• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by

[11/09/72] A disturbingly short time ago, in a land uncomfortably close by
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
26.05.2025, 09:31  ✶  

Wszystko zależało od podejścia. Ona miała takie, jakie miała. Mogła być delikatniejsza, to prawda, mogła, ale czy faktycznie było to czym, czego oczekiwał Ambroise. Po ich dość krótkiej rozmowie na temat jego widmowidzenia, którą odbyli stosunkowo niedawno zakładała, że raczej nie tego chciał. Zresztą jakoś specjalnie nie poruszali tego tematu, więc nie do końca uważała, że był to czas i miejsce, aby zaczęli go wałkować. Powinni byli to nieco bardziej przegadać, ustalić konkretne oczekiwania, ale tego nie zrobili. Nie pierwszy raz, dość często zdarzało im się omijać te najbardziej niewygodne tematy, jako, że stosunkowo niedawno wrócili do tego, co mieli kiedyś nie mieli na to czasu. Zwłaszcza, że ledwie postanowili znowu iść razem przez życie, a wybuchły te pożary, które nieco pokrzyżowały im plany na ten pierwszy, wspólny tydzień.

Reagowała jak potrafiła, a że było to nieco szorstkie - cóż, bywa. Nie sądziła, że Roise oczekiwał jakiegoś specjalnego traktowania. Na swojej drodze spotykała wiele osób, które były obdarzone różnymi, specjalnymi darami, czy zostały przeklęte i z tego, co się zorientowała to raczej nie lubiły, kiedy obchodzono się z nimi z przesadzoną czułością.

Zresztą to nie było teraz priorytetem, mieli dwójkę zagubionych czarodziejów, którzy zostali przeniesieni licho jedno wie gdzie. Na tym powinni się skupić, później przyjdzie czas na reszte, jak wiadomo w tej chwili liczyła się bowiem każda godzina, a tych minęło już dosyć sporo.

- To ciekawe. - Rzuciła jeszcze cicho, bo miała świadomość, że mało kto potrafił się oprzeć urokowi Romulusa. Nie dało się ukryć, że potrafił przyciągać do siebie ludzi, tym swoimi niewymuszonym uśmiechem i całkiem ciepłym nastawieniem.

Przeniosła spojrzenie na Fenwicka, kiedy zaczął się dzielić swoimi przemyśleniami. Nie komentowała tego, po prostu słuchała. Były to dość przydatne informacje, szczególnie, że ona sama nie miała zbyt wielkiej wiedzy na temat miejsca w którym się znajdowali. Jasne, bywała tutaj, ale nigdy szczególnie nie interesowała się zabezpieczeniami, jakie roznosiły się wokół rezydencji.

- Czy dużo osób w ogóle wie o tym miejscu? - Nie wydawało się jej, aby zbyt wielu ludzi miało świadomość tego, że są w ogóle właścicielami takiej nieruchomości. Pewnie znalazłyby się osoby, które miały takie informacje, ale czy na pewno to one chciałyby zrobić krzywdę komuś, kto tutaj mieszkał? Jasne, pierwsze co nasuwało się na myśl to to, że mogli paść ofiarą jakiegoś ataku związanego z tym, co wydarzyło się w Londynie. Aktualnie czystokrwiści nie byli szczególnie mile widziani ze względu na to, że śmierciożercy postanowili sobie podpalić stolicę, a jak wiadomo większość z nich musiała należeć do rodzin, które od lat należały do świata czarodziejów i wyznawały dość konserwatywne wartości.

- Podrzucenie takiego świstoklika to nic skomplikowanego. - Warto było się później skupić na tym, żeby faktycznie to się nie powtórzyło. Czasy były niepewne i chyba to był moment, w którym powinno się przemyśleć kolejne zabezpieczenia, może tym razem nieco bardziej złożone. Zazwyczaj dbało się o podobne sprawy po tym, jak coś poszło nie tak.

Skoro jednak już doszli do tego, że zagubieni nie zniknęli stąd z własnej woli, że coś ich stąd przeniosło, to warto było rozejrzeć się po okolicy. Nie, żeby sądziła, że znajdą jakieś ślady, bo skoro była to teleportacja, to chyba już widzieli wszystko, co mieli zobaczyć.

Z różdżką w lewej dłoni poczęła więc przechadzać się po okolicy. Robiło się coraz ciemniej, to też nie ułatwiało sprawy, w mroku dużo trudniej było dostrzec cokolwiek. Nie było sensu jednak się poddawać, a nuż uda się coś zobaczyć. Mruczała po cichu pod nosem zaklęcia, miała doświadczenie w tropieniu, tyle, że zazwyczaj szukała raczej zwierząt, a nie ludzi, którzy zostali uprowadzeni.

Dostrzegała drobne smugi światła, kiedy rzucała zaklęcia. Niby prowadziły w stronę lasu, ale nie miała pewności, co do tego, czy faktycznie są związane z tym zaginięciem.

- Ślady prowadzą do lasu, ale nie jestem pewna, czy są związane z tym, co się wydarzyło. - Rzuciła w eter, chcąc podzielić się tym, co udało jej się zobaczyć. Nie miała najmniejszego problemu z tym, żeby przyznać się do tego, że może się mylić.

Był to chyba moment, w którym powinni rozpocząć poszukiwania. Wiedziała, że Astaroth może im się do tego przydać, aczkolwiek nie do końca była pewna w jakim jest nastroju, tak, czy siak - powinna sobie z nim poradzić, może był to odpowiedni moment, aby wyciągnąć jej brata na spacer. Im więcej osób pomoże im w poszukiwaniach tym lepiej.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#12
27.05.2025, 01:28  ✶  
Najbardziej ironiczne było poniekąd to, że Ambroise był w tym wszystkim zupełnie nieświadomy stania się kolejnym argumentem wykorzystywanym w konflikcie pomiędzy jego towarzyszami. Być może, gdyby był aurowidzem, nie widmowidzem, sytuacja wyglądałaby teraz zgoła inaczej. Mógłby wyczuć pismo nosem i ustosunkować się do tego, że zachowanie Geraldine w tym momencie w zupełności mu wystarczało. Mhm, jasne, na pewno zacząłby ich tłumaczyć.
Mieli swoje doświadczenia, własne wypracowane schematy, wiedzę na swój wzajemny temat, toteż naprawdę nie spodziewał się pod tym kątem jakichkolwiek nagłych zmian. Oczywiście, dopiero zaczynali na nowo budować wspólną rzeczywistość, uzgadniając między sobą, że powinni zweryfikować słuszność niektórych zachowań i zmienić część podejścia. Tyle tylko, że ta podstawa ich relacji chyba zawsze była dla nich obojga całkowicie w porządku.
Potrafili bardzo intuicyjnie dawać sobie wszystko to, czego potrzebowali. W ostatnich dniach całkiem sporo razy padła między nimi deklaracja miłości. Kocham cię wybrzmiało naprawdę mocno, prawdopodobnie znacznie częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Wiedzieli, kim dla siebie są. Ustosunkowali się do tego, co było dla nich najlepsze. Nie musieli tego robić przy każdej możliwej okazji.
Ani tym bardziej tłumaczyć się z tego otoczeniu. Ich relacja była dostatecznie ciepła, nawet jeśli w tym momencie mogło to wyglądać zgoła inaczej. Zresztą, nawet gdyby Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, co stało się kolejnym punktem zapalnym dla dwóch bliskich mu osób, Greengrass nie był urodzonym mediatorem.
Nigdy nie palił się do rozwiązywania problemów w relacjach międzyludzkich, choć w tym przypadku, gdyby był do tego zobligowany, prawdopodobnie pewnie prędzej niż później zabrałby głos i dosyć jasno zaznaczył swój stosunek do sprawy. Twardo i konkretnie, bowiem nie byłaby to dla niego upragniona sytuacja. Nie zamierzał spowiadać się z własnych uczuć nikomu innemu niż jego dziewczynie, a i wtedy uciekał się do wyjaśnień wyłącznie przez to, że rzeczywiście chciał to robić. Pragnął tworzyć z Geraldine wspólny dom, nikt inny nie miał prawa oceniać tego, czy było to dostatecznie czułe powiązanie.
Jasne, troska i ciepło ze strony drugiego człowieka, zwłaszcza ukochanego, były nieocenione. Zwłaszcza po tym wszystkim, co dotyczyło go przez ostatnie miesiące. Szczególnie przy raczej wyjątkowo specyficznym stylu okazywania zaangażowania, jakie miała większość jego krewnych, ale...
...no właśnie. Prawdę mówiąc, wychowując się w takim a nie innym domu, gdzie na pierwszym miejscu nader wszystko stawiano konkret, trzeźwe myślenie i zdroworozsądkowe podejście, zaś dopiero później wszelkie czułości i emocje, Ambroise nie miał tendencji do użalania się nad sobą. Prędzej tłumił w sobie wszelkie traumy, lęki i obawy. Często gęsto do momentu, gdy nie mógł już tego dłużej robić. Nie liczył na taryfę ulgową, której nawet nie chciał. Był mężczyzną. Zgodnie ze sposobem, w jaki go wychowano, to on miał brać odpowiedzialność za rozwiązywanie problemów, nie być słabym punktem.
Nie oczekiwał głaskania go po główce. Preferował poszukiwanie rozwiązań problemu, nie jęczenie na jego temat, a że w tym konkretnym przypadku nie istniał żaden sensowny znany mu sposób pozbycia się tej jego przypadłości, Greengrass po prostu musiał przystać na konieczność nauczenia się z nią żyć. Robił to bez ustanku, odkąd to do siebie dopuścił.
Ta wizja nie była zaś zła. Nie była traumatyczna. Nie przejmował się sobą i swoim stanem. Tak po prawdzie, nie zwykł tego robić niemal nigdy. Miał tendencje do bagatelizowania większości tego, co działo się z nim zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym.
W końcu dopóki oddycha, dopóty jest dobrze. Podczas pracy jako uzdrowiciel, zwłaszcza w terenie albo podczas cięższych zmian w Mungu, w jego środowisku stosunkowo często używało się tego zamiennie ze stwierdzeniem: dopóki stoję, dopóty mogę dalej działać. Szczególnie po tej przeklętej nocy, gdy pożary ogarnęły praktycznie cały Londyn i spory pas terenu poza stolicą, niemal wszyscy z nich funkcjonowali na pełnych obrotach niezależnie od tego, czy czuli się osłabieni bądź też przeforsowani. Nadal czuł to w kościach. Wciąż był w stanie wykrzesać z siebie dostatecznie dużo sił, żeby jak najszybciej stanąć na nogi.
Ten stan, w jakim na chwilę znalazł się Roise, naprawdę nie był dla niego końcem świata. Nie mógł być. Pozwolenie sobie na słabość zupełnie nie było w jego stylu, szczególnie wtedy, kiedy mieli dużo głębsze powody do zmartwień. Potrzebowali działać, bowiem o ile żadne z nich nie znalazło się w bezpośrednim stanie zagrożenia zdrowia czy życia, nie mogli powiedzieć tego samego o Romulusie bądź też o Prudence.
Za cholerę nie wiedzieli, gdzie mogą znajdować się ich kompani. Nie mogli zakładać od razu najgorszych opcji. Byłoby to fatalnym posunięciem z perspektywy morali formującego się tworu czegoś na kształt grupy poszukiwawczej. Nie potrzebowali dokopywać sobie najpaskudniejszymi przewidywaniami, podczas gdy tak naprawdę jeszcze zupełnie nic nie wiedzieli. Jednakże musieli być także realistami.
Bletchley i Potter wyparowali stąd bardzo wcześnie rano. Mogli znajdować się tak naprawdę wszędzie. Niekoniecznie w granicach dosyć rozległych terenów należących do letniej posiadłości Lestrange'ów. To byłaby bowiem zresztą wręcz absurdalnie optymistyczna wersja. Miałaby także sens głównie wtedy, gdyby zakładali rychły powrót dwójki zaginionych. O własnych siłach, na własnych nogach. Tak jednak nie było.
Inaczej by ich nie szukali. Nie prowadziliby teraz tej pośpiesznej dyskusji, mając na uwadze coraz szybsze zapadanie zmroku i utrudnienia, jakie to miała zapewnić ciemna, praktycznie bezksiężycowa, prawdopodobnie deszczowa noc. Chmury od samego świtu wisiały nisko na niebie, teraz zaczynało już z nich mżyć. Późniejsze godziny mogły zaś przynieść zarówno deszcz, jak i także jedną z ostatnich letnich burz.
W powietrzu dało się wyczuć bardzo charakterystyczne napięcie. Było ono nie tylko związane z sytuacją, w jakiej znaleźli się pod sam koniec dnia, lecz także właśnie z aurą pogodową. Im dłużej zwlekali, tym gorzej miało być. Biorąc pod uwagę to, że mieli dosłownie szukać wiatru w polu...
...no cóż. Powinni podjąć działania.
Połacie włości ciotki Ursuli były rozległe, ale nie aż tak, żeby całkowicie pogubić się na nich i nie wrócić przez kilkanaście godzin. Zarówno jedno, jak i drugie z zaginionych raczej nie należało do amatorów wycieczek krajobrazowych (abstrahując od tego, co Roise widział w związku z zakupami Prue), ale żadne z nich nie było także zupełnym ignorantem. Idąc praktycznie w jakimkolwiek kierunku, prędzej czy później musieli natrafić na jakiś charakterystyczny punkt. Albo linię brzegową, albo klif, albo żywopłot i ogrodzenie.
Poruszając się po samych krawędziach, musieliby dojść gdzieś, skąd mieliby odniesienie do dalszej wędrówki. Tak się nie stało. Inaczej już dawno trafiliby albo do domu, albo do jednej z pobliskich wiosek. A więc w grę wchodziła konieczność wyjścia poza granice działki. Do lasu albo na tereny podmokłe. Pomiędzy gęsto porośnięte wzgórza, raczej nie na wrzosowiska.
Jednak, by to zrobić, wpierw potrzebowali spróbować pochylić się nad znalezieniem kolejnych wskazówek. Benjy miał przy tym rację, gdy tak przedstawiał kwestię podrzucenia świstoklika. To miało aż nadto sensu. Bardzo niepokojącego, szczególnie że jego przyjaciel być może nie powiedział jeszcze jednego, ale to nie oznaczało, że ta cisza nie wybrzmiała dostatecznie wymownie.
To nie musiała być Ursula. Nie musiał to być Cornelius. Ani nikt z obecnych tu dorosłych ludzi. To zaś sprawiało, że gdy już zajmą się całą sprawą (Roise miał nadzieję, że z powodzeniem) powinni również podjąć środki zabezpieczające ich przed powtórką. Rzeczywiście żyli w coraz gorszych czasach. Trudniejszych, pełnych zagrożeń płynących zewsząd wobec wszystkich. Nie należało popadać w paranoję, ale ostrożność nie miała zaszkodzić.
- Nie, niekoniecznie. Z tego, co mi wiadomo, ani Ursula, ani Cornelius nie chwalą się tą częścią dorobku. Nie figuruje nigdzie w oficjalnie dostępnych dokumentach - odpowiedział Geraldine, posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie, ponieważ sytuacja dotycząca tego domu była...
...no cóż, raczej całkiem zbieżna z ich własnym nadmorskim majątkiem. Tak jak oni nie mieli powodu, żeby chwalić się Whitby i Piaskownicą, tak Ursula z ówczesnym narzeczonym raczej nie chciała robić z Exmoor bazy wypadowej dla wszystkich krewniaków.
- Powszechniej znany jest chyba dom w Appledore - dodał, tym razem rzucając wzrokiem w kierunku Fenwicka, potem zaś już tylko kiwając głową.
Zeszli do ogrodu pogrążającego się w mroku. Ambroise chwilowo trzymał się z tyłu, starając się odnotować jakiekolwiek anomalie, jednak bez wykorzystania magii było to dosyć skomplikowane. Całe szczęście, nie tak długą chwilę później doszedł do niego głos Geraldine, do której niemal natychmiast podszedł, starając się przypatrzeć się temu, co odkryła.
Rzeczywiście, nie było to zbyt jednoznaczne. Zwłaszcza w tej formie. Nie mieli jednak zbyt wiele możliwości, toteż nie czekał wiele dłużej. Być może chwilę wcześniej zadeklarował swoje nieprzystosowanie do korzystania z magii, jednak w tym momencie nie czuł się już aż tak bardzo nie na siłach, żeby dłużej wałęsać się po ogrodzie niczym ktoś, kto zupełnie nie wie, co ma robić. Szczególnie, że przecież doskonale wiedział. I wreszcie zamierzał w jakiś dużo bardziej konkretny sposób przysłużyć się poszukiwaniom.
Skoro mieli ślad w postaci nici znalezionych przez Geraldine, mieli również pierścionek Prudence wręcz przeładowany energią i emocjami zaginionej dziewczyny, mogli spróbować wykorzystać oba znaleziska. Wystarczyło tylko, żeby mieli jeszcze mniej więcej sensowną mapę terenu. A ta z dużym prawdopodobieństwem znajdowała się w bibliotece, której okno było nadal uchylone.
Roise wycelował w nie różdżką, biorąc głębszy oddech i korzystając z tego faktu w celu przywołania umiarkowanie ciężkiego atlasu, który widział tam jeszcze niespełna wczoraj. Moment później, już trzymając go w odrobinę drżących i przez to mocno zaciskanych rękach, przykląkł na trawie w pobliżu już rozwianych śladów, starając się podłożyć mapę pod jeden z nich.
- Rzucisz to jeszcze raz, proszę? - Spytał Rinę, jednocześnie odchrząkując głośniej, żeby rzucić do Benjy'ego. - Masz na podorędziu jakieś wahadełko albo coś w tym rodzaju? - Od biedy sam mógł coś sobie spróbować przystosować, ale profesjonalny osprzęt był raczej niezastąpiony.
Wydawało mu się, że ludzie parający się taką profesją jak Fenwick raczej miewali podobne akcesoria. Od tego należało wyjść, próbując chociaż trochę zawęzić obszar poszukiwań dzięki (mętnemu, bo mętnemu; jak zawsze) zaklęciu lokalizacyjnemu. Przy odrobinie szczęścia, skoro Romulus i Prudence raczej nie próbowali ukrywać swojego położenia, mogło udać im się określić cokolwiek. Jeśli nie kilkunastomilowy obszar, to nawet to, czy zaginieni w ogóle znajdowali się jeszcze w ich zasięgu.
Roise nie liczył na spektakularne efekty. Być może jednak anonimowy porywacz nie pomyślał o tym aspekcie zajęcia się sprawą...


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
27.05.2025, 22:02  ✶  

Ambroise był dziś wyjątkowo cichy, ale ku się nie dziwiłem, a Geraldine także nie odezwała się ani słowem, kiedy podzieliłem się swoimi wnioskami. Tylko na mnie spojrzała - uważnie, z tym spokojnym skupieniem, które u niej chyba nie zwiastowało ani aprobaty, ani sprzeciwu, tylko chłonęło dane, przetwarzało je gdzieś wewnątrz. Może i nie mogła nie mieć doświadczenia z zabezpieczeniami - nie każdy musiał, cholera wiedziała, czy ona - ale nie byłbym zdziwiony, gdyby za godzinę recytowała mi pełną strukturę antymugolskich barier wokół tej rezydencji z pamięci, byleby tylko być lepsza ode mnie. Nie lekceważyłem jej, bo kto lekceważy milczących, którzy wcześniej aż za dużo warczeli, zwykle długo nie wraca z wypraw... Czasami nigdy. Kiedy zapytała, czy ktokolwiek w ogóle wiedział o tym miejscu, westchnąłem cicho i przeciągnąłem dłonią po karku, patrząc na ciemniejące niebo. Pozwoliłem, by to Ambroise najpierw odpowiedział, odezwałem się dopiero po nim.
- Pewnie tyle osób, ile tszeba... - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do nich - A to nigdy nie jeszt dobla liczba. - Dodałem - zbyt lakonicznie, jak na to, jak poważne to było założenie. Zbyt często spotykałem się z czymś podobnym - ludzie myślą, że wystarczy ukryć dom w dziczy, że iluzja albo zwykłe zapomnienie załatwią sprawę, ale zapomnienie nie działa na tych, którzy szukają z premedytacją, albo z zemsty... Często będąc tymi, którzy wcześniej byli tu, jako przyjaciele.
Zająłem się analizą okolicy, ale nie mogłem przestać myśleć o pytaniu sprzed chwili - otym, kto wiedział o rezydencji. W czasach, gdy czystokrwiści zaczynali być na celowniku, równie mocno, co mugolaki, każda posiadłość była potencjalną pułapką - dla właścicieli albo dla tych, którzy się o nią otarli. Zbyt wiele razy widziałem, jak rozrachunek za domniemane krzywdy przychodził w formie eksplozji, zaklęcia lub kontrolowanego sabotażu. Zastanawiało mnie, ile podobnych rezydencji odwiedziłem w ciągu tych lat - nie liczyłem - i ile z nich miało zabezpieczenia dziurawe jak podszewka płaszcza przeżarta przez mole. Bogate, stare rody, które wciąż wierzyły, że nazwisko samo ich chroni... Gdyby tak było, nie miałbym pracy.
Ziemia pod moimi stopami była miękka, trochę grząska od wilgoci, ale szukałem dalej, mimo że wiedziałem, jak małe są szanse. Teoretycznie znalazłem coś - rozmazany ślad magiczny, może pojedynczy krok, może coś, co ktoś próbował zakryć. Zaklęcie, które rzuciłem, dało tylko bladą smugę światła, za słabą, żeby cokolwiek jednoznacznie stwierdzić. Pokręciłem głową - nie tym razem.
Zareagowałem, kiedy tylko usłyszałem jej głos, chociaż nie spojrzałem w jej stronę od razu - wzrok miałem wbity w ziemię, w ciemniejącą smugę czegoś, co nie było nawet porządnym tropem - wciąż klęczałem nad cienką smużką magicznego śladu, która niknęła w trawie, jak ślad po dymie. Był zbyt płytki i ulotny, żeby cokolwiek z niego wycisnąć. Po piętnastu latach włóczenia się po świecie, człowiek uczy się odróżniać przypadkowy odbłysk magii od realnej nici prowadzącej do rozwiązania. To tutaj było… Coś pomiędzy... Pomyślałem z niechęcią, że to „pomiędzy” zaczynało przeważać. Próbowałem rozjaśnić go prostym zaklęciem identyfikacyjnym, ale magia była zbyt słaba, już wywietrzała, a ten kto ją zostawił, był tu tylko chwilę i to raczej dawno temu. Pokręciłem głową i wstałem, strzepując ziemię z kolan. Zaklęcia detekcyjne, które rzuciłem wcześniej, rozeszły się szeroko, ich powidoki wygasły - to znaczyło, że musiały mieć związek z czymś, co wydarzyło się już jakiś czas temu, a nie tego dnia.
Nie zakwestionowałem tego, co Geraldine powiedziała, ale i nie przyjąłem tego bez wątpliwości. Oczywiście, że nie była pewna - nikt nie był, ale doceniłem, że to powiedziała głośno,  bez zbędnych zapewnień, bez nadęcia - to było więcej warte niż niejeden pewnik rzucany mi pod nogi w przeszłości przez ludzi, którzy mylili intuicję z chciejstwem.Większość tropicieli, łowców, z którymi miałem do czynienia przez ostatnie piętnaście lat, kłamała dla komfortu własnego ego - żeby nie wyglądać na bezradnych. Ona nie. Ja też nie - nie lubiłem składać obietnic,  nawet jeśli wszystko wokół wyglądało obiecująco, doświadczenie nauczyło mnie, że zawsze istnieje możliwość, iż świat okaże się mniej chętny do współpracy, niż byśmy tego chcieli.
Spojrzałem w kierunku lasu. Nie, żeby mnie to zachwycało - przez lata widziałem zbyt wiele grup, które rozpływały się w entuzjazmie i ruszały w pośpiechu, licząc, że znajdą coś „po drodze”. Prawda była taka, że po drodze zwykle znajdowano tylko rozczarowanie. Poza tym - nie chciałem, żeby ta wyprawa zakończyła się kolejnym zaginięciem. Widziałem takie spirale - jedno zniknięcie pociągało kolejne. Musieliśmy mieć plan.
Podchodząc, usłyszałem głos Ambroise’a. Jego pytanie było praktyczne, konkretne, i cholernie sensowne - miał rację - jeśli była choćby szansa na zawężenie pola, należało spróbować. Problemem było to, że szansa nie była duża, wiedziałem, że nie ma co się oszukiwać - nie byłem optymistą. W mojej pracy nie dało się nim być zbyt długo, ale nie zamierzałem też niczego odpuszczać. Miałem wahadełko - oczywiście, że miałem. Nie ruszałem się bez tego ustrojstwa od mniej więcej trzeciego zlecenia, kiedy to pewien artefakt prawie wysadził mi rękę, bo nie wykryłem delikatnego przesunięcia energii. Sięgnąłem bez słowa do kieszeni - do tej drugiej, płasko wszytej pod warstwą ochronną.
- Plofesjonalny ospszęt, jak mawiają. - Mruknąłem. Wahadełko - w starym stylu, z delikatnie oszlifowanym obsydianem i srebrnym łańcuszkiem - podrzuciłem je w powietrze i złapałem. - Ale nie spodziewajmy szię cudów. Mapa szię zgadza s telenem? - Rzuciłem do pozostałych. Nie było mnie tu ponad piętnaście lat i coś mogło się zmienić. - Jeszeli tak, to moszemy ustawiś punkty kontlolne, ale jeszli coś ich polwało... - Powiedziałem, półgłosem, bardziej do siebie niż do nich. - To plawdopodobnie zabespieczyło szię pszed tlopieniem, a jeszli nie, to albo szię spieszyło, albo było głupsze, nisz sądzę. - Ukląkłem przy mapie. Rzut oka wystarczył, żeby zorientować się w topografii - las rozciągał się od wschodniej strony, z lekkim spadkiem terenu w kierunku starego jaru. Zawiesiłem wahadełko nad mapą - drżało w rytm pulsu, potem zaczęło się obracać - powoli, niepewnie. Kierunek: południowo-wschodni. Nie obwieszczałem triumfu - nigdy nie ufałem zbyt wcześnie wskazaniom, zwłaszcza tak rozproszonym, ale coś się zaczęło zbiegać, w jednym, konkretnym regionie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
27.05.2025, 22:55  ✶  

Yaxley wiedziała, kiedy powinna się zamknąć. Jasne, była porywcza, zazwyczaj nie panowała nad swoimi emocjami, ale w tym przypadku wiedziała, że nie jej uczucia, czy jej wkurw są najważniejsze. Zacisnęła zęby i starała się jakoś współpracować, bo co innego jej pozostawało? Ludzie, którzy byli z nimi tutaj, w tym domu zaginęli. Mieli być bezpieczni, to mogło spotkać każdego, kto tutaj przebywał, łącznie z Fabianem, nie widziała najmniejszego sensu w tym, aby uzewnętrzniać swoją irytację. Nie to było najważniejsze. Zresztą czuła, że już niedługo wszystko rozchodzi, bo przecież nie mieli stać w miejscu, gdy odnajdą jakiekolwiek wskazówki to wyruszą w drogę, aby znaleźć Pottera i tę kobietę, którą widziała kilka razy, gdy jedli wspólne posiłki. Najprościej jej było wyładowywać swoje negatywne emocje poprzez ruch, jako, że wiedziała, że zaraz to nastąpi, to nie miała zamiaru się na nich skupiać. To minie, zawsze mijało. Nie było sensu demonstrować swojego niezadowolenia. Znajdowali się tutaj razem, więc musieli współpracować - Benjy nie był pierwszą osobą za którą nie przepadała i musiała jakoś sobie z tym poradzić, to nie było dla niej nic nowego.

- Może powinni zweryfikować tę listę. - Dodała jedynie, bo skoro znajdowały się na niej same zaufane osoby, to miejsce było raczej chronione przed nieprzychylnymi, coś jej nie grało. Czy naprawdę działo się, aż tak źle, że ktoś kto miał przyjacielem by ich zdradził? Nigdy nie wiadomo. Sytuacja była kurewsko napięta, nie można było niczego zakładać. Z drugiej strony nie była pewna, czy faktycznie warto było od razu wszystkich skreślać, bo mógł pojawić się tutaj jakiś czynnik o którym nie mieli pojęcia. Można było sobie gdybać, nie mając wszystkich informacji, ależ oczywiście. Teraz jednak nie to było najważniejsze, musieli skupić się na tym, aby znaleźć jakieś ślady, zacząć poszukiwania, szkoda było czasu na domysły i rzucanie podejrzeń. Zwłaszcza, że zaginieni zniknęli stąd kilka godzin temu, co samo w sobie nie służyło pozytywnemu finałowi poszukiwań. Nikt jednak nie wypowiedział tego w głos, jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, że upływ czasu nie był ich sprzymierzeńcem, ale przecież bardzo dobrze to wiedzieli.

Właśnie dlatego skupiła się na tym, aby jak najszybciej przejść do działania. Przemierzała okolicę, dużo wolniej, niż leżało to w jej naturze. Próbowała dostrzec drobne szczegóły, które mogłyby sugerować cokolwiek, była uważna, zmieniła tryb swojej egzystencji. Aktualnie stała się tą dużo bardziej praktyczną wersją siebie, która była przyzwyczajona do podobnych sytuacji. Może rzadko kiedy tropiła ludzi, ale czy to aż tak różniło się od tego, co robiła na co dzień? No nie do końca.

Starała się wypatrywać najdrobniejszego szczegółu, w ciemności to wcale nie było takie proste. Księżyc zaczął oświetlać okolicę, ale nie przynosił zbyt wiele jasności. Powodowało to, że musiała jeszcze bardziej wyostrzyć swoje zmysły. Posiłkowała się magią, chociaż przy takich czynnościach raczej tego nie robiła, ale sytuacja różniła się też od tych zwyczajnych, ustalili w końcu, że chodziło o teleportację nie do końca chcianą.

W końcu udało jej się coś znaleźć, tyle, że aktualnie jeszcze nie miała pojęcia, co to oznacza. Skoro jednak mógłby to być ślad, którego szukali, to postanowiła o nim wspomnieć. Przekazać wszystkim zainteresowanym, że coś zobaczyła, choć mogło to oznaczać w zasadzie i nic. Wiedziała jak wyglądała sytuacja, nie przeceniała swoich możliwości i nie miała najmniejszego problemu, aby o tym wspomnieć. Zwłaszcza, że mogło od tego zależeć czyjeś życie, albo śmierć.

Nie widziała sensu, aby kłamać w tym, że była pewna, iż na pewno udało jej się znaleźć to, czego szukali. Yaxleyówna może i lubiła wygrywać, lubiła mieć rację, ale nie należała do osób, które naginały prawdę tylko po to, aby poczuć się ważniejsze. To nie było w jej stylu, nigdy.

- Tak, powtórzę to. - Nie powinna mieć z tym większego problemu. Nie było to szczególnie wyszukane zaklęcie. Poczekała więc, aż wszyscy zaangażowani w sprawę znajdą się tuż obok, gotowi do tego, aby odpowiednio skupić się na tym, co mieli do zrobienia. Współpraca wcale nie okazała się być najtrudniejsza, zazwyczaj tak właśnie działo się, kiedy w grę wchodziło życie osób, na którym wszystkim zależało, a tak było w tym wypadku. Nikt nie znalazł się w rezydencji Ursuli przypadkowo, było to dość bliskie grono ludzi, którym na sobie zależało, nawet jeśli nie wszystkim na wszystkim, to nie przechodzili obojętnie wobec krzywdy kogokolwiek z nich.

Machnęła różdżką po raz kolejny, by powtórzyć zaklęcie, które udało jej się wyczarować wcześniej. Była skupiona, już to robiła, przed chwilą, więc i tym razem nic nie powinno pójść nie po jej myśli.


percepcja ◉◉◉○○
Rzut Z 1d100 - 90
Sukces!

Rzut Z 1d100 - 68
Sukces!


Spoglądała na mapę i na wahadełko, aby upewnić się, że faktycznie nic się tutaj nie zmieniło, musieli mieć aktualne dane, bo inaczej mogliby się zgubić w tym nieszczęsnym lesie, a tylko tego brakowało im do szczęścia. - Zgadza się. - Powiedziała chłodno, może trochę zbyt pewnie, ale nie wydawało jej się, żeby coś się zmieniło.

- Musimy to sprawdzić, nie ma sensu gdybać. - Nie miała nic więcej do dodania, to wydawało się całkiem proste. Miała nadzieję, że to nie był jakiś bardzo skrupulatnie zaplanowany atak, a raczej przypadek, bo dzięki temu zwiększały się szanse na to, że odnajdą ich żywych.

Wykonali te swoją próbę, określili kierunek - czy mieli pewność, że dokładnie tam powinni wyruszyć? No nie, ale było to lepsze od niczego, gdzieś musieli zacząć. Pozostawało więc się przegrupować i rozpocząć poszukiwania. Na szczęście w domu znajdowało się więcej osób, które mogły im pomóc. Aktualnie wydawało jej się słuszne skorzystanie z wszystkich dostępnych możliwości, co sprowadzało ją do wypuszczenia jej brata z piwnicy. Wiedziała, że to może być dość kontrowersyjnym posunięciem, ale w końcu był łowcą jak ona. Bez sensu aby siedział w piwnicy, też mu się należało coś od życia, a raczej nieżycia.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (5245), Benjy Fenwick (6570), Geraldine Greengrass-Yaxley (4428), Pan Losu (29)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa