• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue

[30.10.1972 rano] Benjy, przyszykuj kadzidło| Benjy & Prue
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
30.09.2026, 21:10  ✶  

Faktycznie listy towarzyszyły Prue od najmłodszych lat. Pozwalały jej trzymać w ryzach myśli, które potrafiły ją przytłoczyć. Dzięki temu nie pozwalała sobie na odbieganie od tematu, czy sprawy. Lubiła mieć wszystko bardzo dokładnie wypunktowane, żeby móc ustalić jakąś hierarchię działania. Inaczej pewnie by zwariowała ze swoją dość mocno skomplikowaną głową, przez którą bardzo często odbiegała gdzieś daleko. Listy pomagały jej się trzymać planu, dlatego tak chętnie po nie sięgała.

Odbieganie od tego co wypunktowała wzbudzało w niej pewien niepokój, bo mogło powodować rozszerzenie problemu, pojawienie się nowych zadań o których wcześniej nie pomyślała, czasu nie dało się niestety rozciągnąć, co mogło spowodować, że nie zdążą ze wszystkim, co było zaplanowane, a to potraktowała by trochę jako swoją porażkę. Niedopilnowanie terminów, złe rozplanowanie działań… no nie chciałaby, żeby zakończyło się to w taki sposób. Raczej lubiła, gdy wszystko szło po jej myśli, to znaczy po jej liście.

- Nie ominąłeś niczego.. - Powtórzyła jeszcze za nim, jakby musiała to przetworzyć. Dobrze, był to jakiś sukces, niczego nie pominął. - Czy odhaczyłeś to wszystko na liście? - Czy w ogóle się na niej znajdowało, czy sprawdzał wszystko co miało zostać sprawdzone, tyle, że nie zostało wyszczególnione? Ponownie zmrużyła oczy, aby przywołać przed nie listę, tę ostatnią jej wersję, najbardziej aktualną. Zawiesiła się na chwilę, po czym mrugnęła, żeby wrócić na miejsce.

Tak właściwie to sama nie do końca wiedziała, co rozumie przez dużo. Jeśli jeden nóż polerował tak długo, to ile trwałoby polerowanie jakichś dziesięciu? W tym przypadku to już byłoby dużo. Nie miała pojęcia jak dokładnie wyglądał arsenał takich osób jak on, bo w sumie nigdy wcześniej jakoś specjalnie się tym nie interesowała. Miała świadomość, że miał swoją broń, tyle, że jeszcze nie zdarzyło jej się obejrzeć jego zbiorów, może to było błędem.

Później padło, że takich noży jak ten miał kilka, przemnożyła sobie w głowie czas, jaki trwałoby ich przygotowanie do sabatu i nieco się zmartwiła, zbladła dopiero w momencie, w którym padło kilkanaście i wspomnienie o jeszcze innych narzędziach. Jeśli postanowi się nimi zająć tak jak tym jednym nożem… to na pewno nie skończą realizować wszystkich punktów z listy. Niedobrze, bardzo niedobrze. Nie sądziła, że pojawią się takie komplikacje, nie była w stanie tego przewidzieć. Zawsze podczas przygotowań coś musiało się wysypać, najwyraźniej to też była ogólna tradycja.

Zaczął jej tłumaczyć jak to wyglądało z tymi nożami, słuchała go bardzo uważnie, uniosła brew dopiero w momencie, w którym powiedział o tym, że nie wszystkie wymagają przygotowania ich do Samhain. To wydało jej się najbardziej interesujące z tego jego całego wykładu. Czyli nie było tak źle, jednak nie musiała się martwić tym, że poświęcić niewiadomo ile czasu na przygotowanie broni do sabatu, chociaż nadal brakowało jej nieco danych, aby wyliczyć to, ile faktycznie mu to zajmie. Nie mogła chwalić dnia przed zachodem słońca bez odpowiedniej bazy danych.

- Nie wszystkie, ale niektóre tego wymagają? - Zapytała niepewnie, starała się ustalić na czym stali i dlaczego wcześniej nie wspomniał jej o tym, że jego broń też wymagała odpowiedniego przygotowania? Uwzględniłaby to na tej nieszczęsnej liście i mogliby zupełnie inaczej dysponować czasem. Naprawdę widziała już to wszystko jako jedną, wielką porażkę, a miało być tak pięknie, mieli pamiętać ten sabat do końca swojego żywota - tak, czy siak w jej przypadku nie będzie inaczej. Wolałaby jednak wracać do tego jako do czegoś co zakończyło się ogromnym sukcesem, aktualnie niekoniecznie widziała to w ten sposób.

- Po prostu woda może popsuć taki potężny, rytualny sztylet, jeśli dojdzie do jej reakcji z czymś, co się na nim znajduje. Jasne, rozumiem, szkoda, bo to byłoby dużo prostsze. - Wytłumaczył jej to całkiem logicznie, jej mózg jednak zaczął samoistnie kalkulować to, jak miało to wyglądać z resztą broni - to znaczy z jej częścią, bo już jej powiedział, że nie każda wymagała przygotowania do sabatu, co jednak nie do końca ją uspokoiło. Pojawił się problem, o którego istnieniu nie wiedziała, nie włączyła go w kalkulacje, co powodowało, że wynik na pewno będzie błędny. Westchnęła ciężko, nie sądziła, że na sam koniec, na ostatniej prostej wszystko będzie mogło się tak skomplikować.

Nie do końca potrafiła zrozumieć jego podejście, różniło się bardzo od tego jej, przez co faktycznie pojawiły się komplikacje, nie do końca wiedziała, jak to teraz naprostować, żeby przygotowania nie zakończyły się sromotną katastrofą. Był to błąd, którego nie przewidziała i to też ją zmartwiło. Jej wizja zaczęła się sypać, a Prue nie lubiła chaosu, bardzo, ale to bardzo go nie lubiła.

Później zadał jej to kolejne pytanie, wiedziała już, że żadna odpowiedź by go w pełni nie usatysfakcjonowała, nie po tym, co widziała i w jaki sposób opowiadał o tych swoich nożach. - Ale przecież tak jest, to moje. - Jak niby miała tego nie wyciągać. Miała athamé w większości przypadków przy sobie, bo nosiła je w swojej torebce. Gdzie niby powinna je schować? W szufladzie, powiesić sobie na ścianie? Jak on sobie to właściwie wyobrażał. - Chciałam, żeby było pod ręką, jak mniemam uważasz to za głupi pomysł? - Zadała to pytanie, chociaż przecież wiedziała jaka będzie odpowiedź, kto by się spodziewał, że okadzanie domu może spowodować tyle problemów.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
01.10.2026, 16:08  ✶  
Właściwie powinienem był przewidzieć, że właśnie na tym się skończy, bo moja żona potrafiła potraktować pojedyncze, nieopatrznie rzucone zdanie jako zajawkę do początku całego audytu - jej listy od najmłodszych lat miały tę cudowną właściwość, że zamiast ograniczać liczbę problemów, potrafiły wygenerować kolejne pytania dotyczące rzeczy, których wcześniej nie uważałem za potencjalny problem wymagający doprecyzowania założeń i ich dodatkowych weryfikacji - i chociaż, co do zasady, nie było w tym nic złego, przynajmniej dopóki pamiętało się, że ta potrzeba wypunktowania wszystkiego nie wynikała z chęci kontrolowania każdego ruchu drugiej osoby, tylko z tego, że kiedy rzeczy pozostawały nieuporządkowane, jej własne myśli zaczynały się rozłazić w dziesięciu różnych kierunkach, tym razem zdecydowanie nie było mi do śmiechu. Słuchałem jej i z każdą kolejną wypowiedzianą przez nią uwagą coraz wyraźniej widziałem, że wpadliśmy w klasyczny konflikt dwóch sposobów organizowania rzeczywistości, przy czym żadne z nas nie było szczególnie dobre w przekonywaniu drugiego do własnych racji. Problem polegał na tym, że dla niej coś, czego nie było na liście, właściwie nie istniało jako zadanie, podczas gdy dla mnie istniało bardzo realnie, tylko należało do kategorii rzeczy, które robiło się przy okazji przygotowywania czegoś innego. Mogłem jej to wyjaśnić, ale widziałem już po samym wyrazie twarzy, jaki robiła, że w jej głowie właśnie trwała rekonstrukcja całego harmonogramu i że próba dorzucenia do tego kolejnej teorii mogłaby skończyć się tym, że zamiast jednego problemu będziemy mieli trzy nowe punkty na liście. Znałem ją już wystarczająco długo, żeby rozumieć, skąd to się stało, nawet jeśli czasami miałem ochotę przybić jej listę do ściany i napisać pod nią dodatkowy punkt - „nie tworzyć nowych punktów” - problem polegał na tym, że doskonale wiedziałem, jak szybko ten jeden warunek rozrósłby się do kolejnych sześciu.
- Odhaczyłem szeszy, któle były na mojej liście. - Odpowiedziałem w końcu, wskazując lekko dłonią na nią, a właściwie na wyimaginowany arkusz, który najwyraźniej znajdował się obecnie pomiędzy nami. - Tych, któlych na niej nie było, nie odhaczałem, bo tludno odhaczyś coś, czego tam nie ma. - To wydawało mi się raczej logiczne. Jasne, oczywiście, lista była dla niej czymś więcej niż kawałkiem papieru - czymś niemal świętszym od samego nadciągającego sabatu - wiedziałem o tym, chociaż nigdy nie powiedziałbym jej tego w taki sposób, bo prawdopodobnie skończyłoby się to kolejną rozmową o tym, dlaczego uważałem jej sposób organizacji za „zabawny”, preferując własne nawyki. Listy porządkowały jej myśli, trzymały ją przy konkretnej rzeczy, pozwalały nie zgubić się gdzieś pomiędzy jednym zadaniem a pięcioma innymi, które potrafiły pojawić się w głowie w tym samym momencie, dlatego rozumiałem, dlaczego każda rzecz, której nie było na liście, wywoływała w niej natychmiastowy niepokój. Problem polegał na tym, że ja z kolei całe życie pracowałem w sposób, w którym część rzeczy musiała zostać zauważona dopiero wtedy, kiedy się do nich podchodziło, bo nie dało się przewidzieć wszystkich możliwych usterek, reakcji magicznych i drobnych paskudztw, które lubiły wychodzić z ukrycia dokładnie wtedy, kiedy ktoś był przekonany, że ma wszystko pod kontrolą. Patrzyłem więc na nią i już wiedziałem, że moje „kilka” i „niektóre” właśnie zamieniły się w jej głowie w kolejną katastrofę logistyczną - znałem ten proces - mogłem niemal usłyszeć trybiki przesuwające się we wnętrzu czaszki Prue, a ponieważ wiedziałem, dokąd prowadziła ta matematyka, zrobiło mi się trochę bardziej głupio…
- Umiem planowaś swoją plasę. Nie musisz się tym telas pszejmowaś. O niczym nie zapomnę. - Nie byłem pewien, czy powinienem był tak śmiało stawiać tę tezę, szczególnie po tym, jak przez ostatnie kilkadziesiąt minut zamknąłem się na piętrze, żeby polerować nóż, ale mężczyzna czasem musiał bronić własnej reputacji. - Poza tym, jeszeli spiszemy wszystko osobno, będziemy mieli listę dłuszszą od samego Samhain. - Oparłem dłonie na biodrach i pokręciłem głową, pauza trwała może sekundę, zanim ponownie zeszliśmy na temat jej athamé, a wtedy cała moja wcześniejsza cierpliwość została wystawiona na kolejną próbę - „przecież tak jest, to moje” - spojrzałem na nią z miną kogoś, kto doskonale rozumiał argument, ale nie zamierzał uznać go za rozstrzygający w tym sensie, w jakim ona mogłaby sobie tego życzyć.
- Nie uwaszam, sze sam pomysł posiadania go pszy sobie jest głupi. - Powiedziałem ze skrzywieniem. - Uwaszam, sze sposób, w jaki go pszechowujesz, mosze taki byś. - W moim głosie pojawiła się ledwie skrywana ironia, ale nie trwała długo, bo doskonale wiedziałem, że za chwilę mogłem się dowiedzieć czegoś jeszcze bardziej niepokojącego - właściwie zacząłem się zastanawiać, czy Prudence w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, że jej własny sposób przechowywania athamé mógłby doprowadzić przeciętnego klątwołamacza do podobnego stanu, w jakim ona przed chwilą obserwowała mnie, gdy przetwarzała konieczność weryfikacji swojej listy.
Rozłożyłem ręce.
- Nie mówię ci, sze masz je powiesić w gablocie nad ołtaszem i składaś mu codziennie pokłon. Mówię tylko, sze to nadal naszędzie lytualne. Zalęszynowe, osobiste, twoje, zgoda. - Nie czekałem jednak na odpowiedź, bo znałem ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że za chwilę mogła mi zacząć tłumaczyć, iż torebka była doskonale zorganizowana i że doskonale wiedziała, gdzie co się znajduje, a ja nie zamierzałem prowadzić kolejnego wykładu - zamiast tego westchnąłem i przesunąłem dłonią po karku. - Jeszeli chcesz mieś je pod lęką, miej je pod lęką. Nie widzę w tym niczego złego. Wlęsz pszeciwnie, Toulnesol, chcę, szebyś miała je pszy sobie. Zastanawia mnie tylko sposób, w jaki je… Pszechowujes. Chodzi o to, szeby nie obijało się o klucze, fiolki, kosmetyki i wszystkie inne szeszy, któle plawdopodobnie nosisz tam lasem s nim. - Mimo pierwotnego założenia, że nie będę robił dochodzenia, spojrzałem na nią podejrzliwie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
01.10.2026, 21:03  ✶  

Prudence spoglądała na męża ze zdziwieniem w oczach. Mrugnęła, czy naprawdę wspomniał o tym, że odhaczył to co miał na swojej liście? Istniała jakaś druga lista o której nie miała pojęcia? Musiała to przetrawić, informacje, które ciągle się pojawiały, kolejne i kolejne powodowały, że uświadamiała sobie jak bardzo wszystko szło nie tak. Była przerażona, chociaż starała się tego po sobie nie pokazywać. Powinna oddychać, bardzo, ale to bardzo intensywnie oddychać.

Korzystała z list z dość istotnego powodu, pozwalały one jej uporządkować bardzo, ale to bardzo rozbiegłe myśli. Gdyby ich nie miała, cóż - łatwo można by było wprowadzić chaos do jej życia. Jej umysł działał w specyficzny sposób, znalazła sobie na to metodę, jako całkiem młoda osoba, sprawdzała się, więc wolała się jej trzymać. Teraz dostrzegała, że w parze to mogło się odrobinę komplikować.

- Rozumiem, to znaczy staram się zrozumieć, masz jeszcze swoją listę? - Zapytała bardzo niepewnie, żeby sobie w końcu ułożyć to poprawnie w głowie, jeśli naprawdę istniała lista, do której nie miała wglądu to cóż, było bardzo, ale to bardzo źle.

- Jasne, nie ma sensu odhaczać tego, czego tam nie ma.- Próbowała jakoś ogarnąć to, że jej mąż postanowił się zajmować czymś spoza jej magicznej kartki, chociaż niekoniecznie to rozumiała, bo przecież po to istniała lista, żeby za nią podążać. Ona działała w ten sposób, on najwyraźniej niekoniecznie tego potrzebował i powinna to zrozumieć, prawda? Bo przecież jego umysł działał inaczej, niż jej, ale przychodziło jej to bardzo trudno, czuła, że chaos wkradał się do tego systemu, który próbowała wprowadzić w życie i wcale jej się to nie podobała, bo w jej oczach chaos oznaczał niepowodzenie.

- Nie wątpię w to, że umiesz planować swoją pracę. - Naprawdę starała się w to wierzyć, tyle, że to nie do końca pasowało do jej własnego systemu. Ona sama pewniej czuła się, kiedy miała wszystko wyszczególnione, bo inaczej za bardzo odpływała, za bardzo drążyła temat, dlatego tworzyła te listy, które usprawniały jej myślenie. Niby wiedziała, że jego umysł działał inaczej, ale właśnie, tak, czy siak czuła pewien niepokój, bo nie działali według schematu.

- Tak, jeżeli spiszemy wszystko osobno pewnie tak będzie. - Powtórzyła jeszcze za nim, wiedziała do czego zmierza, ale nie do końca jej się to podobało. Zdecydowanie wolała mieć wszystko wyszczególnione, dzięki temu mogła bardziej nad tym panować, tak to wszystko działo się samoistnie, gdzieś obok, nie mogła tego weryfikować, a to powodowało u Prue drobną panikę.

- Może taki być, ale nie musi. - Przeszli do rozmowy o jej zaręczynowym sztylecie. Fantastycznie, nie mogło być lepiej, brakowało im tylko poruszenia tego tematu. Nie była klątwołamaczem, nie znała się na sposobach przechowywania broni, dostała od niego rytualny nóż - uznała to za naprawdę wyjątkowy gest. Być może nieodpowiednio do tego podeszła, może nieco powinna zasięgnąć języka nim postanowiła go wrzucić do swojej torebki, kiedy tak na niego spoglądała docierało do niej, że zdecydowanie powinna to zrobić.

- Czy jeśli powiem Ci, że przechowuje je w odpowiedni sposób to mi uwierzysz, czy mam dokonać jakiejś demonstracji? - Zdecydowanie wolałaby tego uniknąć, ale jeśli właśnie na tym mu zależało, to mogła mu to pokazać. W jej torebce panował porządek, nie musiał się więc martwić o to, że nóż, który od niego dostała nie był traktowany z odpowiednim szacunkiem.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
02.10.2026, 01:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.10.2026, 22:20 przez Benjy Fenwick.)  
Przez większość dorosłego życia pracowałem na własnych zasadach, podejmowałem decyzje bez konieczności konsultowania każdego kroku z drugą osobą i przywykłem do ponoszenia odpowiedzialności za konsekwencje własnych błędów, a teraz, zaledwie dwa tygodnie po ślubie, najwyraźniej musiałem się nauczyć, że samo powiedzenie „zrobiłem to, co należało” nie zawsze wystarczało, ponieważ moja żona potrzebowała jeszcze wiedzieć, gdzie dokładnie należało to zrobić, kiedy i czy przypadkiem nie powinno to było zostać wcześniej gdzieś odnotowane. Jeszcze niedawno sam odpowiadałem za własne sprawy, własny czas, własny warsztat i wszystkie te drobiazgi, których nikt poza mną nie musiał rozumieć ani zatwierdzać, a teraz stałem przed ukochaną i próbowałem wyjaśnić, dlaczego nie każdą czynność uważałem za wartą osobnego wpisu na jej liście - „jak do tego doszło?” - nie miałem zamiaru porzucać własnych przyzwyczajeń tylko dlatego, że się ożeniłem, podobnie jak nie oczekiwałem, że Prue nagle przestanie sporządzać listy, skoro robiła to od lat i najwyraźniej dzięki nim potrafiła utrzymać w ryzach znacznie więcej spraw, niż ja byłbym w stanie ogarnąć bez okazjonalnego przeklinania pod nosem. Spojrzałem na nią, potem na stół, na którym leżało ostrze, i ponownie na nią, zastanawiając się, w którym momencie rozmowa o przygotowaniach do sabatu zmieniła się w próbę uzgodnienia wspólnego systemu zarządzania gospodarstwem domowym, bo najwyraźniej przegapiłem spotkanie, na którym powinienem był dostać odpowiedni formularz.
- Ja… Na ogół wcale nie lobię list, Pluey… - Odpowiedziałem w końcu, przecierając dłonią twarz. W gruncie rzeczy nie chodziło ani o rytualny sztylet, ani nawet o nieszczęsną wodę, która najwyraźniej na długie lata miała zostać zapamiętana w naszym domu jako środek czyszczący zakazany przez Benjy’ego Fenwicka, chodziło o listę - oczywiście, że chodziło o listę - mogłem jej pokazać przeklęty przedmiot, który próbował odgryźć mi rękę, mogłem opowiedzieć o zabezpieczeniach, które rozpadały się pod wpływem źle dobranego zaklęcia, mogłem nawet przedstawić szczegółowy raport z własnych błędów, a i tak prędzej czy później wrócilibyśmy do kwestii tego, czy każda wykonywana przeze mnie czynność została odpowiednio uwzględniona w jej planie. Nie miałem jej tego za złe, przynajmniej nie naprawdę, bo znałem ją wystarczająco długo, żeby rozumieć, że zadawane przez nią pytania nie wynikały z przekonania, że byłem niekompetentnym idiotą, który bez nadzoru potrafiłby najwyżej przypalić wodę na herbatę - Prue potrzebowała wiedzieć, gdzie znajdowały się poszczególne elementy układanki, ponieważ dopiero wtedy mogła przestać pilnować każdego z nich osobno i pozwolić sobie uwierzyć, że całość nie miała rozsypać jej się w rękach - problem polegał na tym, że ja nie miałem zwyczaju układania życia w ten sposób, a im bardziej próbowałem jej wyjaśnić, że nie wszystko wymagało osobnej rubryki, tym wyraźniej widziałem, jak bardzo nie podobała jej się wizja funkcjonowania bez tych okienek. Wziąłem więc powolny oddech i wsunąłem dłonie do kieszeni, postanawiając tym razem odpowiedzieć na wszystkie zadane pytania bez kolejnego wykładu o właściwościach przedmiotów rytualnych, bo jeśli dalej mówiłbym w tym tonie, wkrótce sam zacząłbym potrzebować listy rzeczy, za które powinienem przeprosić. Nie chciałem, żeby pomyślała, że preferowany przez nią sposób organizowania przygotowań był mi kompletnie niepotrzebny albo że uważałem go za przesadę, bo wcale tak nie było - jej lista miała konkretny cel i spełniała go bardzo dobrze - sam nie spisuwałem jednak każdego ruchu, jaki wykonywałem, często z przyzwyczajenia lub nawyku, bo wtedy zamiast pracować, musiałbym zajmować się prowadzeniem dokumentacji własnego istnienia, a na to byłem zdecydowanie zbyt leniwy i poniekąd chaotyczny.
- Ja niee-e… - Nie miałem zamiaru przekonywać jej, że powinna nagle zacząć funkcjonować tak jak ja, chciałem tylko, żeby nie traktowała mojego sposobu pracy jak zapowiedzi nadciągającej katastrofy. - Ja po plostu wiem, co mam zlobiś i lobię to w takiej kolejności, jaka ma sens. - Dopiero kiedy wypowiedziałem te słowa, uświadomiłem sobie, że z perspektywy Prudence mogły brzmieć mniej więcej tak, jakbym właśnie poinformował ją, że zamierzałem przygotować cały sabat, kierując się mglistym przeczuciem i nadzieją, że „wszystko jakoś się ułoży”, skrzywiłem się lekko, to zdecydowanie nie było to, co chciałem powiedzieć, chociaż najwyraźniej mój talent do wyjaśniania prostych spraw w sposób, który czynił je bardziej skomplikowanymi, osiągnął tego wieczoru poziom godny osobnego wpisu w rejestrze. - Mam w głowie kolejność czynności. - Dodałem, próbując naprawić sytuację, po czym przesunąłem wzrokiem po twarzy żony, szukając wskazówek odnośnie tego, czy tym razem udało mi się wyjaśnić sprawę bez dokładania do niej kolejnych komplikacji. - Kiedy mówię, sze mam coś odhaczone, mam na myśli, sze to zlobiłem, a nie sze siedzę gdzieś na piętrze s tajnym zeszytem, w któlym zapisuję szeszy, o któlych nie wolno ci wiedzieś. Mam jusz wystalszająco duszo papielologii związanej s plasą, pszynajmniej tą legalną, szeby nie dokładaś sobie niczego bes potszeby. - Oparłem się plecami o framugę i skrzyżowałem ręce na piersi, próbując znaleźć sposób, żeby wyjaśnić różnicę w naszych poglądach bez brzmienia, jakbym właśnie odmawiał współpracy przy wspólnym przedsięwzięciu - pierwszy wspólny sabat miał być naszym świętem, nie moim ani jej osobno, co oznaczało, że oboje musieliśmy nauczyć się funkcjonować w systemie, który nie zawsze odpowiadał temu, co każde z nas uważało za najwygodniejsze - byłem zatem gotów dopisać do jej listy wszystko, co rzeczywiście wymagało zaplanowania, nawet jeśli oznaczało to konieczność ustalenia, ile czasu potrzebowałem na przygotowanie określonych narzędzi, pod warunkiem że nie mieliśmy skończyć na dokumentowaniu liczby okrężnych ruchów szmatką wykonanych na danym centymetrze ostrza. Miałem swoje granice, które były dość rozsądne, przynajmniej według mnie, i chociaż podejrzewałem, że Prudence mogłaby chcieć przeprowadzić w tej kwestii osobne badania, tak działałem od lat i, o ile pamięć mnie nie myliła, dotychczas nie doprowadziło mnie to do żadnej szczególnie spektakularnej katastrofy. Byłem pewien, że w zbyt ścisłym systemie nie przetrwałbym nawet roku - jeżeli miałbym być szczery, prawdopodobnie nie przetrwałaby go również nasza małżeńska harmonia - było to nowe doświadczenie, delikatnie mówiąc, nie wiedziałem, czy zamierzałem się do niego przyzwyczaić, czy też w pewnym momencie po prostu miałem kupić sobie drugą skrzynkę narzędziową i zacząć trzymać ją w lesie.
Przesunąłem ciężar ciała na drugą nogę, spoglądając na nią uważnie, gdy przeszliśmy do kwestii athamé - pytanie, czy uwierzyłbym jej na słowo, czy też musiałaby przeprowadzić demonstrację, było na tyle rozsądne, że przez moment poczułem się trochę głupio z powodu wcześniejszego tonu - nie zamierzałem dłużej prowadzić wykładu na temat właściwego traktowania rytualnych narzędzi, ponieważ miałem wrażenie, że oboje osiągnęliśmy już granicę, poza którą dalsze wyjaśnienia przyniosłyby więcej szkody niż pożytku. Poza tym nie byłem facetem, który lubił tracić pół wieczoru na tłumaczenie, dlaczego robił coś w określony sposób, w pracy mogłem wyjaśniać klientom, dlaczego nie powinni dotykać przeklętych przedmiotów gołymi rękami, ale w domu wolałem jednak zajmować się czymś innym, zwłaszcza mając obok siebie tę konkretną kobietę.
- Nie musisz niczego demonstlowaś. - Odpowiedziałem, w końcu. - Wieszę ci. - Podkreśliłem, unosząc dłonie w geście kapitulacji, chociaż nie była to kapitulacja całkowita. - Nie mam szadnych powodów, by tego nie lobiś. No, mose poza twoją niepokojącą ploposysją kąpieli wodnej dla mojego sztyletu, któla bęsie mnie psześladowaś pszes kilka najbliszych dni. - Zawiesiłem głos, po czym spojrzałem na nią nieco uważniej, byłem klątwołamaczem, nie wróżbitą, nawet w moim zawodzie istniała różnica pomiędzy podejrzeniem a dowodem. - Ale jeszeli chcesz mi pokazaś, jak go pszechowujesz, to nie powiem „nie”. - To była prawda, nie zamierzałem narzucać sposobu, w jaki miała nosić własne przedmioty, a już na pewno nie miałem zamiaru zmuszać jej do podporządkowania się moim przyzwyczajeniom tylko dlatego, że byłem klątwołamaczem uważałem, iż z tego względu wiedziałem o ostrzach nieco więcej niż ona, mogłem jej doradzić, mogłem wyjaśnić, na co powinna uważać, ale ostatecznie to było jej athamé, jej torebka i jej decyzja, nie moja.

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5786), Prudence Fenwick (3437)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa