Lato zbliżało się wielkimi krokami. Już niedługo miało się rozpocząć to kalendarzowe, jednak pogoda od początku czerwca starała się uparcie twierdzić, że już czas. Na niebie nie było żadnej chmurki, przynajmniej rano, kiedy opuszczała cukiernię, żeby udać się wreszcie po zapasy. Zaczynało jej brakować składników do eliksirów, którymi wspierała członków Zakonu Feniksa, przydawały się one również podczas eksperymentów i tworzenia nowych smaków wypieków w Norze.
Powietrze było lepkie i ciężkie, trudno było złapać oddech, jakby informowało, że już jest na granicy. Udało jej się dotrzeć do jednego ze swoich ulubionych sklepów ze komponentami zwierzęcymi, tego jej zawsze najbardziej brakowało. Jeśli chodzi o rośliny, obsadziła wszystkie parapety tymi najbardziej potrzebnymi, ale także często wybierała się do lasów w Dolinie, aby uzupełnić spiżarkę. Ze zwierzętami było zdecydowanie dużo gorzej. Musiała więc wejść do sklepu. Pan Thomas Lupin, jeden z tutejszych sprzedawców znał ją bardzo dobrze. Wdała się z nim w dłuższą pogawędkę - jak zawsze. Skoro już udało jej się wyrwać z cukierni starała się wykorzystać każdą wolną chwilę na przyjemności - bo nie miała ich zbyt wiele. Lubiła sobie pogawędzić o niczym istotnym. Nim się obejrzała minęło jakieś pół godziny, na całe szczęście od ręki dostała wszystkie produkty, których potrzebowała. Pożegnała się z uśmiechem z Tomem, wdzięczna za to, że poświęcił jej tyle czasu, po czym opuściła sklep.
Nie spodziewała się takiej zmiany. Niebo zrobiło się niemal czarne, jakby miała nadejść już noc, a było jeszcze przecież przed południem. Zaczął wiać wiatr, silny, nieprzyjemny, gdzieś zniknęło to ciężkie powietrze, zrobiło się raczej rześko. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach, tego się nie spodziewała. Ubrana była dosyć lekko, jako, że ostatnie dni do tego zachęcały. Jak zawsze bardzo kolorowo, sukienka była bowiem w kolorze fuksji, okropnie postrokata z tych landrynkowych, ale Nora miała tendencje do przypominania cukierka.
Zrobiła ledwie kilka kroków, a rozpętało się piekło. Może to była z jej strony nadinterpretacja, jednak grzmoty i pioruny nie były czymś, za czym przepadała. Zaczęło lać, nie był to jednak przyjemny, letni deszczyk, a oberwanie chmury. Panna Figg należała do tej niewielkiej części magicznego społeczeństwa, która nie potrafiła się teleportować, ani latać na miotle, do najbliższego kominka, z którego mogła skorzystać również było daleko. Nie pozostawało jej więc nic innego, jak schować się najzwyczajniej w świecie pod najbliższym daszkiem, jaki dostrzegła. Było to wejście do kamienicy mieszkalnej. Stała więc w miejscu, trochę telepiąc się z zimna z wielkim wiklinowym koszem pełnym różnych komponentów, włosy zdążyły jej zmoknąć. Humor nieco jej się popsuł z tego powodu, no ale takie to już było życie, pełne niespodzienek - nie zawsze tych przyjemnych.