Trzech klientów za mną, trzech przede mną. Wyjątkowy ruch, zwykle nie poświęcam czasu więcej niż czterem osobom, zwłaszcza, że przepowiednie bywają dla mnie wyczerpujące. I fizycznie i emocjonalnie, to tak jakby ktoś pytał. Trochę się u mnie ochłodziło, ale to jeszcze nie znaczy, że nic nie czuję. Aura klientów bywa lepka, ciężko się jej pozbyć, szczególnie, kiedy to żal. On jest autentycznie najgorszy, dojeżdża najbardziej i zostaje najdłużej, w ogóle bez porównania ze smutkiem, złością, czy rozgoryczeniem, z których otrząsam się, jak pies wybiegający z kąpieli, do której go zmuszono. Limit nieprzychylnych wróżb został na dziś wyczerpany, mam nadzieję już na same szczęśliwe, po których ewentualnie będę mógł się zrzygać tęczą. Szybkie mycie zębów i zero śladów, proste.
Zakasuję rękawy, dzwonię koralikami, którymi obwieszone są moje nadgarstki, pstryknięciem palców odpalam kadzidełko, a to nie tylko rozpyla w ciasnym saloniku zapach paczuli, ale również wypełnia je szarym, ciężkim dymem. W oparach trudno coś dojrzeć, ale w to mi graj. Ponoć im bardziej niesprzyjające warunki dla ludzkiego wzroku, tym chętniej otwiera się to trzecie, mistyczne. Może i nie doświadczam wizji (choć bardzo bym chciał), lecz sama sugestia bardzo mi pomaga. Zwłaszcza, kiedy zza zwiewnej zasłony imitującej drzwi wyłania się twarz zbyt ładna i zbyt znajoma, bym zachowywał się profesjonalnie. Widzę ją w lustrze, ale i tak zbija mnie z tropu, rzadko trafiam na szkolne historie, to przeszłość, która jest już daleko za mną, więc… więc nie wiem, co robić. Zignorować, udawać, że jej nie pamiętam, przywitać się?
Siadaj, proszę - mówię głębokim głosem, tym, którego używam wyłącznie w tym gabinecie. Nie odwracam się jeszcze - czekam, aż zajmie miejsce na jednej z rozłożonych na podłodze haftowanych puf, to pierwszy test. Oczywiście obserwuję ją dyskretnie w lustrze, kiedy myję dłonie, a po dokładnym ich osuszeniu obficie polewam oliwą, co ma mi zapewnić przychylność Apollina. Trudno mi się powstrzymać, by tłustych palców nie wytrzeć od razu o przód barwnej szaty, to nawyk, z którym wciąż walczę - odpowiem na wszystkie twoje pytania, Stello. Jeśli tylko nie boisz się ich zadać.
Liczę, że mnie nie pamięta. Mam pospolitą twarz, którą ostatnio widziała z siedem lat temu, bo ja, w przeciwieństwie do niej, nie pojawiam się w gazetach. Po nazwisku też do mnie nie dotrze - tutaj mówią na mnie Maestro. Anonimowość to benefit do wypłaty.