• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem?

[21.05.1972] Laurent & Victoria | Jak wygrać z Ministerstwem?
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
09.10.2023, 15:46  ✶  

Zazwyczaj magiczne słowa "nie denerwuj się", "uspokój się" tylko pogarszały sprawę. Ponieważ zazwyczaj mówione były z frustracją, że w ogóle trzeba mówić o spokoju, albo na odczep się, żeby nie mieć problemu. Czyjaś złość zawsze równała się sytuacjom mniej czy bardziej przyjemnym. Zazwyczaj nie chcesz mieć z nią do czynienia, bo to wpływa też na ciebie - sam nie chcesz się złościć, chcesz to wszystko rzucić w pizdu, a jest jak jest. Dzieje się jak dzieje. Umykały tak przyjemności, umykał spokój. Laurent nie potrafiłby się złościć na Victorię tylko dlatego, że miała gorszy humor, a tym bardziej dlatego, że czymś się przejmowała tak mocno, jak tym. On również odczuwał niesprawiedliwość tego systemu, tych wydarzeń. Zdążył już tę frustrację przetrawić, albo ona sama zaginęła w całym misz maszu wydarzeń, jakie miały tu miejsce. Nie był pewien - wiedział, że już to przepracował i zrobił krok w stronę działania, zamiast zatrzymywać się na złoszczeniu się na coś, co w spojrzeniu przeszłości było zwyczajnie mętne w swoich podstawach i zasadach.

- Tak byłoby najlepiej. Ponieważ Brenna jest również w to zaangażowana i chce pomóc stanowi to ułatwienie... a Patrick, który był z nami - znasz go bliżej? - Dla Laurenta był osobą zupełnie nieznaną, ale chyba Victoria miała z nim bardziej do czynienia? Poparcie będzie tutaj na pewno ważne, ale to po kolei, tak jak powiedzieli. - Zorientuję się również w kwestii budowania... świadomości społecznej co do tego. - Ujął to co najmniej tak, jakby profesjonalność słów miała tutaj znaczenie. Spojrzał lekko w górę i pokiwał głową na boki, samemu się nad tym zastanawiając. - Chodzi mi o budowanie poparcia do tego - uświadamiania ludzi, że jest to coś niezbędnego. - Innymi słowy: propaganda społeczna i jeszcze więcej manipulacji. - Skupiając się na urzędnikach, rzecz jasna. To na pewno będzie trwało i tak długo, więc skonsultuję się z osobami, które znają się na takich rzeczach i zobaczymy, czy jest to również gra warta świeczki. Może tobie również przychodzi ktoś, kto mógłby pomóc... albo jakie kroki moglibyśmy podjąć. - Oczywiście przekonanie Minister Magii to sprawa niełatwa, dlatego właśnie chodziło o to, żeby dysponować jak najszerszym arsenałem tego, by przyjść do niej i by się okazało, że nie tylko jeden dziwoląg z rezerwatu i arurorka chcą takiej zmiany. Lud się domaga. Choć bez odpowiednich argumentów nawet domagający się lud nie był w stanie zrobić cudu.

- Chciałem pomagać ludziom. - Czy to grzech? Czasami to, co zakazane, właśnie było grzechem w świetle prawa. Z własnym sumieniem? Cóż... ludzie robili bardzo wiele rzeczy, kiedy "chcieli pomóc". Czasem były to rzeczy bardzo głupie, nierozsądne, niemądre. I każdy by powiedział: ale chciałem pomóc! Laurent zdawał sobie sprawę z tego, jak to banalnie brzmiało. - Nie sądziłem, że kiedyś ta wiedza będzie rzeczywiście tak przydatna. - Studiował ją też ze względu na magiczne stworzenia, chociażby dementorów czy właśnie wspomniane duchy, żeby mieć pojęcie, jak to wszystko odróżniać, jeśli napotka na różne mieszające się ślady, jak i dlatego, że zaczął uczyć się kontaktu z Limbo. Bardzo wiele rzeczy się tutaj przenikało i łączyło, takim sposobem byli w tym punkcie. - Nie ma o czym mówić. - Uspokoił ją, zapewniając jednocześnie, że przecież nie będzie chodził po nikim i rozpowiadał. To była taka formalność - powiedzieć "ale nikomu nie mów". Niby niepotrzebna, a jednak się wspominało.

- Knieja nie jest mi obca, wręcz przeciwnie. - To chyba największy las, w którym żyło tak wiele istot przy Londynie, więc to nie tak, że ten teren był mu obcy, że tam nie bywał z różnych względów. - To moja praca i nie będę cię angażował w każde moje zajęcie. - Rozumiał, że chciała pomóc, on również chciał jej pomagać, jak tylko mógł. Ale tak jak to nie było zajęcie dla aurorów, tak dla niego zajęciem nie była jej praca. Nie można było być nadgorliwym w swojej chęci pomocy, choć czasem człowiek naprawdę bardzo, bardzo chciał. - Sądzę, że nadpisujesz sobie pewne rzeczy związane z tą sytuacją. Zorientuj się może najpierw, czy rzeczywiście nie było tej sprawy u aurorów. Tak samo sprawa z widmami nie była przecież zupełną nowością w Ministerstwie. Wiele się w twoim życiu działo i dzieje. Być może po prostu ten temat cię ominął, ponieważ ktoś inny badał sprawę. - Jak się tak nad tym zastanowić, to przecież niemożliwe, żeby sprawa Derwina magicznie zaginęła, tak samo jak niemożliwym było, żeby temat widm się nie przewinął przez Ministerstwo, szczególnie że na drugi dzień już wydano rozporządzenie o nie zbliżaniu się do Kniei. Może się mylił, ale lepiej było do tego podejść racjonalnie i na spokojnie, zorientować się, gdzie samemu się nie dotarło do wiedzy, a nie pozwalać na to, żeby poczucie zranienia wywyższało problem. Bo może to zwykłe nieporozumienie. Laurent był ciągle zdziwiony, że Victoria niczego nie wiedziała. Jeśli jeszcze doliczyć do tego, że Victoria miała wystarczająco zmartwień na głowie... Właściwie Laurent się nawet nie dziwił, że Brenna mogła nie chcieć jej niepokoić szczególnie niepotwierdzonymi faktami.

Dotarli do miejsca, gdzie była ławeczka wycięta z grubego pnia drzewa, przy nim elegancki stojak jak dla sowy czy orła - ptaka drapieżnego - z miską z wodą i druga pusta. Tutaj z ziemi wyrastały ostre skały, blokując przejście dalej - oczywiście można było iść w drugą stronę, ale nie o to chodziło.

- Mam szczerą nadzieję, że zechce do nas zejść. Fuego! - Zawołał ptaka. Odpowiedział piękny, ujmujący serce śpiew. I niedługo potem spośród drzew, na lśniących skrzydłach, zleciał pod korony drzew feniksy, przelatując nad ich głowami.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#12
09.10.2023, 20:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2023, 20:33 przez Victoria Lestrange.)  

Lestrange z natury nie była nerwową kobietą, bardzo trudno było wyprowadzić ją z równowagi, bo wiele rzeczy w ciszy własnego umysłu rozkładała na czynniki pierwsze i analizowała na spokojnie, nie chcąc się poddawać emocjom. Ale czasami się jednak poddawała – ostatnio częściej niż zwykle, bo więcej rzeczy się nakładało, więcej bodło, więcej… Musiała mocnie opatulać się szczelną ścianą oklumencji, ale tutaj, teraz – nie robiła tego. Starała się za to opanować swoją złość, nie na Laurenta, a na cały świat wokół i na niesprawiedliwość i beznadzieję. To nie była kwestia przepracowania tego, a… całej gamy rzeczy, która składała się na emocje i wydarzenia. To nie było proste. A od tego miejsca miało być tylko gorzej… Lecz nie wybiegajmy za bardzo w przyszłość.

– Patrick jest aurorem z dłuższym stażem niż ja – a o to nie było trudno, bo sama Victoria zdała testy w styczniu. Przemilczała natomiast kwestię Brenny, która „chciała pomóc”. – Często go widywałam w towarzystwie Brenny, ale o to nie trudno akurat. Jakoś świetnie go nie znam, Patrick jest raczej hm… – szukała odpowiedniego słowa. – Jedną z tych bardziej wycofanych osób – ale Victoria z nikim u aurorów się jakoś bardzo blisko nie trzymała. Może powinna. Może powinna tam sobie kogoś znaleźć… Ale było jak było. – Tak się złożyło, że znaleźliśmy się przy sobie na Beltane i… Razem wpadliśmy do Limbo – i tyle. Ale o tym na pewno słyszał: o nazwiskach, jakie się przewijały w tej sprawie. Jeśli jednak Laurent nie skojarzył nazwiska Stewarda z Zimnymi no to teraz miał okazję, bo był jednym z nich. Matko, jak to brzmiało… A potem wzruszyła ramionami. – Nie bierzesz na siebie zbyt dużo na raz? – zapytała po chwili, kiedy Laurent zaczął mówić o orientowaniu się w innych sprawach i konsultacji z innymi osobami. – Nie, w tej chwili nic mi innego do głowy nie przychodzi – westchnęła i spojrzała w niebo, pozwalając, by ciemne włosy przesunęły się po jej ramionach i plecach, łaskocząc ją po szyi.

– Spokojnie, to nie jest… – znowu urwała szukając dobrego słowa. – Nie chodzi mi o – spróbowała znowu i rozmyśliła się w połowie, po czym z jej gardła wydobył się dźwięk coś na wzór warknięcia. Zła była na siebie ot co. – Nie jestem na ciebie o to zła – powiedziała w końcu. Nie widziała nic złego w kształceniu się, zwłaszcza że to była taka dziedzina magii, że niektóre zawody nie mogły jej zaniedbać. Jak ten od Laurenta, czy ten od Victorii… Rozumiała doskonale, że tutaj przenikały się tematy, tak jak w jej wypadku i nie zamierzała tego Laurentowi wypominać. Gdyby się przy tym narażał to oczywiście, ale… ech.

– Jak byś tego nie nazywał, to twoją pracą jest hodowla i prowadzenie rezerwatu. Wiem, że czasami szukasz różnych stworzonek, ale nie wiem czy to praca czy hobby – jak dla niej to bardziej jednak hobby. Tak jak jej praca nie było warzenie eliksirów - robiła to czasami dla pieniędzy, ale głównie dlatego, że lubiła, nie utrzymywała się z tego, tak jak Laurent nie utrzymywał się z szukania magicznych stworzeń. Nie lubiła za to jednego: kiedy się z nią pogrywało. Kiedy mydliło jej się oczy i naginało rzeczywistość. – A skoro wiesz, że nie jest tam bezpiecznie, to mogłeś kogokolwiek poprosić o wsparcie. Patronus nie pomoże na większość zwierząt, które się tam gnieżdżą – mruknęła pod nosem teraz już zła na niego dlatego, że świadomie się narażał. – Jestem dobra w zaklęciach i rozpraszaniu magii. O ile dobrze pamiętam, twoje mocne strony leżą w innych dziedzinach – dlatego mógł poprosić. Nie odmówiłaby mu. A byłaby spokojniejsza, że nic mu się nie dzieje. Ale najwyraźniej nie chciał. – Nadpisuję? A słyszałeś co mówiła Brenna jak wyszliśmy z Kniei? Że znaleziono ciało. Że człowiek był w złym stanie. Nawet się nie zająknęła o czym innym. I nie jest to wiedza powszechna w biurze, o czymś takim ludzie by plotkowali, to był kolega nas wszystkich. Mogłam coś przegapić, ale to jest… to są… – znowu warknęła, zła na siebie, że nie potrafi znaleźć odpowiednich słów. – Mogłam coś przegapić, chociaż po powrocie do pracy dopiero niedawno wróciłam do pracy terenowej. Do niedawna głównie siedziałam w biurze przy papierach i przewalałam raporty, widma mogły przypaść komuś innemu, z tym się zgodzę. Ale jestem pewna, że o Derwinie mówiliby więcej – ludzie mówią o takich rzeczach zwłaszcza jeśli to dotyka ich bezpośrednie środowisko. O Derwinie też mówili, ale po prostu… inne rzeczy. Nic o widmach.

Mogła się złościć, ale nie było to w złej wierze, wręcz przeciwnie. Nie chciała się też z Laurentem kłócić. Wolałaby złapać go za rękę, albo się przytulić, Matka jedna wiedziała jak bardzo tego potrzebowała, a jednak nie zrobiła nic w tym kierunku – była zimna w dotyku i ciągle miała to z tyłu głowy, więc trzymała ręce przy sobie. Nawet (albo zwłaszcza) wtedy, kiedy usiedli na ławeczce, a Laurent kogoś zawołał. Victoria spoglądała na Laurenta przez moment zmęczonym wzrokiem, a potem dosłyszała szelest i śpiew, bardzo charakterystyczny, i poderwała głowę na niebo. Wtedy go dostrzegła – szkarłatno-złotego ptaka, który przeciął niebo i przeleciał nad nimi. Nawet lekko rozchyliła usta.

– Czy to był… Czy to był feniks?

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
10.10.2023, 11:01  ✶  

Czy brał na swoje ramiona za dużo na raz... mógłby się nad tym zastanowić. A w końcu dotrze do wniosku, że tak. Że to było za dużo. O tyle za dużo, żeby poszukać kogoś, kto mu z tym wszystkim pomoże, bo doba nie chciała się magicznie wydłużyć, snu też w tym wszystkim było za mało, a napięć i nerwów za dużo. Laurent nie chciał się mieszać w wielki świat. Nie chciał nigdy walki z systemem i nie chciał brać udziału w okrucieństwach Śmierciożerców. Chciał dla siebie całkowicie spokojnego życia na tym krańcu świata, który ograniczał się do angielskich granic. Wyspa otoczona morzami, oddzielona od reszty. Wydawało mu się to planem idealnym - ta ucieczka i stworzenie czegoś swojego, żeby nie był również zależny od rodziny. Jego ojciec był dumny z jego osiągnięć, bo było na co patrzeć, nie miał nad sobą rodzica z kompleksem impulsywnej konieczności kontroli, która nakazywała dyktować każdy jego krok. Tak jak Victoria. Choć to też nie do końca tak. Edward w końcu też miał manię kontroli. Wszystko musiało być po jego myśli, albo jechał po psychice człowieka. Droga, jaką przeszedł do tego punktu była okrutna. Po prostu okrutna. Nie potrafiłby powiedzieć, czy było warto płacić tę cenę.

Pokiwał głową na opowieść o Patricku. Takie odebrał właśnie wrażenie - Victoria prawie nie mówiła o tym, żeby się z kimś przyjaźniła z biura aurorów. Owszem, znała swoich współpracowników, ale to tyle. Wrażenie, że za bardzo się odsuwała od ludzi wokół siebie. Celowo, niecelowo? Po coś uczyła się oklumencji, zdawała sobie przecież sprawę, że potrafiło to budować ścianę między nią a ludźmi. Robiła samej sobie krzywdę, bo przecież nie można tak robić i mówić "jakby ktoś chciał to by się przebił". Nie. Ale Laurent nie krytykował tego, natomiast martwił się o to, że Victoria potrzebowała towarzystwa tak samo jak on - jak oddychania. Rozmów, miłych gestów i miłych słów. Poczucia, że coś cię z kimś łączy, bo to dawało siłę, żeby iść dalej, nawet jeśli wziąłeś na siebie odrobinę za dużo.

- Zobaczymy. - Uśmiechnął się do Victorii. - Mam nadzieję, że się to rozłoży na osoby, które będą skłonne nam pomóc. - Zawalczyć o to lepsze jutro, jakie sobie wymarzyli na dzień dzisiejszy i o którym sobie opowiedzieli. - To nie jest łatwy temat. - Bo nawet gdyby prawo nie tworzyło z nekromancji tematu trudnego, to mówili tutaj o zagadnieniach mieszających w życiu i śmierci. Samo to kwalifikowało to jako "niełatwe".

Nie odpowiedział już na jej następne słowa. Nie było sensu. Już Brennie to napisał: jeśli nikt w niego nie wierzył, zostawało mu uwierzenie w siebie samego. Ale nie chciał tego powtarzać tu i teraz na głos, bo pewnie by ją to tylko bardziej zdenerwowało, więc jedynie uśmiechnął się przepraszająco. Co się zaś działo w biurze aurorów dla niego było tajemnicą, nawet mimo tego, że miał Atreusa "pod ręką". To prawda, że to było w zasadzie dziwne, bardzo grubymi nićmi szyte - ta sprawa z Derwinem.

- Najwyraźniej Brenna miała coś do ukrycia. - Coś na tyle poważnego, żeby trzymać to w tajemnicy przed Victorią. Laurent nie mógł powiedzieć, że nie ufał Brennie - ufał jej. Ale też nie byli ze sobą tak blisko, żeby mówić o prawdziwym zaufaniu, takim jakim on darzył chociażby Victorię. Spoglądał na Fuego, który ognistymi piórami przecinał powietrze, śpiewając im pięknie. - Może więc naprawdę powinnaś z nią porozmawiać, albo zaufać, że potrzebuje więcej czasu, by o niektórych sprawach mówić. - Bo gdyby Victoria o czymś nie chciała mu powiedzieć - zrozumiałby to. Niektóre rzeczy były zbyt ciężkie do wypowiedzenia. Inne powinny wręcz pozostać sekretami. Aż w końcu niektóre sekrety łączyły tylko niektórych ludzi i takimi powinny pozostać. - Poznaj proszę Fuego. Chociaż ja go czasami nazywam Kurczakiem. - Uśmiechnął się w kierunku Victorii, a feniks zleciał w końcu do nich i jakby okazując swoje niezadowolenie na tego "kurczaka" złapał pazurami kilka włosów Laurenta - zaczepiając go, a nie robiąc jakąkolwiek krzywdę. - Hej! To twoja wina, że siedzisz ciągle na grzędzie! - Zwrócił się do ptaka, który zrobił kolejne kółko i wylądował na stojaku przy ławce, spoglądając na nich mądrymi, czarnymi ślepiami. Ze szczególnym zainteresowaniem przyglądał się Victorii. - Pomyślałem, że w ogniu tych wszystkich wydarzeń będzie ci miło spotkać kogoś wyjątkowego. - I tym "kimś" oczywiście był Fuego w całym swoim majestacie. - Uratowałem go kiedyś, gdy Śmierciożercy zniszczyli hodowlę. Chyba chcieli go dostać w swoje ręce... na szczęście nic mu się nie stało. Próbowałem mu znaleźć jego dom, ale... jak widzisz - jest tutaj. I moim największym osiągnięciem było wywiezienie go w okolice Kniei Godryka, potem zniknął i wrócił do swojego gniazda. - Przeniósł znów spojrzenie z feniksa na Victorię. - Chciałem, żeby pomógł mi z widmami, ale wiedział lepiej, że to nie jest dobry pomysł. Widzisz... nie zrobiłbym takiego odważnego kroku w stronę widm, gdyby nie było tam ciebie i Brenny. Chciałem tylko sprawdzić okolicę, nawet nie planowałem wchodzić zbyt głęboko w Knieję. - Właściwie miała rację, że nie powinien nazywać tego pracą, że to było "hobby". Ale nie bardzo czuł, żeby to było hobbystyczne. Hobbystycznie przesiadywał tutaj z Fuego i próbował go namawiać na spacery. Hobbystycznie jeździł konno i obstawiał wyścigi. Czytał książki, albo szedł do teatru. Albo jechał do Indii, żeby zobaczyć feniksa lub do Ameryki, żeby zobaczyć gromoptaka. To nie była przyjemność - oglądania różnych stworzeń w jeszcze bardziej różnych stanach, które potrzebowały pomocy.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#14
10.10.2023, 20:08  ✶  

Kto jak kto, ale Victoria wiedziała jak wygląda doba, w której za mało było snu. To była jej codzienność – problemy z zasypianiem, spanie po kilka godziny, na dodatek przerywane. Ostatnio częściej i chętniej sięgała po eliksiry, bo już po prostu musiała. Wiedziała więc jak to wykańcza, i że od czasu początku maja życie wielu ludzi wywróciło się do góry nogami. Laurent już dawno mało jadł, teraz mało spał… to musiało się skończyć źle, a Victoria zwyczajnie się o niego martwiła. Był dla niej drogi i ważny, i…

- Nie jest, ale jestem na niego otwarta – że na ten temat rzecz jasna. - Jestem samoukiem, chętnie wymienię się doświadczeniem – nie była alfą i omegą, ale musiała się nauczyć, żeby sobie jakoś radzić. Plus… niestety, ale czarnoksiężnicy często sięgali po nekromancje, musiała więc wiedzieć z czym się w ogóle mierzy. Żywe trupy były tutaj dodatkową kategorią, a w tym roku już jej się to przydawało… plus Sauriel. Naturalną koleją rzeczy było, że w lutym zaczęła szukać i czytać o wampirach jak najwięcej – ale o tym rzecz jasna nie mówiła…

W tej ciszy jaka zapadła w końcu przesunęła dłoń po ławce, by złapać go za rękę. Ta jej była jak taka bryłka lodu, ale chciała go dotknąć, chciała mu dać znać, że jest, nawet jeśli ostatnio jej nerwy były napięte, nawet jeśli się o coś złościła, to nie było to wymierzone centralnie w niego. Nie miała wielkiego grona bliskich przyjaciół, ledwie kilka osób, ale o te kilka osób dbała z całych sił i z całego serca. Nie byłaby w stanie tyle samo energii poświęcić dla znajomości z pracy – i to nie tak, że odsuwała się celowo. Jakoś po prostu samo tak wyszło, jak to, że z jednymi nawiązujesz głębsza więź, a z innymi nie. Albo nawiążesz ale dopiero za jakiś czas – tak jak Laurent i Victoria potrzebowali na to kilku długich lat, jeśli nie kilkunastu, licząc sześć lat w szkole.

- Laurent, nie złość się na mnie – powiedziała i ścisnęła lekko dłoń, o ile blondyn nie zabrał swojej. - Po prostu się martwię o ciebie, nie chcę żeby coś ci się stało – dodała i westchnęła leciutko. - Mi nie przeszkadza rzucić bardziej bojowe zaklęcie, jestem przeszkolona, a ty nie lubisz przemocy – to nie tak, że w niego nie wierzyła. Co innego gdyby zaczął ćwiczyć i robiłby postępy. Ale uważała, że jego mocne strony były w innym miejscu i to wcale nie było nic złego.

Teraz ona już nie odpowiedziała. Nie chciała ciągnąć tematu Brenny, nadal nie złapała wielu rzeczy, ale puzzle jakie miała przed sobą rozsypane nie do końca jej pasowały do siebie. Nie umiała tego wytłumaczyć. A może faktycznie jej się wydawało.

– Sowy tak samo siedzą, ich kurczakami nie nazywasz – stwierdziła zdecydowanie pogodniej, przyglądając się jak dostojny ptak rozsiadł się na przygotowanym dla niego miejscu na patyku. Nieve i Hestia potrafiły obok siebie siedzieć dokładnie tak samo jak feniks i tylko lekko się podnosiły, kiedy ktoś obok nich przechodził, jakby obgadywały… Może właśnie to robiły. – Witaj, Fuego. Laurent nigdy na oczy kurczaków nie widział, musisz mu to wybaczyć – były mniejsze. I gdakały. I nie latały. Temu pięknemu ptaku daleko było do kurczaka. Wysłuchała w ciszy tego, co mówił Laurent, na moment tylko przekrzywiwszy głowę. – Nie wiedziałam, że miałeś do czynienia ze Śmierciożercami – powiedziała cicho i westchnęła. – Dobrze, że nic ci się nie stało… Wam obojgu – tak, właściwie to im obojgu. Wielu innych ludzi nie miało tyle szczęścia w starciu ze Śmierciożercami. Oni nie mieli hamulców, ani wątpliwości jakie miewali normalni ludzie. – Ech, Laurent. Dobrze, że zwiały i że tak to się skończyło, a nie tak jak z panią Found – wtedy naprawdę się bała, że coś mu się stanie. Jej patronus, który nie był wystarczająco silny… rzuciła go instynktownie. I ciągle jej się coś nie podobało. – Bałam się – powiedziała po chwili. – O ciebie.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#15
10.10.2023, 22:26  ✶  

- Wymienisz... mówisz o nekromancji? - Victoria miała bardzo otwarty umysł i była niezwykle mądrą kobietą - tak przynajmniej uważał. Przy tym, że była ułożona to mimo wszystko nieustannie potrafiła go zaskoczyć. Zrobić, albo powiedzieć coś, czego jakoś się nie spodziewał, chociaż po zdziwieniu właściwie stwierdzał, że no tak - to do niej pasuje. Tak samo to, co powiedziała teraz. Chodziło o to, żeby znać wroga swego, żeby wiedzieć, jak z nim walczyć, przed czym się bronić, na co uważać. Zdziwienie przeminęło po paru sekundach, gdy uświadomił sobie, że to było jak najbardziej na miejscu. Bardziej nie spodziewał się, że ktoś kiedyś skieruje do niego takie słowa. - To dobry pomysł. - Przyznał po chwili tego zawahania i pewnego ułożenia sobie w głowie faktów. Nie było entuzjazmu w jego głosie nie dlatego, że nie chciał się z nią uczyć a dlatego, że to była sztuka upiorna i obejmowała okrutne i obrzydliwe zagadnienia. Przykre. - Umówimy się na któryś dzień. - Kiedy będzie czas, okazja, kiedy Victoria będzie miała siłę. - ... albo, skoro ta noc jest taka długa... - I skoro mieli naprawdę długi wieczór dla siebie, to mogli go spożytkować w sposób praktyczny.

Kiedy poczuł dotyk jej dłoni spojrzał na jej palce, a potem na nią. Wydawała się... taka zagubiona. To było nieco pytające spojrzenie, a kiedy się odezwała... aach, no słodka, niemądra... Obrócił się w jej kierunku i wyciągnął zachęcająco rękę w jej stronę, siadając tak, żeby mogła się zbliżyć i w niego wtulić. Przytulić całą sobą, jeśli tego właśnie potrzebowała. Bo on bardzo chciał ją objąć. Nie było potrzeby bać się tego zimna. Owszem, nie było przyjemne, ale to nie było coś, czego nie można było wytrzymać. Żałował tylko, że nie było sposobu, żeby szybciej zdjąć z nich tę klątwę. Z niej i z Atreusa oraz z pozostałych zimnych.

- Wiem, Victorio. Dziękuję ci za to. - On to naprawdę doceniał. Tylko czasem chęć pomocy była cięższa od jej braku. Kiedy człowiek bardzo chciał to działo się na opak - wychodziło źle. Miał sam się o tym doskonale przekonać. - Ja się nie wybierałem rzucać bojowych zaklęć i walczyć z wilkołakami. Szedłem pooglądać drzewa i wiewiórki. - Uśmiechnął się delikatnie. - Nie jestem zły. Naprawdę. - Był zawiedziony samym sobą, a nie zły na nią. Ale rozumiał, czemu mogła to tak odebrać. To było niedomówienie, ale może... w zasadzie nie było sensu krążyć wokół tematu. - Nie potrzebuję zawsze pomocy, Victorio. Kiedy jej potrzebuję nie zwlekam o nią poprosić. Nie wybierałem się na walkę. Wybierałem się na badanie natury. To nie wymagało rzucania bojowych zaklęć. Nie wymagało potencjalnie rzucania żadnych zaklęć. Zabrałem natomiast ze sobą sowę, żeby posłać po kogoś, gdybym jednak potrzebował pomocy. - Bo Nieve z nim była, tylko ją odesłał, kiedy zobaczył nawet nie jedną, a dwie znajome twarze w tym nieznajomą - Patricka.

Fuego rozłożył skrzydła na moment i machnął nimi, jakby chciał przytaknąć słowom kobiety, a może po prostu pokazać się z jak najlepszej strony, żeby udowodnić, że żaden z niego kurczak. Cały ten czas obserwował, słuchał. Laurent wiedział, że jest tak nieufny jak i zainteresowany, bo jego oczy nie odrywały się od Victorii.

- Nie było to bardzo bezpośrednie spotkanie, pojawili się szybko aurorzy, mężczyzna się chyba aportował. Na szczęście. - Cicho odetchnął. - Wiem... wiem, przepraszam. Powinienem był ostrzec, albo... nie powinienem był wystawiać was na taki stres. Zrobiłem to, bo wiedziałem, że mi pomożecie, cokolwiek by się nie stało. To było bardzo nieodpowiedzialne i niesprawiedliwe z mojej strony. - Było mu w zasadzie za to wstyd.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#16
11.10.2023, 00:13  ✶  

Przytaknęła spokojnie głową, kiedy Laurent załapał w końcu, że mówiła o nekromancji i wymianie doświadczeń w związku z tym. Tak, to był delikatny, niebezpieczny temat, ale Laurent miał jej zaufanie, dlatego odważyła się go poruszyć – no i zmęczyła się już kręceniem się wokół tematu i owijaniem bez sensu w bawełnę. Widział jak rzucała patronusa, ona widziała jak on rzucał swojego – nie było sensu udawać, że nikt nic nie widział. Znaczy gdyby pytał jakiś przedstawiciel Ministerstwa, to powiedziałaby, że nic nie wie i nic nie widziała – ale teraz była tutaj całkowicie prywatnie.

– Jednak zmieniłeś zdanie co do odpowiedzialności i wstawania do pracy? – oczywiście, że złapała go za słówko – ale tylko po to, by bardzo delikatnie się z nim podrażnić, co przypieczętowała leciuteńkim uśmiechem, takim na jej miarę. – Chętnie – i na osoby stojącej z boku, która wyrywałaby to z kontekstu, mogło to brzmieć co najmniej dwuznacznie. Ale takie nie było.

Była zagubiona, a to i tak było jeszcze nic przed tym, co miało dopiero nadejść. Tym niemniej – tak, była zagubiona, i tak, potrzebowała kontaktu z drugą osobą. Całkowicie czystego i niewinnego. Bała się odrzucenia, teraz zwłaszcza, kiedy nawet własna matka nie potrafiła powstrzymać pierwszego odruchu, gdy wróciła do domu ze szpitala polowego. To bolało. Ale Laurent nie zabrał dłoni i się nie odsunął, wręcz odwrócił do niej i… to było jak zaproszenie. A Victoria wahała się tylko przez moment, nim zdecydowała się z niego skorzystać, przysuwając się na ławeczce i wtulając w Laurena – nie całą sobą, lecz bokiem, bo ułożyła mu na ramieniu swoją głowę i ciągle miała na oku feniksa.

– Może inaczej na to patrzę, bo tam mieszkam i po prostu… Widzę. I byłam świadkiem. Z tymi błotoryjami to było tak, że przypadkiem wpadłam na Brennę jak poszłam na spacer, wymieniłyśmy ledwie kilka zdań i jeden z mugoli z miasteczka wybiegł z lasu i wrzeszczał, że tam jakieś potwory z zębami i jakiś jego kolega się zgubił… To pobiegłyśmy go poszukać. Albo tych potworów z zębami. Wiesz jakie są błotoryje… Nigdy nie podchodziły tak blisko, a te były wielkie i w ogóle nie na swoim terenie, zeżarły trochę okolicznych zwierząt, a potem nas zaatakowały. I… Ach. To było całe stado i nas dwie. Nie wiem co Brenna zrobiła, ale jeden… wybuchł… I potem był wszędzie. I ja byłam cała w… I Brenna… I… - już się poddała nawet, bo nie było co opisywać. – Na szczęście żadnemu mugolowi nic się nie stało. Ale mogło. Dlatego… Nawet pomijając te widma, o których nie wiedziałam. Tam po prostu… Mam wrażenie, ze w Zakazanym Lesie jest bezpieczniej niż obecnie w Kniei – Victoria nie chciała być nadgorliwa, po prostu wiedziała, że tam się dzieje coś złego po Beltane. Tylko nie wiedziała jak bardzo złego. – Nie zwlekasz poprosić? – powtórzyła za nim nie do końca w to wierząc. Ona zwlekała, bo nie chciała fatygować ludzi, nie chciała im zawracać głowy, a poza tym po tym jak wychowywała ją matka, miała wbite do głowy, że skoro umie liczyć, to musi liczyć na siebie… Niełatwo było zmienić nawyki. Ale już żeby pomóc bliskim – to była pierwsza i bez wahania. Tak, to się nazywa hipokryzja.

Przyglądała się pięknemu feniksowi i gdy rozłożył skrzydła to się uśmiechnęła, nadal wtulona w Laurenta. Piękny to był ptak, nawet jeśli z nieufnością podchodził do Victorii. Nie mogłaby się mu dziwić, przecież była dla niego całkowicie obcym elementem. Pokiwała głową na pierwszą, bardzo krótką opowieść, a na drugą… chwilę milczała.

– Weszłam tam nie mając pojęcia o widmach, tylko tyle co zdążyła mi opowiedzieć pani Found – powiedziała cicho. – Nie wiem czy Brenna się stresowała. Ja się po prostu o ciebie martwiłam, nie wiedziałam, że masz jakiekolwiek pojęcie o temacie – nie rób tak więcej tańczyło jej na końcu języka, ale nic nie powiedziała. – Na pewno nic ci nie zrobiły? Na Morganę, naprawdę jak dobrze, że te patronusy je przegoniły… Jak się na ciebie rzuciły to… - nie dokończyła, za to pokręciła głową.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#17
11.10.2023, 12:28  ✶  

Jego twarz przeciął uśmiech na słowa, jakie wypowiedziała, na zaczepkę, na łapane słówka - ten wesoły, sympatyczny, bo przecież jasnym było, że chcą ten czas ze sobą spędzić mniej czy bardziej produktywnie. Jeśli go zaś mieli to mogli równie dobrze się nieco pouczyć. Laurent nie widział wiele czarnej magii w praktyce i nie sądził, że chciał widzieć. Victoria natomiast, z racji swojej pracy, miała o wiele szersze pole widzenia. Niestety. To pole widzenia, takie szerokie, krzywdziło i prowadziło do bolesnych ran rysujących się na duchu i sercu. Im więcej widzisz, tym więcej wiesz. Im więcej wiesz - tym gorzej śpisz. W końcu Victoria doskonale wiedziała, czym są problemy ze snem. Wiedziała o tym aż za dobrze.

Cierpienie zwierząt nie było czymś, z czego Laurent by się cieszył i był nawet wdzięczny, że Victoria nie dokończyła tego jednego zdania i pozostawiła je w zawieszeniu. Nie potrzebował znać aż takich szczegółów, co dokładnie się wydarzyło, kiedy jeden z tych stworów został rozsadzony, bo potrafił sobie to i tak bez precyzyjnego słowa wyobrazić i nie było to coś, co chciałby mieć przed oczami. Mimo, że kochał zwierzęta, bezpieczeństwo ludzi było jednak ponad wszystkim. Tutaj mówili o mugolach, mówili też o bezpieczeństwu samej Brenny i Victorii.

- Dobrze, że nic się nie stało ani wam, ani tym mugolom. - Pogładził ją po plecach pokrzepiająco po wysłuchaniu tej historii. Czy naprawdę Knieja była teraz bardziej niebezpieczna niż Zakazany Las? Miejsce wiązane z Godrykiem Gryffindorem miało się zamienić w Zakazaną Knieję? Już była zakazana. Laurent musiał wejść w kolejne rozmowy z Ministerstwem, żeby zdobyć pozwolenie na swobodne działanie tam, chociaż wejście mimo oznaczeń i ostrzeżeń było możliwe. W końcu można tam wejść w zasadzie jak do siebie, żadnej bariery, żadnych ludzi pilnujących. Kto miałby pilnować, skoro wszędzie był taki bajzel i Ministerstwo się nie wyrabiało z niczym? Łatwo było krytykować działania MM, ale kiedy dobrze się przyjrzało temu, co się dzieje, to było zrozumiałe, że wszyscy byli tylko ludźmi i w zasadzie to się starali. Nie zawsze wszystko musiało wyjść, nie zawsze na odpowiednich stanowiskach siedzieli odpowiedni ludzie. Nie było rządów idealnych. - Znam swoje możliwości i swoje ograniczenia. Jeśli zrobię coś samemu i stanie mi się krzywda wszyscy będą jeszcze bardziej zmartwieni niż gdybym o pomoc poprosił. - Tak, a potem też wszyscy byli źli i... ach, nie lubił tego. Oczekiwali, że będzie się tłumaczyć, mówili o głupim zachowaniu, braku rozsądku, o tym, że był kiepski w tym i w tamtym, więc czemu wcześniej o pomoc nie poprosił. Nie, Laurent nie był typem Zosi-samosi, choć były wciąż elementy jego życia, których nie chciał z nikim współdzielić. Myśli, których nie chciał wylewać. Sprawy, którymi chciał zajmować się sam i nikogo nie chciał angażować... albo raczej - nie chciał angażować zbyt wielu osób. - To już za wami, nie martw się tym... dowiemy się w końcu wszystkiego o Kniei, widmach, Zimnych... potrzeba tylko czasu. - Uspakajał ją, bo widział, że ta historia z tymi stworzeniami jednak nie była taka całkowicie prosta. Albo po prostu z całą Knieją.

- Nie przypuszczałem, że jako auror pominęły cię wiadomości o czymś tak istotnym. - To była w zasadzie sztuka, nawet jeśli nie zajmowała się sprawą i nie była w nią bezpośrednio zaangażowana. Z drugiej strony rzeczywiście miała tyle na głowie, że nic dziwnego, jeśli coś się prześlizgnęło obok niej, kiedy siedziała w biurze i nawet nie usłyszała, albo nie zanotowała. Tym nie mniej nawet nie wpadł na pomysł, że mogli wiedzieć mniej od niego. To jest - że Victoria wiedziała mniej, bo najwyraźniej Patrick był tak samo zaangażowany jak Brenna. - Hm... posiwiało mi kilka włosków, nie uznałbym tego za wielką stratę. - Zażartował delikatnie.

Posiedzieli jeszcze chwilę na ławce w towarzystwie Fuego, aż w końcu feniks odleciał i sami się zebrali, żeby wrócić do domu Laurenta. Wieczór był jeszcze długi i mieli dla siebie sporo czasu do przegadania różnych rzeczy. W tym tematu nekromancji.


Koniec sesji


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (6997), Victoria Lestrange (5995)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa