Treningi Quidditcha były momentami, w których wyładowywał większość magazynowanej przez siedzenie na zajęciach energii. Od zawsze potrzebował sporo bodźców czy wysiłku fizycznego, aby nie tylko zasnąć o normalnej porze, ale też, aby nie być wrzodem na tyłku dosłownie każdej osoby, która akurat się nawinęła. Poza tym, był w drużynie ze swoją najlepszą przyjaciółką, a z nią zawsze chciał spędzić więcej czasu, jeżeli tylko mógł. Razem z Cameronem przypominali, zwłaszcza w tym ostatnim, siódmym roku dla Charliego, papużki nierozłączki. Po rozstaniu z Dio, Rookwood wydawał się przygaszony, przynajmniej z początku. Domyślał się, że Lupin i Wood wzięli sobie na punkt honoru, aby w jakiś sposób wyciągnąć go z dołka, za co bardzo im dziękował, bo chciał robić naprawdę, cokolwiek innego, oprócz obwiniania się za zniszczenie tego związku. Niestety, obydwoje byli w drużynie, więc poza spotykaniem na nich Heather, Charles musiał mierzyć się też ze spojrzeniem Dione, którego, bardzo często, nie potrafił po prostu znieść. Nie mógł jej nawet antagonizować, bo sam był sobie winien, doskonale o tym wiedział.
Nic dziwnego, że komfort znalazł w ramionach jeszcze innej osoby. Musiał sobie przecież jakoś poradzić ze stratą i absolutnie idiotycznymi decyzjami, które miały konsekwencje w ssących żołądek emocjach - najlepiej było zastąpić je motylkami i przyjemnymi dreszczami, które pojawiały się coraz częściej w towarzystwie Delliana. Odrzucił jakiekolwiek przebłyski rozsądku podpowiadające, że wrzuca się w schemat, który sprawił, że teraz jest zraniony. Chciał się dobrze czuć, nie myśleć o czymkolwiek negatywnym, a przyjemny dotyk chłodnych palców Ollivandera na rozgrzanych po treningu policzkach, sprawiał, że cały świat przestawał na chwilę istnieć, wraz z nim jakiekolwiek problemy, zmartwienia, smutki.
- Znam ustronne miejsce - ciemny włos drugiego chłopaka połaskotał go w nos, gdy pozwolił ociężałym słowom przesunąć się spomiędzy swoich warg do jego ucha, wybudzając się ostatkami sił z przyjemnie smagającego zmysły ferworu półprzytomności. Położył dłonie na tych Ollivandera i ściągnął je ze swoich policzków, które, mimo temperatury nie zdążyły się jeszcze ochłodzić, prawdopodobnie z powodu odczuć o jakie przysparzał Charlesa w tym momencie każdy, kolejny dotyk.
Pociągnął swojego towarzysza w jednym z kierunków, śmiejąc się figlarnie pod nosem. Był blisko z Dellianem od dobrych paru lat, acz w tym roku, ich spotkania po czwartkowych treningach stały się rutyną, pewnością, przyjemnym momentem, na który wyczekiwał od poranka, czasami środy wieczór. Oczywiście, mogli zobaczyć się przecież w każdym innym momencie, ale taki sposób nadawał sytuacji wyjątkowości, sprawiał, że ten moment był tylko ich, że było na co czekać, że przyjemne odczucie w podbrzuszu kończyło się rumianymi wykwitami na bladych policzkach.
- Jeszcze tylko kawałek, obiecuję że warto, a jak nie... jak nie to nie wiem, wymyśl jakąś karę, ale nie obiecuję, że mi się nie spodoba - zażartował sprośnie i mrugnął do drugiego chłopaka zaraz przypominając sobie, że ten nie może tego przecież dostrzec - mrugam do ciebie teraz, to bardzo ważne abyś wiedział - dodał, z nieustępliwie filuternym tonem głosu.
Był późny październik, więc mury zamku, pomimo nadchodzącej Nocy Duchów i ogólnego podekscytowania które temu towarzyszyło, sprawiały iz korytarze były chłodniejsze i wilgotniejsze. Północna Szkocja obfitowała w deszcze, więc trzeba było znaleźć sposób, aby się rozgrzać - Charles właśnie miał jeden u swego boku, przynajmniej na to liczył.
Przekraczając próg łazienki na drugim piętrze, nie myślał o niczym innym, jak o chwilowej bliskości, przyjemnym momencie odprężenia.
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you