, ze sposobem, w jaki chciał ją adorować. A zdecydowanie to robił.
Co prawda również nie zawsze w dosyć standardowy sposób. Nawet w tym momencie pod całkiem czułym i z pozoru ugodowym określeniem kryła się ta przekora, lekkie zaczepianie, drobna zagrywka, na jaką jeszcze było go stać. Jasne, mógł z automatu zarzucić dziewczynie posuwanie się do oszustwa. Unieść brwi i skwitować to w wymowny, odrobinę przekorny sposób. W końcu wiedział, że tak jak on, Geraldine również nie miała w zwyczaju grać czysto.
Oczywiście, że mogłaby posunąć się do czegoś takiego. Może nie byłoby to stricte celowe oszukiwanie, raczej coś w rodzaju białego kłamstwa, ale zrobiłaby to, gdyby uważała to za konieczne. Choćby po to, żeby zapewnić mu chwilowy spokój ducha i możliwość wyluzowania, spuszczenia z tonu, złapania oddechu, co akurat szło mu całkiem nieźle, nawet mimo gęstej pary zasnuwającej łazienkę.
Inna sprawa, że w ich przypadku takie drobne naginania rzeczywistości wychodziły raczej prędzej niż później. Miały tendencję do wypływania, jednak to nie zmieniało faktu, że gdyby czuła, że go to uspokoi, niechybnie trochę wykrzywiłaby fakty. Powiedziałaby mu prawdę, ale później. Wtedy, kiedy uznałaby, że on będzie w stanie ją przyjąć.
A on? Choć na ogół raczej wyłapywał te wszystkie detale, niuanse dotyczące faktycznego stanu zdrowia dziewczyny (czy to fizycznego, czy to psychicznego), nie było to dzisiaj. Dziś zdecydowanie nie łudził się odnośnie tego, że jeszcze wiele miało mu umknąć. Był bardziej wyczerpany niż kiedykolwiek. Nawet po starciu z doppelgangerem w jaskini. A to już zdecydowanie było coś.
- To dobrze - odpowiedział w pierwszej chwili, nie zastanawiając się nad tym zbyt mocno, choć w gruncie rzeczy to wcale takie nie było.
Dobre. To nie było dobre. Siedzieli tutaj bez wieści odnośnie ich trójki i wielu pozostałych ludzi. Nie wiedząc, ile tak właściwie zajmie powrót. Kiedy wrócą do domu i w jakim stanie będą się znajdować. Nie, to nie było w żadnym stopniu dobre. A jednak w przypadku Astarotha...
...było?
- Na tyle, na ile - być może nie była to odpowiedź, na jaką zasługiwała cała ta sytuacja, ale na więcej nie miał siły. - Wobec tego spróbujmy przetrzymać go jeszcze przez chwilę. Jeśli Benjy go zabezpieczył to raczej nie powinniśmy niepokoić się o to, czy sam nie opuści piwnicy - no cóż, było to brutalne, ale prawdziwe
Roth z pewnością miał reagować w dosyć gwałtowny sposób, schodząc z eliksirów nasennych, to nie miało być miłe dla nikogo. Tyle tylko, że Roise wierzył w stabilność zabezpieczeń piwnicy, bo kto jak kto, ale Rookwood jeszcze w szkole był bardzo dobry w te klocki. Nie bez powodu zresztą został klątwozłamasem, czyż nie? Być może nie była to pierwszego wyboru ścieżka kariery, ale zadziwiająco pasowała do Fenwicka.
- Uznamy, że wróciłem jutro. Trzeba będzie dać znać innym - rzucił po chwili zastanowienia, jednocześnie uderzając językiem o podniebienie, gdy w jego głowie pojawiło się kolejne pytanie; niby z gatunku tych oczywistych, ale czy aby na pewno? - Wszyscy już wiedzą, nie? Elias, Ursula, Romulus i tak dalej? - To, że Cornelius i Benjy zdawali sobie sprawę z przypadłości brata Geraldine było jasne, ale cała reszta?
Już niekoniecznie. Co sprowadzało ich do jeszcze jednego faktu, który chyba powinien rzucić, skoro nie wiedział, czy zrobił to ktoś inny. Powoli zaczynało być tego dużo. Zwłaszcza jak na jego głowę.
- Zabraliśmy ze sobą siostrę Eliasa. Prudence. Tę, o którą pytałem wtedy na klatce schodowej - zaczął, mając wrażenie, że do tego momentu wyłącznie stwierdza oczywistą oczywistość, bo to było dosyć jasne, że Prue miała się tu z nimi zjawić.
Przynajmniej dla niego, ale dla reszty chyba też. Może nigdy nie była oficjalną częścią grupy. Nie była niczyją rodziną, poza byciem bliźniaczką Bletchleya. Dosyć długo wyjątkowo się z nią nie lubili, ale teraz byli już dorośli. Łączyło ich coś więcej niż przeszłe spiny. W pewnym sensie chyba byli już ponad nimi. We dwoje chyba niekoniecznie się przyjaźnili, ale było między nimi zaufanie.
A także coś więcej. Do tego zamierzał pić w tej chwili, starając się oszczędnie dysponować słowami wypowiadanymi przez zdarte gardło, ale też dosyć dobrze przedstawić sytuację.
- To podwładna Corneliusa. Pracuje z nim w kostnicy. Wcześniej pracowała z nami w szpitalu, tyle, że na innym oddziale. Corio wziął ją do siebie po... ...wypadku... ...straciła narzeczonego. Wilkołak. Co gorsza, trafiło na jej dyżur, sama odprowadziła go za Zasłonę - telegraficzny skrót wydarzeń, tylko taki, na jaki miał siłę, więc nie usiłował być zbyt dyskretny. - To było już... ...będą ze trzy lata, więc to nic świeżego, nie do tego piję, żebyś jakoś specjalnie ją traktowała. Bardziej do tego, że szybko zauważysz, że Bletchley jest specyficzna. Co w tym wypadku niekoniecznie jest obelgą, rozumiesz. Jest... ...dziwna, zawsze była dziwna. Poza tą sprawą z narzeczonym, ma też Milforda... ...a z tą swoją... ...specjalizacją z czytania ludzi, szybko zauważysz, że jest też widmowidzem. W razie czego, jeśli Astarotha by poniosło, może być nam bardzo przydatna. Można jej ufać, współpracujemy w pewnych mniej oficjalnych zakresach. Jest nekromantką, cholernie dobrą nekromantką - i babskim czarnoksiężnikiem, ale tego już nie dodał.
Nie wydawało mu się, żeby musiał to robić. Wszystko było raczej dosyć jasne. Potrzebowali wsparcia nie tylko w zakresie fizycznej ochrony, siły mięśni, pacyfikacji pięścią i tak dalej. A Prudence była siostrą Eliasa. I tak nie mogli jej zostawić w Londynie. Żaden z nich by tego nie zrobił. Ani on, ani Corio.
Więc włączenie dziewczyny w sprawę było czymś raczej niezbędnym, dosyć naturalnym. Rzecz jasna potem, gdy wszyscy odpoczną. Chwilowo nic jej nie mówili. To też dało się wyczuć między słowami jego przekazu. Zresztą nie był człowiekiem, który bezzasadnie sprzedawał cudze sekrety, zwłaszcza te swojej rodziny, choćby nie wiedział, jak bardzo był zmęczony i nieuważny. Czekał na zgodę ze strony Riny.
- Fizycznie nic mi nie jest - zapewnił mając wrażenie, że chyba tego jeszcze nie zrobił. - Jestem tylko zmęczony. Może nawdychałem się trochę dymu, ale nic więcej. Szybko odzyskam siły - co prawda wewnętrznie nie był o tym aż tak przekonany, ale nie chciał, żeby Geraldine martwiła się o niego bez potrzeby a te słowa...
...no cóż. Brzmiały dosyć poważnie. Nie przyglądał się sobie zbyt długo w lustrze, zanim wszedł do wanny, ale skoro stawiała tę sytuację na równi z wieloma innymi, które on sam uznawał za znacznie gorsze, to...
...chyba musiał zmobilizować wszystkie siły, żeby jak najszybciej doprowadzić się do porządku. Nie chciał, aby się o niego martwiła. Żył, fizycznie miał się w porządku, był tylko wykończony, nic więcej. Jego ciało nie nosiło żadnych ran. Przynajmniej nie takich widocznych na pierwszy rzut oka. Nie psychicznych. Te z pewnością odcisnęły na nim swoje piętno, ale nie chciał o tym rozmawiać. Jeszcze nie.
- Wobec tego chyba muszę pomyśleć o tym, żeby zrobić jakąś listę życzeń i dokładnie je sprecyzować. Tak, byś już nie mogła się od nich wymigać - odparł, uśmiechając się pod nosem.
Praktycznie machinalnie, niemal bezwiednie, bez większego zastanowienia, co chyba znaczyło, że było z nim lepiej niż zakładał. To nadal był ten dziwny rodzaj nadmiernej wesołości z powodu błahych rzeczy, ale przynajmniej odchodził przy tym od myślenia o czymkolwiek innym. O tym, co działo się w Londynie. O piekle ostatnich dni.
W dalszym ciągu potrafił podtrzymać luźny ton rozmowy. Najwyraźniej nie było z nim najgorzej. Nadal trochę nazbyt mocno uciekał myślami we wszystko, co działo się w czasie ich rozłąki, jak i również w same wrażenia, jakich wtedy doznawał, ale było mu już nieco łatwiej wracać z powrotem do rzeczywistości.
Głównie dlatego, że była tu przy nim. Jego dziewczyna. Nie chciał być z dala od niej, chciał znajdować się obok Geraldine, nawet jeśli dopiero co zaczęli odzyskiwać coś na kształt stabilności. Nawet, jeżeli jeszcze trzy dni temu nie byli niczego pewni. Teraz wiedział to jeszcze bardziej zdecydowanie. Był bardziej ugruntowany w przekonaniu, że tu było jego miejsce. Nigdzie indziej.
Gdyby nie byli razem (głównie fizycznie, ale psychicznie bez wątpienia także) w momencie, w którym cały świat dookoła nich zaczął się sypać, wszystko byłoby zdecydowanie inne. Trudniejsze. Jeszcze bardziej skomplikowane i chaotyczne. Oczywiście, że by jej szukał. Nie było innej możliwości. A to mówiło już samo za siebie, czyż nie? Była jego domem, jego rodziną...
...i najwyraźniej wieloma innymi. W tym także fryzjerem. No cóż. To chyba nie było aż takie znowu dziwne, czyż nie? Raptem kilka dni wcześniej sama zwróciła mu uwagę na to nadmierne zarośnięcie na głowie.
- Spodziewaj się niespodziewanego, czyżbyś o tym zapomniała? - Rzucił dokładnie w tym samym tonie, co zawsze.
Przecież od samego początku to sobie powtarzali, czyż nie? Zrobili sobie z tego jedną z nieoficjalnych maksym. Musiała o tym pamiętać. Lubił ją zaskakiwać. Nawet czymś tak prozaicznym i niewinnym jak nagły przypływ zaufania w kwestii mocniejszego podcięcia włosów.
- Będzie najlepiej, jeśli załatwimy to teraz. Za jednym zamachem ze wszystkim innym. W torbie na korytarzu z pewnością mam ostre nożyczki - stwierdził wreszcie po chwili nie tyle namysłu, co dosłownego zawieszenia się w czasie i przestrzeni.
Mrugnął kilkukrotnie, znów wracając wzrokiem do Geraldine i sięgając po pierwszą z brzegu butelkę, żeby wylać sobie trochę płynu na rękę i spróbować namydlić włosy. Mimo wszystko, nawet jeśli zamierzał ściąć je w pizdu, nie mogły być brudne. Ten proceder wymagał względnej czystości tego, co Roise miał na głowie, nawet jeśli Greengrass tak czy siak zamierzał później myć głowę drugi raz.
Niby zdecydowanie wierzył w stabilność dłoni dziewczyny oraz w to, że ukochana nie zrobi mu ptasiego gniazda na głowie, ale włosy miały ten nieszczęsny zwyczaj dziwnego układania się po jednokrotnym myciu i bezpośrednim cięciu. Tak naprawdę dopiero po tym drugim spłukaniu i wysuszeniu można było realnie ocenić efekty. I tego zamierzał się trzymać.
Nieważne, z czym skończy na głowie, nie planował panikować. Ufał Rinie. Może nawet trochę za bardzo? W końcu chodziło o jego wygląd a do prezencji przykładał naprawdę dużo uwagi. Momentami nawet trochę zbyt wiele, co lubiła mu powtarzać. No cóż.
Tak czy siak, spłukał głowę pod bieżącą wodą, wyciągając kurek z wanny i rozglądając się za ręcznikiem, który powinien wisieć na ścianie przy wannie... ...a którego zdecydowanie tam nie było.
- Przeklęty Potter - mruknął, bo niby kto inny miałby zabrać wszystkie czyste ręczniki?
Romulus nader wszystko uwielbiał się pindrzyć. Praktycznie tak samo jak Cornelius. Zdecydowanie byli siebie warci. Mieli ręczniki nie tylko do ciała, rąk, twarzy i włosów, ale także do prawego i lewego połdupka, pudrowanego nosa. Nawet pindol musiał mieć własny ręcznik. Albo cudzy, jak w tym wypadku. Dzielenie łazienki z kimś takim było czymś niemożliwym, naprawdę.
- Podasz mi, proszę, coś, żebym mógł się wytrzeć i to zrobimy? - Spytał całkiem spokojnie i gładko, niemal bez westchnienia.
Chyba po prostu musiał na nowo, po praktycznie kilkunastu latach, przyzwyczaić się do życia pod jednym dachem z Romym. Choćby na jakiś czas. Pewnie nie dłużej niż tydzień. Oby nie dłużej niż tydzień...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
08.05.2025, 19:03  ✶  

Prychnęła, kiedy usłyszała jego odpowiedź. Ambroise nie był taki ugodowy, nie odzywał się do niej w ten sposób, zdecydowanie musiał być kurewsko zmęczony, skoro zdecydował się zwrócić się do niej w ten sposób. Odruchowo sięgnęła dłonią w stronę jego czoła, żeby sprawdzić, czy nie było ciepłe. Mógł mieć w końcu gorączkę, czy coś, mogła się ona pojawić ze zmęczenia... chyba? No nie miała pewności, bo chuja się znała na tych wszystkich sprawach związanych z medycyną, ale zakładała, że tak mogło się wydarzyć.

- Musiałam sprawdzić, czy nie masz gorączki. - Rzuciła jeszcze na swoje wytłumaczenie, bo no nie, on nie zachowywał się w ten sposób, nigdy, na pewno nie w stosunku do niej. To naprawdę nie było w jego stylu. - Nie jest ciepłe, więc to nie to, podejrzewam, że to symptom wynikający ze zmęczenia. - W końcu zabrała dłoń z jego czoła. Naprawdę potrzebował snu, aby wrócić do normalności. Nie do końca chyba akceptowała go w tej ugodowej wersji, no, bo to nie był do końca on, musiał doprowadzić się do porządku i jakoś zostawić wydarzenia tamtej nocy za sobą.

Wiedziała, że mógł brać ją pod włos, jednak tak naprawdę nie miała powodu go oszukiwać tym stwierdzeniem. Jak na to wszystko, co się wydarzyło miała się naprawdę dobrze. Nic jej się nie stało, spędziła ostatni dzień, w sumie to półtora dnia w tej rezydencji, gdzie było naprawdę spokojnie. Jak na to, co się stało to nie mogło być lepiej. Jasne, może nie spała specjalnie długo, bo trudno jej było przymknąć oczy na dłużej, gdy nie byli w komplecie, jednak to jak na nią było nic takiego. Przecież bezsenność była jej towarzyszką od dawien dawna. Nie musiała przesypiać jakichś odpowiednich ilości godzin, aby poczuć się lepiej, nie potrzebowała tego.

- Na pewno się zirytuje, że go okłamałam, ale jakoś sobie z tym poradzę. - Była pewna, że jej brat się obruszy. Potrafił bardzo mocno demonstrować swoje niezadowolenie, na szczęście zamknęli go w piwnicy, więc jedyną krzywdę jaką będzie mógł zrobić to tę sobie, może pod wpływem impulsu rozbiegnie się i uderzy w ścianę. Nie musiała się tym jednak martwić, bo wampiry nie mogły sobie łatwo odebrać życia, więc tak właściwie to nie było, aż tak źle. Nie sądziła, żeby mógł pokonać zabezpieczenia, które wyczarował Benjy, wydawały się być bowiem bardzo profesjonalne, Roise miał rację, gdy wspominał o tym, że z jego przyjaciela jest bardzo doświadczony klątwołamacz. Oczywiście, że nie skomentowała tego przy Fenwicku, ale zauważyła jego potencjał. Nie było jednak powodu, aby doceniała jego umiejętności, w końcu za sobą nie przepadali.

- Tak, musiałam im powiedzieć, nie mogliśmy ryzykować. Lepiej, aby zdawali sobie sprawę z zagrożenia, jakie znajduje się w domu. - Niby Roth był zamknięty w piwnicy, ale zdecydowanie lepiej było, aby wszyscy byli świadomi tego, co działo się z jej bratem. Musiała ich poinformować o całej sytuacji, a nie była ona prosta. Na szczęście nikt nie negował tego, że jego obecność tutaj była właściwa. Miała sporo szczęścia, że to zaakceptowali, bo inaczej pewnie musiałaby zabrać do Snowdonii, a tam na pewno trudno byłoby jej go trzymać z dala od eliksirów, musiałaby też opowiedzieć o wszystkim matce, a aktualnie naprawdę nie miała siły słuchać o tym, jaką beznadziejną siostrą była i jak mogła pozwolić na to, aby Astaroth się tak stoczył. Zdecydowanie lepiej było załatwić problem jak najdalej od rodziców.

- Nie wiedziałam, że Elias ma siostrę. - Rzuciła jeszcze, bo fakt, wyłapała coś wtedy na klatce schodowej, ale nie do końca połączyła fakty. Nie wspominał o niej chyba zbyt często, zresztą Geraldine tak właściwie nigdy się z nim jakoś specjalnie nie spoufalała. Wiedziała, że należał do ich paczki, ale jakoś zawsze bliżej jej było do Corio, czy Romulusa. Z Corneliusem utrzymywała bardzo bliski kontakt, nawet kiedy drogi jej i Roisa się rozeszły, bo była matką chrzestną jego dziecka, więc nigdy tak naprawdę się od niego nie odsunęła, zresztą obiecała to przecież Amandzie, że bez względu na wszystko będzie się opiekować Fabianem. Tak naprawdę nigdy nie zakładała, że będzie musiała spełnić swoje matczyne obowiązki tak szybko.

- Jasne, skoro uważacie, że może nam się przydać, i darzycie ją zaufaniem, to też jej ufam. - Nie wiedziała, co innego miałaby powiedzieć. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie ufali komu popadnie i bardzo starannie dobierali osoby, z którymi współpracowali. Kobieta musiała więc być godna zaufania, nawet nie przeszkadzało jej to, że jej nie znała. Jeśli jej wsparcie miało pomóc Astarothowi to przyjmowała je w ciemno, bez względu na to, jak dziwnym człowiekiem miała się okazać.

- Ten dym chyba wszystkim zaszkodził, dość długo go wdychaliśmy, cieszę się, że nic Ci się nie stało, trochę się bałam, że mogło być inaczej. - Rozeszli się bowiem tamtego wieczora, gdy znajdowali się w ich kamienicy. Nie mogła mieć pewności, że po drodze coś mu się nie przytrafi. Londyn okazał się być wtedy bardzo niebezpiecznym miejscem. Na szczęście był tutaj - cały i zdrów, no może odrobinę zmęczony, ale akurat to nie było najgorszą rzeczą, jaka mogła się mu przytrafić.

- Nie ograniczaj się, to się szybko nie powtórzy, warto więc, abyś odpowiednio wykorzystał swoją szansę. - Tak, Yaxleyówna raczej nie miała w zwyczaju zbyt często wychodzić z podobnymi propozycjami, dzisiaj jednak czuła, że to jest właściwe. Roise widział dosyć wiele, zasługiwał na specjalne traktowanie po tym, co ostatnio przeżył. Wiedziała, że na pewno na nim się to bardziej odbiło niż na niej. Tak naprawdę nie miała bowiem pojęcia o tym, jak wyglądało aktualnie miasto, jak rysowały się straty.

- Najwyraźniej tak, muszę na nowo do tego przywyknąć. - Dodała z uśmiechem, bo faktycznie to było dla nich bardzo naturalne. Nigdy nie mogli przewidzieć tego, co się wydarzy. Tak już mieli.

- Jak sobie życzysz, możemy to zrobić od razu, będzie z głowy. - Nie miała nic przeciwko temu, tak właściwie im szybciej tym lepiej, nie, żeby jakoś szczególnie ufała swoim zdolnościom fryzjerskim, ba, myślała, że Ambroise ufa jej pod tym względem bardziej niż ona sama sobie. Jeśli jednak tego właśnie chciał, to nie zamierzała mu odmawiać, w końcu wspomniała mu o tym, że spełni dzisiaj wszystkie jego życzenia, skoro to było jednym z nich, to podejmie się tego wzywania.

- On chyba tak ma, ciągle coś stąd wynosi, nie wiem, jak na dłuższą metę znosiłeś dzielenie z nim łazienki, zresztą przesiaduje tutaj godzinami. - Zdążyła już to zauważyć, chociaż była tutaj ledwie półtora dnia. Romulus spędzał w ich wspólnej łazience naprawdę dużo czasu, Yaxleyówna nie miała pojęcia, co właściwie tutaj robił, tak naprawdę to chyba wolała w to nie wnikać, im mniej wiedziała, tym mogła spać spokojniej...

- Wydaje mi się, że w sypialni było kilka czystych ręczników, skrzaty wczoraj przyniosły, ogarnę też te nożyczki. Zaraz wrócę. - Podniosła się powoli z podłogi, nie spieszyła się jakoś specjalnie, Ambroise raczej nigdzie jej teraz nie mógł uciec.

Wyszła z łazienki, najpierw ruszyła na korytarz, aby odnaleźć torbę, o które wspominał jej chłopak. Chwilę jej to zajęło, ale w końcu ją odnalazła, później wróciła do sypialni, aby ogarnąć ręczniki. Wzięła wszystkie, aby zostawić je w łazience, kto wie, kiedy znowu będą ich potrzebowali. Rzuciła torbę na podłogę, sama zaś ruszyła w stronę wanny, aby podać Roisowi ręcznik. Cóż, jeszcze chwila i będą mogli się zająć obcinaniem jego włosów. Nie zamierzała panikować, to nie było przecież nic trudnego, na pewno też nie zabije jej za to, jak jej się omsknie ręka. Nie zakładała, że tak będzie, ale skoro miała spodziewać się niespodziewanego... to to mogła być jedna z takich rzeczy.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
09.05.2025, 17:35  ✶  
Jasne, że musiała przyłożyć mu dłoń do czoła. Oczywiście, że parsknęła. Spodziewał się tego. Przecież ją znał. I wbrew pozorom, była to całkiem urocza reakcja. W tym momencie, Geraldine trochę go rozbawiła. Zdecydowanie jej się to udało.
- Jeśli bym ją miał to sprawdzanie tego w tym momencie mija się z celem. Nie jestem przegrzany, tylko wychłodzony. W drugą stronę - odpowiedział w jak najbardziej protekcjonalny sposób, na jaki było go obecnie stać.
Bardziej z potrzeby uzewnętrznienia swojej uzdrowicielskiej maniery, aniżeli z faktycznej chęci strofowania dziewczyny. Tak też zresztą brzmiał w chwili, w której te słowa opuściły jego usta i moment później, kiedy pokusił się o dodanie wyjaśnienia swojej pewności.
Nie upominająco, tylko, jakby naprawdę zaraz zamierzał zacząć mądrzyć się na temat sensu sprawdzania gorączki w łazience pełnej pary, podczas gdy obiekt badania jeszcze chwilę wcześniej siedział praktycznie we wrzątku. Tego drugiego, rzecz jasna, nie mogła wiedzieć. A on, oczywiście, nie zamierzał faktycznie dawać Yaxleyównie do zrozumienia, że co jak co, ale na leczeniu nadal się nie znała.
- Zmarzliśmy podczas spaceru, teraz woda jest gorąca. Na twoim miejscu pewnie mi samemu trudno byłoby powiedzieć, czy ktoś w moim położeniu ma gorączkę, bo wypieki na pewno mam - stwierdził, wybierając wersję, która była względnie pośrednia.
Nie kłamał. Jemu też rzeczywiście mogłoby być trudno, gdyby chciał upewniać się odnośnie stanu takiego pacjenta. A on był ekspertem, nieprawdaż? Niekwestionowanym specjalistą. Chociaż chyba nie do końca w zakresie własnych irracjonalnych (za to śmiesznych, przynajmniej dla niego) zachowań. Ta sytuacja trochę za bardzo go bawiła.
Miał ochotę zacząć się śmiać, co w tym konkretnym przypadku mogłoby przynieść zupełnie odwrotny skutek do wywołania tego samego rozbawienia u jego ukochanej. Najprawdopodobniej wtedy już do końca uznałaby go za niepoczytalnego.
I może właśnie tak było? Z wyczerpania, bo jeszcze nie pił alkohol? Ze zmęczenia? Z naturalnej reakcji organizmu na zrzucenie z siebie odpowiedzialności i stresu? W wyniku jakiejś przedziwnej wersji chwilowego załamania nerwowego? Takiej, gdzie po wszystkim, co się wydarzyło, pozostało mu już tylko zacząć śmiać się jak obłąkany? Z dwojga złego: to z pewnością było lepsze od typowego rozstrojenia, nerwów i trzęsawki.
Oczywiście, że spodziewał się takiej a nie innej reakcji ze strony Riny. Nie była w stanie przepuścić mu tamtego komentarza. Ona zdecydowanie nie była litościwa, oj nie.
Nie darowała sobie upominania go o jedzeniu przed piciem alkoholu. Teraz tego gestu mającego na celu coś zgoła innego od rzeczywistego sprawdzenia, czy ma gorączkę. Więc tym razem i on nie darował sobie tej jakże specjalistycznej odpowiedzi. Niezbyt rozwiniętej, sprowadzonej trochę do bełkotu, ale zdecydowanie jeszcze wciąż miał coś do powiedzenia. Chyba jednak nie był aż tak przesadnie ugodowy.
No cóż, musiała mu to wybaczyć, w takim wypadku był trochę zawodowo spaczony, więc oczywiście, że musiał sformułować swoją profesjonalną opinię jeszcze zanim dodał to proste i ludzkie, nieco pobłażliwe, może trochę rozbawione.
- Nie mam gorączki, tylko jestem dla ciebie miły i współpracuję. Potrafię współpracować, wiesz? - Głupia reakcja, głupie pytanie, odpowiedź prawdopodobnie też miała być równie ambitna, ale w gruncie rzeczy naprawdę tego potrzebował.
Tej normalności. Nie jej złudzenia, tylko faktycznego, rzeczywistego poczucia, że jest między nimi po prostu dobrze. Nie muszą dalej drzeć kotów, kłócić się o to, co mają do zrobienia, o istnienie lub nieistnienie wspólnej przyszłości. Są tu razem. Nawet po czymś na kształt końca świata.
Nie faktycznego, choć tamtej nocy i przez te dwa dni, które spędził na dyżurze w Mungu, to rzeczywiście mogło tak wyglądać. Ziemia wcale się jednak nie rozstąpiła. Piekło nie miało żadnego demonicznego podłoża. To była czarna magia, zdecydowanie, ale jak najbardziej ludzka. Wyczarowana rękami nikogo innego jak popleczników Voldemorta. To było pewne.
To był tego typu koniec świata. Koniec ich świata. Ich wszystkich. Nieważne, jak bardzo nie chcieli się w to mieszać, zajmować stron, opowiadać się za kimkolwiek.
To był koniec rzeczywistości, jaką znali. Nie mogł być, miał być, nie. To już się dokonało. Równowaga została zaburzona. Resztki kruchych murów runęły. Następne dni, tygodnie, miesiące, możliwe, że nawet lata miały ustanowić nowy porządek.
Jednak w tym momencie naprawdę nie chciał o tym myśleć. Miał stanowczo zbyt wiele okazji, by być świadkiem zmian, jakie tak przerażająco szybko zaczęły dziać się w Londynie. Tego, co ogień robił nie tylko z budynkami, lecz także z ludźmi. Zdecydowanie zbyt dobrze to wyłapał, choćby w drodze do Munga. Żywioł wyciągał z nich skrajnie różne zachowania. Głównie te gorsze, bardziej pierwotne, naprawdę paskudne. Festiwal spaczenia, nawet jak dla Roisa, który nigdy nie miał się za moralnego człowieka. A jednak niektóre z tych scen były szokujące nawet dla niego. Głównie przez to, ile było tych przypadków. To nie były odosobnione incydenty. Chaos zdecydowanie pochłonął stolicę.
Jednakże w tej chwili nie chciał snuć rozważań na temat tamtego dnia... ...wieczoru... ...licznych godzin... ...praktycznie połowy tygodnia. Nie. Zdecydowanie wolał zająć myśli czymś innym. Te, które był jeszcze jakoś w stanie zebrać. Padło na ich główne wyzwanie: Astarotha. Roth zdecydowanie potrzebował teraz więcej uwagi niż odległe pogorzelisko w Londynie. Należało zająć się tą sprawą, wrócić do tego, co zaczęli planować jeszcze przed tamtym parszywym zmierzchem.
Dobrze było usłyszeć, że przynajmniej część zadań została już wykonana. Ufał w nałożone zabezpieczenia. Pokładał również wiarę w to, że wampir, nawet młody, nie zabije się tak łatwo. Zresztą z pewnością nie miał czym. Wierzył w to, że nie pozostawionoby mu nic, co mogłoby zostać wykorzystane w tym stylu, choć kreatywność Yaxleya mogła ich zaskoczyć. W końcu był on bratem Geraldine.
- Poradzimy - poprawił dziewczynę, jednocześnie biorąc głęboki wdech i powoli wypuszczając powietrze nosem, bo cholernie bolało go gardło. - Jaka była reakcja? Chyba nie oponowali... ...coś mówili? - Mógł obecnie nie lubić chłopaka, ale mimo wszystko miał nadzieję, że podejście do niego nie zostało okazane za ostro.
Wiedział, że Romulus szczerze nienawidził wampirów. Niechęć mogła również tyczyć się Eliasa, który miał podstawy, by mieć uprzedzenia wobec nieludzi. Ursula także należała do dosyć ugruntowanych w swoich przekonaniach. A jednak, skoro Roth znalazł się w piwnicy, najpewniej nie było aż tak źle.
- Prue i Eli nie do końca trzymają się wspólnego towarzystwa - wyjaśnił bardzo ogólnikowo, nie dodając już, że dziewczyna jak najbardziej miała ku temu podstawy.
To było dawno i nieprawda, czyż nie? Teraz wszyscy byli już dorośli. No, może wyłączając Romulusa, z którym Bletchley nadal miała wyjątkowo napięte stosunki. Z resztą grupy sytuacja wyglądała raczej znacznie łagodniej. Może wciąż nie do końca przyjacielsko, ale lepiej niż w czasach szkolnych.
- Można jej zaufać - potwierdził, ograniczając się zaledwie do tego jednego zdania, bowiem całą resztę szczegółów mogli poruszyć później, nie w stanie skrajnego przemęczenia.
Najważniejsze było bowiem to, że jego dziewczyna zgodziła się na udział Prudence w całej sprawie. To zdecydowanie mu wystarczyło.
- Miałem farta. Więcej razy niż mogę zliczyć. Droga do Munga to był jeden wielki pierdolony chaos - przyznał nie zamierzając udawać, że całe jego powodzenie tamtego wieczoru w pełni zależało od jego umiejętności przetrwania.
Miał szczęście. Momentami wręcz niesamowite. Był jedną z nielicznych widzianych przez siebie osób, które w gruncie rzeczy nie doznały żadnego głębszego zadrapania, nic takiego. Być może nawdychał się dymu, miał kilka siniaków, ale nic mu się nie stało. Ulżyło mu, że pozostałym również.
- Droga z Londynu zajęła wam dużo czasu? - Spytał, odsuwając od siebie własne wspomnienia na rzecz zadawania tych kilku konkretnych pytań dotyczących wszystkiego innego, tylko nie sytuacji w mieście i szpitala. - Kiedy wszyscy trochę odpoczniemy, podejrzewam, że najlepiej będzie się przebadać. Przynajmniej ogólnikowo - dodał odnośnie tego cholernego dymu, bo skoro mieli teraz w domu trzech uzdrowicieli (nawet jeśli dwóch byłych) to nie mogli z tego nie skorzystać.
Wpierw jednak potrzebowali zająć się wstaniem na nogi, bo w tym momencie szczerze nie wyobrażał sobie możliwości dalszego działania jako uzdrowiciel. Nawet (a może zwłaszcza?) w stosunku do najbliższych.
- Wiesz, że zawsze korzystam z okazji - uśmiechnął się pod nosem.
W końcu aż za dobrze go znała. Wiedziała, że nie zamierzał przesadnie powstrzymywać się przed wyrażaniem życzeń. Z tym, że w tej chwili miał je tak naprawdę tylko dwa. Chciał, by przy nim była i by ścięła mu te cholerne włosy, niczego więcej nie potrzebował. No, może prócz alkoholu, ale to też mieli już ustalone, czyż nie?
I prócz ręcznika...
Cholerny Potter.
- Chodziłem do Eliasa - odpowiedział gładko, nie bez drżenia kącików ust, no i oczywiście zgodnie z prawdą. - Ani on, ani Alo... ...Benjy nie mieli tendencji do spędzania tam połowy dnia. Za to do Romulusa czy Corio nigdy nie szło się dopchnąć. To prawie była indywidualna, prywatna łazienka Romka, ja występowałem w niej tylko gościnnie - ironia, czyż nie?
Bo oto we trzech wyrabiali się zdecydowanie szybciej niż tamta dwójka pojedynczo. Nawet bez mijania się w drzwiach. Każdy po prostu znajdował sobie swoją lukę, gdy łazienka mogła być odpowiednio długo zajęta i z niej korzystał. Bez gadania. Z umiarkowanym narzekaniem.
Przez to Ambroise chyba trochę zbyt mocno rozpuścił Pottera. Teraz, kiedy nie chciał wracać do schematów z dzieciństwa, szczególnie mając Geraldine u boku, sytuacja zaczynała robić się dosyć podchwytliwa. Chwilowo objawiała się tylko pod postacią braku ręczników i całej masy pierdoletów porozstawianych po parapetach i półkach, ale kto tam wiedział Romulusa, co miało być dalej. To była najprawdziwsza primadonna. Pięknisia. Gwiazdeczka. Nawet w porównaniu do Greengrassa, który miał tendencję, by dosyć mocno o siebie dbać.
- Jakiekolwiek kosmetyki trzymaj przy nim w sypialni. Ma tendencje do tego, żeby je sobie przywłaszczać. Nieważne, czy to pianka do golenia, czy spray do nosa. Zabierze wszystko. Kiedyś wysmarował sobie dupę i pięty moim rozgrzewającym kremem na stłuczenia. Nie mógł usiąść przez pół dnia... ...nie mógł też stać... ...leżał z ryjem w poduszce, zły na cały świat - przytoczył w ramach anegdoty, której chyba jeszcze nie słyszała, jednocześnie wymownie kręcąc głową. - Pomyślałabyś, że przestanie pożyczać sobie rzeczy bez pytania, ale otóż nie. To nie jego domena - w żadnym razie nie nazywał przyjaciela złodziejem, rzecz jasna, po prostu mówił jak ma się sprawa.
Chyba każdy wiedział, że Potter lubi korzystać z wygody posiadania kumpli w tym samym wieku, o tym samym stylu ubioru i tych samych przedmiotach codziennego użytku, które mogły mu się przydać. I chyba każdy wiedział, że nie ma co z tym walczyć.
Taki już był urok Romulusa, nie? Okazjonalnie można mu było dopierdolić pieprzu cayenne do kremu do twarzy, ale to byłoby na tyle. Mimo wszystko lubił tego zjeba. Nawet po tej akcji z plotkami i złymi dobrymi intencjami, jakie ten miał.
Bardzo powoli pokiwał głową, nie powstrzymując już dłużej Geraldine przed wyjściem z łazienki. Co prawda nie chciał jej ganiać, nigdy tego nie robił, ale tym razem sytuacja raczej tego wymagała, więc nijak nie skomentował konieczności wyjścia dziewczyny. Był jej po prostu cholernie wdzięczny za wszelkie starania.
- No heeej, piękna - mruknął, obracając głowę przez ramię, gdy drzwi łazienki ponownie zostały otwarte a chłodniejszy podmuch uderzył go w czubek głowy.
Dobra bajera nie była zła, czyż nie? Towarzyszył jej zmęczony, ale całkiem szczery, miękki uśmiech i mrugnięcie okiem, gdy bez dalszego wahania przyjął ręcznik, wytaczając się z wanny.
- Dzięki - rzucił zanim jeszcze zajął się wycieraniem wody i odsączaniem włosów, moment później lekko trzepiąc półsuchą głową i wreszcie stając prosto przed krzesłem stojącym w rogu łazienki. - Gotowa? - Niby to on powinien zostać o to spytany, ale tym razem uprzedził te słowa.
Zdecydowanie był przygotowany na to, żeby usiąść, upuszczając ciężar ciała na siedzisko i unosząc brew. Zachęcająco, a jakże. On był gotowy.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
11.05.2025, 17:57  ✶  

Yaxley potrafiła być zabawna, no, czasami jej się to udawało. Wiedziała, że brakuje jej jego wprawy, jednak przez te wszystkie lata, które spędzili razem sporo się od niego nauczyła. Przynajmniej tych takich typowych, podstawowych odruchów medyków. Nie, żeby szła za tym jakakolwiek wiedza, bo tej nie była zbyt skłonna nabyć, nawet przez ten kawał czasu, który razem spędzili. Zdecydowanie nie miała ku temu predyspozycji.

- Przynajmniej próbowałam... - Oczywiście, że robiła to źle. Nawet specjalnie nie zdziwiło to Yaxleyówny. Widać było, że gówno się zna nawet na takich prostych dolegliwościach. Musiał jej wybaczyć, potrafiła robić krzywdę, wiedziała w jaki sposób i gdzie uderzyć, jednak w drugą stronę zupełnie sobie nie radziła, ale naprawdę miała dobre intencje, tylko, że wyszło jak zwykle.

- Chciałam tylko udać, że choć trochę się na tym znam. - Trudno było jednak to zrobić, skoro Roise stwierdził, że nawet on jako profesjonalista miałby problem ze stwierdzeniem ewentualnej gorączki w takiej sytuacji. Tak naprawdę to raczej nie sądziła, że faktycznie tak było, bardziej czuła, że próbował trochę pocieszyć ją z powodu braku podstawowej wiedzy, którą się właśnie popisywała.

Oczywiście, że nie miała mu za złe tego, że zwrócił jej uwagę na te drobne szczegóły, które mogły spowodować, że źle oceniła sytuację. W przeciwieństwie do niej Ambroise był w temacie leczenia bardzo mocno obeznany, był specjalistą, więc trudno by było wciskać mu kit w tym temacie. Znał się na medycynie, jak mało kto, miał lata doświadczenia, a ona próbowała mu teraz rzucać swoje racje, które nie do końca powinny chyba istnieć. Cóż, chciała dobrze, jak zawsze.

- Właśnie nie do końca wiem. Inaczej nie pomyślałabym o tej gorączce. - Znała go przecież bardzo dobrze i wiedziała, że współpraca z Grenngrassem bywa bardzo trudna, szczególnie kiedy miał w jakimś temacie inne zdanie od niej. Rzadko kiedy ulegał bez jakichś dłuższych prób namawiania do zmiany zdania, zresztą nawet i z nimi miewał problem z tym, żeby posłuchać chociażby jej sugestii. Był uparty jak osioł, tym razem jednak poszło jej całkiem gładko. Jakoś specjalnie nie pyszczył i nie próbował się stawiać. Miała prawo nieco wątpić w jego dobre samopoczucie, bo zazwyczaj to wyglądało zupełnie inaczej. Może nie musiała to być gorączka, może faktycznie był nieco zmęczony, przez co odpuścił. To też by jej jakoś specjalnie nie zdziwiło.

Czuła, że czekały ich pewne zmiany, a dopiero zdążyli zaakceptować nową rzeczywistość. Wrócili w końcu do siebie, jednak ich spokój bardzo szybko został zaburzony. Tak, czy siak dotarło do nich, że chcieli razem iść przez życie, bez względu na to, jak miał wyglądać świat wokół nich. Chcąc nie chcąc, problem zaczynał coraz bardziej dotyczyć i nich, czy tego chcieli, czy nie, musieli jakoś się w tym odnaleźć. Ta pamiętna noc pokazała, że na nich też czai się zagrożenie, bo poplecznicy Voldemorta nie patrzyli na nikogo, ani na nic. Brnęli przed siebie bez względu na konsekwencje. Spodziewała się, że podczas tych pożarów na pewno zostało rannych również wielu czystokrwistych, płomienie mogły w końcu dosięgnąć każdego. Nie do końca jeszcze zadecydowała, jak i czy powinni sobie z tym radzić, bo przecież to nie był ich konflikt, przynajmniej do tej pory, ale jeśli sytuacja rysowała się tak jak ostatnio, to powoli stawało się to ich problemem, bo mogli stać się tymi przypadkowymi ofiarami, czego nie miała zamiaru akceptować.

Na pewno czekała ich rozmowa na temat tego, co się wydarzyło. Zresztą musieli przegadać dużo więcej tematów, o których nie zdążyli pomówić. Nie chciała jednak tego robić teraz, to nie był odpowiedni moment. W tej chwili zależało jej na tym, aby Ambroise faktycznie poczuł, że wrócił do domu, że nie musi się już niczym przejmować, że tamte wydarzenia są za nim. Rozmowy im nie uciekną, prędzej, czy później do nich dojdą, teraz potrzebował chwili spokoju, a nie wracania do tematu.

- Nie cieszyli się jakoś specjalnie, ale nie ma się im co dziwić. Nie wyrzucili mnie z nim za drzwi, więc to mówi samo za siebie. - Nie potrzebowała entuzjazmu związanego z tym, że miał się tutaj znajdować jej brat. Wiedziała, że jego obecność jest dość kontrowersyjna, był wampirem, to wiązało się z tym, że mógł stanowić ogromne niebezpieczeństwo dla mieszkających tu osób. Dość rzeczowo jednak podeszli do tematu, zamknęli go w piwnicy, gdzie raczej nikt się nie plątał, do tego zabezpieczyli miejsce różnymi zaklęciami. Nie mogli potraktować sprawy z większą ostrożnością, a do tego mieli w rezydencji łowcę potworów i klątwołamacza, który też doskonale radził sobie z takimi przypadkami. Na pewno nie pozwoliliby na to, żeby Roth zrobił komukolwiek z bliskich krzywdę.

- To w sumie nic nietypowego w przypadku rodzeństwa. - Sama może kojarzyła znajomych Astarotha, ale dzieliła ich zbyt duża różnica wieku, aby jakoś specjalnie zbliżać się do swoich znajomych. Kojarzyła niektórych z jego bliskich, ale nic poza tym. Może teraz starała się go trzymać nieco bliżej siebie, kiedy umarł, a później wrócił na ten świat jako wampir, bo jednak zależało jej na tym, żeby mieć na niego oko. Wcześniej, aż tak nie doglądała tego z kim się zadaje, ani co robi. Nie było takiej potrzeby. Yaxleyówna nie należała do tego wścibskiego rodzeństwa, no, kiedyś nie. Teraz trochę się to zmieniło. Musiała czuwać, i mieć pewność że Roth nie zrobi czegoś głupiego.

- Skoro Ty jej ufasz, to ja też. - Była pewna osądów na które sobie pozwalał, nie sądziła, aby Ambroise otaczał się osobami, które mogłyby mu w jakikolwiek sposób zaszkodzić, a jako, że ona praktycznie była jego rodziną, to mogła czuć się całkiem pewnie, i wierzyć w to, że tamta kobieta nie powinna mieć złych intencji.

- Spodziewałam się, że to nie będzie miły spacer. - Może sama tamtej nocy znajdowała się głównie przy Horyzontalnej, jednak to, co mówili inni świadczyło o tym, że płonęło całe miasto. Mogła więc sobie wyobrazić, że inne części Londynu ogarnął taki sam rozpierdol. Wiedziała, że to nie była łatwa przeprawa, zwłaszcza że ulice były pełne i rannych i popierdoleńców. Dobrze jednak przeczuwała, że Ambroise nie dałby sobie zrobić krzywdy. Jakoś udało mu się dostać do szpitala i zacząć pracę. Wcale nie tak łatwo było jej pozwolić na to, aby ich opuścił, zwłaszcza, że tak naprawdę dopiero co wrócili na wspólną ścieżkę, jednak wiedziała, że tego wymaga sytuacja. Miał swoje obowiązki do wypełnienia, które w tamtym momencie wyjątkowo działały jej na nerwy. Starała się jednak nie pokazywać, jak bardzo ją to irytowało.

- Trochę dłużej niż zwykle, ale nie było najgorzej. - Jak na warunki, które panowały wszędzie wokół, to naprawdę nie zamierzała narzekać na te kilka godzin obsuwy w stosunku do normalnego czasu podróży do tego miejsca. Mogło być zdecydowanie jeszcze bardziej skomplikowanie, nie chciała więc narzekać na to, jak wyglądała ich droga tamtej nocy.

- Tak, tamten dym mógł nam zaszkodzić, na szczęście mamy tutaj uzdrowicieli. - Mieli niesamowite szczęście, że w ich grupie znajomych tak naprawdę było ich kilku. Podejrzewała, że dość szybko znajdą ewentualne objawy uszkodzenia organizmu. Nie, żeby narzekała na stan zdrowia, ale wiedziała, że faktycznie, tym razem lepiej jest to sprawdzić, co najważniejsze nie musiała iść do Munga, więc nie było najgorzej.

- Tamta dwójka bardzo lubi o siebie dbać, nie jestem zaskoczona. Mam wrażenie, że Romulus w tym przoduje. - Corio też był wymuskany, ale Yaxleyówna i tak miała wrażenie, że nie miał podjazdu do Pottera, zwłaszcza, że przecież jego rodzina chyba miała coś wspólnego z dziwnymi biznesami dotyczącymi kosmetyków. Najwyraźniej genów w jego przypadku również nie dało się oszukać. Pewne rzeczy po prostu miało się we krwi.

- Nie to, żebym miała ich zbyt wiele. Podejrzewam, że Potter ma więcej kosmetyków niż my wszyscy razem wzięci. - Wcale by jej to nie zdziwiło. Wzięła sobie jednak radę Ambroisa do serca. Nie miała zamiaru niczego nie zostawiać w tej łazience, bo bez sensu byłoby poznać na własnej skórze zwyczaje Pottera, ufała swojemu chłopakowi na słowo.

Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby nieco się rozruszać. Skoro tego chciał Ambroise, to zamierzała spełnić te prośby. To nie było nic wielkiego. Wyjście na korytarz, powrót z torbą, ogarnięcie tych kilku rzeczy. Nie czuła się ganiana, zresztą sama mu to zaoferowała. To było całkiem typowe w przypadku relacji jaka ich łączyła. Wiedziała, że gdyby ona wróciła zmęczona, po kilkudniowej wyprawie, to zrobiłby dla niej to samo. Zresztą robił to już w przeszłości, to nie było nic dziwnego. Stanowili swoje oparcie, w najróżniejszych sprawach.

Nie zajęło jej to zbyt wiele czasu. Całkiem szybko się uwinęła. Już za chwilę będą mieli to za sobą. Nie, żeby była szczególnie przekonana do tego pomysłu, jednak skoro właśnie tego chciał, to kim że była żeby mu odmówić.

Wyciągnęła nożyczki z jego torby, oczywiście były to typowe nożyczki dla praworęcznych, co jeszcze nieco mogło utrudnić jej zadanie, ale spodziewała się tego, że jakoś będzie musiała sobie z tym poradzić. Ona posiadała specjalne przedmioty, stworzone dla mańkutów, zresztą dlatego też rzadko kiedy kupowała inną broń niż tą na zamówienie. Jakoś tak wyszło, że jej lewa ręką od zawsze była silniejsza od prawej. Przywykła do pewnych niedogodności z tym związanych.

- No, cześć. - Uśmiechnęła się widząc, że jest gotowy na to, aby zaczęła wykonywać swoje zadanie. Nie zamierzała go odwieść od tego pomysłu, to nie było nic takiego. Najwyżej przez chwilę będzie wyglądał trochę głupio, włosy zaraz powinny odrosnąć, ewentualnie skorzysta z jakichś kosmetyków Pottera, gdyby coś bardzo poszło nie tak.

- Nie mogłabym być bardziej gotowa. - Rzuciła jeszcze całkiem lekko, powtarzała sobie w głowie, że to nie było nic wielkiego.

Gdy Ambroise usiadł na krześle, to znalazła się tuż za nim, wcześniej jednak jeszcze zgarnęła z jednej z szafek szczotkę do włosów. Musiała w końcu odpowiednio przygotować jego włosy do spotkania z nożyczkami. Zbliżyła się do niego i bardzo powoli, delikatnie zaczęła je rozczesywać, nie chciała ciągać go za włosy, bo wiedziała że to może być bardzo nieprzyjemne. Przejeżdżała po nich szczotką, pasmo po paśmie, tak delikatnie jak tylko potrafiła. Nie było to wcale takie proste, bo faktycznie były dość mocno poplątane, przez co zajęło jej to dłuższą chwilę. W końcu jednak udało jej się ogarnąć je wszystkie.

- Teraz się nie ruszaj. - Nie chciałaby przypadkiem odciąć mu ucha, czy coś, dlatego musiała poprosić Ambroisa o to, aby siedział prosto. Wzięła nożyczki w dłoń i zaczęła ciąć. Starała się to robić jak najbardziej precyzyjnie potrafiła.


◉◉○○○ rzemiosło

Rzut N 1d100 - 51
Sukces!
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
12.05.2025, 20:20  ✶  
Wiedział, że nie jest chory. Wiedział, że to tylko wyczerpanie. Wyczuwane przez każdą kość i staw, przez powieki, których nie chciało mu się już podnosić, ale to wciąż było tylko wyczerpanie. Nie choroba. Nie był chory, tylko przemęczony.
Najchętniej całkowicie pogrążyłby się w tej sennej ciszy, jaka jeszcze chwilę wcześniej panowała w łazience, ale kiedy Geraldine zaczęła mówić, słuchał. Jak zawsze. Lubił dźwięk jej głosu. Barwę, sposób wypowiadania poszczególnych słów, stawiania akcentu na głoski.
Z półprzymkniętymi oczami, po prostu jej słuchał, oddychając powoli, jakby sam oddech był czymś, o czym musiał sobie świadomie przypominać. Zmęczony, był zmęczony.
Mimo to uniósł kąciki ust. Zdecydowanie drgnął mu mięsień twarzy, gdy dziewczyna powiedziała to, co powiedziała. Kiedy spróbowała dać mu do zrozumienia, że powątpiewa w jego stan zdrowia, bo odezwał się do niej nie jak on.
Nie mógł mieć jej za złe tego, że źle mierzyła mu temperaturę. Oczywiście, że nie. Powiedział to tak po prostu, bez głębszego zastanowienia. Z uzdrowicielskiej maniery.
Gdyby Geraldine miała cokolwiek wspólnego z uzdrawianiem, byłoby to podejrzane. Rina miała jednak w sobie zupełnie inne talenty. Tę pierwotną, chaotyczną siłę. Jak burza z piorunami. Niekoniecznie lecząca, ale potrafiąca przynosić ulgę na wiele innych sposobów. W tym momencie jej obecność pozwalała mu nareszcie zaczerpnąć głębszy oddech. To było najważniejsze.
Wrócił do domu. Miał ten dom. Oboje go odzyskali. Jeszcze zanim wszystko pogrążyło się w chaosie. Jeśli to nie było idealne, wyjątkowe wyczucie czasu to sam nie wiedział, co nim jest.
- Wiem, że próbowałaś - kolejny raz tego dnia jego wypowiedź zabrzmiała prawie łagodnie, niemal jak przyznanie jej racji, nawet jeśli tylko częściowe.
Nie potrzebował potwierdzenia, że się starała. To było oczywiste. I absurdalnie bez znaczenia, bo naprawdę nie miał gorączki, a nawet gdyby ją miał, to Geraldine raczej nie miałaby możliwości mu jej zbić, zanim nie wyszedłby z wanny. Ale i tak poniekąd docenił tę próbę żartu. Bo nie chodziło o medycynę, chodziło o nią. O jej próbę rozluźnienia atmosfery, o dotyk na czole, o żart, który w gruncie rzeczy nawet udał się jego dziewczynie.
Może i nie miała talentu do leczenia, ale była uparta, czasem aż do bólu. Zresztą, on sam nie od razu był dobry. Tyle że on nie rzucał się do opatrywania krwotoków z przekonaniem, że jakoś to będzie. To zdecydowanie był talent jego ukochanej.
- Gdyby chodziło tylko o podstawy, już dawno byś je znała - przetarł dłonią twarz, czując pod palcami szorstkość kilkudniowego zarostu i ciepły chłód własnej skóry. - To nie kwestia chęci, tylko priorytetów, nie? Jodełka... ...sekwojka była ważniejsza - w tym momencie ponownie uśmiechnął się pod nosem, tym razem całkiem dumny z tego, co sam zasugerował. - I tak jesteś lepsza niż połowa stażystów, z którymi pracuję - dodał całkiem lekko.
Zaraz jednak zdecydowanie spoważniał, próbując skupić się na tym, żeby choć trochę wyjaśnić Rinie podstawy tej jego nagłej ugodowości. Tak, by nie zastanawiała się, z czego to wynika. Oczywiście, poza zmianą ich statusu, a więc także całkowitym wywróceniem (a raczej naprostowaniem) ich stosunków z całego lata i ostatnich półtora roku. Rzeczywiście, może mogła być trochę podejrzliwa. Normalnie tak czy siak miał znacznie bardziej cięty język.
Z drugiej strony, ona również. Oboje nie mieli tendencji do tego, aby okazywać sobie uczucia tym klepaniem się nawzajem po główce, niańczeniem i przesadnym nadreagowaniem. Zresztą doskonale wiedzieli, że to rzadko kiedy, ba, praktycznie nigdy nie było to, czego może potrzebować ta druga osoba.
- Nie czuję się źle. Nie fizycznie. Fizycznie jestem tylko zmęczony. Po prostu… ...mam wrażenie, że przestaliśmy mieć czas na bycie zmęczonymi, bo ciągle coś nas ściga - stwierdził w nagłym przypływie szczerości; głos miał niższy, przygaszony, nieco bardziej matowy niż zwykle. - W końcu dogoniło mnie już chyba wszędzie, nawet w Mungu - zamknął oczy i pozwolił sobie na chwilę nie myśleć, ale ten wniosek sam raz po raz nasuwał mu się do głowy.
Uniósł lekko brew, a potem westchnął. Otworzył oczy. To, że nie walczył z nią jak zwykle, nie znaczyło wcale, że zupełnie nie był sobą. Co prawda nie do końca czuł się jak on, ale to był wybór. Chodziło o to, że dzisiaj nie pyszczył, bo nie zamierzał tego robić.
Podjął świadomą... ...no, na wpół świadomą... decyzję, by dać Yaxleyównie chwilę pełnej kontroli nad sytuacją, choćby pozornej, bo potrzebowała wejść w tę rolę. Mieć wpływ, zaoferować mu ciepło i pomoc, wsparcie, być jego dziewczyną.
Dokładnie tak jak on potrzebował tego, żeby ktoś... ...nie, żeby ona... ...żeby Rina spróbowała go zatrzymać, zanim zrobi coś skrajnie głupiego. Jak siedzenie tu przez cały dzień albo jeszcze lepiej: najebanie się w wannie na pusty żołądek.
Ufał jej. W tym momencie bardziej niż sobie samemu, nawet jeśli nie zamierzał tego przyznać na głos, bo przecież zawsze wiedział najlepiej.
Dlatego też wiedział, co miała na myśli. Towarzystwo z pewnością nie zrobiło nic skrajnie przesadnego, żeby podkreślić swoje niezadowolenie z obecności wampira w domu. To nie byli ludzie tego typu. Nawet Romulus z jego głęboko zakorzenioną niechęcią do krwiopijców. Czy Ursula, która także nie należała do osób łatwo tolerujących podobną inność.
Roise był pewien, że nikt nie czuł się komfortowo z tą całą sytuacją, ale jednocześnie wszyscy jakoś próbowali dostosować się do nowych, wymuszonych okoliczności.
Zmienili się. Nie tylko on i ona, ale cały świat. Roth był teraz problemem, który trzeba było mieć na oku a nie tylko młodszym bratem jego ukochanej. Wampir. Potencjalne zagrożenie. Ale jednocześnie nadal ktoś, na kim powinno im zależeć. Na kim im zależało. Nawet jeśli ostatnio sobie grabił.
Był ich rodziną. Nie tylko Geraldine, ale też Roisa. W końcu oni nią byli. Razem. Tak samo jak cała reszta ludzi przebywających w Exmoor. W pewnym sensie wszyscy byli ze sobą powiązani zbyt mocno, by można było nazwać ich tylko przyjaciółmi. Zwłaszcza w obliczu ostatnich wydarzeń. Byli czymś na kształt rodziny. Cholernie pogmatwanej.
Kiedyś to wszystko było prostsze. Choć czy aby na pewno? Dużą rolę z pewnością odgrywała przy tym ta mimowolna nostalgia, ale jedno było jasne. Teraz już nie było prostoty. Wszystko stało się cieniem czegoś innego. Wspomnieniem przeszłości. Nową widmową rzeczywistością.
A jednak te kolejne słowa, jakie padły z ust dziewczyny rozlały się ciepłem we wnętrzu piersi Ambroisa. Zmrużył oczy, po czym kiwnął głową. Ufała jego osądom, choć nie musiała. Mogła mieć wątpliwości, szczególnie po tak długim czasie rozłąki i wszystkim, co wydarzyło się między nimi przez ostatnie tygodnie. Ale nie miała.
Podświadomie wiedział, że gdzieś tam zawsze była pewna jego intencji, nawet jeśli czasem podejrzewała go o zbyt chłodną kalkulację. Albo wręcz przeciwnie: zarzucała mu fiksację na punkcie własnych przekonań i bycie w gorącej wodzie kompanym, zupełnie niewyrozumiałym.
No, poza tym jednym wyjątkiem, który teraz przestał już być kluczowy. Wrócili do siebie. Wyjaśnili sobie swoje pobudki. To było najważniejsze.
Skrzywił się lekko, kiedy dyskusja ponownie została sprowadzona do jego spaceru przez zgliszcza. Tak, płonął cały Londyn, nie tylko Horyzontalna. Tak, to było piekło. Tak, chyba nie miał nic więcej do dodania. Ponownie po prostu skinął głową, odchrząkując cicho.
To nie był najlepszy moment, aby rozwijać ten temat ponad to, co już powiedział, więc przeszedł do czegoś innego. Tego, na czym znał się lepiej niż na mówieniu o własnych uczuciach i traumatycznych doświadczeniach ostatnich dni. Na medycynie.
- Ten jeden raz naprawdę nie możesz żałować, że wdałaś się w środowisko medyczne, huh? - Nie musiała mu tego potwierdzać, liczyło się to, że on sam doskonale wiedział, że ma rację.
W tym momencie był niezmiernie zadowolony z własnej profesji, jak i również z tego, że nie jest jedynym uzdrowicielem w domu. Mieli ich trzech. No, czterech, jeśli liczyć Romulusa, o ile nie postanowi zamknąć się na ten czas w łazience, co było całkiem możliwe. Potter rzeczywiście był elegancikiem. Nie bez powodu po stażu wybrał magipsychiatrię. Miał zbyt delikatne, wykremowane rączki, żeby babrać się we krwi i w wymiocinach...
...a tak przy okazji był dobry. Naprawdę dobry w tym, co robił. Tego też nie można mu było odmówić. Jego kosmetyki też były niczego sobie. To nie tak, że te wypożyczenia zawsze szły w jedną stronę, nie? No właśnie.
Woda w wannie była już letnia, gdy Roise wsparł łokieć o porcelanowy brzeg i ostatni raz przesunął dłonią po twarzy, jakby próbował ostatecznie zmyć z niej resztki tamtej nocy. Popiół, krew, zmęczenie, Londyn. Ale to było jak próba zdrapania piętna z duszy. Skóra może i się oczyściła, ale głowa… ...wciąż pulsowała. Nadmiar myśli, zbyt wiele emocji, które uparcie nie chciały cichnąć.
Mimo to, podniósł się wpierw do siadu, później przygotował się, żeby wstać. Wszystko to w zupełnej ciszy. Nic nie mówił. Geraldine też nie musiała.
Wiedział, że przyszłość nie będzie łatwa, że ich wspólne decyzje będą niosły ciężar, że wojna, która do tej pory była czyjąś, cudzą wojną, pukała właśnie do ich drzwi.
Nie musieli teraz rozmawiać o wszystkim, co miało miejsce. Rozmowy nie miały uciec. Jeszcze będą rozmawiać, jeszcze będą analizować, co się wydarzyło, jeszcze będą podejmować decyzje.
Ale teraz wystarczył dotyk. Bliskość. Zwykłe jesteś. Równie proste jestem. I nigdzie się nie wybieram. Podcięcie włosów wykonane zupełnie bez sprzeciwu. Geraldine nie wyrażała oporów wobec tego, żeby zbliżyć się z nożyczkami do jego głowy, więc postarał się nie utrudniać jej pracy.
Wyszło...
...nieźle, naprawdę przyzwoicie. Prawdę mówiąc, nie spodziewał się aż takiego efektu, ale był z niego wyjątkowo zadowolony.
- Może powinnaś rozważyć zmianę zawodu - rzucił całkiem lekko, uśmiechając się pod nosem, choć oczywiście aż za dobrze wiedział, co miała mu na to odpowiedzieć.
To było wyjątkowo jasne. Cudownie znajome. Cholernie potrzebne i stabilne. W tym momencie nie mógł już chcieć czegokolwiek więcej. No, może prócz tej nieszczęsnej zagryzki do alkoholu. Potrzebował się napić.

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (12527), Geraldine Greengrass-Yaxley (7908)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa