03.07.2023, 12:39 ✶
jugosławia, 1969 rok
Po latach będzie gorliwie zapewniał, że wyjechał w tę podróż, aby odnaleźć siebie (zupełnie tak, jakby w Paryżu i Londynie był mniej Perseusem i dopiero ciepły bałkański klimat sprzyjać miał wyzwoleniu jego prawdziwego potencjału), pochylić się nad sobą i uspokoić rozbiegane myśli. W rzeczywistości jednak robił to, co umiał robić najlepiej — uciekał, choć nauczony poprzednimi doświadczeniami powinien wiedzieć już, że nie jest w stanie ukryć się przed sobą samym, a konsekwencje jego decyzji są nieuniknione. Był niczym skazany na karę śmierci przestępca, który kolejnymi apelacjami desperacko próbuje odłożyć w czasie wykonanie wyroku, choć wie, że jego los był i tak przesądzony.
Znajdował się na granicy delirium; niekiedy zdawało mu się, że jedną stopą już przekroczył cienką linię szaleństwa. Niekiedy zdawało mu się, że w wieczornej ciszy paryskiego mieszkania słyszy znajomy głos, ten na wpół ochrypły baryton, nucący mu piosenki Marie Laforêt. Innym razem dostrzegał w tłumie lico podobne do mu niegdyś drogiego; wówczas odruchowo za nim podążał, głuchy na krzyk rozsądku odbijający się echem pod czaszką, zawsze tak samo rozczarowany, gdy blond loki okazały się należeć do innego młodzieńca. W pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że wieczorami celowo kładzie na parapecie zapaloną świecę, ich dyskretny znak.
Wyparcie było mechanizmem obronnym, lecz pomagało tylko na krótką chwilę. Bez względu na to, jak usilnie starał się zapomnieć i wmówić sobie, że to nie miało miejsca, palce wciąż pamiętały miażdżoną grdykę Raphaëla, przedramiona zdawały się nadal nosić ślady paznokci byłego kochanka wbijających się w skórę, gdy zapamiętale walczył o oddech. I wreszcie słony smak własnych łez, gdy bezskutecznie starał się go uratować, bolesne skurcze żołądka przez następne godziny i zimne łazienkowe kafelki do których zmęczony wymiotowaniem przytulał policzek, dreszcze wstrząsające jego ciałem w oczekiwaniu na przybycie Lycoris i rozpacz, która każdego kolejnego dnia przygniatała go coraz mocniej, i mocniej, aż w końcu rzuciła go na kolana.
Nie miał pojęcia, w jaki sposób znalazł się w górach Jugosławii; w miejscu wspomnień zionęła czarna otchłań, z której wyłaniały się pojedyncze pozbawione logiczności obrazy. Stał na Pont des Arts i patrzył w zimną toń Sekwany. Później przyglądał się pociągom. Świstoklik? Tak, chyba chwycił za świstoklik, bo w uszach wciąż szumiało mu jak podczas teleportacji — zapytany gdzie oraz w jakich okolicznościach do tego doszło, nie potrafiłby znaleźć na to odpowiedzi. Nie sądził, że kieliszek wina, jaki wypił do obiadu, wpłynął na niego w taki sposób. Działał bez namysłu i zborności, sprawiał wrażenie zbyt odrętwiałego, by mieć w tym jakikolwiek większy cel. Chciał tylko przeć naprzód. Dalej, jak najdalej od Paryża.
Gdy nareszcie odzyskał świadomość, przytrzymywał kapelusz, aby nie został porwany przez wiatr. Podeszwy skórzanych butów ślizgały z trudem znajdowały oparcie na górskiej ścieżce, zaś elegancka laska z głową kruka — od kilku tygodni stały atrybut Perseusa — bezustannie klinowała się pomiędzy kamieniami. Postawił kołnierz płaszcza, starając się chronić twarz przed kroplami deszczu boleśnie rozbijającymi się na jego skórze. Był zmęczony, głodny i przede wszystkim przerażony własną dezorientacją. Znalazł wreszcie szczelinę pomiędzy dwiema skalnymi ścianami; zbyt małą i odkrytą, by jakieś zwierzę urządziło sobie w niej leże, lecz wystarczająco dużą, by dać mu częściowe schronienie przed zimnem i deszczem. Usiadł więc na lichej górskiej trawie, ukrył twarz w dłoniach i gorzko zapłakał nad swoją bezsilnością.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory