Tym razem Guinevere była przygotowana.
Nie oznaczało to, że uczucie okazało się przyjemne – ale wiedziała już, czego się spodziewać. Litery tańczyły przed jej oczyma, a ona sama miała znów wrażenie, jakby coś próbowało zastukać do umysłu. Obrazy wpychały się do głowy, lecz ciężko było je zatrzymać. Świat wirował, tak jak wirowały litery po pergaminie, ale układały się w kolejne słowa… Pierwsze odczytała, kolejne – mogłaby przysiąc – ktoś szepnął prosto do jej ucha.
To ostrzeżenie dla ciebie i dla was, byście nie podzielili naszego losu.
Strzeżcie się filarów, pozostawionych przez naszych przodków, bo kto sięgnie po ich tajemnice i moc, zapłaci cenę.
Śmierć i po was przyjdzie o zmierzchu.
Przez chwilę Guinevere widziała kamienny filar na wrzosowiskach, pokryty bluszczem. Znajdowały się wokół wioski – może to czar, jakim obłożono pergamin podsunął jej ten widok, może talent jasnowidza pokazywał przyszłość, a może ot przypomniała sobie o tym, bo musiała jeden z nich widzieć? W głowie wirowało jej coraz bardziej i bardzo, w uszach huczało (bicie jej serca, szum przed omdleniem, a może huk walących się budynków i korytarzy…?), aż w końcu Shafiq szarpnął ją, przemocą zmuszając, aby odwróciła się tyłem od pergaminów, ku niemu. Z ust Nell wydobył się tymczasem cichy okrzyk, bo pergaminy zajęły się ogniem. Płomień buchnął w górę i choć Bagshot była uzdrowicielką, nawet nie pomyślała o próbie ratowania tych papierów – musiała skupić się na ocaleniu stołu oraz tego wszystkiego, co na nim leżało. Machnęła różdżką, z jej końca trysnęła woda, a płomienie zasyczały i znikły, pozostawiając w powietrzu zapach spalenizny.
Ostatnie zapiski Cassandry Blackwood – tak się nazywała, Guinevere była tego pewna – jej testament, jej wróżba i jej przestroga – zamieniły się w kupkę wilgotnych popiołów.