04.11.2024, 16:44 ✶
Mackenzie Greengrass nie lubiła burz (bo trudno podczas nich latać na miotle), teleportacji oraz, a może raczej przede wszystkim: wody. Wypad nad wodę, by odpocząć, nie był czymś, co normalnie by zrobiła. Wypad nad wodę ze znajomymi tym bardziej, ponieważ miała niewielu znajomych, a najlepszym z nich była beż wątpienia jej własna miotła.
Zgrupowanie kadry było jednak czymś, czego Mackenzie nie mogła przepuścić, nawet jeśli odbywało się w pobliżu morza, i nawet jeżeli wolałaby trenować niż słuchać wykładów ma temat koniecznego balansu pomiędzy pracą a wypoczynkiem. I marnować czas na ten wypoczynek właśnie.
Nie przywykła do wypoczywania.
Spacerowanie też nie było w jej stylu, skoro więc już m u s i a ł a spędzić czas na plaży, na szczęście nie okupywanej tłumnie przez mugolskich turystów, to przynajmniej biegała. Zatrzymała się dopiero w pobliżu drewnianego molo, gdzie opadła na piasek, by chwilę odpocząć: wzrok skupiła na ciemnych deskach, które niby były dość solidne, ale w oczach Mackenzie wyglądały właściwie jak śmiertelna pułapka.
Nie weszłaby na nie za żadne skarby.
Morze tego dnia było spokojne, w lipcowym upale podwójnie przywabiające, zachęcające do kąpieli, ale kiedy Mackenzie na nie patrzyła, widziała nie jego piękno, a grozę. Spokojna, gładka woda, też była niebezpieczna i zdradliwa: jeden moment nieuwagi wystarczył, aby pochłonęła człowieka na wieki. I żadna siła na niebie i ziemi nie przekonałaby Mackenzie, że przecież to samo można było powiedzieć o poruszaniu się w przestworzach i możliwym upadku z miotły.
Z początku nie zwróciła uwagi na śpiew, który rozbrzmiał na plaży, chwytając oddech po biegu i rozmasowując skurcz w łydce. Wiatr szarpał jej jasne włosy, zwinięte w niedbały kucyk, i z początku Greengrass sądziła, że to nic: to tylko ten wiatr. Po chwili zaczęła słuchać mimowolnie, melodii bez słów, i dotarło do niej wreszcie, że ta jest jakaś dziwna – że zwykli ludzie tak n i e śpiewają. Mackenzie obce były magiczne występy, nie chodziła do opery, teatru i na koncerty, ale czuła, że w tej melodii jest jakaś magia. Nie zdążyła zastanowić się, czy to dobrze, czy źle, bo czar pieśni ją pochłonął: zamarła, przestając się ruszać, zapatrzona na istotę, która wyłoniła się z wody i śpiewała dalej, tkając sieć magii, tworząc pułapkę.
Mackenzie wstała.
A potem powoli, jakby walczyła sama ze sobą, potykając się, ruszyła w stronę wody. Nie myślała jasno – nie wiedziała, że padła ofiarą jakiegoś zaklęcia. Opierała się tylko dlatego, że chociaż żadne świadome myśli nie ostały się teraz w jej umyśle, opętanym pieśnią, wciąż był tam strach. Mimo to szła, coraz głębiej, zbliżając się do istoty, która wyciągnęła ku niej szponiaste ręce.
Zgrupowanie kadry było jednak czymś, czego Mackenzie nie mogła przepuścić, nawet jeśli odbywało się w pobliżu morza, i nawet jeżeli wolałaby trenować niż słuchać wykładów ma temat koniecznego balansu pomiędzy pracą a wypoczynkiem. I marnować czas na ten wypoczynek właśnie.
Nie przywykła do wypoczywania.
Spacerowanie też nie było w jej stylu, skoro więc już m u s i a ł a spędzić czas na plaży, na szczęście nie okupywanej tłumnie przez mugolskich turystów, to przynajmniej biegała. Zatrzymała się dopiero w pobliżu drewnianego molo, gdzie opadła na piasek, by chwilę odpocząć: wzrok skupiła na ciemnych deskach, które niby były dość solidne, ale w oczach Mackenzie wyglądały właściwie jak śmiertelna pułapka.
Nie weszłaby na nie za żadne skarby.
Morze tego dnia było spokojne, w lipcowym upale podwójnie przywabiające, zachęcające do kąpieli, ale kiedy Mackenzie na nie patrzyła, widziała nie jego piękno, a grozę. Spokojna, gładka woda, też była niebezpieczna i zdradliwa: jeden moment nieuwagi wystarczył, aby pochłonęła człowieka na wieki. I żadna siła na niebie i ziemi nie przekonałaby Mackenzie, że przecież to samo można było powiedzieć o poruszaniu się w przestworzach i możliwym upadku z miotły.
Z początku nie zwróciła uwagi na śpiew, który rozbrzmiał na plaży, chwytając oddech po biegu i rozmasowując skurcz w łydce. Wiatr szarpał jej jasne włosy, zwinięte w niedbały kucyk, i z początku Greengrass sądziła, że to nic: to tylko ten wiatr. Po chwili zaczęła słuchać mimowolnie, melodii bez słów, i dotarło do niej wreszcie, że ta jest jakaś dziwna – że zwykli ludzie tak n i e śpiewają. Mackenzie obce były magiczne występy, nie chodziła do opery, teatru i na koncerty, ale czuła, że w tej melodii jest jakaś magia. Nie zdążyła zastanowić się, czy to dobrze, czy źle, bo czar pieśni ją pochłonął: zamarła, przestając się ruszać, zapatrzona na istotę, która wyłoniła się z wody i śpiewała dalej, tkając sieć magii, tworząc pułapkę.
Mackenzie wstała.
A potem powoli, jakby walczyła sama ze sobą, potykając się, ruszyła w stronę wody. Nie myślała jasno – nie wiedziała, że padła ofiarą jakiegoś zaklęcia. Opierała się tylko dlatego, że chociaż żadne świadome myśli nie ostały się teraz w jej umyśle, opętanym pieśnią, wciąż był tam strach. Mimo to szła, coraz głębiej, zbliżając się do istoty, która wyciągnęła ku niej szponiaste ręce.